Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Archiwum
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
czwartek, 08 września 2016

Gdy kilka miesięcy temu opisywałem proste kryterium pozwalające w przeszłości poprawnie identyfikować pierwsze fale wzrostowe cyklicznych "rynków byka" na WIG-u (w ramach cyklu Kitchina), jeden z komentatorów skrytykował to podejście uznając - poniekąd słusznie - że strategia spekulacyjna obejmująca jedynie sygnały kupna nie może być uznaną z w pełni użyteczną. Dziś więc przy okazji prezentacji zmodyfikowanej wersji sygnału kupna pozwalającą poprawnie rozpoznać początek cyklicznej "kitchinowej" hossy już po pierwszych 25 sesjach postanowiłem przedstawić strategię zamykania zajętych w ten sposób pozycji.

Ale najpierw sygnały kupna. Przyjąłem dwa proste kryteria: najpierw WIG musi robić wystarczająco istotny dołek a potem musi w 25 sesji odpowiednio wzrosnąć. To pierwsze kryterium jest dosyć zdroworozsądkowe - nowa hossa przychodzi po bessie, a bessa zwykle sprowadza indeks do istotnego minimum - ale oczywiście zawodzi na bardzo silnych rynkach, gdy faza spadkowa cyklu ma postać np. "fali pędzącej" tak jak w latach 2004-2005. Drugie kryterium jest mniej oczywiste - a co jeśli nowa hossa rozpocznie się powolnym mało dynamicznym wzrostem? Wtedy rzeczywiście proponowane podejście zawiedzie, tyle że jeszcze nigdy na GPW z czymś takim nie mieliśmy do czynienia. 

 

sk

 

Jak widać sygnał kupna z 18 marca na razie zawodzi: WIG jest na tym samym poziomie co wtedy, a po drodze było sporo nerwów. Można pocieszać się, że podobnie było w kilku wcześniejszych cyklach, gdy zaraz po pojawieniu się sygnały kupna przychodziła silna korekta znosząca dużą część pierwszego impulsu wzrostowego. 

Dodajmy teraz sygnały sprzedaży. Tu znów przyjąłem dwa proste warunki: pierwszym jest ujawnienie się znaczącej słabości rynku. Przyjąłem proste kryterium bessy: średnia 200-sesyjna zaczyna spadać. By jednak zabezpieczyć się przed pojawianiem się przedwczesnych sygnałów sprzedaży w początkowym okresie hossy (np. podczas typowej korekty kasującej dużą część pierwszej fali wzrostowej) dodałem drugi warunek: sygnał sprzedaży musi być poprzedzony - typowym dla hossy - wyraźnym pokazem siły rynku w tym przypadku wyjściem na odpowiednio znaczące maksimum. Takie podejście zawiedzie oczywiście na bardzo słabym rynku, kiedy wzrostowa fala cyklu prawie nie wystąpi. W dotychczasowej historii WIG-u z czymś takim nie mieliśmy jednak jeszcze do czynienia (nawet słaba hossa z lat 2012-2015 wyniosła WIG do 7-letniego maksimum). 

 

skss

 

Zaprezentowane podejście do sygnału sprzedaży pozwala wyeliminować wadę sygnału kupna, który nie dostrzega początku cyklicznej hossy wiosną 2005. Ponieważ rynek po sygnale kupna z października 2001 był generalnie bardzo mocny przez wiele lat, to sygnał sprzedaży według przyjętego kryterium pojawił się dopiero w grudniu 2008. W ten sposób sygnał kupna wiosną 2005 nie był do niczego potrzebny, bo system miał w tym czasie długą pozycję. 

W początkowych latach istnienia warszawskiej giełdy liczba sesji w tygodniu była mniejsza niż 5 (początkowo tylko jedna), ale dla zachowania zgodności z późniejszymi czasami przyjąłem, że w tygodniu było 5 dni sesyjnych z powtarzającymi się wartościami WIG-u w dniach, w których nie było sesji. Sygnał kupna z października 1991 był de facto błędny - ówczesny wzrost nie był początkiem hossy a jedynie silną korektą bessy, na szczęście sygnał sprzedaży przyszedł w porę pozwalając zamknąć pozycję z niewielkim zyskiem. 

Opisana prosta strategia spekulacyjna nastawiona na wykorzystanie możliwości oferowanych przez średnio 40-miesięczny cykl Kitchina byłaby w okresie istnienia GPW lepsza od WIG-u mniej więcej 6-krotnie (średnioroczna stopa zwrotu nieco ponad 25 proc.):

 

sksslo

 

Bawiąc się nią dalej można założyć, że zamknięcie długiej pozycji nie oznacza - tak jak powyżej - schowania gotówki pod materac, ale jest równoznaczne z otwarciem krótkiej pozycji, która z kolei zostanie zamknięta, gdy pojawi się nowy sygnał kupna. Tak zmodyfikowana strategia byłaby w okresie minionego ćwierćwiecza lepsza od WIG-u ok. 20-krotnie: startując z poziomu 1000 pkt. WIG miał dziś wartość 48129 pkt., zaś linia kapitału opisanej strategii przekraczała jeden milion. To oznacza średnioroczną stopę zwrotu przekraczająca 30 proc. 

 

sksslols

Oczywiście nie ma na GPW możliwości otwierania krótkich pozycji na WIG-u (można próbować ten brak substytuować krótką pozycją na kontraktach na WIG-20), więc powyższe jest jedynie pouczającą ciekawostką. Prawdę powiedziawszy nawet otwieranie długiej pozycji na WIG-u jest kłopotliwe (indeks składa się z kilkuset spółek), ale bardziej chodziło mi tu o ilustrację idei niż na gotowy przepis na maszynkę do robienia pieniędzy. 

Prawdą jest też, że nawet jeśli opisana strategia oparta jest na 4 prostych kryteriach, to jednak uzyskany wynik jest wynikiem lekkiej optymalizacji (ręcznej). Nie może to być wielki zarzut, bo w końcu kto chciałby zajmować się strategiami z założenia i celowo nieskutecznymi, ale oczywiście każdy, kto miał jakieś doświadczenie z mechanicznymi strategiami, wie, że ich zachowanie w przyszłości może odbiegać od historii, na podstawie której dana strategia została opracowana.

W praktyce dobrze zarządzany portfel spekulacyjny powinien być obsługiwany przez wiele - opartych na możliwie zróżnicowanych założeniach - strategii o podobnie dobrych parametrach historycznych, z których każda odpowiedzialna byłaby jedynie za niewielką część portfela.

Oczywiście nie wiadomo obecnie, czy marcowy sygnał kupna przyniesie ostatecznie zysk tak jak 7 poprzednich. Tak powinno być, jeśli obecny cykl okaże się "typowy", ale ponieważ ostatnie lata obfitowały w nietypowe zachowania rynków, więc zachowanie względnej ostrożności nie zaszkodzi. 

 

19:50, bialek.wojciech
Link Komentarze (248) »
piątek, 02 września 2016

Zainspirowany komentarzem zamieszczonym na blogu pana cyfrowyja postanowiłem przyjrzeć się perspektywom demograficznym świata z punktu widzenia "wskaźnika obciążenia demograficznego" (po angielsku "total dependency ratio"). Wskaźnik ten obliczany jest jako relacja pomiędzy liczbą dzieci i starców w społeczeństwie a liczbą osób w wieku produkcyjnym. Korzystając z danych ONZ przyjrzałem się dostępnym wartościom tego wskaźnika dla 30 największych obecnie gospodarek świata w okresie od 1950 do 2010 roku oraz prognozom dla lat 2015-2100. Dane dostępne są w 5-letnich interwałach. Dla każdego z nich zrobiłem ranking uwzględniający wielkość wskaźnika obciążenia demograficznego dla danego roku.

Co było dla mnie zaskoczeniem kolejne kraje, które w tym rankingu zajmowały pierwsze miejsca (miały najniższą spośród analizowanej 30-tki wartość "total dependency ratio"), okazały się być krajami kojarzonymi w swoim czasie z gospodarczym sukcesem. Były to kolejno:

Niemcy w latach 1950-1960

Japonia w latach 1965-1970

Rosja w latach 1975-1980

Niemcy ponownie w roku 1985

Japonia ponownie w roku 1990

Korea Południowa w latach 1995-2000

Chiny w latach 2005-2010. 

 


 

Jeśli chodzi o Niemcy to lata powojenne określane są tam jako Wirtschaftswunder - "cud gospodarczy". Sukces Japonii kulminujący w szczycie gospodarczego boomu w 1990 roku (dokładnie wtedy, gdy kraj ten po raz ostatni był liderem mojego zestawienia) również jest oczywisty. Nieco bardziej skomplikowany jest przypadek Rosji/ZSRR, ale pamiętajmy, że lata 70-te były okresem, kiedy po klęsce Amerykanów w Wietnamie ZSRR osiągnął szczyt swej potęgi (kulminujący inwazją na Afganistan i olimpiadą w Moskwie) i mało kto wtedy myślał o rozpadzie radzieckiego imperium (podobnie jak obecnie mało kto traktuje poważnie scenariusze przewidujące Chinageddon). Gdy po krachu z początku lat 90-tych Japonia przestała być liderem gospodarczym świata, jej miejsce zajęły "azjatyckie tygrysy", do których zaliczano Koreę Południową. Po kryzysie w Azji Południowo-Wschodniej miejsce tych krajów w światowym systemie gospodarczym zajęły i - z pojawiającymi się ostatnio problemami - dzierżą je do tej pory Chiny. 

Nawet pobieżna analiza tego zestawienia narzuca myśl, że źródło gospodarczego sukcesu jest banalnie proste: relatywnie mały udział w populacji - nieproduktywnych - dzieci i starców. Druga myśl jest taka: duże straty wojenne (szczególnie duże straty wśród mężczyzn w wieku poborowym) skutkują z czasem spadkiem liczny starców, podobnie jak "polityka jednego dziecka" prowadzi do - czasowego - spadku udziału nieproduktywnej części społeczeństwa. 

Postanowiłem sprawdzić, czy hipotezę o korzystnym wpływie niskich wartości wskaźnika obciążenia demograficznego da się przerobić na skuteczną strategię inwestycyjną. Strategia oparta była na 5-letnich inwestycjach na rynku akcji kraju, który na koniec danej 5-latki będzie liderem tego zestawienia (będzie miał najniższą wartość "total dependency ratio"). Ponieważ ONZ publikuje prognozy, więc wiadomo  kto z dużym prawdopodobieństwem będzie liderem w przyszłości. Z braku danych musiałem zrezygnować z uwzględnienia zysków z niemieckiego rynku akcji w latach 50-tych. Problem miałem też z komunistyczną Rosją/ZSRR, ale poradziłem sobie z tym zastępując ją w latach 70-tych krajami, które w rankingu zajmowały drugie miejsce - najpierw Japonią, a w drugiej połowie dekady Kanadą. Wyniki przeliczałem na amerykańskie dolary i porównałem do stopy zwrotu z S&P 500. 

 

 

Po 55 latach działania przestawionej strategii jej wynik okazał się prawie 3-krotnie lepszy od zysku, który otrzymalibyśmy trzymając w latach 1960-2015 S&P 500. To rezultat z pewnością zachęcający do dalszych badań. Oczywiście z racji na niewielką liczbę dokonanych transakcji może to być przypadek. Wśród tych 6 epizodów trzy były bardzo udane (dwukrotnie Japonia i raz Chiny), jeden był neutralny (Kanada) a dwa były wpadkami (Niemcy i Korea Południowa). 

Gdyby uzyskany rezultat potraktować poważnie, to nasuwa się pytanie o to, które kraje w przyszłości liderować będą światu pod względem najkorzystniejszej (najniższej) proporcji pomiędzy udziałem w społeczeństwie dzieci i starców a udziałem ludzi w wieku produkcyjnym. Odpowiedź - opartą na prognozach ONZ - zaznaczyłem na poniższym obrazku. 

 

 

Jeszcze w 2020 roku siłą rozpędu na pierwszym miejscu pojawia się ponownie Korea Południowa. Kraj ten to specyficzny przypadek - w rezerwie mają podobnie jak Niemcy ćwierć wieku temu - zjednoczenie z komunistyczną częścią kraju, ale pomiędzy 2020-tym a 2065-tym kraj ten ma według prognoz przenieść się z pierwszego na ostatnie miejsce tego rankingu jako jedyny osiągając wskaźnik obciążenia demograficznego przekraczający 100 proc. (na każdego potencjalnie pracującego przypadać będzie jedno dziecko lub - w większości - starzec). 

Po 2020-tym akcja przeniesie się już do końca stulecia na południe: liderami tego zestawienia są Iran (2025-2040; może dlatego Amerykanie zaczęli się ostatnio przymilać do tego kraju? tuż za Iranem plasować się ma Arabia Saudyjska), RPA (2045-2060; na drugim miejscu Indie), Pakistan (2065-2080; pod koniec tego okresu na drugim miejscu pojawiają się Filipiny; wysoko jest też Indonezja) oraz Nigeria (2085-2100), która ostro inwestuje w swoją świetlaną przyszłość produkując masę dzieci, co daje jej obecnie ostatnie miejsce w rankingu. 

Jeśli hipotezą łącząca niskiego wartości "total dependency ratio" z sukcesem gospodarczym ma w sobie chociaż trochę sensu, to z prognoz tych wynika, że w dalszej części obecnego stulecia aktywność gospodarcza będzie się stopniowo przenosić na południe: głównie do krajów muzułmańskich i do Afryki. 

Jak by się ktoś pytał, to w Teheranie od 1967 roku funkcjonuje giełda papierów wartościowych, która według WIKIPEDII była "one of the world's best performing stock exchanges in the years 2002 through 2013". 

Oczywiście można postawić pytanie, czy kraje południa - ze względu na kulturową specyfikę na przykład - będą w stanie powtórzyć sukces krajów północnych osiągnięty w sprzyjających warunkach demograficznych. Na raz na Bliskim Wschodzie rozkręca się powoli konflikt, który może stać się ostatecznie tamtejszym odpowiednikiem wojny 30-letniej. Zresztą można podejrzewać, że kraje północy będą takim scenariuszom sprzyjać, wiedząc, że pokój w rejonie przyniósłby być może napędzany sprzyjającą demografią okres prosperity, który przesunąłby gospodarczy środek ciężkości świata zdecydowanie na południe. 

A co z Polską? Wartość wskaźnika obciążenia demograficznego dla naszego kraju zaznaczyłem na powyższym wykresie pogrubioną czarną linią (prognozy na szaro). Obecnie jest z nami całkiem nieźle. W 2010 roku Polska ze wskaźnikiem tuż poniżej poziomu 40 proc. znajdowała się w pierwszej 5-tce tego zestawienia (w wieku produkcyjnym są dwa wielkie demograficzne boomy urodzeń ze szczytami odpowiednio w 1955 i 1983). Niestety następne 50 lat ma przynieść w naszym kraju katastrofalny wzrost relacji pomiędzy potencjalnie pracującymi a osobami nieproduktywnymi i w 2060-tym Polska znajdzie się wraz z Koreą Południową i Japonią w pierwszej trójce krajów o najwyższej wartości "total dependency ratio". W tym doborowym towarzystwie mają znaleźć się też Włochy i Hiszpania. 

W powyższym kontekście zrozumiałe stają się próby podniesienia dzietności takie jak wprowadzony przez rząd program 500+. Ponieważ pokolenie powojennego boomu demograficznego zacznie opuszczać rynek pracy po 2020 roku, to dzieci mające tą lukę uzupełnić powinny były się zacząć rodzić już w okolicach 2005 roku. Program wydaje się więc spóźniony (zresztą nie wiadomo na ile okaże się skuteczny, a jeśli tak, to czy zapłacona cena - wzrost długu publicznego - okaże się tego warta), chociaż z drugiej strony i pokoleniowy kryzys po 2007 roku i nadwyżki siły roboczej, które Polska w ostatniej dekadzie eksportowała do innych krajów, raczej nie skłaniały do myślenia o dalszej przyszłości. 

Oczywiście skutki nadchodzącej w okresie najbliższych 50 lat katastrofy demograficznej można będzie jakoś tam łagodzić sprowadzając do domu emigrantów ekonomicznych z ostatnich lat (ale czy będą chcieli wrócić?), wydłużając wiek emerytalny (ale rząd zmierza zdaje się w przeciwną stronę), skracając okres edukacji dzieci ("te całe studia to marnotrawstwo czasu"), sprowadzając imigrantów (najlepiej Europejczyków z krajów sąsiednich albo tych uciekających z zachodu Europy przed tamtejszymi imigrantami) czy zwiększając partycypację w rynku pracy (za PRL-u była znacznie wyższa niż obecnie). Niestety wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście lepiej już było. 

Wydaje się zresztą, że dotyczy to świata jako całości, bo wartość wskaźnika obciążenia demograficznego dla świata według prognoz ONZ właśnie kończy swój wielopokoleniowy spadek.

 


 

P.S. Pani  ulica_mainstreet przypomniała przy okazji koncepcję związku Inverse Dependency Ratio z cenami nieruchomości. Prezentację banku centralnego Japonii na ten temat z 2011 roku można znaleźć tutaj: "Population Ageing, Macroeconomic Crisis and Policy Challenges and Policy Challenges", Kiyohiko G. Nishimura.


14:34, bialek.wojciech
Link Komentarze (363) »
piątek, 26 sierpnia 2016

W lipcu stopa bezrobocia w naszym kraju spadła do najniższego poziomu od ćwierć wieku

 

Odległość pomiędzy 3-ma szczytami stopy bezrobocia z lipca 1994, lutego 2003 i lutego 2013 oraz pomiędzy dwoma dołkami stopy bezrobocia z lipca 1998 i października 2008 to średnio 9 lat i 7 miesięcy. Na tej podstawie następnego dołka tego parametru należałoby oczekiwać w okolicach maja 2018 roku. 

Cykliczny spadek tego parametru trwał do lipca przez 3 lat i 5 miesięcy. Podobny do obecnego (sierpień 2016) wiek dwie fazy spadkowego w poprzednich cyklach osiągały odpowiednio w styczniu 1998 i sierpniu 2006. Na razie ścieżka stopy bezrobocia trzyma się projekcji uzyskanej przez uśrednienie przebiegu spadku tego wskaźnika podczas dwu poprzednich cykli. Gdyby nadal tak się działo, to następny cykliczny dołek stopy bezrobocia wypadnie w okolicach października 2018 roku. 

 


 

Jeśli okres dobrej koniunktury w polskiej gospodarce - bo trwający spadek wysokości stopy bezrobocia sugeruje, że z koniunkturą gospodarczą nie jest aż tak źle - dotrwa do 2018 roku, to oznaczać to będzie, że Polska gospodarka rosnąć - bez recesji - będzie przez kolejne 26 lat. Innym krajem, który od 1992 roku nie zaznał recesji jest Australia.

 

 

Australijczycy już w ubiegłym roku ekscytowali się możliwością pobicia przez ich gospodarkę rekordu długości ożywienia gospodarczego ustanowionego w ostatnich dziesięcioleciach przez Holandię, która nie zaznała recesji w latach 1982-2008. 

 

 

Jest jasne, że gospodarka Australii ten okres prosperity zawdzięcza w dużej mierze popytowi generowanemu przez fenomenalny wzrost Chin w ostatnim ćwierćwieczu. Ewentualny kryzys gospodarczy w Chinach zapewne zatopiłby australijską "zielona wyspę". Ja konsekwentnie trzymam się hipotezy, że ChRL podążą z pokoleniowym opóźnieniem ścieżką ZSRR. Historię obu krajów można synchronizować za pomocą dat powstania obu krajów (1922, 1949), dat "wielkiego głodu" wyznaczający momenty przejścia do forsownej industrializacji dokonywanej kosztem chłopstwa (1932-33, 1958-61) czy wyznaczających zachłyśnięcie się własną potęgą dat organizacji igrzysk olimpijskich (1980, 2008). Jak nie liczyć Chinageddon wypada w latach 2018-2019. 

Powyższe napisane zostało oczywiście na pół serio, ale rozpędzający się w Chinach wzrost cen nieruchomości, traktuję jako typową dla  schyłkowych okresów koniunktury ucieczkę systemu we wzrost zadłużenia gospodarstw domowych (via kredyty hipoteczne) podobną do tej, która nastąpiła w USA w latach 2003-2007 po krachu giełdowych z lat 2000-2002. 

Australijczycy powinni w takim scenariuszu mocno ucierpieć, ale jak uczy historia cen akcji australijskich przedsiębiorstw w okresie minionych 140 lat, tamtejszy kapitalizm i z tego szoku powinien się raczej prędzej niż później otrząsnąć. Z drugiej strony szkoda, że my do tej zabawy dołączyliśmy tak późno:

 


 

Jeśli nałożyć ścieżki dynamiki PKB w Polsce od 1992 i Holandii od 1982 roku, synchronizując obie serie danych w II kw. 1982 (kiedy Holandia wyszła z recesji notując dodatnie tempo wzrostu PKB r/r) i II kw. 1992 (kiedy z recesji wyszła Polska) to uzyskany obraz nie będzie zbyt optymistyczny. W tej analogii ujemna dynamika PKB pojawia się już w IV kw. przyszłego roku. 

 

Osobiście jestem większym optymistą, a ten optymizm opieram między innymi na relatywnie mało agresywnej w obecnym cyklu polityce FED (dziś po południu z przemówienia Janet Yellen w Jackson Hole dowiemy się o tej polityce nieco więcej). W obu poprzednich cyklach stopa bezrobocia w naszym kraju zaczynała rosnąć w 4 lat 4 miesiące - 4 lata 6 miesięcy po rozpoczęciu przez FED podnoszenia stóp procentowych. Tyle czasu zajmowało FED-owi w obu tych cyklach wyprodukowanie jakiegoś spektakularnego bankructwa (Rosji w sierpniu 1998 i Lehman Brothers we wrześniu 2008), który to kryzys finansowy uruchamiał falę wzrostu bezrobocia w Polsce (od sierpnia 1998 i od października 2008). Obecnie FED zaczął podnosić stopy w grudniu ub. r., co na podstawie doświadczeń poprzednich cykli pozwala mieć nadzieję, że negatywne skutki tej zmiany kierunku polityki pieniężnej ujawnią się na naszym rynku pracy dopiero w okolicach początku 2020 roku. 

 

 

Oczywiście stałoby się tak w optymistycznym scenariuszy, w którym obecne ożywienie gospodarcze w USA okaże się dłuższe niż powojenny rekord ustanowiony w latach 1991-2001. Wyrównanie rekordu lat 90-tych oznaczałoby początek nowej recesji w USA w 2019 roku. 

 

 

Podsumowując: w bazowym scenariusz "dobre czasy" powinny potrwać do 2018 roku, co daje przynajmniej kilkanaście miesięcy na dokończenie rozpoczętej w styczniu cyklicznej hossy na krajowym rynkach akcji (i innych EM). 

12:53, bialek.wojciech
Link Komentarze (194) »
piątek, 19 sierpnia 2016

Dane GUS na temat tempa wzrostu gospodarczego w lipcu okazały się zaskakująco słabe, nawet jeśli uwzględnić fakt, że tegoroczny lipiec miał 2 dni robocze mniej niż zeszłoroczny. W miarę przyzwoita była jedynie dynamika sprzedaży detalicznej (+4,4 proc. wobec +6,5 proc. w czerwcu), ale produkcja przemysłu była niższa niż przed rokiem o 3,4 proc., a w budownictwie ujemna dynamika wyniosła aż -18,8 proc. Po wrzuceniu tych danych do prostego modelu rocznej dynamiki PKB otrzymujemy ledwie +1,4 proc. 

 

 

Oczywiście po uwzględnieniu różnicy w liczbie dni roboczych wynik byłby mniej jednoznacznie negatywny, ale nie zmienia to faktu, że drugie półrocze w polskiej gospodarce rozpoczęło się raczej słabo. Jest to dla mnie zaskoczenie, bo zastanawiając się w kwietniu na znaczeniem słabych danych za marzec sugerowałem, że ówczesne osłabienie było przejściowe i niebawem tempo wzrostu wróci do przedziału obserwowanego w okresie minionych 2 lat. Tak się rzeczywiście stało w II kw. (+3,1 proc. dynamika PKB), ale lipiec przyniósł nawrót słabości. 

Obecnie mam trzy uwagi. Po pierwsze w przeszłości dynamika WIG-u wyprzedzała dynamikę PKB o średnio 5 miesięcy. W maju dynamika WIG-u sięgnęła ponad -18 proc., co historyczny byłoby spójne z dynamiką PKB nieco niższą niż 2 proc. W lipcu dynamika PKB spadła poniżej 2 proc., więc na razie wszystko się zgadza. Traktując zachowanie rynku akcji jako wskazówkę apogeum słabości polskiej gospodarki należałoby spodziewać się w okolicach października. 

 

 

Po drugie uśredniając przebieg 4 ostatnich cyklu Kitchina w polskiej gospodarce (dołki na danych kwartalnych IV kw. 1998, IV kw. 2001, I kw. 2009 i I kw. 2013) otrzymujemy projekcję końca fazy spadkowej obecnego cyklu w IV kw. tego roku. 

 


 

Robiąc to samo dla modelu dynamiki PKB opartego o dane miesięczne dostajemy projekcję dołka spowolnienia w październiku tego roku. 


 

Można również przyjrzeć się co działo się na rynku akcji, gdy w okresie 4 poprzednich cykli dynamika PKB spadała poniżej poziomu 1,5 pkt. proc. W poprzednim cyklu takie osłabienie pojawiło się we wrześniu 2012 (dowiedzieliśmy się o tym w październiku), czyli w 3 miesiącu trwania silnej hossy (w II półroczu 2012 WIG zyskał ok. 1/3 wartości). Taki sygnał był również świetnym momentem do zakupów akcji wiosną 2005 roku. Analogiczne spadki dynamiki PKB z listopada 2008 oraz grudnia 2000 pojawiły się odpowiednio na 3 miesiące i 9 miesięcy przed dołkami bessy na rynku akcji. Uśredniając te przesunięcia w czasie otrzymujemy okolice października jako optymalny moment do zakupów akcji, ale ponieważ te scenariusze są mocno rozbieżne, to nie należy się do tego terminu zbytnio przywiązywać. 

 

 

Równocześnie te słabe dane z gospodarki raczej zmniejszają ryzyko rychłego rozpoczęcia regularnej bessy na krajowym rynku obligacji związanej zwykle z nadejściem inflacyjnej fazy cyklu gospodarczego, która zwykle poprzedzona jest wejściem gospodarki w fazę silnego ożywienia gospodarczego. 

 


Podsumowując: z jednej strony słabe - nawet po uwzględnieniu mniejszej liczby dni roboczych - lipcowe dane na temat tempa wzrostu gospodarczego w polskiej gospodarce studzą nieco entuzjazm co do perspektyw krajowego rynku akcji w najbliższych miesiącach (redukują szanse na to, że strefa oporu na WIG-u znajdująca się w przedziale 50000-52000 zostanie z marszu pokonana już latem w stylu podobnym do tego z lata 2012). Z drugiej strony wydaje się, że wiosenna słabość rynku akcji już zdyskontowała to spowolnienie w gospodarce, które - gdyby obecny cykl miał okazać się "typowy" - powinno kulminować w okolicach jesieni. Równocześnie te słabe dane odsuwają w czasie perspektywę rozpoczęcia się na rynku obligacji skarbowych regularnej cyklicznej bessy. 

13:23, bialek.wojciech
Link Komentarze (306) »
piątek, 12 sierpnia 2016

Od 20 stycznia indeks amerykańskiego dolara względem "commodity currencies" (dolara kanadyjskiego, dolara australijskiego, dolara nowozelandzkiego oraz randa połundiowoafrykańskiego) spadł z wieloletniego szczytu o ponad 10 proc. łamiąc trend wzrostowy i trafiając na roczny dołek. To najbardziej znaczące umocnienie "walut surowcowych" od 2011 roku i silny sygnał sugerujący zmianę trendu. Poprzednie szczyty tego indeksu (dołki "commodity currencies") w okresie minionego pokolenia ustanawiane były w latach 1986, 1993, 2001, 2009, więc jego długość można oszacować na 7,5 roku. Z tego względu następnego po tym  z marca 2009 szczytu dolara względem "walut surowcowych" należało oczekiwać w okolicach września tego roku. Zmiana trendu, która nastąpiła w styczniu wypadła więc trochę zbyt wcześnie, ale na razie wszystko wskazuje, że jest rzeczywista. 

 


 

Jeśli zdefiniujemy następujący warunek "indeks commodity currencies spada na w ciągu roku z 4-letniego maksimum na roczne minimum" i te sygnały zaznaczymy na wykresie Goldman Sachs Commodity Index, to otrzymamy poniższy obrazek:

 

Nie muszę chyba robić opartej o te sygnały projekcji GSCI - i bez tego jest jasne, że tak mocne jak ostatnio zachowanie "walut surowcowych" pojawiające się po długim okresie słabości w minionego pokolenia bardzo dobrze się sprawdzało jako sygnał kupna surowców. Czy będzie też tak teraz, oczywiście nie wiadomo, ale z pewnością jest to jakiś pomysł na spekulacyjną pozycję ze średnioterminowym horyzontem. 

Na razie sugerujące odbudowę popytu na świecie umocnienie "commodity currencies" jest za słabe by przekładać się na zdecydowaną poprawę koniunktury w polskim przemyśle, ale jeśli ten trend będzie kontynuowany to i na to przyjdzie czas:

 


 

Jest bardzo prawdopodobne, że ewentualna kontynuacją hossy na rynku surowców zrobiłaby dobrze cenom akcji na "rynkach wschodzących":

 


 

W kwietniu przedstawiłem sygnały na MSCI Emerging Markets Index, który w przeszłości bezbłędnie (poza brakiem sygnału w 2005 roku) wychwytywał pierwsze fale hossy na rynkach "wschodzących" w ramach cyklu Kitchina ("Dołek cyklu Kitchina potiwerdzony na WIG-u"). Referendum w Wielkiej Brytanii wprowadziło trochę zamieszania, ale projekcja oparta o te sygnały generalnie na razie dobrze się sprawdza:

 

 

Podsumowując: dotychczasowe zachowanie "commodity currencies" potwierdza zmianę trendu na rynku surowców, co  w średnioterminowym horyzoncie stanowi dobrą wróżbę dla całego uniwersum rynków "wschodzących". 


15:24, bialek.wojciech
Link Komentarze (236) »
piątek, 05 sierpnia 2016

Reagując na korzystniejszą - czy też raczej mniej niekorzystną - dla sektora bankowego niż wcześniejsze obawy treść prezydenckiego projektu ustawy o „frankowiczach” ceny akcji notowanych na GPW banków poszybowały we wtorek w górę. WIG-Banki wzrósł o 6,4 proc., co było największym 1-sesyjnym skokiem tego indeksu od 30 listopada 2011 roku (ponad 3,5 miesiące po podobnym sygnale z 11 sierpnia 2011). Wcześniej taki sygnał pojawił się 10 maja po "flash crashu", a jeszcze wcześniej wielokrotnie w okresie luty-lipiec 2009 podczas pierwszej fali ówczesnej cyklicznej hossy. 

 


 

Dwa sygnały z 2011 roku poprzedzały lokalny szczyt indeksu o 3 sesje, a sygnał z 2010 roku wypadł w lokalnym szczycie. W krótkoterminowej perspektywie może więc to być pułapka. W dłuższym horyzoncie skłaniam się do utożsamienia styczniowego dołka cen akcji z minimum z września 2011. Następnego po styczniowym dołka cyklu 40-tygodniowego należy spodziewać się w okolicach listopada. W poprzednim cyklu odpowiednikiem tego dołka było minimum z czerwca 2012, po którym rozpoczęła się regularna hossa na akcjach krajowych banków. 

 

Względna siła WIG-Banki do WIG-u spadała od kwietnia 2014 i osiągnęła w poprzednim tygodniu poziom obserwowany poprzednio w 2009 roku i 2004 roku. Przy założeniu braku jakieś kompletnej katastrofy widać tu miejsce dla ewentualnego 4-5-letniego odreagowania.

 

 

Nie ma jednoznacznego przełożenia pomiędzy koniunkturą na rynku akcji banków w strefie euro i tym co dzieje się z akcjami banków notowanych na GPW, ale do ewentualnej zmiany trendu na naszym rynku przydałoby się przełamanie kłopotów sektora bankowego w strefie euro. Euro Zone STOXX Banks Index znalazł się na obecnym poziomie po raz szósty od 1987 roku. Wcześniej testował te poziomu w lipcu 2012 podczas apogeum obaw przed Eurogedonem, w marcu 2009 w trakcie kryzysu obejmującego m.in. upadek banku Lehman Brothers, czy jeszcze wcześniej w sierpniu 1992, a więc miesiąc przed poprzednim "Brexitem" czyli opuszczeniem przez walutę Wielkiej Brytanii "węża walutowego" Europejskiego Mechanizmu Walutowego (poprzednika obecnej Europejskiej Unii Monetarnej). 

 


 

Przeprowadzone przez ECB "strestesty" sprzed tygodnia nie wypadły jakoś specjalnie źle, ale cały czas pojawiają się spekulacje na temat ilości złych długów w systemie i skali koniecznego dokapitalizowania banków. Względna siła indeksu banków strefy euro do indeksu szerokiego rynku spada od kwietnia 2014. Jak napisałem powyżej, od dokładnie tego samego momentu datuje się początek słabości kursów akcji polskich banków. 

 

Podobne fale słabości europejskich banków z okresu minionych prawie 30 lat trwały kolejno 53 miesiące, 42 miesiące, 22 miesiące, 29 miesięcy i 35 miesięcy. Mediana to 35 miesięcy, średnia - nieco ponad 36 miesięcy. To sugeruje marzec-kwiecień przyszłego roku jako orientacyjna datę końca relatywnej słabości banków w strefie euro. 

Podsumowując: wtorkowy skok cen akcji krajowych banków w górę może być jeszcze falstartem, ale - zakładając brak (mało prawdopodobnego) wymknięcia się sytuacji w strefie euro spod kontroli ECB czy też zaostrzenia warunków ustawy o "frankowiczach"- najbliższe 3 kwartały powinny stać pod znakiem akumulacji akcji banków poprzedzającej powrót ich relatywnej siły. 


13:29, bialek.wojciech
Link Komentarze (257) »
piątek, 29 lipca 2016

Po 14 miesiącach przerwy S&P 500 ustanowił w lipcu nowy historyczny rekord (2175 pkt.). Ta sztuka nie udała się niemieckiemu DAX-owi, który gdy S&P 500 wychodził na nowy rekord, pozostawał 20 proc. poniżej poziomu swojego makismum. Tak sytuacja zdarzyła się ostatnio ponad 17 lat temu w grudniu 1998 roku oraz w marcu-kwietniu 1999.

 

 

Wcześniej podoba słabość DAX-a względem S&P 500 pojawiła się w latach 1991-1992, a więc w okresie kryzysu Europejskiego Systemu Walutowego, które elementem był poprzedni "Brexit", czyli wypadnięcie brytyjskiego funta z "węża walutowego" ERM. W okresie minionego pokolenia taki sygnał słabości niemieckiego rynku względem Wall Street pojawił się również w styczniu 1987 roku. Wtedy skończyło się to globalnym tąpnięciem na rynkach akcji, ale nadeszło ono dopiero 9 miesięcy po takim sygnale w październiku 1987, a zanim do niego doszło DAX po wygenerowaniu takiego sygnały do sierpnia o ponad 25 proc. praktycznie wracając do poziomu historycznego szczytu. W obecnych realiach ten spadek przyszedłby więc dopiero w przyszłym roku. 

 


Słabość europejskich rynków akcji względem Wall Street ma zapewne związek z sytuacją wymagających dokapitalizowania czołowych banków strefy euro. Inwestorzy otrzymają więcej informacji na ten temat po dzisiejszej (piątkowej) sesji, kiedy to opublikowane zostaną wyniki „stress testów” europejskich banków.

Jeśli nieco osłabić to kryterium – „DAX ponad 10 proc. poniżej szczytu w momencie ustanawiania przez S&P 500 rekordu” – to otrzymamy dodatkowe sygnały w marcu-kwietniu 1995 roku, czyli na samym początku cyklicznej hossy na WIG-u, która kontynuowana była później do 1997 roku.

 

 

W kwietniu komentowałem sygnały, które pojawiły się na WIG-u i na MSCI Emerging Markets Index, które w przeszłości bezbłędnie (za wyjątkiem braku sygnały w 2005 roku) identyfikowały początek cyklicznej fazy wzrostu na rynku akcji w ramach cyklu Kitchina. W lipcu MSCI Emerging Markets wyszedł na nowe cykliczne maksimum potwierdzając trwanie takiej cyklicznej hossy. Odpowiednio manipulując parametrami można wskazać na analogię obecnej sytuacji na MSCI Emerging Markets Index do tej marca 1999 i kwietnia 2009. 

 

Ponieważ w zeszłym roku wielokrotnie wskazywałem na analogię z 1998 rokiem (np. tu i tu), to pojawianie się obecnie sygnałów, które występowały wiosną 1999 roku potwierdza opartą na cyklu Kuznetsa analogię z okresem po kryzysie azjatyckim i rosyjskim. Swoją drogą od marca 1999 roku NATO bombardowało Jugosławię, a teraz też prezydent podpisał 17 czerwca zgodę na sformowanie polskiego kontyngentu, który w ramach NATO będzie operował w Iraku, Jordanii i Kuwejcie. Tak więc jak gdyby wszystko się zgadza. 


10:18, bialek.wojciech
Link Komentarze (228) »
czwartek, 21 lipca 2016

Gdy ponad 2 lata temu rząd skonfiskował ulokowaną w obligacjach skarbowych połowę oszczędności emerytalnych obywateli zgromadzonych w OFE i umorzył te obligacje, dług publiczny spadł skokowo o 15 proc. czyli o 130 mld zł. Nastąpiło to w lutym 2014. Od tamtej pory dług publiczny znowu narastał i w kwietniu tego roku wyszedł na nowy rekord (890 mld zł). Przejedzenie połowy zgromadzonych w ciągu 15 lat oszczędności emerytalnych obywateli zajęło rządowi 26 miesięcy. W tym czasie dług wzrósł o 148 mld zł czyli o 20 proc. W samym kwietniu zadłużenie przyrosło o 23 mld zł. 

 

 

W tym czasie rósł również nominalny Produkt Krajowy Brutto naszego kraju, ale rósł wolniej od długu publicznego. W efekcie relacja wysokości długu publicznego do wielkości PKB wzrosła o 3,6 pkt. proc. z ok. 44 proc. w lutym 2014 do 47,6 proc. w marcu tego roku. 

Ponieważ w polskiej Konstytucji znajduje się zapis zabraniający przekraczania przez relację długu publicznego do PKB poziomu 60 proc., to łatwo można wyliczyć, że gdyby tendencje - zarówno jeśli chodzi o dług jak i PKB - obserwowane od lutego 2014 były kontynuowane, to bariera ta zostanie przekroczona za 7 lat gdzieś w okolicach drugiej połowy 2023 roku. Poziom z początku 2014 roku - sprzed konfiskaty oszczędności emerytalnych - osiągnięty zostanie w okolicach drugiej połowy 2018 roku.

 

 

Jak widać na powyższym obrazku bardzo podobna tendencja wzrostowa relacji długu publicznego do PKB występowała w latach 2008-2013 i gdyby nie konfiskata oszczędności emerytalnych, to konstytucyjny limit zostałby osiągnięty już w okolicach 2018 roku. Innymi słowy przejedzenie połowy oszczędności emerytalnych kupiło rządowi mniej więcej 5 lat dodatkowego czasu. 

Do tego 2023 roku być może dojdzie do przełamania kryzysowych tendencji na świecie i problem długu publicznego narastającego szybciej niż nominalny PKB przestanie być taki palący. Jeśli tak się nie stanie, to rząd sam może dojść do wniosku, że kurs na zderzenie z konstytucyjnym limitem jest zbyt niebezpieczny dla kraju i podejmie stosowne reformy prowadzące do obniżki wydatków rządu i wzrostu dochodów. Alternatywnie Konstytucja zostanie zmieniona i wspomniany zakaz z niej usunięty. 

W najbardziej pesymistycznym scenariuszu kryzysowe tendencje w światowej gospodarce w ciągu następnych 7 lat nie zostaną przełamane (a wręcz się pogłębią wskutek np. Chinageddonu), rząd będzie pozostawał na kursie i na ścieżce do 2023 roku i dopiero wtedy nowa ekipa wyłoniona w wyborach do Sejmu, które się wtedy powinny odbyć, będzie zmuszona przez rzeczywistość do wprowadzenie drastycznego programu oszczędności prowadzącego na krótką metę do gospodarczej recesji. 

3 lata temu zastanawiając się nad perspektywami naszego kraju po decyzji rządu o konfiskacie - i jak się okazało przejedzeniu - oszczędności emerytalnych postawiłem hipotezę, że Polska podążą za krajami takimi jak Hiszpania, Portugalia czy Grecja z mniej więcej 17 letnim opóźnieniem. Wyszło mi to z porównania dat wychodzenia z dyktatury (pierwszych wolnych wyborów), dat wchodzenia do NATO i do UE dla Polski i tych 3 krajów. Z tej hipotezy wynika, że odpowiednik kryzysu, który w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji rozpoczął się w 2007 roku, w Polsce powinien pojawić się mniej więcej 17 lat później czyli począwszy od okolic 2024 roku. To zdaje się pasować do wcześniejszych wyliczeń. 

Z punktu widzenia cyklu pokoleniowego do gruntownej zmiany politycznej na naszym terenie dochodziło ostatnio w 11-15 lat po dołku pokoleniowego kryzysu: Panika 1907 roku poprzedziła odzyskanie niepodległości przez Polskę o 11 lat, apogeum Wielkiego Kryzys z 1932 roku poprzedziło ostateczny koniec II RP o 13 lat, a następny kryzys pokoleniowy z 1974 roku poprzedził upadek PRL o 15 lat. W obecnym cyklu apogeum pokoleniowego kryzysu wypadło w 2009 roku, więc do następnego (geo-)politycznego przesilenia o pokoleniowym znaczeniu powinno zgodnie z tych nieszczęsnym schematem dojść najpóźniej w 2024 roku. 

W ramach cyklu pokoleniowego początek krachu na rynku surowców z 2014 roku to odpowiednik podobnego ruchu cen na rynkach towarowych z 1980 roku. Czyli mamy obecnie odpowiednik 1982 roku i perspektywę upadku systemu za 7 lat w 2023 roku. 

Oczywiście być może nie należy aż tak bardzo dramatyzować. W końcu wiele krajów nie aż tak bardzo różnych od Polski ma dług publiczny wyższy niż 60 proc. PKB i jakoś funkcjonuje, więc nawet ewentualne przekroczenie tego progu nie oznaczałoby końca świata (choć dzień, w którym Sejm przegłosowałby usunięcie z Konstytucji tego zabezpieczenia mógłby okazać się małym końcem świata dla posiadaczy kredytów walutowych). 

Osobiście - z różnych względów - zakładam, że kryzysowe tendencje panujące w gospodarce światowej trwać będą do końca tej dekady, a później nadejdzie silniejsza fala reflacji, które krajom takim jak Polska powinna przynieść okres fiskalnej ulgi. Ale procesy fiskalne mają swoją bezwładność i można obawiać się, że nawet jeśli od początku nowej dekady koniunktura na świecie zacznie się poprawiać, to ujawnienia się pozytywnych tego skutków Jaś może nie doczekać

Tym bardziej, że rząd zachowuje się tak, jak gdyby nie miał zamiaru dać Jasiowi żadnych szans. Szczyt powojennego boomu urodzeń wypadł w 1955 roku. Od tamtej pory minęło 61 lat i ten szczyt boomu właśnie wchodzi w wiek emerytalny. Jak gdyby obawiając się, że jakimś psim swędem polska gospodarka zdołałaby w jako takiej formie dopełznąć do lepszych czasów, rząd potwierdził ostatnio chęć obniżenia wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn (ktoś może wie dlaczego tak, skoro kobiety żyją obecnie 8 lat dłużej od mężczyzn?). Oczywiście obniżka wieku emerytalnego jest ostatnią rzeczą, którą się robi w obliczu rozpoczynającego się kryzysu demograficznego, ale to pewnie temat na inną okazję. 

Podsumowując: przejadanie oszczędności i zadłużanie się by finansować konsumpcję w nadziei na doczekanie lepszych czasów może okazać się dobrą strategią gospodarczą, jeśli lepsze czasy (czytaj globalna reflacja) rzeczywiście nadejdą, w przeciwnym przypadku już z całą pewnością bardzo głupią strategią. 

 


15:37, bialek.wojciech
Link Komentarze (259) »
czwartek, 30 czerwca 2016

W trakcie pierwszych dwu sesji po brytyjskim referendum FTSE 250 stracił 13,6 proc. Był to największy 2-dniowy spadek tego indeksu od czasu krachu z października 1987 roku. 29 lat temu po takiej 2-dniowej wyprzedaży 19 i 20 października (-18,9 proc.) indeks odbił się w górę na kolejnej sesji, a potem spadał przez następne 20 dni tracąc kolejne 27,9 proc. Dopiero wtedy ustanowiony został dołek, który nie został pobity do dziś. 

 

 

To skojarzenie byłoby bardzo niepokojące w krótkoterminowej perspktywie, gdyby nie to, że inny indeks giełdy londyńskiej - FTSE 100 - który spadł w piątek i poniedziałek jedynie o 5,6 proc., czyli mniej niż podczas 2 sesji 21 i 24 sierpnia ub. r. (-7,4 proc.) - już w środę znalazł się na najwyższym poziomie od ponad 2 miesięcy. 

 

 

To nie jest typowe zachowanie rynku w trakcie krachu. Raczej wprost przeciwnie. Na wykresie FTSE 100 można dopatrzyć się kształtującego się prawego ramienia formacji odwróconej głowy z ramionami. 

Jeśli chodzi o kurs funta względem euro to na razie porusza się on zgodnie z opartym na doświadczeniach z września 1992 roku scenariuszem zaproponowanym przed tygodniem:

 

 

DAX spadł w 2 sesje najbardziej od 15-16 października 2008 roku, ale jego zachowanie można uznać za mieszczące się w ramach wzorca z 1992 roku:

 


 

S&P 500 najpierw spadł o 5,3 proc., a potem wzrósł o 3,5. Ostatni raz takie yo-yo zdarzyło się w sierpniu ub. r. sygnalizując minięcie dołka cyklu 20-tygodniowego. Wtedy z zakupami należał się wstrzymać miesiąc i jeden dzień do czasu testu sierpniowego dołka. 

 


Piątkowa – pobrexitowa - sesja na GPW rozpoczęła się potężnym spadkiem wartości WIG-u 20. W pewnym momencie indeks znalazł się nawet poniżej poziomu styczniowego dołka. Zamknięcie piątkowej sesji nastąpiło jednak znacznie wyżej – ponad 7 proc. powyżej minimum sesji. W okresie minionych 16 lat tylko 2 razy mieliśmy na WIG-u 20 do czynienia z podobnym zjawiskiem. Tak wysoka biała świeca pojawiła się 24 listopada 2008 oraz 11 sierpnia 2011. Pierwszy przypadek był o tyle odmienny od obecnego, że wtedy cała sesja była wzrostowa. W drugim przypadku – tak jak w piątek – sesja zaczęła się od silnego spadku. W 2008 roku po takim sygnale WIG-20 rósł przez 43 dni o 11,6 proc., zaś w 2011 roku przez 20 dni o 6,9 proc. W 7,5 roku temu ostateczny dołek spadków ustanowiony został niecałe 3 miesiące po omawianym sygnale, zaś 7 lata temu 1,5 miesiąca później.  

 

 

Scalenie tych różnych sygnałów w spójny scenariusz dla rynku na najbliższe miesiące nie jest łatwe, ale biorąc po uwagę bardzo mocne w ostatnich dniach zachowanie rynków "wschodzących" sądzę, że dołek cyklu 20-tygodniowego o charakterze zbliżonym do tych z sierpnia ub. r. i stycznia tego roku już został na naszym rynku ustanowiony, chociaż na najsłabszych rynkach strefy euro prawdopodobny jest w lipcu test ostatnich minimów (patrz wrzesień 2015 i luty 2016).

14:06, bialek.wojciech
Link Komentarze (812) »
wtorek, 21 czerwca 2016

Od półwiecza - od czasu upadku systemu z Bretton Woods - kurs brytyjskiego funta względem dolara porusza się w obrębie w miarę regularnego 8-letniego cyklu. 

 

 

Ten cykl to połowa cyklu Kuznetsa, ale ponieważ wydaje się to być bardzo ważna kwestia, to napiszę o niej szerzej przy jednej z następnych okazji. 

Zaczepiona w dołku ze stycznia 2009 roku projekcja kursu USD/GBP uzyskana przez uśrednienie przebiegu 4 poprzednich cykli sugeruje szczyt w maju przyszłego roku w okolicach 0,75 za dolara. 

 

 

Oczywiście ewentualne osłabienie funta po ewentualnej (niewiążącej z prawnego punktu widzenia) decyzji brytyjskiego ludu pracującego miast i wsi o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej pasowałoby do tego cyklicznego schematu dosyć dobrze. 

Gdyby cykl ten miał okazać się regularnie 8-letni, to minimum funta względem dolara (szczyt USD/GBP) powinno wypaść na początku 2017 roku w 8 lat po dołku funta z 23 stycznia 2009 roku. Można też odkładać 16 lat od szczytu USD/GBP z 11 czerwca 2000 roku, czy 24 lata od dołka funta z 15 lutego 1993 roku. 

Ta ostatnia data jest interesująca, bo wypada w 5 miesięcy po poprzednim Brexicie, który miał miejsce 16 września 1992 roku, kiedy to rząd Wielkiej Brytanii podjął decyzję o opuszczeniu przez brytyjską walutę "węża walutowego" EMR (European Exchange Rate Mechanizm). W ramach tego poprzednika euro waluty krajów będących członkami Europejskiego Systemu Walutowego mogły wahać się w przedziale +/-2,25 proc. wokół ustalonego kursu parytetowego. W tamtym okresie Niemcy przyciągając kapitał potrzebny do sfinansowania przejęcia NRD podniosły stopy prawie do poziomu 10 proc. Brytyjczycy nie byli wstanie lub też nie chcieli zrobić tego samego i zdecydowali się na wyjście z EMR skutkujące dewaluacja funta. Przecena brytyjskiej waluty trwała przez następne 5 miesięcy (kurs stracił wobec odpowiednika euro niecałe 13 proc.). 

 

 

FTSE reagując pozytywnie na dewaluację krajowej waluty zaczął od razu zwyżkować i kontynuował hossę przez następne 17 miesięcy,...

 

 

 ... zaś niemiecki DAX z tego samego powodu stracił 10,4 proc. w ciągu 20 dni. W ciągu tego czasu straty poniesione przez niemieckich eksporterów zostały uwzględnione w cenach akcji i DAX już nigdy później nie był niżej.

Porównanie ścieżek DAX-a ostatnio i 24 lata temu zsynchronizowanych na 3 dni przed decyzją o Brexicie (tą faktyczną z 16 września 1992 i tą możliwą w czwartek) przedstawiono na poniższym obrazku. 


 

Pomysły typu kupowanie złota zupełnie wtedy nie wypaliły. Cena tego kruszcu wystrzeliła w górę dopiero pół roku później, gdy dolar przestał się umacniać względem funta w ramach wspomnianego na początku 8-letniego cyklu (patrz dołki złota z lutego 1985 i marca 1993). 

 


 

Oczywiście można z różnych powodów kwestionować zasadność przedstawionej analogii pomiędzy obecną sytuacją a zachowaniem rynków w trakcie kryzysu Europejskiego Systemu Walutowego sprzed 24 lat. Z drugiej strony, jeśli ktoś nie ma lepszych pomysłów, to doświadczenia po Brexicie z września 1992 roku można potraktować jako orientacyjną wskazówkę co do zachowania kursu funta i indeksów giełdowych po ewentualnym Brexicie z 2016 roku. 

Podsumowując: na podstawie doświadczeń z 1992 roku, gdy brytyjski rząd podjął decyzję o wycofania funta z Europejskiego Systemu Walutowego, w przypadku czwartkowej decyzji o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej można spodziewać się trwającego ok. 5 miesięcy osłabienia funta względem euro o ok. 13 proc., pozytywnej reakcji brytyjskiego rynku akcji na taką dewaluację krajowej waluty oraz trwającego ok. 20 dni spadku DAX-a o ok. 10 proc. Logicznie rzecz biorąc w przypadku decyzji o pozostaniu Wielkiej Brytanii w UE można by oczekiwać odwrotnych trendów (mocnego funta i DAX-a i krótkoterminowego osłabienia FTSE). 


 

15:51, bialek.wojciech
Link Komentarze (282) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37