Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 11 marca 2016

Podczas wczorajszej konferencji prasowej po posiedzeniu ECB szef banku stwierdził, że czwartkowa obniżka stóp była już ostatnią w obecnym cyklu. Reakcja rynków była zaskakująca. O ile wcześniej akcje gwałtownie drożały a euro gwałtownie słabło w reakcji na podjęte przez ECB decyzje (obok obniżki stopy refinansowej do zera i depozytowej do -0,4 proc. zwiększenie z 60 do 80 mld euro skali comiesięcznego skupu aktywów oraz włączenie obligacji korporacyjnych do skupowanych instrumentów), o tyle po sławach Mario Draghiego doszło do gwałtownej zmiany trendu na rynkach. 

Napisałem, że reakcja była zaskakująca, bo historia poucza, że ostatnie w danym cyklu obniżki stóp ECB, były doskonałymi okazjami do zakupów akcji. Zilustrowałem to na przykładzie WIG-u na poniższym obrazku:


 

Odnosząc zachowanie WIG-u po poprzednich ostatnich w danym cyklu obniżkach stopy refinansowej ECB do obecnej sytuacji otrzymujemy sugestię, że gdyby czwartkowa obniżka stóp rzeczywiście była ostatnią w tym cyklu, a zależności z przeszłości nadal pozostawały w mocy, to za ponad 3 miesiące WIG będzie powyżej poziomu 55000 pkt., a na początku przyszłego roku będzie w okolicach 70000 pkt. 

 

 

Niezależnie od tego za jak bardzo nierealistyczny uznamy powyższy wniosek, jednoznacznie pokazuje on, że zakończenie przez ECB serii obniżek stóp było historycznie świetną informacją dla rynku akcji. Dlaczego? Z oczywistego powodu: ECB obniża stopy, gdy boi się narastającej deflacji. Rynki akcji nie lubią deflacji, bo zwykle źle wpływa ona na zyski. ECB przestawał w przeszłości obniżać stopy, gdy uznawał, że ryzyko dalszego pogłębiania się deflacji zanikło. Rynki akcji dochodząc do tego samego wniosku wchodziły w silną hossę. 

Jeśli obecnie presja deflacyjna w strefie euro zelżeje,  a potem zmieni się w presję inflacyjną, to ECB nie będzie już dalej obniżał stóp, a rynki akcji zareagują wzrostami tak jak poprzednio.

Oczywiście pozostaje pytanie, czy Mario Draghi deklarując koniec obniżek dzielił się z nami jedynie swoimi pobożnymi życzeniami, że nie będą już one potrzebne, bo zagrożenie pogłębieniem deflacją zaniknie, czy też jego stwierdzenie oparte było na pogłębionej analizie tego, co czeka gospodarkę strefy euro  w najbliższej przyszłości. 

Osobiście sądzę, że Mario Draghi powiedział wczoraj prawdę. Na rynku ropy bowiem w okresie minionego miesiąca wygenerowany został sygnał, który dosyć jednoznacznie moim zdaniem wyznacza koniec okresu deflacji. Otóż w ciągu 18 sesji do środy cena baryłki amerykańskiej ropy (West Texas Intermediate) podrożała o 46,2 proc. odbijając się z prawie 13-letniego minimum na poziomie 26,1 USD z 11 lutego. To największy 18-sesyjny skok ceny ropy od ponad 25 lat.  Wtedy latem 1990 roku ropa drożała w wyniku paniki wywołanej inwazją Iraku na Kuwejt. W okresie minionego pokolenia poza przypadkiem z 1990 roku miały miejsce jeszcze tylko 3 18-sesyjne epizody, w trakcie których ropa drożała o ponad 30 proc. Takie sygnały pojawiły się 15 maja 1986 roku, 26 marca 1999 roku oraz 22 stycznia 2009 roku. W każdym przypadku taki sygnał oznaczał koniec krachu na rynku ropy i początek silnej hossy.

 

 

Co bardzo ciekawe 2 ostatnie z tych 4  skoków ceny ropy naftowej poprzedzały ostatnie obniżki głównej stopy refinansowej ECB o odpowiednio 4 miesiące (styczeń-maj 2009) oraz 2 tygodnie (marzec 1999-kwiecień 1999). To zresztą jest logiczne - ECB widzi drożejącą ropę i rozumie, że czasy spadającego tempa inflacji się już skończyły. 

W 1986 roku taki jak ostatni wystrzał ceny ropy naftowej w górę wyprzedził minimum  dynamiki CPI w strefie euro o 8 miesięcy, w 1999 roku tempo inflacji zaczęło przyspieszać równolegle ze wzrostem ceny ropy, a w 2009 roku odstęp czasowy pomiędzy skokiem w górę cen ropy z minimum dynamiki CPI wyniósł 6 miesięcy. 

Projekcja ceny ropy oparta na tych 4 sygnałach z okresu minionego pokolenia rośnie do lata br. do poziomu z października ub. r (50 dolarów), potem koryguje się, a następnie wznawia wzrost i w połowie przyszłego roku osiąga poziom szczytu z wiosny ub.r. czyli okolice 61 dolarów. Zastosowane podejście sugeruje, że w najbliższych latach na więcej na rynku ropy nie można liczyć. 




 

We wspisie z końca grudnia zatytułowanym "WIG-20 a ceny ropy naftowej" sugerowałem, że dołek ceny ropy wypadnie klasycznie w sezonowym minimum dla tego surowca. Wydaje się, że tak się właśnie stało na rynku WTI, chociaż ropa Brent zaczęła drożeć już w styczniu. Uwzględniając obserwowaną od ponad roku doskonałą korelację pomiędzy ceną ropy (na obrazku poniżej dla odmiany Brent) a WIG-iem 20:

 

 

... można roboczo założyć, że ewentualnemu powrotowi ceny ropy na poziomy szczytów z października ub. r. zapewne towarzyszyłby powrót WIG-u 20 w okolice październikowego maksimum (2143 pkt.), a wzrost ceny ropy do poziomów z wiosny 2015 oznaczałby powrót WIG-u 20 do poziomu szczytu z kwietnia ub. r. (2549 pkt.). 

Oczywiście z czasem bardzo silna obecnie korelacja pomiędzy WIG-iem 20 a cenami surowców powinna zacząć słabnąć, ale na razie chyba za wcześnie by się tym przejmować. 


11:55, bialek.wojciech
Link Komentarze (127) »
piątek, 04 marca 2016

Po tym, gdy po długim oczekiwaniu na chińskim rynku akcji wiosną ub. r. doszło do załamania cen akcji, zaproponowałem nieco żartobliwie porównanie bieżącej ścieżki Shanghai Composite Index z zachowaniem WIG-u z lat 1993-1994. Wyglądało to tak:

 


 

W 8 miesięcy później po minimalnej modyfikacji (zmiany przesunięcia o 5 sesji) nadal można odnieść wrażenie, że Shanghai Composite zapatrzył się w WIG sprzed 21 lat:

 


 

Wydaje się, że istnieje tylko jeden racjonalny argument za tym, że chiński indeks powiela ścieżkę WIG-u z lat 1993-1994. Jest nim zdominowana przez indywidualnych spekulantów struktura handlu w Szanghaju obecnie i na GPW 21 lat temu. Być może panika wśród indywidualnych spekulantów wygląda zawsze i wszędzie podobnie. 

Gdyby potraktować powyższą zabawę poważnie (współczynnik korelacji pomiędzy obiema seriami w okresie minionych 2 lat wynosi 0,97!), to otrzymamy wniosek, że rozpoczęte w czerwcu ub. r. załamanie cen akcji w Chinach zakończy się w wiosną tego roku (podwójne dno kwiecień-czerwiec po jeszcze jednej fali spadku od mniej więcej 23 marca), a potem nadejdzie 2-letnia hossa. 

Sprawa jest jednak wbrew pozorom poważniejsza. Jeśli porównamy ostatnie zachowanie Shanghai Composite ze ścieżkami kilku słynnych historycznych załamań na rynkach akcji, to zobaczymy dwa odmienne wzorce.

 

 

Jeden to ścieżka wydeptana przez DJIA w latach 1929-32, Nikkei 225 w latach 1990-1992 oraz Nasdaq Composite w latach 2000-02 czyli klasyczne mniej więcej 2,5-letnie załamania typowe dla pękających baniek inwestycyjnych.

Drugi wzorzec to Hang Seng z lat 1997-98 czyli czasów kryzysu azjatyckiego i rosyjskiego, czy "krótkie" roczne załamanie (fioletowy kolor na powyższym obrazku). 

Jeśli policzymy współczynniki korelacji pomiędzy Shanghai Composite a tymi 4 indeksami z okresu wspomnianych krachów, to okaże się, że Hang Seng z lat 1996-1998 daje najgorsze dopasowanie, a najlepszym wzorcem jest Nasdaq Composite z lat 1998-2000 (współczynnik korelacji 0,91). 

Krach WIG-u, który rozegrał się pomiędzy marcem 1994 a marcem 1995, był załamaniem tego drugiego "hangsengowego" typu. 

Innymi słowy, jeśli obecna sytuacja na światowych rynkach - a przynajmniej w Chinach - przypomina tę z 1998 roku - a taką tezę stawiałem w przeszłości wielokrotnie - to krach na chińskiej giełdach skończy się już za ponad 3 miesiące. Jeśli zaś mamy do czynienia z pełnoskalowym Chinageddonem podobnym do krachów na Wall Street w latach 1929-1932, w Japonii w latach 1990-1992 czy na Nasdaqu w latach 2000-2002, to z bessą w Chinach będziemy mieli do czynienie do końca 2017-tego roku. 

Ja, na tyle jednoznacznie na ile jest to możliwe, opowiadam się za tą pierwszą wersją. 


15:03, bialek.wojciech
Link Komentarze (86) »
piątek, 26 lutego 2016

Jakiś czas temu wprowadziłem pojęcie "cyklu 6,(66)" rozumianego jako podwójny cykl Kitchina na rynku akcji odpowiedzialny za pamiętne szczyty cen na GPW z lat 2007, 2000 i 1994, a po poszerzeniu horyzontu za maksima S&P 500 z lat 1987, 1980, 1973 czy 1966. Niebawem spróbuję zastanowić się, jak ta koncepcja ma się do ostatnich wydarzeń na Wall Street, dziś natomiast pora na interpretację wykresu WIG-u 20 z punkty widzenia cyklu 6,(66). 

 

 

Interpretacja jest w miarę oczywista: po kluczowym szczytach cen akcji z marca 1994, marca 2000 i lipca 2007 ustanawiane były kluczowe dołki, po których WIG-20 już nigdy nie był niżej. Daty tych minimów to marzec 1995, październik 2001 i luty 2009.  Średnia odległość pomiędzy tymi dołkami bessy to niecałe 7 lat. Niecałe 7 lat od ostatniego dołka cyklu 6,(66) upłynęło w styczniu tego roku. Gdzieś w tej okolicy - plus minus parę miesięcy - powinno ukształtować się minimum podobnej klasy, co wspomniane wcześniej.  

Warto zauważy, że formowanie kolejnego dołka poprzedzone było przełamaniem linii wsparcia poprowadzonej przez poprzednie minima bessy. Takie przełamanie w marcu 2001 poprzedziło dołek WIG-u 20 o 7 miesięcy, a następnym cyklu pomiędzy przełamaniem takiej linii wsparcia z października 2008, a dołkiem cen akcji upłynęło 4 miesiące. Obecnie do takiego przełamania doszło 3 miesiące temu w listopadzie 2015. 

Tyle zabawa historią i wykresami. W praktyce WIG-20 został w ostatnim okresie złapany w kleszcze dwu egzotycznych parametrów: cen surowców i kursu chińskiej waluty. Oba są syntetycznymi wskaźnika skali nasilenia się globalnych tendencji deflacyjnych/inflacyjnych. W ciągu minionego roku współczynniki korelacji pomiędzy indeksem polskich akcji a Goldman Sachs Commodity Index z jednej strony a USD/CNY z drugiej przekroczyły poziom odpowiednio 0,9 i -0,9. Widać to na poniższych obrazkach:

 


 

Oczywiście tego typu korelacje przychodzą i odchodzą, ale obecnie wydaje się, że uformowanie dołka cyklu 6,(66) na wykresie WIG-u 20 o charakterze podobnym do minimów z marca 1995 (bankructwo Banku Baringsa), października 2001 (bankructwo Enronu) czy lutego 2009 (bankructwo Lehman Brothers) wymagałoby ukształtowania się (kuznetsowego czyli a la 1986 i 1998) dołka cen surowców a zarazem zakończenia trwającej od 2 lat deprecjacji chińskiej waluty względem dolara (czyli przerwy w ucieczce kapitału z Chin widocznego w rekordowym tempie spadku rezerw walutowych tego kraju).

Czy styczniowy dołek GSCI i odpowiadający my szczyt CNY/USD miał tego typu charakter? Być może, ale obecnie trzeba się jeszcze mocno gimnastykować przy stworzeniu scenariuszy, w których juan się umacnia względem dolara a surowce drożeją. 

11:20, bialek.wojciech
Link Komentarze (112) »
czwartek, 18 lutego 2016

Po raz dwudziesty pierwszy z rzędu strategia spekulacyjna oparta na zjawisku cyklu prezydenckiego przyniosła zysk. Indeks S&P 500 można było pod koniec roku przedwyborczego (czyli ubiegłego) sprzedać drożej niż na koniec III kw. drugiego roku po wyborach prezydenckich w USA (czyli roku 2014). Zysk ten jednak był wyjątkowo skromny i wyniósł jedynie +3,6 proc., co trudno uznać za satysfakcjonującą stopę zwrotu w horyzoncie 5 kwartałów. Całkiem przez przypadek ze względu na umocnienie dolara i osłabienie polskiej waluty złotowa stopa zwrotu z S&P 500 wyniosła w tym okresie +23,7 proc., ale z pewnością nie zmienia to faktu, że po raz trzeci z rzędu strategia oparta na cyklu prezydenckim raczej zawodzi - 4 lat temu zysk wyniósł +10,2 proc. a 8 lat temu +9,9 proc., a więc też nie był zbyt wysoki. Do wyborów w 2004 roku średnia z 18 poprzednich transakcji tego typu wynosiła +27,1 proc. a mediana +32,5 proc. 

Czy ten trzeci z rzędu słaby wynik strategii opartej o cykl prezydencki, to rezultat pojawiającej się z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem "efektywności rynku"? A może z jakichś względów przedwyborcza stymulacja gospodarki w USA jest w ostatnim okresie słabsza? A może po prostu stopniowo przestaje działać? Niestety nie znam odpowiedzi na te pytania.

To co mogę zrobić, to porównać zachowanie S&P 500 po najsłabszych cyklach prezydenckich z tym co indeks robił w pozostałych cyklach, by zastanowić się nad pytaniem, czy taka słabość rynku wykazywana w zwykle optymalnym dla akcji okresie 4-letniej kadencji prezydenta, jest zapowiedzią poważniejszych kłopotów w roku wyborczym.

Za słabe cykle prezydenckie uznałem te, w których strategia kupowania S&P 500 na 5 kwartałów kończących się na zamknięcie roku przedwyborczego dawała jednocyfrowe stopy zwrotu. Takich okresów było w przeszłości pięć: IV kw. 1938-1939, IV kw. 1946-1947, IV kw. 1978-1979, IV kw. 1986-1987 oraz IV kw. 2006-2007. Na poniższym obrazku widać porównanie ścieżki S&P 500 w okresie minionych 2 lat z dwoma projekcjami - jedną uzyskaną przez uśrednienie ścieżek indeksu z tych 5 słabych cyklu prezydenckich (linia czerwona) i drugą stworzoną ze ścieżek z pozostałych 15 cykli (linia niebieska). 

 


 

Jak widać następne mniej więcej 12 miesięcy (licząc od 17 lutego roku wyborczego) po takich słabych cyklach zapowiada się raczej słabo i wypada zdecydowanie gorzej niż typowe zachowanie rynku po mocnych cyklach. Co prawda czerwona linia tworzy 3 lokalne szczyty za mniej więcej 2, 4 i 7 miesięcy w strefie 1952-1961 pkt. a więc wyżej niż środowe 1926,8 pkt., ale nie jest to oczywiście duży potencjał wzrostowy. 

Na tę "czerwoną" projekcję składają się 3 okresy generalnie pozytywne dla S&P 500 (wyborcze lata 1948, 1980, 1988) oraz 2 poważne katastrofy z 1940 roku (majowa inwazja Niemiec na Francję) i 2008 roku. W obu tych przypadkach ostatnim momentem na ucieczkę z rynku była pierwsza połowa maja. 

 



Po mocnych cyklach też zdarzały się załamania (lata 2000-2001 oraz 1937-1938), ale po pierwsze były to 2 przypadki na 15 a nie 2 na 5 jak poprzednio, a po drugie w 2000 roku można było zwlekać ze sprzedażą S&P 500 aż do początku września, a szczyt z marca 1937 roku wypadł 3 miesiące po wyborach, co w obecnych realiach dawałoby ponad rok czasu. 

 

 

Podsumowując można stwierdzić, że słaby przebieg cyklu prezydenckiego nie jest dobrym znakiem dla Wall Street na następne mniej więcej 12 miesięcy, chociaż oczywiście nie musi być zapowiedzią jakieś poważnej katastrofy (w każdym razie w 3 na 5 przypadków z przeszłości nie był). 

W ramach tych remanentów wypada jeszcze wspomnieć o załamaniu się w ubiegłym roku innej "niezawodnej" zależności. Po raz pierwszy od 140 lat S&P 500 zamknął stratą (-0,7 proc.) rok o dacie kończącej się cyfrą "5". W okresie minionych 140 lat rok o dacie z 5-tką na końcu był zdecydowanie najlepszym rokiem dekady. W poprzedniej dekadzie prawidłowość ta zaczęła szwankować (tylko +3 proc. w 2005 roku, a więc najsłabiej od 110 lat), a w minionym roku całkiem zawiodła.

 


 

W przeciwieństwie do cyklu prezydenckiego cykl dekadowy nie ma raczej jakiegoś sensownego racjonalnego wyjaśnienia, więc do końca nie można go było traktować bardzo poważnie, ale z drugiej strony historyczna przewaga lat z 5-tką na końcu była zbyt wyraźna, by ją całkowicie lekceważyć. 

Jak ktoś lubi się ekscytować wizjami końca świata, to z kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, że ostatni raz spadek S&P 500 w roku o dacie z "5" (czyli w 1875 roku) był poważnym ostrzeżeniem przed załamaniem, które rozegrało się na Wall Street pomiędzy lutym 1876 a czerwcem 1877 roku. Poniżej porównanie obecnej sytuacji do tej sprzed 140 lat (dane miesięczne):

 


Ówczesny krach był częścią tego co później określono w USA mianem "Long Depression".  Ówczesny kryzys miał zasięg globalny i rozpoczął się już 1873 roku krachem na giełdzie wiedeńskiej. Generalnie można ówczesne załamanie uznać za ostateczny koniec globalnej bańki inwestycyjnej związanej z budową linii kolejowych. W ramach koncepcji "Belle Epoque" deflacyjny okres 3 recesji z lat 1873-1896 utożsamiam z okresem rozpoczętym krachem na rynku Nasdaq z 2000 roku, więc inspiracji szukałbym raczej pod koniec lat 80-tych XIX wieku, więcej użyteczność analogii 2016=1876 zdecydowanie odrzucam. Ponieważ jednak otwarcie tego roku do 9-tej sesji lutego było najgorsze w historii S&P 500 (przynajmniej od 1929 roku), więc na wszelki wypadek wspominam i o tym nieprzyjemnym historycznym skojarzeniu. 

20:00, bialek.wojciech
Link Komentarze (74) »
piątek, 12 lutego 2016

We wrześniu ub. r. w komentarzu zatytułowanym "First we take XAU, then we take Volkswagen" zwracałem uwagę na podobieństwo ówczesnej sytuacji na rynku akcji producentów złota i srebra do tej z III kw. 1998 roku, kiedy to narastająca presja deflacyjna, która w sierpniu doprowadziła Rosję do bankructwa, sprowadziła Philadelphia Gold/Silver Sector Index do najniższego poziomu w historii.

Ponad 17 lat temu wywołana kryzysem najpierw azjatyckim a potem rosyjskim sekwencja wydarzeń na rynkach postawiła na krawędzi bankructwa zarządzany przez noblistów gigantyczny fundusz spekulacyjny Long-Term Capital Management i niespodziewanie zmusiła FED  - który był wtedy już po pierwszej podwyżce stóp - to 3 szybkich obniżek.  Zbiegło się to w czasie z osłabieniem dolara i wzrostem ceny złota, co okazało się preludium do impulsu inflacyjnego, który od października 1998 do marca 2000 podnosił ceny akcji na światowych rynkach. 

5 miesięcy temu sugerowałem, że obecnie sekwencja wydarzeń może być podobna i w związku z tym warto zwrócić uwagę na producentów metali szlachetnych. 

Trwało to wszystko dłużej niż się we wrześniu spodziewałem, ale od listopada kurs EUR/USD rzeczywiście wzrósł najbardziej od pół roku. Znacznie bardziej dramatyczne było osłabienie dolara względem jena - w ciągu minionych 9 sesji zanotował spadek o 7,6 proc. i jest najniżej od IV kw. 2014 roku. Ostatnio tak gwałtowne ruchy na USD/JPY pojawiły się w październiku 2008 (miesiąc po bankructwie banku Lehman Brothers) oraz we wrześniu 1998 roku (miesiąc po bankructwie Rosji). 

To osłabienie dolara można wiązać z zanikiem oczekiwań dalszych podwyżek stóp FED spowodowanym najsłabszym w historii otwarciem roku na Wall Street (jeszcze nigdy na 9-tej sesji lutego S&P 500 nie spadał tak bardzo w stosunku do poziomu z końca roku) oraz z zamykaniem inwestowanych w aktywa amerykańskie "yen carry trades" (czy w mniejszym stopniu "euro carry trades"). 

Beneficjentem tego zjawiska było złoto, które od grudnia podrożało o prawie 20 proc. do najwyższego od roku poziomu. 

Dźwignia operacyjna zadziałała i prawie 20 proc. wzrost ceny złota przełożył się na 46 proc. wzrost wartości Philadelphia Gold/Silver Market Index i poprawie 40 proc. wzrost - najwyższy od grudnia 2008 - cen niektórych dostępnych na rynku ETF-ów na akcje producentów złota. 

 

Proponuję przyjrzeć się historycznej wymowie tego typu sygnałów na Philadelphia Gold/Silver Sector Index. W okresie minionego pokolenia na tym indeksie 5-krotnie  zdarzały się wcześniej 14-sesyjne skoki o ponad 30 proc.:

 

Widoczna poniżej projekcja wartości indeksu uzyskana przez uśrednienie tych historycznych ścieżek indeksu wokół tych 5 sygnałów nie wygląda jakoś specjalnie zachęcająco. Wynika to z tego, że czasami - jak np. w październiku 1999 - takie sygnały precyzyjnie wyznaczały ważny lokalny szczyt, który nie był pokonywany przez kilka lat. Sygnały z 1987 roku też nie pojawiały się w momentach specjalnie zachęcających do zakupów. 

 


W 4 na 5 przypadkach kupując na takim sygnale notowało się stratę w horyzoncie następnych 3 miesięcy, 7 miesięcy, 10 miesięcy i 2 lat. 

 


Na krótką metę dalsze zyski są oczywiście możliwe, bo złoto jest już powyżej szczytu z maja ub. r., a Philadelphia Gold/Silver Sector Index ma tam jeszcze bardzo daleko (ale srebro pozostawało dotąd w tyle), ale jak widać z powyższego obrazka obecnie trzeba już zachować zwiększoną ostrożność. Ja się trzymam analogii z 1998 rokiem, kiedy to po takim sygnale indeks rósł jeszcze przez 20 dni. W obecnych realiach oznaczałoby to koniec zwyżki cen akcji producentów kruszców w okolicach 25 lutego. 

Te same sygnały można nanieść na wykres S&P 500:

 

 

Tu już mamy bardziej obiecującą sytuację. Co prawda na krótką i na dłuższą metę różnie bywało, ale w pół roku po sygnale S&P 500 był zawsze przynajmniej 6 proc. wyżej. 

 

 

Projekcja uzyskana na podstawie tych ścieżek rozpoczyna trwały wzrost za 6 sesji:

 

 

Trzy ze wspomnianych sygnałów pojawiły się w okresie istnienia GPW:

 

Tu na krótką metę kupując WIG na takim sygnale można było stracić po drodze nawet 25 proc., ale 10 miesięcy po sygnale zawsze WIG był przynajmniej 35 proc. wyżej. 

 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 3 ścieżek sugeruje wkraczanie naszego rynku akcji w okres dobry do akumulacji akcji przed nadejściem nowego impulsu inflacyjnego:

 

 

Jak to wszystko się ma do rzeczywistości? Osłabienie dolara można traktować jako jedynie efekt zamykania "carry trades", a rajd na złocie jako objaw wzrostu obaw o stabilność systemu finansowego. Można też te ruchy interpretować jako wstępny sygnał rozpoznawania przez rynki narodzin inflacyjnej korekty trwającego  od maja ub. r. na rynkach akcji a od połowy 2014 roku na rynkach surowców deflacyjnego trendu. Banki centralne raczej nie będą mogły zbyt długo patrzeć bezczynnie na ceny akcji kluczowych banków spadające do najniższych w historii poziomów. Na razie interwencja BoJ z końca stycznia nie wypadła zbyt zachęcająco, ale zakładam, że dalsze próby będą bardziej skuteczne. Po tego typu co obecne sygnałach na akcjach producentów kruszców do dołka cen akcji była albo 3 tygodnia (wersja z 1998 roku) albo 3 miesiące (wersja z 2008/2009 roku). Ja od dawna preferuję wynikającą z mojej interpretacji cyklu Kuznetsa analogię z 1998 roku.

Warto też pamiętać, że w dołku bessy z lat 2007/2008 "klasyczny" punkt zwrotny w okolicach "Dnia Kobiet" został zrealizowany na Wall Street, ale GPW wyprzedziła ten termin  o 3 tygodnie kończąc spadki już w połowie lutego. I teraz brak nowych dołków na WIG-u i innych EM sugeruje, że rynki liczą na nadejście korzystnego dla rynków wschodzących impulsu inflacyjnego. 

16:49, bialek.wojciech
Link Komentarze (68) »
piątek, 29 stycznia 2016

W trakcie pierwszych 17 sesji indeks S&P 500 stracił 7,9 proc. W sięgającej 1929 roku historii tego indeksu to trzeci najsłabszy 17-sesyjny początek roku. Dwa lata, które rozpoczęły się od jeszcze silniejszych spadków to 2008 rok (-9,4 proc.) i 1939 rok (-8,8 proc.). Te analogie historyczne mogą poważnie niepokoić – mamy do wyboru porównanie obecnej sytuacji do tej z roku, w którym wybuchł najsilniejszy od dwóch pokoleń kryzys finansowy (2008), albo do tej z roku, w którym dwa pokolenia temu wybuchła wojna światowa (1939).

 


 

Jeśli złagodzimy trochę wymagania, to znaczy stworzymy listę lat, które rozpoczynały się od 17-sesyjnego spadku wartości S&P 500 większego niż 5 proc., to  otrzymamy 8 wcześniejszych tego typu sygnałów (1939, 1948, 1960, 1978, 1982, 1990, 2008 i 2009; czerwone strzałki na powyższym wykresie). Jak się okazuje na tych 8 przypadków sygnału podobnego do generowanego przez S&P 500 obecnie w 7-u indeks był po 16 miesiącach wyżej niż w momencie generowania sygnału (czerwona strzałka na poniższym wykresie). Jedynie sygnał z 2008 roku zakończył się pełnowymiarową katastrofą.

 

 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie ścieżek S&P 500 wokół tych 8 historycznych sygnałów spada do drugiego tygodnia marca (1846 pkt.) i potem wchodzi w trwałą hossę potwierdzając powyższą – relatywnie uspokajającą - obserwację.

 

Wpływa na taki przebieg projekcji maja takie lata jak 2009 roku, który też rozpoczął się na Wall Street fatalnie (S&P 500 -6,4 proc. w pierwszych 17 sesjach roku) i ta słabość kontynuowana była do 9 marca (po korekcie z przełomu styczna i lutego), po czym nadeszła silna hossa. Przebieg tej projekcji sugeruje, że słabe otwarcie roku na Wall Street nie musi koniecznie oznaczać totalnej katastrofy (w sumie w 1939 roku S&P 500 też zwyżkował od kwietnia do listopada, gdy wystraszony wybuchem wojny w Europie kapitał uciekał do USA). 

Z drugiej strony jeśli sprawdzimy, który z tych historycznych ścieżek S&P 500 obejmujących okresy, w których pojawiło się tak słabe otwarcie roku na S&P500, są najbardziej podobne do ścieżki indeksu z okresu  minionych dwóch lat to otrzymamy lata 1960, 1982 (bankructwo Meksyku) i 2008. Projekcja ścieżki S&P 500 oparta o te 3 przypadku też odbija się w górę z dołka w drugim tygodniu marca, ale ten wzrost trwa jedynie do maja („sell in May, go away on holiday”), a ostateczny dołek bessy przychodzi dopiero wczesną jesienią.

 

 

Powyższe projekcje zachęcają do spekulacji po długiej stronie rynku w okresie marzec-maj (pod warunkiem, że rzeczywiście w okolicach Dnia Kobiet ceny na Wall Steet będą niskie), ale pozostawiają niepewność co do losów rynku w okresie od później wiosny do wczesnej jesieni.

 

 

11:13, bialek.wojciech
Link Komentarze (134) »
piątek, 22 stycznia 2016

Pod koniec poprzedniego roku początek 2016-tego roku wyobrażałem sobie trochę jako odwrotność początku roku 2009-tego. Wtedy silne były Chiny i zależne od nich rynki "wschodzące" (różne Brazylie i takie tam), a słabe były rynki rozwinięte. Rynki słabe spadały do nowych dołków do marca 2009, a w tym czasie rynki silne jedynie korygowały odbicie z końca 2008 roku, które z czasem okazało się początkiem nowej hossy. W obecnym cyklu słabe były Chiny wraz z zależnymi od nich rynkami "wschodzącymi" (różne Brazylie i takie tam), a silne były rynki rozwinięte, które jeszcze pod koniec grudnia znajdowały się nie tak daleko od swych wieloletnich czy też historycznych szczytów. Przez analogię do wydarzeń sprzed 7 lat wyobrażałem sobie, że tym razem do nowych dołków do marca spadać będą ceny akcji na rynkach wschodzących dobijane przez słabnące Chiny i załamujące się ceny surowców, zaś rynki rozwinięte wykonają w I kw. jedynie korektę jesiennych wzrostów, które z czasem okażą się pierwszą falą nowej fali hossy. 

Jeszcze na początku stycznia wyobrażałem sobie to tak:

 

 

Tymczasem oczekiwana na początku roku słabość wcale nie ograniczyła się do Chin i okolic. Co zaskakujące z punktu widzenia powyższego scenariusza S&P 500 zaliczył drugie najgorsze 2-tygodniowe otwarcie w historii (-8 proc. wobec -8,8 proc. 7 lat temu na początku 2009 roku). Po kilku dalszych sesjach w tym tygodniu S&P 500 znalazł się najniżej od 21 miesięcy, co generalnie odsyła powyżej opisany scenariusz na śmietnik. 


 

To niepokojący sygnał, bo gdy pojawiał się ostatnio po raz pierwszy pod dłuższym okresie – 23 lutego 2001 oraz 2 lipca 2008 – to okazywał się zapowiedzią kontynuacji bardzo silnej bessy (indeks spadał później o odpowiednio 38 proc. w ciągu 20 miesięcy i 46 proc. w ciągu 8 miesięcy). W każdym z tych przypadków był też symptomem pęknięcia inwestycyjnej bańki (odpowiednio w sektorze informatyczno-telekomunikacyjnym i na rynku kredytów hipotecznych) i wchodzenia gospodarki USA w recesję. Nie jest to jednak uniwersalna reguła. W okresie minionego pokolenia tego typu sygnały pojawiały się jeszcze przy trzech okazjach. Te z 23 września 1977 i 22 lutego 1982 poprzedzały dalsze spadki o 8,2-8,6 proc. w ciągu pół roku, a sygnał z 4 grudnia 1987 wypadł dokładnie w dołku S&P 500. W 1982 rok gospodarka USA weszła w recesję, ale nic takiego nie nastąpiło w latach 1977 i 1987.

Osobiście podtrzymuję swoją opinię, że w obecnych warunkach recesja gospodarcza w USA jest bardzo mało prawdopodobna. Na 6 ostatnich recesji 5 zostało poprzedzonych jakąś formą "szoku naftowego" a jedna (w 1982 roku) skokiem stóp FED na rekordowe 15 proc. Obecnie mamy do czynienia raczej z "anty-szokiem" naftowym, a stopy są ciągle na poziomie bliskim historycznego minimum. Oczywiście załamanie w przemyśle naftowym (łupki) wywołane spadkiem cen ropy, wywołuje recesję w amerykańskim przemyśle, ale ze względu na jego ograniczoną wagę w PKB ta słabość nie powinna zarazić całej gospodarki. Ciągle dobre dane z rynku pracy i raczej pozytywne nastroje konsumentów potwierdzają takie założenie, chociaż pesymizm szefów firm i spadek indeksów wskaźników wyprzedzających kreśli mniej różowy obraz sytuacji. W jednym z najbliższych wpisów spróbuję dokonać ogólnego przeglądu koniunktury w gospodarce USA, który być może ułatwi rozstrzygnięcie tych wątpliwości. 

Jeśli wyrażona powyżej teza jest prawdziwa, to analogią do obecnej sytuacji stają się "bezrecesyjne" epizody 21-miesięcznych dołków S&P 500 z 1977 i 1987 roku, a nie związane z gospodarczą recesję sygnały z 1982, 2001 i 2008 roku. To oznacza, że dalszy potencjał spadkowy S&P 500 powinien być bliższy raczej 0-8,2 proc. niż 8,6-38-46 proc. 

W zdezaktualizowanym w środę scenariuszu dla S&P 500 spadki okresu maj-sierpień ub. r. były w terminologii elliottowskiej pełną 4-tą falą impulsu wzrostowego rozpoczętego w marcu 2009. W tej strukturze 2-ka była "pędzącą" korektą z okresu kwiecień 2010-październik 2011. Zejście S&P 500 poniżej dołka z sierpnia ub. r. to sygnał, że fala 4-ta jest bardziej rozbudowana. Z perspektywy czasu można ocenić, że założenie, że 4-ka potrwa 4 miesiące, gdy 2-ka trwała miesięcy 18, nie było zbyt dobre. Nie wiadomo, jaką ostatecznie postać przyjmie ta korekcyjna struktura, gdy się zakończy.

Mam generalnie pobłażliwy stosunek to teoria Elliotta (uważam, że te ulotne fraktalne wzorki to po prostu rezultat zwykłej superpozycji różnych cykli), ale chciałbym się jeszcze raz posłużyć jej terminologią do opisania scenariusza, który proponuję roboczo w miejsce poprzedniego. Otóż TE sugeruje, że orientacyjnym celem 4-tej fali impulsu powinien być zasięg 4-fali niższego rzędu. Ładnie to można zilustrować dla obecnej sytuacji na niemieckim DAX-ie. 4-ta fala niższego rzędu (czyli 4-ka w obrębie 3-ciej fali, która rozegrała się pomiędzy wrześniem 2011 a kwietniem 2015) ewidentnie jest korektą z okresu lipiec-październik 2014). Dla DAX-a to przedział 8572-10029. Dolne ograniczenie 7-letniego kanału trendu wzrostowego znajduje się obecnie w okolicach poziomu 9000 pkt. Nieco niżej jest dolne ograniczenie kanału trendu spadkowego. Te trzy wsparcia powinny na DAX-ie powstrzymać ewentualną dalszą przecenę, ale nic to nie mówi o terminie osiągnięcia tego celu. Może to nastąpić zarówno w najbliższych tygodniach, jak i np. jesienią po wykonaniu skomplikowanej - np. płaskiej - korekty. Co ciekawe poziom z października 2014 S&P 500 osiągnął właśnie w minioną środę. 


 


 

Na razie "plunge protection team" zaatakował w Japonii broniąc kursu jena względem dolara, który groził wyłamaniem w dół z ponad rocznej formacji "głowy z ramionami" (czyli umocnieniem jena). W reakcji na tę interwencję jen osłabł a Nikkei skoczył w górę o ponad 5 proc. Można podejrzewać, że w ostatnich latach "yen carry trade" był jednym z kluczowych źródeł finansowania zakupów akcji na świecie, więc umocnienie jena to jeden z symptomów zmykania długich pozycji na rynkach akcji. 


 


 

Taka interwencja BoJ powinna wystarczyć na przynajmniej kilka-kilkanaście sesji. Takie odbicie byłoby spójne ze znaczeniem ubiegłotygodniowego sygnału - spadku udziału optymistów wśród amerykańskich inwestorów indywidualnych do najniższego poziomu od 11 lat.

Tydzień temu zwracałem uwagę na najsłabszy w historii pierwszy tydzień roku na S&P 500. Pierwsze dwa tygodnie nowego roku już nie były rekordowe. S&P 500 stracił w ich trakcie 8 proc., ale po dwóch pierwszych tygodniach 2009 roku było jeszcze gorzej -8,8 proc. Ponieważ od analogii z początkiem 2009 roku zacząłem ten tekst, to i na niej - skoro się znowu przypomniała - skończę. Gdyby S&P 500 nadal podążał ścieżką z 2009 roku, to jego dalsze losy w tym roku wyglądałyby tak:

 


Swoją drogą jako historyczną ciekawostkę można potraktować fakt, że 3-cie najsłabsze w historii 2-tygodniowe otwarcie roku na S&P 500 miało miejsce w 1939 roku (-6,16 proc.). 

Powyższe nie jest oczywiście prognozą. Nawet, gdyby "plunge protection team" następnym razem zaspał, to i tak rozmiary formacji, z której S&P 500 próbował się w środę wybić, sugerują jako cel ewentualnej zniżki co najwyżej okolice poziomu 1637 pkt. Ale sądząc po czujnej rekacji BoJ PPT jest cały czas zwarty i gotowy, więc nawet wyłamanie o pełny rozmiar formacji można uznać, że scenariusz mniej prawdopodony. 

13:02, bialek.wojciech
Link Komentarze (118) »
piątek, 15 stycznia 2016

Największy w historii spadek WIG-u 20 na pierwszej sesji roku, nie był jedyne polską specyfiką. Za oceanem S&P 500 zanotował najsilniejszy spadek (-6 proc.) od przynajmniej 1929 roku, od kiedy dostępne są dzienne dane. Czy taki „defekt stycznia” jest zapowiedzią kontynuacji słabości w trakcie całego roku? W tym okresie jedynie 3-krotnie rok otwierał się tygodniowy spadkiem większym niż 4 proc. (jako pierwszy tydzień roku traktuję pierwszy tydzień, który rozpoczął się w nowym roku). Było to w latach 1974, 1998 i 2009. 

 

 

Sygnał z początku 1974 roku rzeczywiście był zapowiedzią katastrofy – pokoleniowego kryzysu wywołanego szokiem naftowy, recesji w gospodarce USA i rezygnacji prezydenta Nixona. Zanim S&P 500 wyznaczył 10 miesięcy później pokoleniowy dołek stracił 36 proc. wobec zamknięcia poprzedniego roku.  Ale już dwa następne sygnały pojawiły się na początku lat, które kończyły się silnymi wzrostami S&P 500: w 1998 roku indeks zyskał +26,7 proc., a w 2009 roku +23,5 proc. W 18 lat temu słabość z początku stycznia okazała się złym znakiem, ale nie dla Wall Street a dla Rosji, która 7 miesięcy później zbankrutowała (wtedy tak jak teraz mieliśmy do czynienia z załamaniem cen ropy naftowej). W 2009 roku słabość z pierwszego tygodnia ostrzegała przed spadkiem S&P 500 o 25,1 proc. wobec poziomu z końca 2009 roku, ale 9 marca indeks ustanowił (pokoleniowy?) dołek i ostatecznie 2009 rok zakończył się silnymi wzrostami na rynkach akcji.

 

Nie ma specjalnie sensu uśredniać 3 tak odmiennych ścieżek indeksu, ale dla porządku prezentuję taką projekcję poniżej:

 


 

 

Ta projekcja osiąga pierwsze lokalne minimum w marcu tego roku, rośnie do maja, stabilizuje się do sierpnia, a następnie ustanawia wtórny dołek w październiku 2016, po czym wchodzi w silną hossę. Jak widać per saldo słaby pierwszy tydzień roku na S&P 500 niekoniecznie oznacza koniec świata. 

 

O tym, że warto w swoich planach na ten rok uwzględnić również optymistyczne scenariusze przekonuje ostatni odczyt sentymentu Amerykańskiego Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych  - udział "byków" spadł do najniższego poziomu od kwietnia 2005 roku - 17,9 proc.!

 

 

Prawie 11 lat temu S&P 500 ustanowił dołek w 4 sesje po tak niskim odczycie i nigdy już później nie był niżej. Podobnie działały wielokrotne sygnały z lat 1988-1900 oraz sygnał z września 1992. Udział "niedźwiedzi" (45,5 proc.) nie jest na razie tak skrajny - najwyższy jedynie od kwietnia 2013. 

Przy takim sentymencie trudno wyobrazić sobie jakieś poważniejsze załamanie przynajmniej w najbliższym czasie. Również u nas saldo INI SII było w czwartek znowu - podobnie jak 10 grudnia ub. r. - na poziomie obserwowanym w przeszłości jedynie dwukrotnie w listopadzie 2011 i czerwcu 2012.

Dla kontrarian te sygnały na sentymencie w USA i Polsce z pewnością nie są do zlekceważenia. 

12:00, bialek.wojciech
Link Komentarze (240) »
środa, 06 stycznia 2016

Poprzedni rok zakończył się 8-ym z rzędu miesięcznym spadkiem wartości WIG-u 20. W ponad 20-letniej historii tego indeksu tak konsekwentna wyprzedaż zdarzyła się jedynie raz - pomiędzy lutym a październikiem 2000 roku podczas pierwszej fali ówczesnej globalnej bessy związanej z pęknięciem bańki inwestycyjnej w sektorze informatycznym i telekomunikacyjnym. 15 lat temu po takim sygnale przyszło 2-miesięczne odreagowanie cen akcji w górę, bo czym bessa uległa wznowieniu i na GPW trwała do września 2001. 

 

 

Oczywiście z tego pojedynczego precedensu pewnie nie można zbyt wiele wywróżyć na przyszłość. 

Powyższy sygnał został wygenerowany na ostatniej sesji grudniowej, a na pierwszej sesji stycznia pojawił się sygnał o równie niepokojącej dla posiadaczy akcji wymowie. WIG-20 stracił na pierwszej sesji roku 2,9 proc. i był to największy w historii indeksu dzienny spadek inaugurujący nowy rok. Ktoś zauważył, że jeszcze nie zdarzyło się by rok, który rozpoczął się od spadkowej sesji na WIG-u 20, zakończył się na plusie. I tak jest w rzeczywistości. Poniżej widać zmiany WIG-u 20 na pierwszej sesji roku i w całym roku w kolejnych latach:

 

2016 -2,9% ? 
2015 -0,3% -19,7% 
2014 1,2% -3,5% 
2013 1,7% -7,0% 
2012 2,3% 20,4% 
2011 1,4% -21,9% 
2010 2,3% 14,9% 
2009 4,9% 33,5% 
2008 -1,0% -48,2% 
2007 1,9% 5,2% 
2006 1,5% 23,7% 
2005 0,3% 35,2% 
2004 2,7% 24,6% 
2003 0,1% 33,9% 
2002 0,7% -2,7% 
2001 -1,2% -33,5% 
2000 3,6% 1,5% 
1999 4,0% 46,5% 
1998 -0,4% -17,9% 
1997 0,5% 3,1% 
1996 2,4% 82,1% 

1995 6,0% 8,2%

 

Wygląda to na pierwszy rzut oka paskudnie, ale trzeba sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście jakaś zależność pomiędzy zachowaniem indeksu na pierwszej sesji roku, a rocznym wynikiem istnieje. Otóż współczynnik korelacji pomiędzy obiema seriami danych wynosi 0,53. Z tego wynika, że taka zależność naprawdę występuje, chociaż nie jest silna. 

 

Ścieżki WIG-u 20 w latach, które rozpoczęły się od spadkowej sesji - 1998, 2001, 2008 i 2015 - wyglądają fatalnie - w każdym przypadku WIG-20 po raku traci prawie 1/4 wartości. Gdyby ten rok miał być rzeczywiście podobny, to maj byłby ostatnim momentem na sprzedaż akcji. W 3 na 4 przypadkach słabość ujawniona na pierwszej sesji kulminowała jeszcze w styczniu (w 1998 roku - 12 stycznia, 2008 roku - 21 stycznia a w 2015 roku 20 stycznia - i kupując w lokalnym dołku można było do maja coś tam zarobić. W 2001 roku ta strategia zawiodła - wtedy ze spekulacyjnymi zakupami pod odbicie trzeba było zwlekać do marca. W sumie kupno w marcu i sprzedaż w maju dawały zysk również w 2008 i 2015 roku. Dla odmiany kupno w marcu było bardzo złym pomysłem w 1998 roku. 


 

Już przedstawiona przed tygodniem projekcja WIG-u 20 oparta na optymistycznych sygnałach:

 

... wyglądała dosyć dychawicznie:

 

 

...ale ta oparta na uśrednieniu powyższych 4 ścieżek WIG-20 z lat, które rozpoczęły się od spadkowej sesji, jest już zupełnie dramatyczna, chociaż odważnym otwiera pole do spekulacyjnych zakupów za 8-12 sesji i sprzedaży w maju. 


 

 

Nie za bardzo wiem, co sądzić o uzyskanym wyniku. Zupełnie nie pasuje mi do preferowanych scenariuszy, może za wyjątkiem jednego - kontynuacji pełnoskalowego Chinageddonu (co biorąc pod uwagę przebieg pierwszej sesji w tym roku sesji na chińskich giełdach jest opcją, którą należy traktować poważnie). Z drugiej strony zawsze mówiłem, że rynek gra z nami uczciwie z wyprzedzeniem generując sygnały, które dla uważnego obserwatora są cennymi wskazówkami na przyszłość. Ostrzeżenie z 4 stycznia należy więc zapamiętać i w maju ponownie zastanowić się nad jego znaczeniem. 

11:04, bialek.wojciech
Link Komentarze (185) »
czwartek, 31 grudnia 2015

W okresie minionych ponad 8 laty wartość współczynnika korelacji pomiędzy WIG-iem 20 z cenami wysokorentownych ("high yield") obligacji w USA przekraczała 0,8, a więc była bardzo wysoka. 

 


Wydaje się, że tym co łączy polski rynek akcji i amerykański rynek obligacji wysokontownych to cena węglowodorów. Jednym z głównych czynników, który w okresie minionych ponad 2 lat powodował bessę na amerykańskim rynku obligacji wysokorentownych, był spektakularny spadek cen ropy podcinający rentowność amerykańskich firm wydobywających gaz i ropę z łupków, które w przeszłości finansowały się emitując obligacje.

 

 

Na WIG-u 20 pośrednio ciążą nasze kopalnie węgla, którego jesteśmy 9-tym producentem na świecie. 

  


 

Wydaje się, że hossa powinna powrócić i na rynek obligacji wysokorentownych i na polski rynek akcji mniej więcej równolegle z początkiem trwalszego odbicia w górę cen surowców energetycznych. 

Od dosyć dawna mówi się, że jedną z przyczyn trwającego spadku ceny ropy naftowej jest wojna wydana amerykańskim producentom ropy z łupków przez Arabię Saudyjską. Jest pewnym paradoksem, że ze względu na strukturę kosztów produkcji ropy to właśnie jej czołowy konsument czyli USA mogą być obecnie siłą zainteresowaną wzrostem ceny ropy naftowej.


 

 

Niskie ceny surowców energetycznych per saldo są bardzo korzystne dla USA jako całości, ale stawką w tej grze jest na krótką metę przyszłość 1000 miliardów dolarów ulokowanych w obligacjach amerykańskich firm wydobywających ropę, a na dłuższą całej "rewolucji" łupkowej, która dawała USA perspektywę zbliżenia się do energetycznej samowystarczalności.

Na razie zapasy ropy w USA są najwyższe od przełomu lat 20-tych i 30-tych poprzedniego stulecia. 

 

 

W przeszłości tylko dwukrotnie ropa spadała w ciągu 2 lat o tyle ile ostatnio. Najpierw w latach 1985-1986 (wtedy mówiło się, że ofiarą polityki Arabii Saudyjskiej miał być zależny od sprzedaży surowców energetycznych ZSRR), a potem w latach 1997-1998 (kryzysy azjatycki i rosyjski). 

 

 

Gdyby cena ropy zachowywała się po takim sygnale z sierpnia tego roku tak jak po sygnałach z marca 1986 czy grudnia 1998, to w pierwszej połowie 2017 roku ropa kosztowałaby powyżej 80 dolara za baryłkę, a więc ponad 2-krotnie więcej niż obecnie. Na razie jednak cena ropy porusza się słabszą ścieżką niż 17 lat temu i niż 30 lat temu (czyli jeden i dwa cykle Kuznetsa wstecz). 

 

 

Trudno prognozować dalsze losy tych tytanicznych zmagań, ale wykres sezonowego zachowania ceny ropy naftowej sugeruje, że apogeum słabości na rynku ropy naftowej powinno zostać osiągnięte w okolicach lutego. 


 

 

13:39, bialek.wojciech
Link Komentarze (163) »