Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Archiwum
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 08 kwietnia 2016

Rafał Hirsch z Gazeta.pl dokonał w tym tygodniu zaskakującego odkrycia, że "Kiedy rządzi PiS, bezrobocie nie rośnie. To się jeszcze nigdy nie zdarzyło". Próbka statystyczna jest dosyć uboga - PiS rządził wcześniej raptem 2 lata (2005-2007 w koalicji) i przez minione pół roku, ale rzeczywiście już drugi raz PiS dochodzi do władzy w 2 lata po cyklicznym (w ramach cyklu inwestycji w środki trwałe czyli cyklu Juglara) szczycie stopy bezrobocia (odpowiednio 2003 i 2013). W ten schemat można nawet próbować włączyć centro-prawicowy rząd AWS, który powstał w 1997 roku, a więc w 3 lata po cyklicznym szczycie stopy bezrobocia z lipca 1994 roku. AWS miała o tyle pecha, że nie zdążyła stracić władzy przed wejściem stopy bezrobocia w fazę wzrostową co nastąpiło w sierpniu 1998 po kryzysie rosyjskim i do następnych wyborów w 2001 roku stopa bezrobocia zdążyła wzrosną o ok. 6,5 pkt. proc. (a AWS w ogóle nie weszła do Sejmu). Ale generalnie można pokusić się o uogólnienie, że "centro-prawica" dochodzi w Polsce do władzy w 2-3 lata po cyklicznym szczycie stopy bezrobocia. 

Nas tu od polityki znacznie bardziej interesuje zachowanie rynków, a tym co wpływa na jedno i drugie jest oczywiście stan gospodarki. Tekst Rafała Hirscha przypomniał mi moje ubiegłoroczne próby prognoz wysokości stopy bezrobocia w USA i Polsce. Dla Stanów Zjednoczonych koniec trwającej od października 2009 roku  fazy spadku stopy bezrobocia wyszedł mi w okresie wrzesień 2016-luty 2017 na poziomie 5,1 proc. Tymczasem już w styczniu i lutym tego roku stopa ta spadła do 4,9 proc. (w marcu wyniosła 5 proc.). Jeśli chodzi o nasz kraj to różne zabawy historią dały projekcję dołka stopy bezrobocia w październiku 2017 roku na poziomie 7,25 proc. 

Chciałbym ponownie przyjrzeć się stopie bezrobocia w Polsce, by sprawdzić, czy przypadkiem podobnie jak to się stało w USA, nie zanosi się u nas na silniejszy niż wcześniejsze oczekiwania spadek stopy bezrobocia.

Proponuję wyjść od zachowania stopy bezrobocia w okresie typowego sezonowego wzrostu stopy bezrobocia, związanego ze spadkiem aktywności gospodarczej czyli w okresie październik 2015-luty 2016. W tym czasie stopa bezrobocia wzrosła o 0,7 pkt. proc. W okresie minionych 20 lat było 5 przypadków podobnego do obserwowanego obecnie sezonowego wzrostu stopy bezrobocia. W ciągu 4 miesięcy pomiędzy październikiem a lutym stopa bezrobocia rosła o 0,8 pkt. proc. w latach 1995/1996, o 0,7 pkt. proc. w latach 2004/2005, o 0,7 pkt. proc. w latach 2005/2006. o 0,9 pkt. proc. w latach 2013/2014 oraz o 0,6 pkt. proc. w latach 2014/2015. 

 


Po każdym z takich sygnałów stopa bezrobocia sezonowo spadała w ciągu następnych 8 miesięcy (do października) o 2,3 pkt. proc. (1996), 2,1 pkt. proc. (2005), 3,1 pkt. proc. (2006), 2,6 pkt. proc. (2014) oraz 2,3 pkt. proc. (2015). Obecnie tylko jakiś potężny kataklizm mógłby zapobiec podobnemu ruchowi w ciągu najbliższego półrocza. 

 


 

Co więcej w każdym z tych przypadków do sierpnia dochodziło do spadku wysokości stopy bezrobocia o przynajmniej 1,7 pkt. proc.

 

 

W lutym tego roku stopa bezrobocia wynosiła 10,3 proc. Spadek do sierpnia o 1,7 pkt. proc. da stopę bezrobocia na poziomie 8,6 pkt. proc. Gdyby tak się stało, to byłby to poziom o 0,2 pkt. proc. niższy od dołka stopy bezrobocia z października 2008. Tym samym stopa bezrobocia w Polsce osiągnęłaby najniższy poziom od 1991 roku. Projekcja wysokości stopy bezrobocia oparta na powyższych rozważaniach przedstawiona została na poniższym obrazku:

 


 

Z powyższy rozważań płynie następujący wniosek: z bardzo dużym prawdopodobieństwem pomiędzy sierpniem a październikiem tego roku stopa bezrobocia w Polsce osiągnie najniższy poziom od ćwierć wieku. Ze względu na początek spadku bezwzględnej wielkości liczby obywateli Polski w przyszłej dekadzie (poniżej tych 38 milionów, do których się przyzwyczailiśmy) najprawdopodobniej stopa bezrobocia wznowi wtedy spadek do bardzo niskich poziomów, ale to już temat na inną okazję. 


12:25, bialek.wojciech
Link Komentarze (101) »
piątek, 01 kwietnia 2016

W związku z wydaniem 6-tysięcznego numeru Parkiet zapytał w tym tygodniu analityków o to, kiedy WIG-20 osiągnie poziom 6000 pkt. Odpisałem, że w 2024 roku. Wypada wytłumaczyć się nieco szerzej z tej odpowiedzi. 

Osiągnięcie przez WIG-20 poziomu 6000 punktów wymagałoby mniej więcej 3-krotnego wzrostu indeksu z obecnych poziomów. 

Wydaje się, że taki wzrost byłby możliwy tylko w warunkach silnej hossy na rynkach "wschodzących". W sięgającej 1988 roku historii indeksu MSCI Emerging Markets były dwa takie okresy: od lat 80-tych do 1994 roku oraz lata od lata 2001(3)-2007. Zarówno w latach 1988-1994 jaki w latach 2001(3)-2007 dolarowy MSCI EM Index rósł ponad 5-krotnie. 

 

 

Nie wiemy jak zachowywałby się WIG-20 w latach 1988-1994, bo historia tego indeksu zaczyna się w 1994 roku, ale na podstawie doświadczeń z lat 2001(3)-2007 można założyć, że gdyby MSCI Emerging Markets Index (USD) znowu wszedł w podobną wieloletnią hossę, to (dolarowy) WIG-20 dotrzymałby mu kroku:

 

 

Co prawda w ostatnich latach WIG-20 zaczął tracić dystans względem MSCI EM Index, ale proponuję założyć, że nawet, gdyby ta tendencja się nadal utrzymywała, to hipotetyczny typowy 5-krotny wzrost dolarowego MSCI EM przełożyłby się na przynajmniej 3-krotny wzrost złotowego WIG-u 20. Innymi słowy problem WIG-20 na poziomie 6000 punktów proponuję sprowadzić do kwestii wyznaczenia terminu nowej super-hossy na MSCI Emerging Markets Index.

Dwa ostatnie szczyty takiej super-hossy na rynkach wschodzących wypadły w 1994 oraz 2007 roku, 13-letnia odległość pomiędzy tymi szczytami, to po prostu podwójny cykl 6,(66)-letni. Odkładając kolejne 13 lat od 2007 roku otrzymujemy rok 2020 jako orientacyjny szczyt kolejnej super hossy. Ponieważ w poprzednich cyklach takie silne "rynki byka" trwały przynajmniej 4 lata (2003-2007), to obecne wzrosty należałoby potraktować jako początek kolejnej takiej fali wzrostów. 

Oczywiście wyciąganie wniosków na temat zachowania rynku na podstawie raptem dwu poprzednich cykli (w tym jednego niepełnego) to ryzykowana zabawa. Próbując dowiedzieć się, co się działo z cenami akcji na rynkach peryferyjnych przed 1988 roku (początkiem MSCI Emerging Markets Index) zrobiłem sobie (denominowany w dolarach) indeks oparty na kilku indeksach rynków, które pokolenie temu od biedy można by było uznać za "wschodzące", a które w latach 80-tych były obliczane i publikowane. Wziąłem indeksy giełd w Korei Południowej, Hongkongu, Singapurze, Tajwanie, Tajlandii oraz Brazylii. Indeks trochę za bardzo ciąży w stronę Azji, ale ponieważ od 1988 roku ładnie koreluje z faktycznym MSCI Emerging Markets Index (USD), to można uznać, że stanowi dobre przybliżenie zachowania cen akcji na rynkach peryferyjnych przed 1988 rokiem. 

 


 

Co się okazało? Po pierwsze, że ta domniemana 13-letnia cykliczność do miraż, bo żadnego istotnego szczytu cen akcji na rynkach wschodzących klasy tych z 1994 i 2007 w okolicach 1981 roku nie można się dopatrzyć. Mamy ważny szczyt w 1978 roku, więc poprzednią tezę o 13-letniej cykliczności można by złagodzić: szczyty cen akcji po silnych hossach na rynkach peryferyjnych mają tendencję do występowania co 13-16 lat, ale nie brzmi to jakoś specjalnie przekonująco. 

Z punktu widzenia cyklu pokoleniowego jesteśmy w 7 lat po dołku pokoleniowego kryzysu, czyli w takiej sytuacji jak w 1982 roku. Powyższy indeks skończył bessę pod koniec 1982 roku i w ciągu następnych niecałych 5 lat wzrósł ponad 5-krotnie (w USD). Powtórka w obecnych realiach dałoby to kolejny istotny szczyt cen akcji (przed kraszkiem takim jak w październiku 1987 roku) w 2021 roku. 

Jak jednak odpowiadając na pytanie Parkietu wskazałem nie na rok 2020, ale na rok 2024. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że na podstawie obserwowanej w ostatnich latach zależności pomiędzy cenami akcji na rynkach peryferyjnych a cenami surowców, zakładam, że do silnej kilkuletniej hossy na EM potrzebna byłaby silna kilkuletnia hossa na rynku surowców. Takiej w miarę silnej hossy na rynku surowców spodziewam się zaś dopiero w latach 2020-2025.

 

 

Powyższa prognoza jest oparta na dwu założeniach. Po pierwsze, że z punktu widzenia cyklu pokoleniowego ceny surowców są w podobnej sytuacji jak w 1982 roku (8 lat po pokoleniowych szczytach cen surowców z 1974 i 2008 roku). Po drugie z punktu widzenia cyklu Kuznetsa, Goldman Sachs Commodity Index jest obecnie w podobnej sytuacji do tych z 1982 roku oraz 1998 roku (8 lat po "kuznetsowych" szczytach tego cyklu z 1974, 1990 i 2008 roku; patrz strzałki na powyższym obrazku). 

 

Zachowanie GSCI w latach 1982-1986 i w latach 1998-2001 było nieco odmienne - w pierwszym przypadku słaby wzrost i później silny spadek, w drugim przypadku silny wzrost a później słabszy spadek), ale wypadkowa tych scenariuszy sugeruje obecnie 2 lata surowcowej hossy (2016-17), a następnie 2 lata kasującej cały ten wzrost bessy (2018-2019).

W okolicach 2020 roku rynek surowców powinien znaleźć się w sytuacji podobnej do tych z lat 1986 i 2001, czyli już po bankructwach tych producentów surowców, którzy nie wytrzymali przedłużającego się okresu niskich cen, i można będzie oczekiwać silnej fali wzrostów na rynkach towarowych podobnej do tych z lat 1986-1990 i tych z lat 2001-2008. Wywołane taką hossą na rynkach surowców silne wzrosty cen akcji na rynkach peryferyjnych powinny kulminować przed końcem hossy surowcowej (patrz latach 2007-2008) czyli w mojej ocenie w okolicach 2024 roku. 



14:21, bialek.wojciech
Link Komentarze (97) »
piątek, 25 marca 2016

Dosyć jednoznaczne sygnały wyjścia WIG-u z dołka cyklu Kitchina, o których wspomniałem przed tygodniem:

 

 

... pozwalają stworzyć nową projekcję dla WIG-u. Można jednak podejrzewać, że całkiem mechaniczne podejście nie da wiarygodnego rezultatu, z powodu wyraźnie niższej zmienności występującej na naszym rynku akcji obecnie w porównaniu do tej z przeszłości. Widać to na poniższym obrazku, na którym umieszczono ścieżki WIG-u wokół kitchinowych dołków ze stycznia 2016, lutego 2009, października 2001 i października 1998. Obecna ścieżka wyróżnia się wyraźnie znacznie mniejszą dynamiką. 

 


 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 3 historycznych ścieżek będzie z tego powodu wyglądać mało realistycznie najprawdopodobniej zawyżając przyszłą wartość WIG-u:

 


 

Można sobie z tym próbować radzić zauważając że projekcja osiąga we wrześniu 13-miesięczne maksimum i wchodzi w korektę, a w obecnych warunkach 13-miesięczne maksimum WIG-u we wrześniu pojawi się po osiągnięciu poziomów z sierpnia ub. r. czyli powiedzmy poziomu 51000 pkt, a nie 67000 pkt. sugerowanych przez mechaniczną projekcję. Zilustrowałem to na powyższym obrazku. 

 

Istnieje jednak bardziej elegancki sposób poradzenia sobie z tym problemem. Mam na myśli regresyjny model wartości WIG-u oparty na indeksie stworzonym przez uśrednienie zachowania indeksu wokół kitchinowych dołków z października 1998, października 2001 oraz lutego 2009. Jedna z tak utworzonych projekcji przedstawiona jest poniżej. Jak widać we wrześniu trafia ona raptem do okolic poziomu 51200 pkt, a wiosną 2018 dociera jedynie do poziomów szczytów hossy z maja ub. r. 

 


Powyżej napisałem, że jest to jedna z projekcji, bo podobnych można niestety uzyskać wiele wybierając okres czasu, na podstawie którego utworzony ma być model. W powyższej projekcji bazą dla modelu  było zachowania WIG-u w okresie obejmującym poprzedni pełny cykl hossa bessa. Jak widać jedną z wad tego modelu jest bardzo szeroki przedział ufności (90%). 

 

Współczynnik determinacji (R2) tego modelu mierzący jego dopasowanie do rzeczywistości wynosi 0,72 i można próbować go powiększyć skracając okres "nauki".  Ograniczając się do czasu po ustanowieniu ostatniego cyklicznego szczytu WIG-u z maja ub. r. .uzyskujemy poniższą wersję nieco bardziej optymistyczną niż poprzednia (R2=0,88)

 


 

Myślę, że zaprezentowana wyżej podejście stanowi krok naprzód w stosunku do prostej metody stosowanej dotychczas. 

Oczywiście żaden z tych 3 podpowiadanych przez rynek historycznych precedensów dla obecnej sytuacji nie jest jej doskonałym powtórzeniem. Każdy ma swoje zalety (dołki z 1998 i 2016 roku łączy cykl Kuznetsa; dołki z 2001, 2009 i 2016 łączy cykl 6,(66)) i swoje wady. Mnie intuicja podpowiada, że najlepszym z tej trójki wzorcem jest najsłabszy nich czyli ten z 2001 roku. Przyjęcie takiego scenariusza (do maja WIG rośnie lekko powyżej szczytów z września-października ub. r., potem dystrybucja do września i wreszcie wtórne tąpnięcie do stycznia 2017) daje miejsce dla kolejnego osłabienia na giełdach w drugiej połowie roku, które to osłabienie nawet umożliwiałoby zejście indeksów niektórych rynków do nowych minimów. Tak było w 2002 roku, kiedy to rynki rozwinięte trapione bankructwami w sektorze informatycznym i telekomunikacyjnym (WorldCom) spadły do nowych minimów bessy, zaś "Emerging Markets" obroniły dołki bessy z jesieni 2001 roku. Najgorsze w historii otwarcie roku na Wall Street sugeruje, że w drugiej połowie roku istnieje możliwość nawrotu słabości na rynkach rozwiniętych. Jakaś forma powtórki wariantu przerabianego w latach 2001-2002 mogłaby być rozsądnym kompromisem. 


12:12, bialek.wojciech
Link Komentarze (91) »
piątek, 18 marca 2016

Najsłabsze otwarcie roku w historii na S&P 500, groźba bankructw w amerykańskim sektorze wydobywczym i nawrót słabości w - zapewne zaangażowanym w finansowanie "rewolucji łupkowej" - sektorze bankowym w krajach rozwiniętych skłoniły FED do zmniejszenia siły nacisku na monetarny hamulec. W porównaniu do grudniowych prognoz członkowie FOMC obniżyli w środę swoje oczekiwania co do wysokości przyszłych stóp procentowych na koniec tego roku o mniej więcej pół punktu procentowego:

 

 

Wystarczyło to do wygenerowania bardzo optymistycznie wyglądających sygnałów na ropie naftowej (pisałem o tym przed tygodniem), MSCI Emerging Markets Index (na 7 takich sygnałów 6 sygnalizowało wyjście z dołka):


 

 

... oraz na WIG-u:

 

 

Podrożały nawet gwałtownie akcje takich wydobywczych gigantów  wskazywanych jeszcze w styczniu jako kandydaci do bankructwa jak firma Chesapeake:

 

 

Umocnił się oczywiście również złoty, a skala spadku średniego kursu euro i dolara względem złotego w okresie minionych 2 miesięcy okazała się największa od dołka poprzedniego cyklu Kitchina z 2012 roku:

 

 

Takie umocnienie złotego następujące po podobnym osłabieniu oznacza powrót na polski rynek zagranicznego kapitału, więc zobaczmy te same sygnały na wykresie WIG-u:

 


 

Na 8 sygnałów 6 było dobrymi (przynajmniej w krótkoterminowej perspektywie) sygnałami kupna, ten z lutego 2012 roku okazał się miesiąc później  krótkoterminową pułapką, ale w średnim terminie WIG urósł i jedynie sygnał z grudnia 2000 roku był jednoznaczną katastrofą z punktu widzenia posiadaczy akcji. 

Wydaje się, że obecnie można bać się już tylko analogii właśnie z grudniem 2000 roku. Dlaczego? Ano z 3 powodów. Po pierwsze pod koniec 2000 roku ustanowiony został pobity w styczniu poprzedni rekord liczby kolejnych spadkowych miesięcy na WIG-u 20. Po drugie pękanie bańki inwestycyjnej w Chinach rymuje się w ramach cyklu 6,(66)-letniego z analogicznymi procesami na rynku obligacji hipotecznych w USA w latach 2007-2009 oraz w sektorze informatycznym i telekomunikacyjnym z lat 2000-2002. I po trzecie ścieżka Shanghai Composite z ostatnich lat koreluje na poziomie ponad 0,9 ze ścieżką Nasdaq Composite z lat 1999-2000, o czym wspominałem 2 tygodnie temu

Shanghai Composite jest obecnie 9 miesięcy po początku krachu z czerwca 2015 dokładnie tak jak Nasdaq Composite w grudniu 2000 (czyli w momencie generowania podobnego do obecnego sygnału na złotym, nad którym się rozwodzę) był 9 miesięcy po początku swojego krachu z marca 2000...

 


 

Osobiście jestem od kilku lat wielkim zwolennikiem Chinageddonu, choćby z powodów geopolitycznych (zapadnięcie się gospodarcze Chin zwolniłoby USA z przykrego obowiązku toczenia w przyszłości wojny o kontrolę nad Morzem Południowochińskim, tak jak zapaść Japonii zlikwidowała potrzebę konfliktu amerykańsko-japońskiego, do którego słabi w prognozowaniu przyszłości  Amerykanie już się zaczynali ćwierć wieku temu szykować. W takim scenariuszu USA mogłyby się zająć realizacją jakiś bardziej pożytecznych z naszego punktu widzenia zadań. Z drugiej strony Chinageddon nie zając i nie ucieknie, a ewentualna gołębia ścieżka FED w najbliższym czasie pomogłaby w wypełnieniu się  wielu zależności, o których tu pisuję.

Jakkolwiek więc powtórkę z grudnia 2000 roku uznaję za scenariusz niezbyt obecnie prawdopodobny, to jednak warto zachować czujność i dzień nadal rozpoczynać od zerknięcia na zachowanie kursu juana względem dolara. Gdyby Chiny miały wracać na chinageddoniczny kurs zapewne najpierw znajdzie do odzwierciedlenie w zachowaniu tamtejszej waluty. Na razie juan kontynuuje rozpoczętą na początku stycznia aprecjację. 


 


14:08, bialek.wojciech
Link Komentarze (81) »
piątek, 11 marca 2016

Podczas wczorajszej konferencji prasowej po posiedzeniu ECB szef banku stwierdził, że czwartkowa obniżka stóp była już ostatnią w obecnym cyklu. Reakcja rynków była zaskakująca. O ile wcześniej akcje gwałtownie drożały a euro gwałtownie słabło w reakcji na podjęte przez ECB decyzje (obok obniżki stopy refinansowej do zera i depozytowej do -0,4 proc. zwiększenie z 60 do 80 mld euro skali comiesięcznego skupu aktywów oraz włączenie obligacji korporacyjnych do skupowanych instrumentów), o tyle po sławach Mario Draghiego doszło do gwałtownej zmiany trendu na rynkach. 

Napisałem, że reakcja była zaskakująca, bo historia poucza, że ostatnie w danym cyklu obniżki stóp ECB, były doskonałymi okazjami do zakupów akcji. Zilustrowałem to na przykładzie WIG-u na poniższym obrazku:


 

Odnosząc zachowanie WIG-u po poprzednich ostatnich w danym cyklu obniżkach stopy refinansowej ECB do obecnej sytuacji otrzymujemy sugestię, że gdyby czwartkowa obniżka stóp rzeczywiście była ostatnią w tym cyklu, a zależności z przeszłości nadal pozostawały w mocy, to za ponad 3 miesiące WIG będzie powyżej poziomu 55000 pkt., a na początku przyszłego roku będzie w okolicach 70000 pkt. 

 

 

Niezależnie od tego za jak bardzo nierealistyczny uznamy powyższy wniosek, jednoznacznie pokazuje on, że zakończenie przez ECB serii obniżek stóp było historycznie świetną informacją dla rynku akcji. Dlaczego? Z oczywistego powodu: ECB obniża stopy, gdy boi się narastającej deflacji. Rynki akcji nie lubią deflacji, bo zwykle źle wpływa ona na zyski. ECB przestawał w przeszłości obniżać stopy, gdy uznawał, że ryzyko dalszego pogłębiania się deflacji zanikło. Rynki akcji dochodząc do tego samego wniosku wchodziły w silną hossę. 

Jeśli obecnie presja deflacyjna w strefie euro zelżeje,  a potem zmieni się w presję inflacyjną, to ECB nie będzie już dalej obniżał stóp, a rynki akcji zareagują wzrostami tak jak poprzednio.

Oczywiście pozostaje pytanie, czy Mario Draghi deklarując koniec obniżek dzielił się z nami jedynie swoimi pobożnymi życzeniami, że nie będą już one potrzebne, bo zagrożenie pogłębieniem deflacją zaniknie, czy też jego stwierdzenie oparte było na pogłębionej analizie tego, co czeka gospodarkę strefy euro  w najbliższej przyszłości. 

Osobiście sądzę, że Mario Draghi powiedział wczoraj prawdę. Na rynku ropy bowiem w okresie minionego miesiąca wygenerowany został sygnał, który dosyć jednoznacznie moim zdaniem wyznacza koniec okresu deflacji. Otóż w ciągu 18 sesji do środy cena baryłki amerykańskiej ropy (West Texas Intermediate) podrożała o 46,2 proc. odbijając się z prawie 13-letniego minimum na poziomie 26,1 USD z 11 lutego. To największy 18-sesyjny skok ceny ropy od ponad 25 lat.  Wtedy latem 1990 roku ropa drożała w wyniku paniki wywołanej inwazją Iraku na Kuwejt. W okresie minionego pokolenia poza przypadkiem z 1990 roku miały miejsce jeszcze tylko 3 18-sesyjne epizody, w trakcie których ropa drożała o ponad 30 proc. Takie sygnały pojawiły się 15 maja 1986 roku, 26 marca 1999 roku oraz 22 stycznia 2009 roku. W każdym przypadku taki sygnał oznaczał koniec krachu na rynku ropy i początek silnej hossy.

 

 

Co bardzo ciekawe 2 ostatnie z tych 4  skoków ceny ropy naftowej poprzedzały ostatnie obniżki głównej stopy refinansowej ECB o odpowiednio 4 miesiące (styczeń-maj 2009) oraz 2 tygodnie (marzec 1999-kwiecień 1999). To zresztą jest logiczne - ECB widzi drożejącą ropę i rozumie, że czasy spadającego tempa inflacji się już skończyły. 

W 1986 roku taki jak ostatni wystrzał ceny ropy naftowej w górę wyprzedził minimum  dynamiki CPI w strefie euro o 8 miesięcy, w 1999 roku tempo inflacji zaczęło przyspieszać równolegle ze wzrostem ceny ropy, a w 2009 roku odstęp czasowy pomiędzy skokiem w górę cen ropy z minimum dynamiki CPI wyniósł 6 miesięcy. 

Projekcja ceny ropy oparta na tych 4 sygnałach z okresu minionego pokolenia rośnie do lata br. do poziomu z października ub. r (50 dolarów), potem koryguje się, a następnie wznawia wzrost i w połowie przyszłego roku osiąga poziom szczytu z wiosny ub.r. czyli okolice 61 dolarów. Zastosowane podejście sugeruje, że w najbliższych latach na więcej na rynku ropy nie można liczyć. 




 

We wspisie z końca grudnia zatytułowanym "WIG-20 a ceny ropy naftowej" sugerowałem, że dołek ceny ropy wypadnie klasycznie w sezonowym minimum dla tego surowca. Wydaje się, że tak się właśnie stało na rynku WTI, chociaż ropa Brent zaczęła drożeć już w styczniu. Uwzględniając obserwowaną od ponad roku doskonałą korelację pomiędzy ceną ropy (na obrazku poniżej dla odmiany Brent) a WIG-iem 20:

 

 

... można roboczo założyć, że ewentualnemu powrotowi ceny ropy na poziomy szczytów z października ub. r. zapewne towarzyszyłby powrót WIG-u 20 w okolice październikowego maksimum (2143 pkt.), a wzrost ceny ropy do poziomów z wiosny 2015 oznaczałby powrót WIG-u 20 do poziomu szczytu z kwietnia ub. r. (2549 pkt.). 

Oczywiście z czasem bardzo silna obecnie korelacja pomiędzy WIG-iem 20 a cenami surowców powinna zacząć słabnąć, ale na razie chyba za wcześnie by się tym przejmować. 


11:55, bialek.wojciech
Link Komentarze (127) »
piątek, 04 marca 2016

Po tym, gdy po długim oczekiwaniu na chińskim rynku akcji wiosną ub. r. doszło do załamania cen akcji, zaproponowałem nieco żartobliwie porównanie bieżącej ścieżki Shanghai Composite Index z zachowaniem WIG-u z lat 1993-1994. Wyglądało to tak:

 


 

W 8 miesięcy później po minimalnej modyfikacji (zmiany przesunięcia o 5 sesji) nadal można odnieść wrażenie, że Shanghai Composite zapatrzył się w WIG sprzed 21 lat:

 


 

Wydaje się, że istnieje tylko jeden racjonalny argument za tym, że chiński indeks powiela ścieżkę WIG-u z lat 1993-1994. Jest nim zdominowana przez indywidualnych spekulantów struktura handlu w Szanghaju obecnie i na GPW 21 lat temu. Być może panika wśród indywidualnych spekulantów wygląda zawsze i wszędzie podobnie. 

Gdyby potraktować powyższą zabawę poważnie (współczynnik korelacji pomiędzy obiema seriami w okresie minionych 2 lat wynosi 0,97!), to otrzymamy wniosek, że rozpoczęte w czerwcu ub. r. załamanie cen akcji w Chinach zakończy się w wiosną tego roku (podwójne dno kwiecień-czerwiec po jeszcze jednej fali spadku od mniej więcej 23 marca), a potem nadejdzie 2-letnia hossa. 

Sprawa jest jednak wbrew pozorom poważniejsza. Jeśli porównamy ostatnie zachowanie Shanghai Composite ze ścieżkami kilku słynnych historycznych załamań na rynkach akcji, to zobaczymy dwa odmienne wzorce.

 

 

Jeden to ścieżka wydeptana przez DJIA w latach 1929-32, Nikkei 225 w latach 1990-1992 oraz Nasdaq Composite w latach 2000-02 czyli klasyczne mniej więcej 2,5-letnie załamania typowe dla pękających baniek inwestycyjnych.

Drugi wzorzec to Hang Seng z lat 1997-98 czyli czasów kryzysu azjatyckiego i rosyjskiego, czy "krótkie" roczne załamanie (fioletowy kolor na powyższym obrazku). 

Jeśli policzymy współczynniki korelacji pomiędzy Shanghai Composite a tymi 4 indeksami z okresu wspomnianych krachów, to okaże się, że Hang Seng z lat 1996-1998 daje najgorsze dopasowanie, a najlepszym wzorcem jest Nasdaq Composite z lat 1998-2000 (współczynnik korelacji 0,91). 

Krach WIG-u, który rozegrał się pomiędzy marcem 1994 a marcem 1995, był załamaniem tego drugiego "hangsengowego" typu. 

Innymi słowy, jeśli obecna sytuacja na światowych rynkach - a przynajmniej w Chinach - przypomina tę z 1998 roku - a taką tezę stawiałem w przeszłości wielokrotnie - to krach na chińskiej giełdach skończy się już za ponad 3 miesiące. Jeśli zaś mamy do czynienia z pełnoskalowym Chinageddonem podobnym do krachów na Wall Street w latach 1929-1932, w Japonii w latach 1990-1992 czy na Nasdaqu w latach 2000-2002, to z bessą w Chinach będziemy mieli do czynienie do końca 2017-tego roku. 

Ja, na tyle jednoznacznie na ile jest to możliwe, opowiadam się za tą pierwszą wersją. 


15:03, bialek.wojciech
Link Komentarze (86) »
piątek, 26 lutego 2016

Jakiś czas temu wprowadziłem pojęcie "cyklu 6,(66)" rozumianego jako podwójny cykl Kitchina na rynku akcji odpowiedzialny za pamiętne szczyty cen na GPW z lat 2007, 2000 i 1994, a po poszerzeniu horyzontu za maksima S&P 500 z lat 1987, 1980, 1973 czy 1966. Niebawem spróbuję zastanowić się, jak ta koncepcja ma się do ostatnich wydarzeń na Wall Street, dziś natomiast pora na interpretację wykresu WIG-u 20 z punkty widzenia cyklu 6,(66). 

 

 

Interpretacja jest w miarę oczywista: po kluczowym szczytach cen akcji z marca 1994, marca 2000 i lipca 2007 ustanawiane były kluczowe dołki, po których WIG-20 już nigdy nie był niżej. Daty tych minimów to marzec 1995, październik 2001 i luty 2009.  Średnia odległość pomiędzy tymi dołkami bessy to niecałe 7 lat. Niecałe 7 lat od ostatniego dołka cyklu 6,(66) upłynęło w styczniu tego roku. Gdzieś w tej okolicy - plus minus parę miesięcy - powinno ukształtować się minimum podobnej klasy, co wspomniane wcześniej.  

Warto zauważy, że formowanie kolejnego dołka poprzedzone było przełamaniem linii wsparcia poprowadzonej przez poprzednie minima bessy. Takie przełamanie w marcu 2001 poprzedziło dołek WIG-u 20 o 7 miesięcy, a następnym cyklu pomiędzy przełamaniem takiej linii wsparcia z października 2008, a dołkiem cen akcji upłynęło 4 miesiące. Obecnie do takiego przełamania doszło 3 miesiące temu w listopadzie 2015. 

Tyle zabawa historią i wykresami. W praktyce WIG-20 został w ostatnim okresie złapany w kleszcze dwu egzotycznych parametrów: cen surowców i kursu chińskiej waluty. Oba są syntetycznymi wskaźnika skali nasilenia się globalnych tendencji deflacyjnych/inflacyjnych. W ciągu minionego roku współczynniki korelacji pomiędzy indeksem polskich akcji a Goldman Sachs Commodity Index z jednej strony a USD/CNY z drugiej przekroczyły poziom odpowiednio 0,9 i -0,9. Widać to na poniższych obrazkach:

 


 

Oczywiście tego typu korelacje przychodzą i odchodzą, ale obecnie wydaje się, że uformowanie dołka cyklu 6,(66) na wykresie WIG-u 20 o charakterze podobnym do minimów z marca 1995 (bankructwo Banku Baringsa), października 2001 (bankructwo Enronu) czy lutego 2009 (bankructwo Lehman Brothers) wymagałoby ukształtowania się (kuznetsowego czyli a la 1986 i 1998) dołka cen surowców a zarazem zakończenia trwającej od 2 lat deprecjacji chińskiej waluty względem dolara (czyli przerwy w ucieczce kapitału z Chin widocznego w rekordowym tempie spadku rezerw walutowych tego kraju).

Czy styczniowy dołek GSCI i odpowiadający my szczyt CNY/USD miał tego typu charakter? Być może, ale obecnie trzeba się jeszcze mocno gimnastykować przy stworzeniu scenariuszy, w których juan się umacnia względem dolara a surowce drożeją. 

11:20, bialek.wojciech
Link Komentarze (112) »
czwartek, 18 lutego 2016

Po raz dwudziesty pierwszy z rzędu strategia spekulacyjna oparta na zjawisku cyklu prezydenckiego przyniosła zysk. Indeks S&P 500 można było pod koniec roku przedwyborczego (czyli ubiegłego) sprzedać drożej niż na koniec III kw. drugiego roku po wyborach prezydenckich w USA (czyli roku 2014). Zysk ten jednak był wyjątkowo skromny i wyniósł jedynie +3,6 proc., co trudno uznać za satysfakcjonującą stopę zwrotu w horyzoncie 5 kwartałów. Całkiem przez przypadek ze względu na umocnienie dolara i osłabienie polskiej waluty złotowa stopa zwrotu z S&P 500 wyniosła w tym okresie +23,7 proc., ale z pewnością nie zmienia to faktu, że po raz trzeci z rzędu strategia oparta na cyklu prezydenckim raczej zawodzi - 4 lat temu zysk wyniósł +10,2 proc. a 8 lat temu +9,9 proc., a więc też nie był zbyt wysoki. Do wyborów w 2004 roku średnia z 18 poprzednich transakcji tego typu wynosiła +27,1 proc. a mediana +32,5 proc. 

Czy ten trzeci z rzędu słaby wynik strategii opartej o cykl prezydencki, to rezultat pojawiającej się z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem "efektywności rynku"? A może z jakichś względów przedwyborcza stymulacja gospodarki w USA jest w ostatnim okresie słabsza? A może po prostu stopniowo przestaje działać? Niestety nie znam odpowiedzi na te pytania.

To co mogę zrobić, to porównać zachowanie S&P 500 po najsłabszych cyklach prezydenckich z tym co indeks robił w pozostałych cyklach, by zastanowić się nad pytaniem, czy taka słabość rynku wykazywana w zwykle optymalnym dla akcji okresie 4-letniej kadencji prezydenta, jest zapowiedzią poważniejszych kłopotów w roku wyborczym.

Za słabe cykle prezydenckie uznałem te, w których strategia kupowania S&P 500 na 5 kwartałów kończących się na zamknięcie roku przedwyborczego dawała jednocyfrowe stopy zwrotu. Takich okresów było w przeszłości pięć: IV kw. 1938-1939, IV kw. 1946-1947, IV kw. 1978-1979, IV kw. 1986-1987 oraz IV kw. 2006-2007. Na poniższym obrazku widać porównanie ścieżki S&P 500 w okresie minionych 2 lat z dwoma projekcjami - jedną uzyskaną przez uśrednienie ścieżek indeksu z tych 5 słabych cyklu prezydenckich (linia czerwona) i drugą stworzoną ze ścieżek z pozostałych 15 cykli (linia niebieska). 

 


 

Jak widać następne mniej więcej 12 miesięcy (licząc od 17 lutego roku wyborczego) po takich słabych cyklach zapowiada się raczej słabo i wypada zdecydowanie gorzej niż typowe zachowanie rynku po mocnych cyklach. Co prawda czerwona linia tworzy 3 lokalne szczyty za mniej więcej 2, 4 i 7 miesięcy w strefie 1952-1961 pkt. a więc wyżej niż środowe 1926,8 pkt., ale nie jest to oczywiście duży potencjał wzrostowy. 

Na tę "czerwoną" projekcję składają się 3 okresy generalnie pozytywne dla S&P 500 (wyborcze lata 1948, 1980, 1988) oraz 2 poważne katastrofy z 1940 roku (majowa inwazja Niemiec na Francję) i 2008 roku. W obu tych przypadkach ostatnim momentem na ucieczkę z rynku była pierwsza połowa maja. 

 



Po mocnych cyklach też zdarzały się załamania (lata 2000-2001 oraz 1937-1938), ale po pierwsze były to 2 przypadki na 15 a nie 2 na 5 jak poprzednio, a po drugie w 2000 roku można było zwlekać ze sprzedażą S&P 500 aż do początku września, a szczyt z marca 1937 roku wypadł 3 miesiące po wyborach, co w obecnych realiach dawałoby ponad rok czasu. 

 

 

Podsumowując można stwierdzić, że słaby przebieg cyklu prezydenckiego nie jest dobrym znakiem dla Wall Street na następne mniej więcej 12 miesięcy, chociaż oczywiście nie musi być zapowiedzią jakieś poważnej katastrofy (w każdym razie w 3 na 5 przypadków z przeszłości nie był). 

W ramach tych remanentów wypada jeszcze wspomnieć o załamaniu się w ubiegłym roku innej "niezawodnej" zależności. Po raz pierwszy od 140 lat S&P 500 zamknął stratą (-0,7 proc.) rok o dacie kończącej się cyfrą "5". W okresie minionych 140 lat rok o dacie z 5-tką na końcu był zdecydowanie najlepszym rokiem dekady. W poprzedniej dekadzie prawidłowość ta zaczęła szwankować (tylko +3 proc. w 2005 roku, a więc najsłabiej od 110 lat), a w minionym roku całkiem zawiodła.

 


 

W przeciwieństwie do cyklu prezydenckiego cykl dekadowy nie ma raczej jakiegoś sensownego racjonalnego wyjaśnienia, więc do końca nie można go było traktować bardzo poważnie, ale z drugiej strony historyczna przewaga lat z 5-tką na końcu była zbyt wyraźna, by ją całkowicie lekceważyć. 

Jak ktoś lubi się ekscytować wizjami końca świata, to z kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, że ostatni raz spadek S&P 500 w roku o dacie z "5" (czyli w 1875 roku) był poważnym ostrzeżeniem przed załamaniem, które rozegrało się na Wall Street pomiędzy lutym 1876 a czerwcem 1877 roku. Poniżej porównanie obecnej sytuacji do tej sprzed 140 lat (dane miesięczne):

 


Ówczesny krach był częścią tego co później określono w USA mianem "Long Depression".  Ówczesny kryzys miał zasięg globalny i rozpoczął się już 1873 roku krachem na giełdzie wiedeńskiej. Generalnie można ówczesne załamanie uznać za ostateczny koniec globalnej bańki inwestycyjnej związanej z budową linii kolejowych. W ramach koncepcji "Belle Epoque" deflacyjny okres 3 recesji z lat 1873-1896 utożsamiam z okresem rozpoczętym krachem na rynku Nasdaq z 2000 roku, więc inspiracji szukałbym raczej pod koniec lat 80-tych XIX wieku, więcej użyteczność analogii 2016=1876 zdecydowanie odrzucam. Ponieważ jednak otwarcie tego roku do 9-tej sesji lutego było najgorsze w historii S&P 500 (przynajmniej od 1929 roku), więc na wszelki wypadek wspominam i o tym nieprzyjemnym historycznym skojarzeniu. 

20:00, bialek.wojciech
Link Komentarze (74) »
piątek, 12 lutego 2016

We wrześniu ub. r. w komentarzu zatytułowanym "First we take XAU, then we take Volkswagen" zwracałem uwagę na podobieństwo ówczesnej sytuacji na rynku akcji producentów złota i srebra do tej z III kw. 1998 roku, kiedy to narastająca presja deflacyjna, która w sierpniu doprowadziła Rosję do bankructwa, sprowadziła Philadelphia Gold/Silver Sector Index do najniższego poziomu w historii.

Ponad 17 lat temu wywołana kryzysem najpierw azjatyckim a potem rosyjskim sekwencja wydarzeń na rynkach postawiła na krawędzi bankructwa zarządzany przez noblistów gigantyczny fundusz spekulacyjny Long-Term Capital Management i niespodziewanie zmusiła FED  - który był wtedy już po pierwszej podwyżce stóp - to 3 szybkich obniżek.  Zbiegło się to w czasie z osłabieniem dolara i wzrostem ceny złota, co okazało się preludium do impulsu inflacyjnego, który od października 1998 do marca 2000 podnosił ceny akcji na światowych rynkach. 

5 miesięcy temu sugerowałem, że obecnie sekwencja wydarzeń może być podobna i w związku z tym warto zwrócić uwagę na producentów metali szlachetnych. 

Trwało to wszystko dłużej niż się we wrześniu spodziewałem, ale od listopada kurs EUR/USD rzeczywiście wzrósł najbardziej od pół roku. Znacznie bardziej dramatyczne było osłabienie dolara względem jena - w ciągu minionych 9 sesji zanotował spadek o 7,6 proc. i jest najniżej od IV kw. 2014 roku. Ostatnio tak gwałtowne ruchy na USD/JPY pojawiły się w październiku 2008 (miesiąc po bankructwie banku Lehman Brothers) oraz we wrześniu 1998 roku (miesiąc po bankructwie Rosji). 

To osłabienie dolara można wiązać z zanikiem oczekiwań dalszych podwyżek stóp FED spowodowanym najsłabszym w historii otwarciem roku na Wall Street (jeszcze nigdy na 9-tej sesji lutego S&P 500 nie spadał tak bardzo w stosunku do poziomu z końca roku) oraz z zamykaniem inwestowanych w aktywa amerykańskie "yen carry trades" (czy w mniejszym stopniu "euro carry trades"). 

Beneficjentem tego zjawiska było złoto, które od grudnia podrożało o prawie 20 proc. do najwyższego od roku poziomu. 

Dźwignia operacyjna zadziałała i prawie 20 proc. wzrost ceny złota przełożył się na 46 proc. wzrost wartości Philadelphia Gold/Silver Market Index i poprawie 40 proc. wzrost - najwyższy od grudnia 2008 - cen niektórych dostępnych na rynku ETF-ów na akcje producentów złota. 

 

Proponuję przyjrzeć się historycznej wymowie tego typu sygnałów na Philadelphia Gold/Silver Sector Index. W okresie minionego pokolenia na tym indeksie 5-krotnie  zdarzały się wcześniej 14-sesyjne skoki o ponad 30 proc.:

 

Widoczna poniżej projekcja wartości indeksu uzyskana przez uśrednienie tych historycznych ścieżek indeksu wokół tych 5 sygnałów nie wygląda jakoś specjalnie zachęcająco. Wynika to z tego, że czasami - jak np. w październiku 1999 - takie sygnały precyzyjnie wyznaczały ważny lokalny szczyt, który nie był pokonywany przez kilka lat. Sygnały z 1987 roku też nie pojawiały się w momentach specjalnie zachęcających do zakupów. 

 


W 4 na 5 przypadkach kupując na takim sygnale notowało się stratę w horyzoncie następnych 3 miesięcy, 7 miesięcy, 10 miesięcy i 2 lat. 

 


Na krótką metę dalsze zyski są oczywiście możliwe, bo złoto jest już powyżej szczytu z maja ub. r., a Philadelphia Gold/Silver Sector Index ma tam jeszcze bardzo daleko (ale srebro pozostawało dotąd w tyle), ale jak widać z powyższego obrazka obecnie trzeba już zachować zwiększoną ostrożność. Ja się trzymam analogii z 1998 rokiem, kiedy to po takim sygnale indeks rósł jeszcze przez 20 dni. W obecnych realiach oznaczałoby to koniec zwyżki cen akcji producentów kruszców w okolicach 25 lutego. 

Te same sygnały można nanieść na wykres S&P 500:

 

 

Tu już mamy bardziej obiecującą sytuację. Co prawda na krótką i na dłuższą metę różnie bywało, ale w pół roku po sygnale S&P 500 był zawsze przynajmniej 6 proc. wyżej. 

 

 

Projekcja uzyskana na podstawie tych ścieżek rozpoczyna trwały wzrost za 6 sesji:

 

 

Trzy ze wspomnianych sygnałów pojawiły się w okresie istnienia GPW:

 

Tu na krótką metę kupując WIG na takim sygnale można było stracić po drodze nawet 25 proc., ale 10 miesięcy po sygnale zawsze WIG był przynajmniej 35 proc. wyżej. 

 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 3 ścieżek sugeruje wkraczanie naszego rynku akcji w okres dobry do akumulacji akcji przed nadejściem nowego impulsu inflacyjnego:

 

 

Jak to wszystko się ma do rzeczywistości? Osłabienie dolara można traktować jako jedynie efekt zamykania "carry trades", a rajd na złocie jako objaw wzrostu obaw o stabilność systemu finansowego. Można też te ruchy interpretować jako wstępny sygnał rozpoznawania przez rynki narodzin inflacyjnej korekty trwającego  od maja ub. r. na rynkach akcji a od połowy 2014 roku na rynkach surowców deflacyjnego trendu. Banki centralne raczej nie będą mogły zbyt długo patrzeć bezczynnie na ceny akcji kluczowych banków spadające do najniższych w historii poziomów. Na razie interwencja BoJ z końca stycznia nie wypadła zbyt zachęcająco, ale zakładam, że dalsze próby będą bardziej skuteczne. Po tego typu co obecne sygnałach na akcjach producentów kruszców do dołka cen akcji była albo 3 tygodnia (wersja z 1998 roku) albo 3 miesiące (wersja z 2008/2009 roku). Ja od dawna preferuję wynikającą z mojej interpretacji cyklu Kuznetsa analogię z 1998 roku.

Warto też pamiętać, że w dołku bessy z lat 2007/2008 "klasyczny" punkt zwrotny w okolicach "Dnia Kobiet" został zrealizowany na Wall Street, ale GPW wyprzedziła ten termin  o 3 tygodnie kończąc spadki już w połowie lutego. I teraz brak nowych dołków na WIG-u i innych EM sugeruje, że rynki liczą na nadejście korzystnego dla rynków wschodzących impulsu inflacyjnego. 

16:49, bialek.wojciech
Link Komentarze (68) »
piątek, 29 stycznia 2016

W trakcie pierwszych 17 sesji indeks S&P 500 stracił 7,9 proc. W sięgającej 1929 roku historii tego indeksu to trzeci najsłabszy 17-sesyjny początek roku. Dwa lata, które rozpoczęły się od jeszcze silniejszych spadków to 2008 rok (-9,4 proc.) i 1939 rok (-8,8 proc.). Te analogie historyczne mogą poważnie niepokoić – mamy do wyboru porównanie obecnej sytuacji do tej z roku, w którym wybuchł najsilniejszy od dwóch pokoleń kryzys finansowy (2008), albo do tej z roku, w którym dwa pokolenia temu wybuchła wojna światowa (1939).

 


 

Jeśli złagodzimy trochę wymagania, to znaczy stworzymy listę lat, które rozpoczynały się od 17-sesyjnego spadku wartości S&P 500 większego niż 5 proc., to  otrzymamy 8 wcześniejszych tego typu sygnałów (1939, 1948, 1960, 1978, 1982, 1990, 2008 i 2009; czerwone strzałki na powyższym wykresie). Jak się okazuje na tych 8 przypadków sygnału podobnego do generowanego przez S&P 500 obecnie w 7-u indeks był po 16 miesiącach wyżej niż w momencie generowania sygnału (czerwona strzałka na poniższym wykresie). Jedynie sygnał z 2008 roku zakończył się pełnowymiarową katastrofą.

 

 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie ścieżek S&P 500 wokół tych 8 historycznych sygnałów spada do drugiego tygodnia marca (1846 pkt.) i potem wchodzi w trwałą hossę potwierdzając powyższą – relatywnie uspokajającą - obserwację.

 

Wpływa na taki przebieg projekcji maja takie lata jak 2009 roku, który też rozpoczął się na Wall Street fatalnie (S&P 500 -6,4 proc. w pierwszych 17 sesjach roku) i ta słabość kontynuowana była do 9 marca (po korekcie z przełomu styczna i lutego), po czym nadeszła silna hossa. Przebieg tej projekcji sugeruje, że słabe otwarcie roku na Wall Street nie musi koniecznie oznaczać totalnej katastrofy (w sumie w 1939 roku S&P 500 też zwyżkował od kwietnia do listopada, gdy wystraszony wybuchem wojny w Europie kapitał uciekał do USA). 

Z drugiej strony jeśli sprawdzimy, który z tych historycznych ścieżek S&P 500 obejmujących okresy, w których pojawiło się tak słabe otwarcie roku na S&P500, są najbardziej podobne do ścieżki indeksu z okresu  minionych dwóch lat to otrzymamy lata 1960, 1982 (bankructwo Meksyku) i 2008. Projekcja ścieżki S&P 500 oparta o te 3 przypadku też odbija się w górę z dołka w drugim tygodniu marca, ale ten wzrost trwa jedynie do maja („sell in May, go away on holiday”), a ostateczny dołek bessy przychodzi dopiero wczesną jesienią.

 

 

Powyższe projekcje zachęcają do spekulacji po długiej stronie rynku w okresie marzec-maj (pod warunkiem, że rzeczywiście w okolicach Dnia Kobiet ceny na Wall Steet będą niskie), ale pozostawiają niepewność co do losów rynku w okresie od później wiosny do wczesnej jesieni.

 

 

11:13, bialek.wojciech
Link Komentarze (134) »