Menu

Blog Wojciecha Białka

Komentarze na temat koniunktury na rynkach finansowych i w gospodarce

Rynek zamarł w oczekiwaniu.

bialek.wojciech

Zakres wahań WIG-u 20 w okresie minionego miesiąca spadł do wartości nie widzianej od lat. W ciągu ostatnich 22 sesji różnica pomiędzy najwyższym (2693,1 pkt.) a najniższym (2609,2 pkt.) zamknięciem tego indeksu wyniosła zaledwie 83,9 pkt. Na poniższym rysunku zaznaczyłem te momenty minionych 20 miesięcy, w których spadek wielkości zakresu wahań WIG-u 20 był podobny do ostatniego:

 

 

Trudno na tej podstawie wyciągać jednoznaczne wnioski co do przyszłego ruchu cen. W trakcie trwania rozpoczętej w lutym 2009 cyklicznej hossy taki spadek zakresu wahań czasami poprzedzał skok cen akcji w górę (patrz czerwiec 2009), a czasami załamanie w dół (patrz styczeń 2010 czy kwiecień 2010).

Więcej rozważań na ten temat znalazło się w ostatnim  Raporcie Tygodniowym zatytułowanym "Przyczajony tygrys, ukryty skok?", tu warto tylko dodać, że temu kurczeniu się zakresu wahań cen akcji na GPW odpowiada również zanikanie zmienności cen akcji obserwowane na giełdzie nowojorskiej. Świadczy o tym spadek wartości popularnej miary zmienności cen akcji w USA jaką jest wskaźnik VIX do poziomów obserwowanych w w ciągu minionego roku jedynie w styczniu i marcu-kwietniu. I znowu wyciąganie jednoznacznych wniosków jest tu niełatwe. Zwykle dołki cen akcji formują się w warunkach paniki owocującej wysoką zmiennością cen, natomiast na szczytach często obserwowane jest wygasanie zmienności. W tym roku obecne poziomy zmienności również "gwarantowały" niższe ceny akcji w przyszłości. Problem polega na tym, że w styczniu spadek cen zaczął się natychmiast a niewiele ponad miesiąc później ceny były już na wyższych poziomach, natomiast po osiągnięciu w marcu obecnego niskiego poziomu zmienności ceny akcji pięły się w górę jeszcze ponad miesiąc i dopiero od końca kwietnia zaczęły silnie zniżkować.

Gasnący zakres wahań WIG-20 na GPW i spadek zmienności cen akcji w USA to sygnały, że uczestnicy rynku na coś czekają. Oczywiście czekają na posiedzenie FED, którego wynik poznamy w środę wieczorem naszego czasu. Nadzieje związane z tym posiedzeniem są bardzo duże o czym świadczą najlepsze od lutego 2007 roku nastroje inwestorów indywidualnych w USA. Niecałe 4 miesiące temu w komentarzu zatytułowanym "Krzyże śmierci i inne strachy na Lachy" opierając się po części na ówczesnym - najgorszym od dna bessy - niskim sentymencie nieco prowokacyjnie pisałem:

 

"Wszystko to sugeruje, że delikatne wyjęcie akcji z drżących łapek przerażonych inwestorów powinno okazać się obecnie tym z gestów miłosierdzia, który nie pozostanie bez nagrody wypłaconej jeszcze tego lata".

 

Tym razem sytuacja jeśli chodzi o nastroje indywidualnych inwestorów  w USA jest dokładnie odwrotna: w minionym tygodniu różnica pomiędzy liczną "byków" a liczbą "niedźwiedzi" był najwyższa od lutego 2007 roku. Dobre nastroje inwestorów sprzed 3 lat i 9 miesięcy zostały zgaszone informacją o upadku pierwszej ofiary późniejszego kryzysu kredytów hipotecznych firmy New Century Financial. S&P 500 stracił wtedy 5 proc. spadając do 4-miesięcznego minimum, po czym wznowił hossę kontynuując ją przez następne miesiące.

 

 

 

Można więc w miarę spokojnie przyjąć, że jak pozytywny dla posiadaczy akcji by nie był wynik posiedzenia FOMC z tego tygodnia, to ten pozytywny wpływ już został - w krótkoterminowej perspektywie - w cenach akcji uwzględniony. Jeśli tak, to niebawem po ewentualnym chwilowym skoku cen akcji w górę bezpośrednio po ogłoszeniu komunikatu po posiedzeniu FOMC powinna nadejść fala realizacji zysków ilustrująca zasadę "kupuj pogłoski, sprzedawaj fakty".

Niestety główną wadą tego scenariusza jest to, że pozostało na jego realizację już bardzo mało czasu. Wcześniejsza projekcja wartości WIG-u 20 oparta na historycznym zachowaniu tego indeksu do wystrzałach optymizmu inwestorów w USA mija swoje drugie dno w przyszłym tygodniu:

 

 

Również zaledwie kilka sesji pozostało do sezonowego dołka cen akcji na GPW:

 

 

Jeśli środowy komunikat FED jednak nie rozczaruje rynków otrzymamy ewidentny konflikt różnych - ważnych dla mnie - zasad: kontrariańskiego zalecenia zachowania ostrożności w przypadku występowania na rynkach skrajnych nastrojów drobnych inwestorów oraz reguły spekulacji zgodnej z sezonowymi wzorcami. Taka sprzeczność pomiędzy wskazaniami różnych narzędzi oczywiście sugeruje zachowanie ostrożności: przed każdym z przyjętych scenariuszy - i wzrostowym wynikającym z sezonowości i spadkowym wynikającym z analizy sentymentu - piętrzyć się będą w najbliższej przyszłości trudności (być może jest to przepis na trend boczny).

Którą jednak z tych reguł należy uznać za ważniejszą? Osobiście do obu przywiązuję sporą wagę, ale zmuszony okolicznościami zrezygnowałbym z sezonowości. W końcu wszyscy pamiętamy przełom października i listopada 2007, kiedy to - dokładnie w momencie, kiedy zgodnie z sezonowym wzorcem należało rozpocząć kupowanie akcji, rozpoczęła się globalna bessa. W komentarzu do "Parkietu" pisałem wtedy tak:

 

"Na moim wykrywaczu giełdowych krachów o skali od 0 do 10, wyświetliła się kilka dni temu 10-tka i cały czas mruga na czerwono. Prognozowanie krachów jest zajęciem raczej dla maniaków: wskutek ogólnej inflacji oraz realnego wzrostu gospodarczego ceny akcji w długim terminie wykazują wyraźna tendencję zwyżkową. Trudno jednak zlekceważyć obecną kombinację czynników fundamentalnych (wysoka wycena akcji), makroekonomicznych (zwalniające tempo wzrostu gospodarczego), finansowych (kryzys na rynku „asset-backed securities” na świecie), technicznych (podwójny szczyt formujący się na głównych giełdach po 4,5 latach hossy przy słabości małych spółek i załamywaniu się do wieloletnich dołków indeksów sektorów związanych z kredytami hipotecznymi) oraz „sentymentalnych” (najwyższy sentyment wobec akcji w USA od stycznia). Takie warunki dla „perfect storm” czyli sztormu doskonałego zdarzają się na tyle rzadko, że prawdopodobieństwo jakichś bardzo optymistycznych scenariuszy można ocenić obecnie jako bardzo niskie."

 

WIG-20 ustanowił szczyt hossy 4 dni po napisaniu tych słów, po czym w ciągu następnych 16 miesięcy stracił 2/3 wartości.

Obecna sytuacja nie jest oczywiście z wielu względów porównywalna do tej sprzed 3 lat, ale jednak częściowa analogia pomiędzy rekordowo pozytywnym sentymentem inwestorów i wtedy i teraz jakoś nie daje mi spokoju. Plan tegorocznej "letniej zwyżki" opracowany 5 miesięcy temu na podstawie historycznych analogii z odbiciami cen akcji w górę po krachach wywołanych kryzysami finansowymi ("kryzys azjatycki=kryzys grecki") zakładał wzrosty cen akcji od połowy roku do września, a potem korektę tego odbicia.  Część wzrostowa została przez rynek zrealizowana z zadowalającą dokładnością. Być może za wcześnie jeszcze by rezygnować z dalszej części tego scenariusze.

W dłuższej perspektywie pozytywny dla posiadaczy akcji wpływ oczekiwanych decyzji FED o dalszym łagodzeniu polityki pieniężnej będzie się ujawniał stopniowo. W końcu wraz z obecnymi wyborami do amerykańskiego kongresu minęliśmy w USA półmetek cyklu prezydenckiego, to znaczy zakończyliśmy "powyborczy" okres historycznie "słaby" dla akcji, a weszliśmy w "przedwyborczy" okres historycznie dobry. Tak wygląda - na tle przebiegu S&P 500 od początku 2009 roku - uśrednienie przebiegu cyklu prezydenckiego w okresie minionych 80 lat:

 

 

 

Jak widać wzrosty cen akcji na Wall Street rozpoczęły się 2 miesiące temu dokładnie w dołku sugerowanym przez 4-letni cykl prezydencki. Jeśli stosowana przez amerykańskich prezydentów metoda wygrywania wyborów na "telefon do przyjaciela (w FED)" i tym razem zostanie zastosowana - a nie zawiodła od 80 lat - to oczywiście koniunktura giełdowa w 2011 roku okaże się generalnie dobra. Jeśli jednak ceny akcji mają rosnąć w przyszłym roku, to przydałaby im się jakaś "ściana płaczu", po której mogłyby się wspinać. Przy obecnym optymizmie raczej o to trudno. Warto także zauważyć, że S&P 500 znajduje się obecnie znacznie powyżej przedstawionego wzorca.  Generalnie doświadczenia historyczne sugerują jednak, że na GPW ten "prezydencki" pociąg nie powinien odjechać do marca przyszłego roku, więc być może nie należy się nadmiernie denerwować uporczywą siłą rynku: na zakupy akcji jest jeszcze ok. 4-5 miesięcy.

Najgorsza pora roku dla akcji.

bialek.wojciech

W poprzednim komentarzu wskazałem sezonowość rynku akcji jako jeden z argumentów przemawiających przeciwko hipotezie, że trzymanie polskich akcji w okresie następnego mniej więcej miesiąca przyniesie zyski. Sezonowa cykliczność rynku akcji została zilustrowana rysunkiem, którego zaktualizowaną wersję widać poniżej. Na wykresie tym zachowanie WIG-u 20 w tym roku zostało porównane z typowym przebiegiem tego indeksu w ciągu roku uzyskanym przez uśrednienie zachowania WIG-u 20 w latach 1995-2009.

 

  

Po stworzeniu tego sezonowego wzorca koniunktury, z którego wynika, że optymalny - z sezonowego punktu widzenia - moment powrotu na rynek akcji nastąpi dopiero za 18 sesji, czyli po Wszystkich Świętych a przed Świętem Niepodległości, zadowolony spocząłem na laurach czekając na materializację prognozy zupełnie nieświadomy, że praca moja zostanie poddana krytyce.

Krytyka ta na szczęście okazała się konstruktywna a dokonał jej kolega Piotr Kaźmierkiewicz, z którym mam przyjemność pracować w CDM Pekao. Samą krytykę i wnioski z niej płynące pozwoliłem sobie skopiować poniżej:

  

"Sezonowy model przebiegu WIG20, zaproponowany przez Wojtka Białka, mówiący o dogodnym momencie do wyjścia z rynku akcji, napotyka na kilka zarzutów. Wśród nich najistotniejsze to:

  • wykorzystanie indeksu WIG20, który nie uwzględnia dywidend,
  • zastosowanie średniej do wyznaczenia ścieżki przebiegu indeksu,
  • wykorzystanie wszystkich dostępnych obserwacji na naszym rynku do tworzenia modelu.

 

Pierwsze dwa argumenty jesteśmy w stanie szybko uwzględnić w skorygowanym modelu zmienności naszej giełdy w postaci medianowej ścieżki indeksu WIG (rys. 1).

 

Rysunek 1 Sezonowy model WIG-u

  

 

 

W tym miejscu warto jednak posłużyć się teorią czarnego łabędzia, w celu uszczegółowienia otrzymanego modelu. W myśl tej teorii chcąc prognozować zjawiska typowe należy spośród obserwacji wykluczyć zjawiska o mocno odstające od pozostałych, czyli tzw. „czarne łabędzie”, przy czym muszą to być zjawiska o znaczącym wpływie, rzadkie i niespodziewane, lecz jednocześnie dające się wytłumaczyć „po fakcie”. W historii GPW takimi zdarzeniami są dwa lata głębokiej bessy – rok 2001 oraz 2008. W tych latach indeks WIG odnotowywał przebieg znacząco odbiegający od pozostałych, lecz całkowicie wytłumaczalny po fakcie z punktu widzenia inwestora. Tworząc zatem medianowy przebieg indeksu WIG z wykluczeniem tych dwóch lat otrzymujemy ścieżkę zobrazowaną na poniższym wykresie (rys. 2).

 

Rysunek 2 Sezonowy model WIG-u, bez „czarnego łabędzia”

 

 

 

 

W tym miejscu napotykamy na jeszcze jedną przeszkodę – różną dynamikę rynków w poszczególnych latach. Chcąc bowiem stworzyć model standardowego przebiegu indeksu WIG należałoby sprowadzić poszczególne lata do porównywalności. Uzyskujemy ją poprzez normalizację (tutaj za pomocą standaryzacji) zmian indeksu w poszczególnych latach. Tworząc ścieżkę medianową z otrzymanych danych uzyskujemy poniższy model (rys. 3).

 

Rysunek 3 Sezonowy model WIG-u, bez „czarnego łabędzia” ze standaryzowaną dynamiką wahań

 

 

 

 

Co ciekawe wnioski płynące z takiego modelu są zbieżne co do kierunku giełdy na najbliższe sesje z wnioskami otrzymanymi z projekcji poczynionej przez Wojtka. Chyba zatem wszystkie znaki na niebie i zmieni (nawet te znormalizowane) mówią, że bezpieczniej jest w tym momencie wysiąść z kolejki górskiej i poczekać aż ponownie zawita na peronie o nazwie „41 600 pkt”."

 

Jakkolwiek krytyka ze strony Piotrka okazała się miażdżąca, to jednak wnioski z niej płynące w sumie dosyć dobrze pasują do ogólnej tezy o październikowej korekcie cen akcji poprzedzającej ustanowienie na niższych poziomach sezonowego minimum cen akcji. Mam nadzieję, że za miesiąc do wątku sezonowości można będzie powrócić stawiając tezę o sensowności zakupów na GPW poprzedzających nadejście najlepszego dla akcji okresu w roku.

Ile zysku z zamiany akcji na dolary?

bialek.wojciech

Wrzesień 2010 roku okazał się być na Wall Street najlepszym wrześniem od 71 lat. Tak, tak - od września 1939 roku.  W minionym miesiącu S&P 500 zyskał +8,8 proc. wobec +14,4 proc. w pierwszym miesiącu II Wojny Światowej. Tę reakcję rynku można uznać za całkowicie irracjonalną. W przeciwieństwie do września 1939 nie mamy przecież obecnie do czynienia w Europie z początkiem wojny światowej, która mogłaby wypłoszyć za Ocean szukające bezpiecznej przystani kapitały, czy też podnieść wycenę akcji amerykańskich przedsiębiorstw w nadziei na zyski ze sprzedaży walczącym Europejczykom materiałów wojennych lub też uzyskanie przez USA w wyniku zwycięstwa w wojnie światowej dominacji. Co prawda jeszcze pod koniec sierpnia pesymizm indywidualnych inwestorów osiągnął poziom sugerujący oczekiwania początku przynajmniej III Wojny Światowej, ale  jak to zwykle z tego typu ekstremami nastrojów bywa, zamiast wojny światowej dostaliśmy zwykłą "letnią zwyżkę". 

Zresztą optymizm inwestujących na Wall Street we wrześniu 1939 roku też chyba był jednak - w średnioterminowej perspektywie - kosztowną pomyłką. Co prawda wszystko się ostatecznie dobrze skończyło, ale nastąpiło to dopiero ponad 5 lat później:

 

 

Kupując amerykańskie akcje na ostatniej sesji września 1939 roku można było zarobić w ciągu następnego miesiąca maksymalnie 3,3 proc., a stracić w ciągu następnych 3 lat do 41,6 proc. Maksymalny poziom strat wystąpił pod koniec kwietnia 1942 roku. Od tamtej pory Wall Street zaczęła dyskontować sukcesy sił alianckich w bitwie o Midway (3-7 czerwca 1942), pierwszej bitwie pod El Alamein (1-31 lipca 1942) i bitwie pod Stalingradem (17 lipca 1942 - 2 lutego 1943).

A może teraz też jednak toczy się już jakaś wojna światowa, której przełomowe bitwy rozegrane zostaną w 2013 roku...?

Tak czy siak rynek zdaje się po raz kolejny dawać nam znak potwierdzający wcześniejszą identyfikację obecnej sytuacji na rynkach w ramach "cyklu pokoleniowego", na której temat tak pisałem pod koniec ub. r.:

 

"Oczywiście z punktu widzenia właśnie ochrzczonego "cyklu pokoleniowego" rok 2010 będzie odpowiednikiem lat 1976, 1939 i 1909."

  

Z ciekawości możemy sobie odświeżyć płynącą z tej identyfikacji synchronizację obecnego trwającego od marca 2009 roku wzrostu cen akcji na Wall Street z wzorcem wynikającym  z uśrednionej ścieżki pokryzysowych odbić:

 

 

Ze względu na to, że przyszły rok jest trzecim - najlepszym dla akcji - rokiem "cyklu prezydenckiego" w USA przedstawiona projekcja jest prawdopodobnie zbyt pesymistyczna w odniesieniu do 2011 roku, ale - inaczej niż jeszcze niewiele ponad miesiąc temu - obecny potencjał wzrostowy w stosunku do tego historycznego wzorca ponownie uległ redukcji.

Zgodnie ze znanym powiedzeniem "rynek wspina się po ścianie strachu". Wybuch entuzjazmu wobec akcji, który nastąpił ponad 2 tygodnie temu wśród indywidualnych inwestorów w USA, raczej nie pasuje do tej formuły. Wręcz odwrotnie. Uśrednienie ścieżek S&P 500 20 w tygodniach następujących po podobnych sytuacjach w okresie minionych 3 lat sugeruje, że ceny akcji w USA przez kilka następnych tygodni powinny teraz odchorowywać wrześniową euforię. To samo rozumowanie zastosowane do WIG-u prowadzi do wniosku, że gdzieś pomiędzy okolicami Wszystkich Świętych a Świętem Niepodległości WIG-20 można będzie zbierać - przed hipotetycznym kończącym rok "rajdem świętego Mikołaja" - w okolicach sierpniowego dołka (czyli ciut poniżej poziomu 2400 pkt.).

 

 

 

Podobny wniosek płynie z analizy sezonowości krajowego rynku akcji:

 

 

 

Wzorzec sezonowy oparty na doświadczeniach z lat 1995-2009 osiąga minimum na 215 sesji roku. Piątkowa sesja była 191-ą. Do sezonowego minimum - w którym każda osoba szanująca tradycję powinna kupić sobie trochę akcji - pozostały więc jeszcze 24 sesje. To najgorszy dla akcji okres w roku. Być może w tym roku nie będzie tak źle. A być może będzie.

Zgodnie z występującymi ostatnio korelacjami taki scenariusz dla akcji oznaczałby według wszelkiego prawdopodobieństwa wzrost kurs dolara względem złotego również w okolice poziomów z końca sierpnia, czyli do mniej więcej 3,17 zł z obecnych 2,85 zł:

 

 

Co jednak, gdy ten scenariusz zawiedzie? Już przed rokiem zdarzyło się, że próba "wymuszenia" na silnym rynku sezonowej jesiennej korekty w dużej mierze zawiodła. Co jeśli i w tym roku będzie podobnie? Wtedy oczywiście WIG-20 najpierw przełamie opór na 2600, a późniejszy spadek cen akcji będzie miał już charakter wyłącznie "ruchu powrotnego".

 

  

 

W takim scenariuszu spodziewany krótkoterminowy zysk z zamiany akcji na dolary wzrośnie z obecnych 2-3 proc. do 10 proc. dopiero po przekroczeniu przez WIG-20 poziomu 2700 i spadku kursu dolara w okolice poziomu 2,70 zł.

Sygnał z Hollywood.

bialek.wojciech

Tezy stawiane w tym miejscu na początku czerwca:

"Ewentualna jeszcze jedna fala wyprzedaży na rynkach akcji spowodowana pojawieniem się kolejnego ogniska zapalnego kryzysu strefy euro powinna być zatem potraktowana jako okazja do bardziej lub mniej ostrożnych zakupów. Letnia zwyżka może okazać się niewypałem - tak jak np. w 2000  czy 2008 roku - ale ewentualne zakupy akcji poczynione przy ustanawianiu wielomiesięcznych mimimów indeksów powinny oferować margines bezpieczeństwa w pełni rekompensujący to ryzyko."

... oraz na początku lipca:

"Wszystko to sugeruje, że delikatne wyjęcie akcji z drżących łapek przerażonych inwestorów powinno okazać się obecnie tym z gestów miłosierdzia, który nie pozostanie bez nagrody wypłaconej jeszcze tego lata."

... generalnie się potwierdziły. Co prawda niewiele ponad 10 proc. skala dotychczasowych wzrostów mogła rozczarować a jedynym indeksem, który zdołał na razie pokonać kwietniowy szczyt hossy był WIG, ale na tle alternatywnych scenariuszy wieszczących spadki prognozy te nie wyglądają najgorzej.

Lato się jednak kończy i wypada zastanowić się, co dalej. Niestety relatywny sukces odniesiony na jednym etapie nie gwarantuje powodzenia na etapie następnym. Giełdowa spekulacja przypomina pod tym względem wędrówkę przez labirynt, w którym co chwila dociera się do rozgałęzienia drogi, na którym 3 możliwe do wyboru trasy oznaczone są napisami "wzrośnie", "spadnie", "ustabilizuje się". Co prawda zdolność do dokonania poprawnego wyboru może sugerować posiadanie generalnej orientacji w naszym labiryncie, ale z drugiej strony sukces często rodzi nadmierną pewność siebie, która skutkujac brawurą prowadzi do podnoszenia stawki do nadmiernego poziomu: zwycięską strategią w ruletce jest - jeśli ktoś dysponuje nieograniczonymi funduszami - podwajanie stawki po każdej przegranej, u giełdowych spekulatów strata zwykle powoduje chęć ograniczenia ryzyka, a zysk - odwrotnie - prowokuje do podnoszenia stawki.

poprzednim komentarzu przedstawiłem ogólny schemat interpretacyjny, w obrębie którego chciałbym się poruszać w okresie następnych kilkunastu miesięcy. Wspólnym elementem zaprezentowanych 3 scenariuszy jest dołek cen akcji w okolicach marca 2011, po którym następuje istotny - kilkudziesięcioprocentowy - wzrost cen.  Hipoteza spadków do marca 2011 oparta jest na założeniu, że kryzysy finansowe chodzą zwykle parami, a nawrót problemów następuje w 6-7 miesięcy po tym jak interewencja zaleczyła pierwsze symtomy choroby. Tak było w 1998 roku, kiedy to w styczniu ostatni kraj Azji Południowo-Wschodniej został "uratowany" przez intwewencję MFW przed niewypłacalnością grożącą wskutek trwającej od 1997 roku ucieczki kapitałów (kryzys azjatycki), a już 7 miesięcy później w sierpniu doszło do bankructwa Rosji. Podobnie było w 2008 roku, kiedy to w pół roku później po tym jak w marcu uratowany przez interwencję FED został bank Bear Stearns we wrześniu doszło do spektakularnego bankructwa Lehman Brothers. Odpowiednikiem giełdowych dołków ze stycznia 1998 i marca 2008 reprezentujacych apogea pierwszych fal kryzysu był ostatni dołek cen akcji z 1 lipca. Teraz musimy tylko odliczyć 6-7 miesięcy i czekać aż w styczniu 2011 - kiedy premie za obecny rok zostaną już naliczone - z  "szafy wypadnie jakiś trup".  

To, że wypadnie, jest bardzo prawdopodobne, pytanie pozostaje jak duży będzie - rozmiarów Lehmana lub Rosji - czy może jednak mniejszy.

Osobiście składniam się ku myśli, że "trup| będzie jednak umiarkowanych rozmiarów. Dlaczego? Swego czasu przedstawiając koncepcje cyklu pokoleniowego podzieliłem się - nie swoją zresztą (patrz "Popular culture and the Stock Market" Roberta Prechtera) - ideą, że analizę zachowania globalnego organizmu społecznego można prowadzić równie dobrze śledząc rynki finansowe jak i trendy w kulturze popularnej. Tu chciałbym odwołać się ponownie do tej koncepcji.

Otóż we wrześniu tego roku na ekrany kin wchodzi film "Wall Street - money never sleeps" będący kontynuacją przeboju Olivera Stone'a "Wall Street" sprzed 23 lat. Nie tyle interesować nas tu będzie treść tych filmów - w końcu co ciekawego "lewacy" z Hollywood mogę mieć do powiedzenia na interesujący nas tu temat rynków finansowych - co ich "timing", czyli czas wejścia na ekrany. Orginalny film Olivera Stone'a zedebiutował w kinach 1 grudnia 1987 roku. Oczywiście rok 1987 kojarzy się giełdowemu spekulantowi tylko z jednym: rekordowym jednodniowym spadkiem cen akcji na Wall Street o 20 proc. z 19 października, znanym jako "Czarny poniedziałek".

 

  

Ten "timing" debiutu filmu o tytule "Wall Street" tuż po załamaniu cen akcji na "Wall Street" nie jest przypadkowy. Dokładnie to samo wydarzyło się 48 lat wcześniej. Film z 1987 roku nie był bowiem pierwszym noszącym ten tytuł. Wcześniejszym był film "Wall Street", który na ekrany amerykańskich kin wszedł 1 grudnia 1929, a wiec znowu w mniej niż 2 miesiące po największym w historii krachu na Wall Street z października 1929.

 

 

 

Ta zdolność kultury popularnej (w tym przypadku twórców z Hollywood) do synchronizowania się (niestety z kilkumiesiecznym opóźnieniem) z wydarzeniami na giełdzie nowojorskiej nie mogła zawieść i w tym roku. Oczywiście tegoroczny "Flash crash" czyli 10 proc. spadek wartości głównych indeksów musiał rozegrać się na kilka miesięcy - tym razem z powodu wakacji aż cztery - przed kinowym debiutem kolejnego fimu z "Wall Street" w nazwie.

 

 

Co dla nas wynika z tej prawidłowości? Kupując amerykańskie akcje 1 grudnia 1929 a więc dniu wejścia do kin chronologicznie pierwszego ze wspomnianych filmów można było do kwietnia 1930 zarobić maksymalnie 23,7 proc. tracąc po drodze maksymalnie 4 proc. Kupując S&P 500 11 grudnia 1987 roku, czyli w dniu debutu filmu z Michaelem Douglasem, Charlie Sheenem i Derryl Hannah można było w ciągu następnych 10 miesięcy zyskać +20,5 proc. przy braku jakiegokolwiek spadku po drodze.

Dokładna data wejścia do kin najnowszego filmu to 24 września 2010 (to już za 5 dni). Jeśli ostrzeżenie ze strony Hollywood przed "złymi kapitalistmi" z Wall Street będzie i tym razem jak zwykle spóźnione, to za następne 4 do 10 miesięcy S&P 500 powinien być ponownie wyraźnie wyżej niż obecnie (choć tym razem potencjał wzrostowy może nie sięgać 20 proc.). Ech, bycie "niedźwiedziem" to w dzisiejszych czasach ciężki kawałek chleba...

 

Na troje babka wróżyła.

bialek.wojciech

Jedną z najważniejszych zasad obowiązujących przy prognozowaniu zjawisk giełdowych jest "zasada zmienności". W bardzo dowolnej interpretacji głosi ona, że "będzie nie tak jak ostatnio, lecz tak jak przedostatnio". Wynika ona z tego, że inwestorzy - podobnie jak "generałowie zawsze doskonale przygotowani do wygrania poprzedniej wojny" - mają świeżo w pamięci przebieg poprzedniego cyklu hossa-bessa. Z tego względu ich rynkowe pozycje są doskonale przygotowane na scenariusz przerabiany poprzednim razem ("nie dam się drugi raz złapać"), co powoduje, że wzorzec ten ma niewielkie szanse powtórzenia się. Zobaczmy jak wygląda zastosowanie "zasady zmienności" do prognozowania kształtu bessy na GPW.

Na poniższym wykresie zaznaczono 6 dotychczasowych "rynków niedźwiedzia" na GPW. Rozegrały się one w latach 1991-1992, 1994-1995, 1997-1998, 2000-2001, 2004-2005 oraz 2007-2009. Co drugi z nich  - "czerwone" bessy numer 2, 4 i 6 z lat 1994-1995, 2000-2001 i 2007-2009 - przyjmował gwałtowną postać głębokiego i pozbawionego istotniejszych korekt spadku. Taka bessa w postaci "zygzaka" nie dawała już drugiej szansy wyjścia z akcji bez strat tym, którzy przegapili szczyt hossy. Odmienny charaktery miały "niebieskie" bessy numer 1, 3 i 5 z lat 1991-1992, 1997-1998 i 2004-2005. Przyjęły one postać fal "płaskich" to znaczy takich, których główna korekta wzrostowa wynosiła indeks giełdowy do poziomu ze szczytu hossy dając okazję do "wyjścia" z akcji tym, którzy spóźnili się ze sprzedażą.

Ponieważ nowa bessa będzie już 7-ą w historii GPW, to - jeśli zainspirujemy się "zasadą zmienności" - otrzymamy wniosek, że będzie miała ona charakter odmiennej od "zygzaka" z lat 2007-2009 fali "płaskiej".

  

 

Oczywiście rynki finansowe pełne są tego typu mniej lub bardziej "miękkich" prawidłowości. Jedną z nich jest zjawisko cykliczności: na giełdach wiele zjawisk ma tendencję do powtarzania się w cyklach o bardziej lub mniej (giełda to jednak nie zegar z kukułką) stałej długości. Poniżej znowu wykres WIG-u tym razem z zaznaczonymi odległościami pomiędzy początkami kolejnych "rynków niedźwiedzia".

 

 

Zaczynały się one kolejno 16 kwietnia 1991, 8 marca 1994, 18 lutego 1997, 27 marca 2000, 14 kwietnia 2004 i 6 lipca 2007.   Najwyraźniej  hossy lubią się kończyć pomiędzy 18 lutego a 16 kwietnia, bo wtedy skończyło się ich aż 5 (tylko ostatnia dotrwała aż do lipca). Szczyty hossy odległe były od siebie o kolejno 151 tygodni, 154 tygodni, 162 tygodnie, 211 tygodni i 168 tygodni. Szczyty kolejnych "rynków byka" odległe bywają od siebie zatem zwykle o od 151 do 168 tygodni (3 lata "z małym haczkiem"; tylko raz było to aż 211 tygodni). 3 lata "z małym haczkiem" po szczycie ostatniej hossy z 6 lipca 2007 wypada lipiec lub sierpień 2010 roku. Pomiędzy początkiem pierwszej bessy na GPW a początkiem  ostatniej upłynęło 16 lat i 2 miesiące. W tym czasie rozegrało się 5 pełnych cykli bessa-hossa.  To daje 3 lata i 3 miesiące na pełny cykl. To oszacowanie daje październik tego roku jako orientacyjny początek nowej bessy.

Czyli "wiemy" już, że kolejna bessa powinna przyjąć postać fali "płaskiej" i zacząć się gdzieś w okolicach okresu lipiec-październik 2010 (mamy sierpień 2010!).

Trzecią prawidłowością występującą na rynkach akcji, która nam się dziś przyda, jest związek tego, co się dzieje z cenami akcji, z koniunkturą panującą w gospodarce. Gospodarkę mamy zglobalizowaną, więc w sumie jest trochę obojętne, do której jej części przyłożymy termometr. Niech to będą Stany Zjednoczone, a termometrem niech będzie indeks ISM Manufacturing mierzący poziom koniunktury w tamtejszym przemyśle. Wszystko wskazuje na to, ze ISM Manufacturing minął już swój cykliczny szczyt, co oznacza w praktyce, że gospodarka USA znalazła się już w fazie cyklicznego spowolnienia.

 

 

Tę zależność pomiędzy rynkiem akcji a gospodarką najładniej widać ją na wykresie zmian rocznych wartości WIG-u i zmian rocznych produkcji przemysłowej w naszym kraju:

 

  

 

Jak widać GUS i rynek akcji mierzą zwykle to samo. Co ciekawe WIG najwyraźniej zdyskontował już spowolnienie dynamiki produkcji z ponad 14 proc. w lipcu do poniżej 5 proc. Jak to się ma do rzeczywistych perspektyw polskiej gospodarki? No cóż, albo nasz rynek akcji wie coś, co nie zmieściło się w poniższym prostym modelu dynamiki produkcji opartym na wpływie zmian krótkoterminowych stóp procentowych i zmian kursu złotego, albo mocno przesadził z pesymizmem spadając wiosną tego roku.

 

  

 

Przedstawiony na powyższym wykresie model próbuje przekazać nam 2 wiadomości: złą, że spowolnienie gospodarcze już się rozpoczęło i dobrą, że do marca przyszłego roku przyjmie ono bardzo łagodną postać.

Skoro spowolnienie gospodarcze już się zaczęło, to - zgodne z zasadą związku wydarzeń rynkowych i gospodarczych - trzeba założyć, że cykliczna giełdowa bessa rozpoczęła się w tym roku nie latem-jesienią, jak by to wynikało z mechanicznie interpretowanej cykliczności, lecz już 14 kwietnia. Jak widzieliśmy 5 "rynków niedźwiedzia" rozpoczynało się na GPW pomiędzy 18 lutego a 16 kwietnia.

Zgodnie z tym, co zostało "ustalone" na początku, bessa ta powinna przyjąć postać fali płaskiej. W nomenklaturze "teorii Elliotta", z której tu obficie czerpię istnieją 3 rodzaje "fal płaskich": "regularne", "nieregularne" oraz "pędzące". Tak się składa, że nasze bessy z lat 1991-1992 ("regularna"), 1997-1998 ("nieregularna") oraz 2004-2005 ("pędząca") wyczerpały w pełni ten repertuar. Zobaczmy zatem jak wykres WIG-u wyglądałby w najbliższej przyszłości w przypadku powtórzenia się scenariusza sprzed 19 lat...

 

 

 

... 12 lat...

 

 

... oraz 6 lat.  

Trzy przedstawione scenariusze różnią się zdecydowanie pod względem skali spadku cen, pewne elementy mają jednak wspólne. Korekcyjna zwyżka cen akcji przedzielająca bessę na połowę dochodzi do poziomu poprzedniego szczytu lub go lekko pokonuje, po czym rozpoczyna się druga fala bessy, który kulminuje po 6-7 miesiącach spadku. W obecnych realiach tłumaczy się to na prognozę trwającego do września wzrostu WIG-u do poziomu kwietniowego szczytu. Potem powinna rozpocząć się  druga 6-7 miesięczna fala bessy trwająca do marca-kwietnia 2011. Ponieważ spadki na GPW często mają w zwyczaju kończyć się w marcu (patrz 1995, 2003, 2009), to marzec 2011 można sobie orientacyjnie wpisać do karnetu jako datę następnej dobrej okazji do kupna akcji.

© Blog Wojciecha Białka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci