Menu

Blog Wojciecha Białka

Komentarze na temat koniunktury na rynkach finansowych i w gospodarce

Jak wywołać recesję w USA?

bialek.wojciech

W poprzednim wpisie przedstawiłem długoterminową prognozę dla WIG-u, którą ponad tydzień temu miałem przyjemność prezentować na konferencji "Wall Street" w Zakopanem. Obiecałem też stopniowo umieszczać na blogu slajdy zawierające uzasadnienie przedstawionych tez. Pora na pierwsze z nich.

Na poniższym wykresie widać dynamikę PKB w USA wraz z ceną ropy naftowej w dolarach. Jak widać - i to jest bardzo ważna obserwacja - spośród 6 ostatnich recesji gospodarczych w USA 5 zostało poprzedzone jakąś formą "szoku naftowego". Opisy kilku z nich można znaleźć w WIKIPEDII. I tak recesję z lat 1974-1975 poprzedził "pierwszy szok naftowy" z przełomu 1973 i 1974 rokuspowodowany skokiem ceny ropy po nałożeniu przez kraje OPEC embarga na eksport ropy na USA i Wielkiej Brytanii oraz podwyżce ceny ropy o 70%. Analogicznie recesja z 1980 roku poprzedzona została "drugim szokiem naftowym" z 1979 roku, którego przyczyną było dla odmiany zwycięstwo rewolucji islamskiej w Iranie (późniejsze wkroczenie Sowietów do Afganistanu z pewnością miało swój udział we wzroście niepokoju na rynku ropy naftowej). Podobnie skok ceny ropy naftowej latem 1990 roku wywołany aneksją Kuwejtu przez Irak poprzedził nadejście recesji w USA trwającej do I kw. 1991 roku. Również recesja w USA z 2001 roku nadeszła po zwyżce ceny ropy naftowej z 10$ na 37$ za baryłkę w latach 1999-2000, a ostatni kryzys z lat 2008-2009 był zapowiadany przez wzrost ceny ropy naftowej z 50$ na początku 2007 roku do prawie 150$ w połowie 2008 roku.

 

 

Jedynie recesja w USA z 1982 roku nie była poprzedzona przez taki "szok naftowy", ale tym przypadkiem proponuję zająć się innym razem. Tu przyczyna recesji również jest dobrze znana, a casus 1982 roku jest dla nas potencjalnie bardzo interesujący w kontekście spekulacji na temat przyszłej reakcji gospodarki amerykańskiej i rynków finansowych na oczekiwane w przyszłości zaostrzenie polityki pieniężnej FED (wycofanie się FED z "quantitative easing").

Jak widać z tego zestawienia gospodarka amerykańska jest stosunkowo prostym urządzeniem, do którego - by wyprodukować wzrost gospodarczy - należy po prostu wlać paliwo w postaci ropy naftowej po w miarę godziwej - niekoniecznie niskiej, ale za to stabilnej - cenie.

Tak więc odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: "należy zrobić szok naftowy". Ta odpowiedź brzmi interesująco w kontekście wcześniejszych rozważań na temat pozycji rynku surowców w ramach różnych cykli gospodarczo-rynkowych. W ramach "cyklu pokoleniowego" ulokowałem rynek surowców w sytuacji analogicznej do tej z 1979 roku (patrz również tu: Co chce nam powiedzieć srebro?"). 32 lata temu cena ropy naftowej szykowała się właśnie do skoku z 15$ na 40$.

Warto w tym miejscu zauważyć, że obecna fala niepokojów społeczno-politycznych w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie przeradzających się lokalnie w konflikty militarne określana jako "Arabska Wiosna Ludów" to dosyć oczywisty odpowiednik wydarzeń, które pokolenie wcześniej uruchomiły procesy rewolucyjne w Iranie. Wojna w Libii, walki w Syrii i Jemenie, wcześniejsze niepokoje w Tunezji i Egipcie, kto wie, co nas jeszcze może czekać zanim sytuacja w regionie zostanie w taki czy inny sposób spacyfikowana...

Próba identyfikacji 12-miesięcznego okresu w ramach 4-letniego "cyklu prezydenckiego" najlepszego dla rynku surowców doprowadziła do następującego wniosku:

 

"Analizując wartości średnie widzimy, że w latach 1970-2006 nadal najbardziej opłacało się trzymać przez rok surowce pomiędzy połową roku przedwyborczego a połową roku wyborczego (+13,3 proc.)."

 

Jak widać niebawem wkroczymy w taki optymalny z punktu widzenia "cyklu prezydenckiego" okres dla rynków surowców.

Również zawarta w kwartalnych Raportach na temat alokacji aktywów projekcja wartości Goldman Sachs Commodity Index w złotych sugeruje istnienie w ciągu najbliższego roku prawie 30 proc. potencjału wzrostowego cen surowców:

 

 

Taki wzrost wyniósłby zapewne dolarową wartość GSCI powyżej poziomu historycznego szczytu z połowy 2007 roku, które znajduje się ok. 28 proc. powyżej obecnego poziomu indeksu. Ponieważ indeks ten jest zdominowany przez surowce energetyczne, to wydaje się, że taki wzrost musiałby obejmować również cenę ropy naftowej. W mojej interpretacji przedstawionej poniżej cena ropy znajduje się obecnie w podobnej sytuacji technicznej jak pod sam koniec 2004 roku. Jeśli ta interprtetacja jest poprawna, to cenę ropy naftowej czeka w II półroczu dalszy wzrost.

 

 

Tak więc trzy cykle gospodarczo-rynkowe, którymi się tu zwykle posługuję - cykl pokoleniowy, cykl prezydencki i cykl Kitchina prowadzą do tego samego wniosku: w ciągu najbliższego roku ceny surowców powinny wzrosnąć. Jeśli tak się rzeczywiście stanie i jeśli ten wzrost obejmie rynek ropy naftowej i przyjmie w miarę gwałtowną postać, którą można by określić mianem "szoku naftowego", to w przyszłym roku dostaniemy w USA recesję a przynajmniej silne spowolnienie gospodarczego skutkujące wzrostem stopy bezrobocia. W takim scenariuszu prezydent Obama okaże się zapewne podobnym pechowcem co inny noblista z Partii Demokratycznej czyli Jimmy Carter, który pokolenie temu w listopadzie 1980 roku - dokładnie w szczycie hossy na rynku surowców - przegrał z genialnie odgrywającym rolę kandydata na prezydenta USA Republikaninem Ronaldem Reaganem.

Ostatnia recesja w USA rozpoczęła się spadkiem PKB kw./kw. w I kw. 2008. S&P 500 ustanowił poprzedzający tę recesję cykliczny szczyt w IV kw. 2007 (ale pierwszszy szczyt hossy ustanowiony został już na początku III kw. 2007). Wcześniejsza o 8 lat recesja - ten 8-11 lat to typowy okres rozdzielający gospodarcze recesje noszący miano "cyklu Juglara" - rozpoczęła się spadkiem PKB w USA kw./kw. w I kw. 2001 roku. W tym przypadku S&P 500 ustanowił poprzedzające tę recesję dwa szczyty hossy w I kw. oraz III kw. 2000.

Jak z tego widać generalnie w dwu poprzednich cyklach dobrym pomysłem była sprzedaż amerykańskich akcji na pół roku przed początkiem recesji. Czy to już? Trudno powiedzieć, ale ponieważ na razie "szok naftowy", o którym spekuluję się jeszcze nie zmaterializował (choć w WIKIPEDII stosowne hasło już się jednak pojawiło: "2011 energy crisis" ), to być może nie należy się z tym jakoś specjalnie spieszyć (choć poważniejszy potencjał wzrostowy na Wall Street też jest pewnie już od dosyć dawna wyczerpany). W ostatnim Raporcie tygodniowym zamieściłem poniższy wykres przedstawiający na tle dynamiki PKB w USA poziom zaufania szefów tamtejszych firm (Conference Board CEO Confidence). W przeszłości ten wskaźnik wyprzedzał dynamikę PKB o średnio pół roku. Jak widać wzrost jego wartości z I kw. 2011 do najwyższego poziomu od II kw. 2004 zapowiada raczej dobry III kw. w amerykańskiej gospodarce:

 

 

WIG: następne 6 lat.

bialek.wojciech

Jak to kiedyś podobno powiedział Mark Twain "stawianie prognoz jest rzeczą trudną, szczególnie tych dotyczących przyszłości", więc powinno być jasne, że do wszelkich - w tym i zamieszczanych na tym blogu - predykcji należy podchodzić ze sporą dozą zdrowego sceptycyzmu. Przyszłość, choćby przez sam fakt bycia uważnie obserwowaną zwykle stara się wyślizgnąć poza ramy wszelkich prognoz.. Wystarczy pominięcie jednego istotnego elementu, czy też minimalny nadmiar "chciejstwa", a rzeczywistość zacznie się szybko rozjeżdżać z prognozą wystawiając autora przewidywań na kpiny czy też złość osób, które oparły swe działania na takich fałszywych predykcjach.

Ponieważ jednak "nie ma zabawy bez ryzyka", a przy giełdowej spekulacji trudno całkowicie wyeliminować element prognozy przyszłego zachowania rynków, to od czasu do czasu trudno się oprzeć pokusie rzucenia przyszłości wyzwania w postaci prognozy wybiegającęj w nieco dalszą przyszłość. Nie potrafiłem się takiej pokusie oprzeć w miniony piątek i na końcu swojej prezentacji na konferencji "Wall Street" w Zakopanem, na którą po raz kolejny miałem zaszczyt być zaproszony przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, umieściłem slajd, który reprodukuję poniżej. Próbowałem na nim zawrzeć swoje wyobrażenia na temat rozwoju koniunktury na rynku akcji warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych w ciągu najbliższych kilku lat. W kilku następnych wpisach na blogu postaram się przedstawić rozumowanie, które do takiej a nie innej prognozy wartości WIG-u mnie doprowadziło. Na razie wklejam jedynie sam wykres:

 

 

Co chce nam powiedzieć srebro?

bialek.wojciech

W ramach koncepcji cyklu pokoleniowego w wydarzeniach rozgrywających się na rynkach finansowych i w gospodarce światowej można wyczuć wyraźne nieco ponad 30-letni rytm (czy też może raczej rym), którego długość odpowiada mniej więcej czasowi trwania jednego pokolenia" (rozumianego tu jako średnia odległość pomiędzy wiekiem ojca a wiekiem jego dzieci, co daje 3 pokolenia na stulecie). Do idei tej jestem dosyć mocno przywiązany, bo jej "odkrycie" 2,5 roku temu było jednym z istotnych argumentów przemawiających w apogeum ówczesnego kryzysu finansowego za nadejściem późniejszej cyklicznej hossy na rynkach akcji i odpowiadającej jej fali gospodarczego ożywienia na świecie.

W tym kontekście najsilniejsza od 1980 roku fala wyprzedaży na rynku srebra, która rozegrała się pomiędzy 28 kwietnia a 5 maja przestaje być przypadkowym wydarzeniem spowodowanym lokalnym czynnikiem (w tym przypadku podniesieniem poziomu depozytów zabezpieczających przez Comex), a potencjalnie nabiera znaczenia ważnego punktu orientacyjnego. Na temat szerszego kontekstu załamania na rynku srebra sprzed 31 lat można sobie poczytać w tekście Łukasza Wróbla z Noble Securities ("Od ropy do srebra - największa manipulacja w historii"), a tak wygląda wykres ceny srebra w dolarach na przestrzeni minionego półwiecza:

 

 

 

 

Na powyższym rysunku zaznaczono 5-sesyjną zmianę ceny srebra w dolarach. Pomiędzy 28 kwietnia a 5 maja wyniosła ona -28,4 proc. Jedynym okresem w historii minionego półwiecza, kiedy obserwowana była podobna dynamika spadku, był 1980 roku. Z ciekawości można zerknąć na ówczesne zachowanie ceny srebra:

 

 

 

 

Gdyby ta historia miała się powtórzyć, to teraz czekałoby nas korekcyjne odbicie ceny srebra, po czym gdzieś w czerwcu spadek uległby wznowieniu, a okazja do spekulacyjnych zakupów srebra pojawiłaby się w okolicach połowy roku w przypadku zejścia ceny tego metalu do poziomu półrocznego minimum (obecnie znajduje się ono na poniżej 26,8 USD), gdzie znajduje się dolne ograniczenie kanału wzrostowego fali hossy trwającej na tym rynku od końca 2008 roku. W tej analogii całe drugie półrocze stałoby pod znakiem - zapewne już jedynie korekcyjnego - wzrostu ceny srebra.

Czy ten sygnał z rynku srebra oznacza, że pokoleniowa bessa na rynku surowców już się rozpoczęła? Taka teza stałaby w jasnej sprzeczności z wcześniejszymi wnioskami z analizy obecnej pozycji rynku surowców w ramach cyklu Kitchina, cyklu prezydenckiego i cyklu pokoleniowego, które jednoznacznie sugerowały, że końca hossy na rynku surowców należy spodziewać się dopiero w 2012 roku (i to bardziej w drugiej jego połowie). Oczywiście taki początek pokoleniowej bessy na rynku surowców można próbować wiązać z oczekiwanym w przyszłości rozpoczęciem przez FED zaostrzania polityki pieniężnej (podwyżek stóp i wyprzedaży skupowanych obecnie w ramach polityki "ilościowego luzowania" aktywów).

Paradoksalnie jednak ostatniej słabości srebra można użyć jako argumentu potwierdzającego wcześniejsze wnioski na temat kontynuacji surowcowej hossy aż do 2012 roku. Tak się bowiem składa, że pokolenie temu szczyt szerokiego (choć zdominowanego przez surowce energetyczne) koszyka cen surowców reprezentowanego przez Goldman Sachs Commodity Index ustanowiony został dopiero 20 listopada 1980 roku (tuż po wyborach prezydenckich w USA, które wygrał Republikanin Ronald Reagan - ten historyczny rym musi z pewnością dręczyć sztab wyborczy Baracka Obamy, choć podejmowane ostatnio próby przełamania tego historycznego fatum wydają się być w miarę udane...).

 

 

 

 

Gdyby i w obecnym "cyklu pokoleniowym" wyprzedzenie rynku srebra wobec Goldman Sachs Commodity Index miało również wynieść 10 miesięcy, to szczytu surowcowej hossy należałoby oczekiwać w okolicach końca lutego 2012 roku. To wcześniejsza data niż dotychczasowe szacunki sugerujące terminy bliższe połowie roku, ale generalnie dająca się od biedy wpasować w preferowany scenariusz.

Ewentualne "ustalenie" oczekiwanego terminu końca hossy na rynku surowców może być użyteczne również dla średnioterminowych spekulantów aktywnych na rynku akcji. Dwie największe bessy minionego pokolenia na S&P 500 - ta rozpoczęta w marcu 2000 roku i ta rozpoczęta w październiku 2007 roku - wyprzedziły szczyty wzrostów Goldman Sachs Commodity Indeks o kolejno 8 i 9 miesięcy:

 

 

 

 

Warto przy okazji zauważyć, że w naszym kraju średnie "przesunięcie w fazie" pomiędzy dynamiką PKB a dynamiką CPI wynosiło w okresie minionych kilkunastu lat ok. 11 miesięcy (dla szczytów średnio 10 miesięcy).

  

 

 

 

Od pół roku wiadomo, że dynamika roczna złożonego indeksu wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej liczonego dla Polski przez OECD sugeruje szczyt fazy ożywienia gospodarczego w naszym kraju w okolicach czerwca tego roku. Oczywiście to tylko jedno z wielu możliwych oszacowań, ale gdyby potraktować je poważnie, to otrzymalibyśmy na podstawie przedstawionej powyżej zależności kwiecień 2012 roku jako oczekiwany termin osiągnięcia maksimum inflacyjnego cyklu w naszym kraju. Można to porównać z szacunkami robionymi w tym miejscu  pół roku temu: "Tempo inflacji w 2012 roku powyżej 5 proc.?".

 

 

Kiedy wyczerpie się impuls wzrostowy?

bialek.wojciech

W ciągu minionych nieco ponad 2 lat, które upłynęły od dna poprzedniej bessy, reprezentujący ceny akcji małych i średnich spółek notowanych na amerykańskich giełdach indeks Russell 2000 zyskał na wartości ponad 150 proc. i w zeszły piątek ustanowił nowy historyczny rekord. Tym samym po prawie 4 latach pokonany został poprzedni najwyższy w historii tego indeksu poziom ustanowiony 13 lipca 2007 roku. Co ciekawe, nie był to w okresie minionego pokolenia rekord długości oczekiwania na nowe historyczne maksimum tego indeksu. Dłużej, bo ponad 4 lat Russell 2000 pozostawał poniżej poziomu historycznego rekordu pomiędzy marcem 2000 a kwietniem 2004. Co ciekawe indeks zdołał się wtedy w kwietniu 2004 utrzymać powyżej poziomu z marca 2000 jedynie przez jedną sesję, a trwalsze - na następne 3 lata - pokonanie rekordu ustanowionego w szczycie hossy "internetowej" nastąpiło dopiero 7 miesięcy później. Na poniższym rysunku zaznaczono ten i poprzednie epizody wygrzebywania się Russella 2000 z dna bessy na nowe historyczne szczyty.

 

 

Oczywiście w sposób naturalny nasuwa się pytanie o to, jak rynek akcji w USA zachowa się w trakcie kolejnych dni, tygodni i miesięcy po tym rekordzie i jakie to będzie miało ewentualne przełożenie na GPW. Poszukując odpowiedzi na to pytanie proponuję przyjrzeć się stylowi w jakim ta wspinaczka do nowego rekordu została przez indeks Russell 2000 wykonana w okresie minionych ponad 2 lat.

 

   

Jak widać nastąpiło to w dwóch impulsach, których dynamika stopniowo gasła/gaśnie, co na wykresie indeksu wytworzyło/wytwarza charakterystyczny kształt formacji "wachlarza". Na powyższym wykresie wyróżniłem trzy daty. Dlaczego właśnie one? Otóż były to daty trzech kluczowych decyzji w polityce pieniężnej FED z okresu mionionych trzech lat. Tak to zostało ujęte na stronie nowojorskiego FED:

 

"On March 18, 2009, the FOMC announced a longer-dated Treasury purchase program with a different operating goal, to help improve conditions in private credit markets.

On August 10, 2010, the FOMC directed the Open Market Trading Desk at the Federal Reserve Bank of New York to keep constant the Federal Reserve’s holdings of securities at their current level by reinvesting principal payments from agency debt and agency mortgage-backed securities in longer-term Treasury securities.

On November 3, 2010, the FOMC decided to expand the Federal Reserve's holdings of securities in the SOMA to promote a stronger pace of economic recovery and to help ensure that inflation, over time, is at levels consistent with its mandate."

  

Decyzja z marca 2009 o rozpoczęciu przez FED skupu papierów wartościowych zbiegła się w czasie z początkiem trwającej do tej pory cyklicznej hossy, natomiast ogłoszenie dwu kolejnych tego typu kroków w sierpniu 2010 (decyzja o reinwestowaniu środków pochodzących z wykupu zapadających papierów) i listopadzie 2010 (zwiększenie skali skupu o 600 mld USD) towarzyszyła początkowi drugiej fali wzrostów cen akcji. Widać wyraźnie, że pomiędzy początkiem interwencji FED (marzec 2009) a jej drugim etapem minęło prawie 1,5 roku. Można podejrzewać, że drugi etap "quantitative easing" w wykonaniu FED został zainicjowany, w momencie, w którym władze rezerwy Federalnej przestraszyły się (celowe używam tu określenia odnoszącego się do emocji; do tego wątku będę jeszcze chciał wrócić w przyszłości), że faza ożywienia gospodarczego zaczyna wyraźnie słabnąć. Odbiciem tego słabnięcia na rynkach były oczywiście spadki cen akcji, który rozpoczęły się kwietniu.

Cały cykl - od początku pierwszej interwencji z marca 2009 aż do początku drugiej z sierpnia 2010 trwał niecałe 1,5 roku. Obecnie znajdujemy się w cyklu kolejnym zainicjowanym decyzjami FED ogłoszonymi w sierpniu i listopadzie 2010. Porównajmy sobie dynamikę S&P 500 w obu cyklach:

 

 

 

Jak widać drugi cykl rynkowy rozpoczęty pod koniec sierpnia ub. r. ma wyraźnie słabszą dynamikę niż cykl zainicjowany ponad 2 lata temu. Nie chcę tutaj wnikać w przyczyny tego zjawiska. Chciałbym natomiast wykorzystać przebieg pierwszego cyklu na S&P 500 (marzec 2009-sierpnień 2010) do konstrukcji prognozy dla cyklu, w którym znajdujemy się obecnie. Oto ona:

 

 

Na powyższym rysunku znalazła się "projekcja" wartości S&P 500 mniej więcej do końca tego roku utworzona w oparciu o założenie, że trajektoria (celowo używam tu pojęcia z zakresu balistyki) indeksu w obecnym cyklu (związanym z QE2) będzie zbliżona do trajektorii indeksu w cyklu poprzednim (związanym z QE1) przy uwzględnieniu obserwowanej w okresie minionych ponad 8 miesięcy różnicy w dynamice.

Gdybyśmy tę "projekcję" potraktowali poważnie, to przełożyłoby się to na oczekiwania stopniowego wzrostu wartości S&P 500 o kolejne kilka procent gdzieś do początku lipca (patrz  np. początek lipca 4 lata temu czyli w 2007 roku). Potem nadeszłaby korekta porównywalna co do skali z tą z listopada 2010 czy też lutego-marca 2011. Kolejnym etapem byłby wtórny wzrost (być może nawet powyżej poziomu 1400 pkt.) trwający do października (ponownie patrz wzrost sierpień-październik 2007). Gdzieś pod koniec października mielibyśmy odpowiednik "flash crash" z 6 maja ubiegłego roku, a cały IV kwartał przypominałby II kw. 2010, kiedy inwestorzy pozbywali się akcji bojąc się eskalacji kryzysu strefy euro (czy wtedy rozgrywana byłaby kwestia restrukturyzacji greckego długu?).

Zróbmy jednak krok dalej. Skoro mamy już projekcję dla S&P 500 do końca tego roku to wykorzystajmy zależność łączącą WIG-20 z tym amerykańskim indeksem zilustrowaną na poniższym rysunku:

   

 

Bazując na powyższej prawidłowości i uwzględniając przedstawioną wcześniej "projekcję" dla S&P 500 otrzymujemy analogiczna "projekcję" dla WIG-u 20:

   

 

 

Tak skonstruowana "projekcja" dla WIG-u 20 okazała się raczej mało ekscytująca i rozczarowująca zarówno dla "byków" (projekcja zbliża się zaledwie do poziomu 3000 pkt. w październiku) jak i "niedźwiedzi" (WIG-20 spada nieco poniżej 2800 dopiero pod koniec roku). Zapewne rzeczywisty przebieg WIG-20 będzie się jakoś oplatał wokół tego wzorca.

Osobiście wykonane powyżej ćwiczenie traktuję jako potwierdzenie wynikających po części z koncepcji "cyklu prezydenckiego" formuł "2011=2007" czy "2011=1999". W obu przypadkach mieliśmy do czynienia z lipcowym początkiem spadku (choć w szczegółach przebieg późniejszych zniżek był odmienny).

Wybiegając nieco w przyszłość można zauważyć, że z obu przedstawionych formuł wynika, że "2012=2008" i "2012=2000". Wygląda to obiecująca dla "niedźwiedzi", ale warto pamiętać, że z przedstawionej powyżej cykliczności interwencji FED wynika, że do kolejnej - QE2,5? - powinno dojść na przełomie tego i następnego roku. Powinna ona dać początek kolejnemu - choć ponownie słabszemu od poprzednika - "wachlarzowi" na indeksach amerykańskich akcji. Należy liczyć się więc z tym, że poważniejsze załamanie cen akcji na Wall Street (a zapewne i gdzie indziej) może opóźnić się aż do drugiej połowy przyszłego roku.  

Czy należy przejmować się RPP?

bialek.wojciech

W ostatnim kwartalnym Raporcie na temat alokacji aktywów opublikowanym pod koniec marca przedstawiłem pięć "projekcji" przebiegu wartości WIG-u opartych na różnego rodzaju metodach "synchronizacji" obecnego cyklu gospodarczo-giełdowego z poprzednimi. Cztery z tych projekcji można uznać za bardzo optymistyczne.

Zgodnie z pierwszą z nich - opartą na uśrednionym przebiegu WIG-u w okresach po wejściu polskiej gospodarki w inflacyjną fazę ożywienia - indeks powinien - jeśli obecny cykl miałby okazać się "typowy" - osiągnąć gdzieś w okresie od końca III kw. tego roku do końca I kw. 2012 strefę 64000-69000 punktów (ponad 30 proc. powyżej obecnych poziomów), gdzie trwająca od ponad 2 lat cykliczna hossa uległaby zakończeniu, a rozpoczęłaby się cykliczna bessa. Obecna wartość tej "projekcji" znajduje się o 3,9 proc. powyżej rzeczywistej wartości WIG-u.

 

 

Druga "projekcja" oparta na uśrednionym przebiegu WIG-u w okresach po osiągnięciu w poprzednich cyklach 4,4 proc. dynamiki PKB (to jest tempo wzrostu PKB, które według GUS osiągnięte zostało przez polską gospodarkę w IV kw. ub. r.). W tym przypadku WIG znajduje się praktycznie "na ścieżce" (różnica wynosi 0,5 proc.), która - podobnie jak w poprzednim przypadku - prowadzi do poziomu przekraczającego 60000 punktów, który powinien zostać osiągnięty gdzieś w IV kw. tego roku. W tej projekcji późniejsza bessa przyjmuje wyjątkowo mało "zjadliwą" formę, ale tym niekoniecznie się należy specjalnie sugerować - ostrożność nakazuje przyjęcie założenia, że wiarygodność tego typu projekcji spada proporcjonalnie do ich czasowego horyzontu.

 

 

Punktami, które posłużyły do konstrukcji trzeciej "projekcji" były momenty, w których zakręcała w dół - zapowiadając z dużym wyprzedzeniem nadejście spowolnienia gospodarczego - roczna dynamika indeksu wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej obliczana na polskiej gospodarki przez OECD. Tu WIG pozostaje w tyle za "projekcją" aż o 10 proc., ale nie należy raczej wyciągać z tego zbyt daleko idących wniosków: tak naprawdę nie wiadomo, czy takie zjawisko należy traktować jako sygnał "niedowartościowania" WIG-u, które niebawem zostanie zlikwidowane przez wzrost cen akcji, czy też jako dowód słabości obecnego cyklu, która w przyszłości zostanie utrzymana, a nawet pogłębiona. I ta "projekcja" prowadzi do podobnego co dwie poprzednie wniosku: wartość WIG-u - zanim indeks ten wejdzie w następną cykliczną bessą - powinna pod koniec roku - gdzieś w okolicach wyborów do Sejmu i Senatu - przekroczyć poziom 60 tys. punktów.

 

 

Czwarta projekcja oparta jest na nieco odmiennych przesłankach, gdyż tylko w jej przypadku mechanizm "synchronizacji" ma egzogeniczny charakter, gdyż jest nim 4-letnia cykliczność stóp zwrotu na rynkach finansowych zdominowanych w przeszłości przez działania FED, cykliczność będąca konsekwencją kalendarza politycznego w USA.

 

 

W tym przypadku WIG jedynie nieznacznie przekracza za 5 miesięcy poziom 60000 punktów, po czym przeżywa jesienią sezonową korektę. Hossa kończy się jednak dopiero gdzieś pod koniec I kw. przyszłego roku w okolicach poziomu historycznego maksimum WIG-u z 6 lipca 2007 znajdującego się na poziomie 67568,5 pkt. Obecnie WIG znajduje się 3,8 proc. powyżej projekcji opartej na przebiegu "cyklu prezydenckiego".

Wszystkie te 4 przedstawione "projekcje" wartości WIG-u od dawna miały bardzo optymistyczną wymowę sugerując kontynuację wzrostów przynajmniej do drugiej połowy roku i osiągnięcie przez WIG poziomów znacznie wyższych niż te obserwowane podczas konsolidacji cen akcji trwającej od października 2010 do marca 2011.

Zachowanie krajowych cen akcji, które opuściły ostatnio górą tę strefę konsolidacji można uznać za mniej więcej zgodne z sugestiami płynącymi z tych "projekcji".

Ostatni Raport na temat alokacji aktywów zawierał również 5-tą "projekcję". Oparta była ona na "synchronizacji" obecnego cyklu z poprzednimi opartej na datach pierwszych w danym cyklu podwyżek stóp RPP. Można uznać tę  "projekcję" za "zmodernizowaną" wersję  wcześniejszych rozważań na temat ewentualnego wpływu podwyżek stóp RPP na GPW ( Kiedy RPP zrobi bessę?).

 

 

 

 

Nie ma sensu na tą "projekcją" zbytnio się rozwodzić, gdyż po wtorkowej decyzji RPP możemy już sobie zrobić uaktualnioną wersję wykonaną na podstawie uśrednionego przebiegu wartości WIG-u w okresach po drugich w danym cyklu podwyżkach stóp RPP. Oto ona:

         

 

Przebieg tej "projekcji" nie zostawia to zbyt dużego pola do interpretacji. RPP podnosząc stopy po raz drugi właśnie "zrobiła" cykliczną bessę na GPW. Spadek cen akcji o -20 proc. w ciągu niecałego 1,5 roku, to oczekiwany "koszt" wtorkowego ruchu RPP.  

To wszystko brzmi bardzo niepokojąco, ale należy pamiętać, że ta bardzo pesymistyczna "projekcja" oparta została na zachowaniu rynku akcji w 3 ostatnich cyklach (1998-2001, 2001-2005 i 2005-2009). W dwu z nich drugie - w danym cyklu - podwyżki stóp RPP następowały rzeczywiście tuż przez początkami największych załamań cen akcji na GPW z okresu minionych 16 lat (23 lutego 2000 oraz 27 czerwca 2007). Mamy jednak również trzeci przypadek - podwyżkę stóp z 28 lipca 2004 (wtedy też Rada przestraszyła się drożejącego cukru), po której na rynku akcji nie nastąpiła żadna katastrofa. Co prawda formalnie od kwietnia 2004 do maja 2005 WIG znajdował się w cyklicznej bessie, ale przyjęła ona niezwykle łagodną postać "pędzącej" korekty i w efekcie po drugiej podwyżce stóp RPP ceny akcji łagodnie zwyżkowały przez 10 miesięcy, a potem nadeszła kolejna cykliczna hossa. Osobiście sądzę, że jakkolwiek prawdopodobieństwo - oszacowane na tej tylko podstawie - wystąpienia na rynku akcji większego dramatu wynosi aż 2/3, to jednak zastosowanie "zasady zmienności znacząco je w praktyce redukuje.

To ostatnie zastrzeżenie nie eliminuje jednak całkiem jednoznacznej sprzeczności pomiędzy czterema pierwszymi przedstawionymi powyżej "projekcjami", zgodnie z którymi bessa rozpocznie się najwcześniej pod koniec lata i to z poziomów wyższych niż obecne o przynajmniej 20 proc., a projekcją ostatnią, który sugeruje, że na pozbycie się akcji przed początkiem silnego załamania cen został co najwyżej miesiąc.

Jak poradzić sobie z tą sprzeczności wskazań poszczególnych narzędzi? Oto jest pytanie!

 

© Blog Wojciecha Białka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci