Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Archiwum
|
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
niedziela, 19 września 2010

Tezy stawiane w tym miejscu na początku czerwca:

"Ewentualna jeszcze jedna fala wyprzedaży na rynkach akcji spowodowana pojawieniem się kolejnego ogniska zapalnego kryzysu strefy euro powinna być zatem potraktowana jako okazja do bardziej lub mniej ostrożnych zakupów. Letnia zwyżka może okazać się niewypałem - tak jak np. w 2000  czy 2008 roku - ale ewentualne zakupy akcji poczynione przy ustanawianiu wielomiesięcznych mimimów indeksów powinny oferować margines bezpieczeństwa w pełni rekompensujący to ryzyko."

... oraz na początku lipca:

"Wszystko to sugeruje, że delikatne wyjęcie akcji z drżących łapek przerażonych inwestorów powinno okazać się obecnie tym z gestów miłosierdzia, który nie pozostanie bez nagrody wypłaconej jeszcze tego lata."

... generalnie się potwierdziły. Co prawda niewiele ponad 10 proc. skala dotychczasowych wzrostów mogła rozczarować a jedynym indeksem, który zdołał na razie pokonać kwietniowy szczyt hossy był WIG, ale na tle alternatywnych scenariuszy wieszczących spadki prognozy te nie wyglądają najgorzej.

Lato się jednak kończy i wypada zastanowić się, co dalej. Niestety relatywny sukces odniesiony na jednym etapie nie gwarantuje powodzenia na etapie następnym. Giełdowa spekulacja przypomina pod tym względem wędrówkę przez labirynt, w którym co chwila dociera się do rozgałęzienia drogi, na którym 3 możliwe do wyboru trasy oznaczone są napisami "wzrośnie", "spadnie", "ustabilizuje się". Co prawda zdolność do dokonania poprawnego wyboru może sugerować posiadanie generalnej orientacji w naszym labiryncie, ale z drugiej strony sukces często rodzi nadmierną pewność siebie, która skutkujac brawurą prowadzi do podnoszenia stawki do nadmiernego poziomu: zwycięską strategią w ruletce jest - jeśli ktoś dysponuje nieograniczonymi funduszami - podwajanie stawki po każdej przegranej, u giełdowych spekulatów strata zwykle powoduje chęć ograniczenia ryzyka, a zysk - odwrotnie - prowokuje do podnoszenia stawki.

poprzednim komentarzu przedstawiłem ogólny schemat interpretacyjny, w obrębie którego chciałbym się poruszać w okresie następnych kilkunastu miesięcy. Wspólnym elementem zaprezentowanych 3 scenariuszy jest dołek cen akcji w okolicach marca 2011, po którym następuje istotny - kilkudziesięcioprocentowy - wzrost cen.  Hipoteza spadków do marca 2011 oparta jest na założeniu, że kryzysy finansowe chodzą zwykle parami, a nawrót problemów następuje w 6-7 miesięcy po tym jak interewencja zaleczyła pierwsze symtomy choroby. Tak było w 1998 roku, kiedy to w styczniu ostatni kraj Azji Południowo-Wschodniej został "uratowany" przez intwewencję MFW przed niewypłacalnością grożącą wskutek trwającej od 1997 roku ucieczki kapitałów (kryzys azjatycki), a już 7 miesięcy później w sierpniu doszło do bankructwa Rosji. Podobnie było w 2008 roku, kiedy to w pół roku później po tym jak w marcu uratowany przez interwencję FED został bank Bear Stearns we wrześniu doszło do spektakularnego bankructwa Lehman Brothers. Odpowiednikiem giełdowych dołków ze stycznia 1998 i marca 2008 reprezentujacych apogea pierwszych fal kryzysu był ostatni dołek cen akcji z 1 lipca. Teraz musimy tylko odliczyć 6-7 miesięcy i czekać aż w styczniu 2011 - kiedy premie za obecny rok zostaną już naliczone - z  "szafy wypadnie jakiś trup".  

To, że wypadnie, jest bardzo prawdopodobne, pytanie pozostaje jak duży będzie - rozmiarów Lehmana lub Rosji - czy może jednak mniejszy.

Osobiście składniam się ku myśli, że "trup| będzie jednak umiarkowanych rozmiarów. Dlaczego? Swego czasu przedstawiając koncepcje cyklu pokoleniowego podzieliłem się - nie swoją zresztą (patrz "Popular culture and the Stock Market" Roberta Prechtera) - ideą, że analizę zachowania globalnego organizmu społecznego można prowadzić równie dobrze śledząc rynki finansowe jak i trendy w kulturze popularnej. Tu chciałbym odwołać się ponownie do tej koncepcji.

Otóż we wrześniu tego roku na ekrany kin wchodzi film "Wall Street - money never sleeps" będący kontynuacją przeboju Olivera Stone'a "Wall Street" sprzed 23 lat. Nie tyle interesować nas tu będzie treść tych filmów - w końcu co ciekawego "lewacy" z Hollywood mogę mieć do powiedzenia na interesujący nas tu temat rynków finansowych - co ich "timing", czyli czas wejścia na ekrany. Orginalny film Olivera Stone'a zedebiutował w kinach 1 grudnia 1987 roku. Oczywiście rok 1987 kojarzy się giełdowemu spekulantowi tylko z jednym: rekordowym jednodniowym spadkiem cen akcji na Wall Street o 20 proc. z 19 października, znanym jako "Czarny poniedziałek".

 

  

Ten "timing" debiutu filmu o tytule "Wall Street" tuż po załamaniu cen akcji na "Wall Street" nie jest przypadkowy. Dokładnie to samo wydarzyło się 48 lat wcześniej. Film z 1987 roku nie był bowiem pierwszym noszącym ten tytuł. Wcześniejszym był film "Wall Street", który na ekrany amerykańskich kin wszedł 1 grudnia 1929, a wiec znowu w mniej niż 2 miesiące po największym w historii krachu na Wall Street z października 1929.

 

 

 

Ta zdolność kultury popularnej (w tym przypadku twórców z Hollywood) do synchronizowania się (niestety z kilkumiesiecznym opóźnieniem) z wydarzeniami na giełdzie nowojorskiej nie mogła zawieść i w tym roku. Oczywiście tegoroczny "Flash crash" czyli 10 proc. spadek wartości głównych indeksów musiał rozegrać się na kilka miesięcy - tym razem z powodu wakacji aż cztery - przed kinowym debiutem kolejnego fimu z "Wall Street" w nazwie.

 

 

Co dla nas wynika z tej prawidłowości? Kupując amerykańskie akcje 1 grudnia 1929 a więc dniu wejścia do kin chronologicznie pierwszego ze wspomnianych filmów można było do kwietnia 1930 zarobić maksymalnie 23,7 proc. tracąc po drodze maksymalnie 4 proc. Kupując S&P 500 11 grudnia 1987 roku, czyli w dniu debutu filmu z Michaelem Douglasem, Charlie Sheenem i Derryl Hannah można było w ciągu następnych 10 miesięcy zyskać +20,5 proc. przy braku jakiegokolwiek spadku po drodze.

Dokładna data wejścia do kin najnowszego filmu to 24 września 2010 (to już za 5 dni). Jeśli ostrzeżenie ze strony Hollywood przed "złymi kapitalistmi" z Wall Street będzie i tym razem jak zwykle spóźnione, to za następne 4 do 10 miesięcy S&P 500 powinien być ponownie wyraźnie wyżej niż obecnie (choć tym razem potencjał wzrostowy może nie sięgać 20 proc.). Ech, bycie "niedźwiedziem" to w dzisiejszych czasach ciężki kawałek chleba...

 

13:03, bialek.wojciech
Link Komentarze (692) »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Jedną z najważniejszych zasad obowiązujących przy prognozowaniu zjawisk giełdowych jest "zasada zmienności". W bardzo dowolnej interpretacji głosi ona, że "będzie nie tak jak ostatnio, lecz tak jak przedostatnio". Wynika ona z tego, że inwestorzy - podobnie jak "generałowie zawsze doskonale przygotowani do wygrania poprzedniej wojny" - mają świeżo w pamięci przebieg poprzedniego cyklu hossa-bessa. Z tego względu ich rynkowe pozycje są doskonale przygotowane na scenariusz przerabiany poprzednim razem ("nie dam się drugi raz złapać"), co powoduje, że wzorzec ten ma niewielkie szanse powtórzenia się. Zobaczmy jak wygląda zastosowanie "zasady zmienności" do prognozowania kształtu bessy na GPW.

Na poniższym wykresie zaznaczono 6 dotychczasowych "rynków niedźwiedzia" na GPW. Rozegrały się one w latach 1991-1992, 1994-1995, 1997-1998, 2000-2001, 2004-2005 oraz 2007-2009. Co drugi z nich  - "czerwone" bessy numer 2, 4 i 6 z lat 1994-1995, 2000-2001 i 2007-2009 - przyjmował gwałtowną postać głębokiego i pozbawionego istotniejszych korekt spadku. Taka bessa w postaci "zygzaka" nie dawała już drugiej szansy wyjścia z akcji bez strat tym, którzy przegapili szczyt hossy. Odmienny charaktery miały "niebieskie" bessy numer 1, 3 i 5 z lat 1991-1992, 1997-1998 i 2004-2005. Przyjęły one postać fal "płaskich" to znaczy takich, których główna korekta wzrostowa wynosiła indeks giełdowy do poziomu ze szczytu hossy dając okazję do "wyjścia" z akcji tym, którzy spóźnili się ze sprzedażą.

Ponieważ nowa bessa będzie już 7-ą w historii GPW, to - jeśli zainspirujemy się "zasadą zmienności" - otrzymamy wniosek, że będzie miała ona charakter odmiennej od "zygzaka" z lat 2007-2009 fali "płaskiej".

  

 

Oczywiście rynki finansowe pełne są tego typu mniej lub bardziej "miękkich" prawidłowości. Jedną z nich jest zjawisko cykliczności: na giełdach wiele zjawisk ma tendencję do powtarzania się w cyklach o bardziej lub mniej (giełda to jednak nie zegar z kukułką) stałej długości. Poniżej znowu wykres WIG-u tym razem z zaznaczonymi odległościami pomiędzy początkami kolejnych "rynków niedźwiedzia".

 

 

Zaczynały się one kolejno 16 kwietnia 1991, 8 marca 1994, 18 lutego 1997, 27 marca 2000, 14 kwietnia 2004 i 6 lipca 2007.   Najwyraźniej  hossy lubią się kończyć pomiędzy 18 lutego a 16 kwietnia, bo wtedy skończyło się ich aż 5 (tylko ostatnia dotrwała aż do lipca). Szczyty hossy odległe były od siebie o kolejno 151 tygodni, 154 tygodni, 162 tygodnie, 211 tygodni i 168 tygodni. Szczyty kolejnych "rynków byka" odległe bywają od siebie zatem zwykle o od 151 do 168 tygodni (3 lata "z małym haczkiem"; tylko raz było to aż 211 tygodni). 3 lata "z małym haczkiem" po szczycie ostatniej hossy z 6 lipca 2007 wypada lipiec lub sierpień 2010 roku. Pomiędzy początkiem pierwszej bessy na GPW a początkiem  ostatniej upłynęło 16 lat i 2 miesiące. W tym czasie rozegrało się 5 pełnych cykli bessa-hossa.  To daje 3 lata i 3 miesiące na pełny cykl. To oszacowanie daje październik tego roku jako orientacyjny początek nowej bessy.

Czyli "wiemy" już, że kolejna bessa powinna przyjąć postać fali "płaskiej" i zacząć się gdzieś w okolicach okresu lipiec-październik 2010 (mamy sierpień 2010!).

Trzecią prawidłowością występującą na rynkach akcji, która nam się dziś przyda, jest związek tego, co się dzieje z cenami akcji, z koniunkturą panującą w gospodarce. Gospodarkę mamy zglobalizowaną, więc w sumie jest trochę obojętne, do której jej części przyłożymy termometr. Niech to będą Stany Zjednoczone, a termometrem niech będzie indeks ISM Manufacturing mierzący poziom koniunktury w tamtejszym przemyśle. Wszystko wskazuje na to, ze ISM Manufacturing minął już swój cykliczny szczyt, co oznacza w praktyce, że gospodarka USA znalazła się już w fazie cyklicznego spowolnienia.

 

 

Tę zależność pomiędzy rynkiem akcji a gospodarką najładniej widać ją na wykresie zmian rocznych wartości WIG-u i zmian rocznych produkcji przemysłowej w naszym kraju:

 

  

 

Jak widać GUS i rynek akcji mierzą zwykle to samo. Co ciekawe WIG najwyraźniej zdyskontował już spowolnienie dynamiki produkcji z ponad 14 proc. w lipcu do poniżej 5 proc. Jak to się ma do rzeczywistych perspektyw polskiej gospodarki? No cóż, albo nasz rynek akcji wie coś, co nie zmieściło się w poniższym prostym modelu dynamiki produkcji opartym na wpływie zmian krótkoterminowych stóp procentowych i zmian kursu złotego, albo mocno przesadził z pesymizmem spadając wiosną tego roku.

 

  

 

Przedstawiony na powyższym wykresie model próbuje przekazać nam 2 wiadomości: złą, że spowolnienie gospodarcze już się rozpoczęło i dobrą, że do marca przyszłego roku przyjmie ono bardzo łagodną postać.

Skoro spowolnienie gospodarcze już się zaczęło, to - zgodne z zasadą związku wydarzeń rynkowych i gospodarczych - trzeba założyć, że cykliczna giełdowa bessa rozpoczęła się w tym roku nie latem-jesienią, jak by to wynikało z mechanicznie interpretowanej cykliczności, lecz już 14 kwietnia. Jak widzieliśmy 5 "rynków niedźwiedzia" rozpoczynało się na GPW pomiędzy 18 lutego a 16 kwietnia.

Zgodnie z tym, co zostało "ustalone" na początku, bessa ta powinna przyjąć postać fali płaskiej. W nomenklaturze "teorii Elliotta", z której tu obficie czerpię istnieją 3 rodzaje "fal płaskich": "regularne", "nieregularne" oraz "pędzące". Tak się składa, że nasze bessy z lat 1991-1992 ("regularna"), 1997-1998 ("nieregularna") oraz 2004-2005 ("pędząca") wyczerpały w pełni ten repertuar. Zobaczmy zatem jak wykres WIG-u wyglądałby w najbliższej przyszłości w przypadku powtórzenia się scenariusza sprzed 19 lat...

 

 

 

... 12 lat...

 

 

... oraz 6 lat.  

Trzy przedstawione scenariusze różnią się zdecydowanie pod względem skali spadku cen, pewne elementy mają jednak wspólne. Korekcyjna zwyżka cen akcji przedzielająca bessę na połowę dochodzi do poziomu poprzedniego szczytu lub go lekko pokonuje, po czym rozpoczyna się druga fala bessy, który kulminuje po 6-7 miesiącach spadku. W obecnych realiach tłumaczy się to na prognozę trwającego do września wzrostu WIG-u do poziomu kwietniowego szczytu. Potem powinna rozpocząć się  druga 6-7 miesięczna fala bessy trwająca do marca-kwietnia 2011. Ponieważ spadki na GPW często mają w zwyczaju kończyć się w marcu (patrz 1995, 2003, 2009), to marzec 2011 można sobie orientacyjnie wpisać do karnetu jako datę następnej dobrej okazji do kupna akcji.

08:27, bialek.wojciech
Link Komentarze (969) »
piątek, 06 sierpnia 2010

Od ostatniej obniżki stóp procentowych amerykańskiego banku centralnego z grudnia 2008 roku upłynęło już 20 miesięcy. To najdłuższy w historii obejmującej ostatni "cykl pokoleniowy" w USA okres utrzymywania przez FED stopy procentowej na poziomie cyklicznego minimum.

 

 

Nic dziwnego więc, że od czasu do czasu odżywają dyskusję na temat terminu rozpoczęcia przez FED zaostrzania polityki pieniężnej. Proponuję więc również zacząć zastanawiać się nad tą kwestią. Do problemu można zabierać się na wiele różnych sposobów, które dadzą zwykle nieco rozbieżne wnioski. Dziś proponuję podejść do sprawy od strony rynku pracy. 

Ta zabawa wpisze się ładnie w tradycję wróżenia z bezrobotnych, które to wróżby już kilkukrotnie całkiem się tu udały (patrz "Zatrudnienie w USA, a giełda polska", "Wróżenia z bezrobotnych ciąg dalszy", "Cykliczny szczyt bezrobocia w USA").

Jak wiadomo  w przeciwieństwie ECB i naszej RPP  powielającej europejskie wzory, które to instytucje funkcjonują w oparciu o pojedynczy inflacyjny mandat, statutowym zadaniem amerykańskiej FED jest nie tylko kontrolowanie poziomu cen w gospodarce, lecz również dbanie o poziom zatrudnienia. Ten obowiązek troski o bezrobocie czyni z FED dosyć "miękki" bank centralny, raczej niezbyt skory do zaostrzania polityki pieniężnej w sytuacji wysokiego poziomu bezrobocia.

Tę ostatnią zależność doskonale widać na poniższym wykresie. Przedstawiono na nim poziom głównej stopy FED oraz poziom stopy bezrobocia w USA. Jak widać wysokie bezrobocie i niskie stopy idą w parze, podobnie jak niskie bezrobocia i stopy wysokie.

 

 

Na wykresie ten zaznaczone zostało 5 cyklicznych szczytów stopy bezrobocia z okresu ostatniego "cyklu pokoleniowego". Ustanowione one zostały kolejno w czerwcu 1975 roku, grudniu 1982 roku, lipcu 1992 roku, czerwcu 2003 roku oraz - i tu mowa o obecnym cyklu - w październiku 2009 roku. Przerywanymi czarnymi strzałkami połączyłem te cykliczne szczyty stopy bezrobocia z wypadającymi niezmiennie później pierwszymi w danym cyklu podwyżkami stóp FED.

Jak wyraźnie widać Rezerwa Federalna ma zwyczaj stosunkowo długo przyglądać się poprawiającej się koniunkturze na rynku pracy, zanim odważy się rozpocząć podwyższanie stóp. Jeśli sprawdzimy, jak długo ten okres zwlekania zwykle trwa, to wyrobimy sobie jakieś wyobrażenie na temat przyszłego terminu zmiany kierunku polityki pieniężnej FED. Sprawdźmy więc. Szczytowi stopy bezrobocia z czerwca 1975 roku odpowiada pierwsza w cyklu podwyżka stóp FED z sierpnia 1977 roku. Ponieważ z punktu widzenia "cyklu pokoleniowego" kryzys połowy lat 70-tych to odpowiednik ostatniego kryzysu z lat 2007-2009, to ówczesnemu wzorcowi reakcji FED należy przyjrzeć się szczególnie uważnie. Wtedy opóźnienie wyniosło aż 2 lata i 2 miesiące. 2 lata i 2 miesiące po październiku 2009, kiedy to wypadł ostatni szczyt stopy bezrobocia wypada grudzień 2011 roku. Czyżby na początek podwyżek stóp w USA przyszło nam czekać jeszcze 16 miesięcy?

Pozostałe 3 epizody z przeszłości sugerują mniejsze opóźnienie. Pomiędzy szczytem stopy bezrobocia z grudnia 1982 a pierwszą podwyżką stóp FED z marca 1984 upłynęło 15 miesięcy. W kolejnym cyklu szczyt bezrobocia z lipca 1992 poprzedził pierwszą podwyżkę z lutego 1994 o 19 miesięcy. I wreszcie w poprzednim cyklu FED zaczął zaostrzać politykę pieniężną w czerwcu 2004 w dokładnie 12 miesięcy po maksimum stopy bezrobocia.

Te ostatnie 12 miesięcy pozwalają nam wyznaczyć - jeśli historia ma nam być drogowskazem - najwcześniejszą datę pierwszej podwyżki na październik tego roku. Odrzucenie skrajnych wartości (26 i 12 miesięcy) daje nam okres od stycznia do maja 2011 roku. Uśrednienie dające 1,5-roczny okres oczekiwania sugeruje kwiecień 2011 jako orientacyjną datę pierwszej podwyżki, co proponuję na razie traktować jako mało zobowiązującą roboczą hipotezę.

Żeby jednak brak w miarę jednoznacznych wniosków z przeprowadzonych badań nie pozostawił uczucia niedosytu, proponuję zastanowić się, czy identyfikacja obecnej sytuacji w gospodarce USA jako analogicznej do tej z momentów w przeszłości przypadających po poprzednich cyklicznych szczytach stopy bezrobocia, nie pozwoli nam na sformułowania jakiś wróżb dla koniunktury giełdowej w USA w przyszłości.

Tradycyjnie proponuję sprawdzić jak zachowywały się ceny akcji w USA po poprzednich cyklicznych szczytach stopy bezrobocia. Ale zanim to zrobimy zerknijmy co działo się na giełdzie nowojorskiej PRZED tymi historycznymi szczytami stopy bezrobocia.

 

 

 

 

Przedstawiony wykres to efekt uśrednienia ścieżki S&P w okresie 3 lat poprzedzających opisane powyżej cykliczne szczyty stopy bezrobocia. Jak widać sytuacja na rynku pracy była średnio najgorsza w 2 lata od rozpoczęcia się bessy na rynku akcji (na osi odciętych zaznaczono liczbę sesji; 1 rok tu to średnio 261 sesji), a bessa kończyła się średnio 7-8 miesięcy przed szczytem stopy bezrobocia. To dlatego polując na okazyjne zakupy akcji w dnie bessy absolutnie nie wolno przejmować się hiobowymi wieściami z rynku pracy! No chyba, że to nas zwalniają.

Sprawdźmy teraz, co na Wall Street działo się przez 10 miesięcy PO ustanowieniu szczytu stopy bezrobocia. Na poniższym wykresie wszystkie historyczne ścieżki S&P 500 zostały przeskalowane do dzisiejszych wartości:

 

 

Jak widać zachowanie S&P 500 z okresu ostatnich 10 miesięcy - zaznaczone na powyższym wykresie pogrubioną fioletową linią - nie odbiegało jakoś szczególnie od 4 poprzednich przypadków. Za każdym razem kupując akcje w USA w momencie ustanawiania przez stopę bezrobocia cyklicznego szczytu można było zarobić w ciągu następnych miesięcy. Raz było to jedynie co najwyżej 9,4 proc. (w 1993 roku), raz 16,3 proc. (1976 roku), raz 20,2 proc. (w 2004 roku), a raz nawet maksymalnie 23,3 proc. (w 1983 roku). W ciągu minionych 10 miesięcy maksymalnie zysk wyniósłby 18,2 proc. (w kwietniu), a więc w pobliżu średniej (17,3 proc.) z poprzednich 4 historycznych epizodów.

Załóżmy, że obecnie rynek nadal będzie się w miarę trzymał przetartych w okresie minionych 35 lat ścieżek i zerknijmy na to, na co w takim przypadku możemy liczyć do końca tego roku.  

 

 

Tak się sympatycznie składa, że po mniej więcej 5 kwartałach od szczytu stopy bezrobocia dynamika wzrostu S&P 500 zbiegała się zawsze do zbliżonego poziomu, możemy więc zaryzykować stwierdzenie, że gdyby wszystko miało odbyć się tak jak zawsze, to indeks ten powinien zakończyć rok w strefie pomiędzy poziomem 1140 a poziomem 1203 (średnio ok. 1173 pkt.). Gdy piszę te słowa S&P 500 ma wartość 1110 punktów, co daje potencjał wzrostowy w horyzoncie następnych 4-5 miesięcy na poziomie ok. 5,7 proc. (minimum 2,7 proc., maksimum 8,4 proc.).

Spróbujmy przeniknąć wzrokiem jeszcze dalej w przyszłość, w końcu co nam zależy. Na poniższym wykresie przedstawiono uśrednioną ścieżkę S&P 500 w ciągu 34 miesięcy od osiągnięcia cyklicznego szczytu stopy bezrobocia (w przeliczeniu na dzisiejsze wartości indeksu). W obecnych realiach daje do "prognozę" do lata 2012 roku.

 

 

Z tej symulacji można wyciągnąć dwa wnioski. Jeden optymistyczny, drugi pesymistyczny. Optymistyczny brzmi: nie wydaje się by czekać nas miał jakiś Armagedon (przynajmniej do czasu Euro 2012). Pesymistyczny brzmi: maksimum możliwości S&P 500 w okresie najbliższych 2 lat to okolice poziomu 1270 punktów. W piątkowy wieczór ten poziom jest odległy o 14,4 proc. To na tyle dużo, że być może obecnie jeszcze nie warto sprzedawać amerykańskich akcji (jeśli ktoś takowe posiada), a może nawet warto je kupić (jeśli ktoś takowych nie posiada). Ale jeśli S&P 500 w ciągu najbliższych miesięcy wespnie się w okolice poziomu kwietniowego szczytu (1217), to potencjał wzrostowy na przyszłe prawie 2 lata stopnieje do raptem 4,4 proc.

Warto to porównać z  oszacowaniem potencjału wzrostowego S&P 500 dokonanym w maju na podstawie zupełnie innych zależności. Wtedy maksymalnym "możliwym" do osiągnięcia przez S&P 500 w ciągu następnego roku pułapem okazał się poziom 1304 punktów odległy od uzyskanego obecnie szacunku o mniej niż 3 proc.

Z powyższego płynie dosyć jednoznaczna rekomendacja sprzedaży amerykańskich akcji po ewentualnym wyjściu przez S&P 500 powyżej poziomu ostatniego szczytu (1217).

Z tego co powyżej niestety nie wynika, gdzie spędzą następne 2  najwyraźniej "stracone" dla giełdy nowojorskiej lata najwięksi globalni spekulanci, którzy zapewne też potrafią liczyć i przedstawione powyżej rozumowanie przeprowadzili już dawno. Ale to już temat na inną okazję.

 

 

20:16, bialek.wojciech
Link Komentarze (575) »
czwartek, 08 lipca 2010

Po przedwczorajszej sesji (we wtorek 6 lipca) średnia wartość WIG-u 20 z okresu poprzednich 200 sesji wynosiła 2375,71 punktów. Tego samego dnia wartość średniej 50-sesyjnej wynosiła 2383,33 punktów. Różnica była więc niewielka i wynosiła niecałe 8 punktów (0,32 proc.). Następnego dnia (w środę 7 lipca) różnica pomiędzy wartością obu średnich stopniała do mniej niż 3 punktów. Stało się jasne, że na dzisiejszej sesji - komentarz ten zaczynam pisać w czwartkowe południe 8 lipca - dojdzie do wygenerowania na WIG-u technicznego sygnału, określanego złowieszczą nazwą "krzyża śmierci". Co prawda Japończycy ochrzcili tym mianem każdą sytuację polegającą na przecięciu od dołu przez dłuższą średnią średniej krótszej niezależnie od ich długości, ale wyróżnienie średnich 200- i 50-sesyjnych ma jednak swoje uzasadnienie. Taka kombinacja jest znana ze swej użyteczności przy próbach wychwycenia zmian trendów średnioterminowych. Taki sygnał - "Krzyż śmierci" oparty na średnich 200-i 50-sesyjnych - pojawił się na Boże Narodzenie w 2007 roku i stanowił ostatnie ostrzeżenie przed gwałtownym załamaniem cen akcji, które rozpoczęło się niewiele później.

 

 

Kto potraktował poważnie ten sygnał ostrzegawczy z końca 2007 roku, mógł uratować przed późniejszą bessą nawet do 2/3 swego kapitału ulokowanego na rynku akcji. Na dzisiejszej sesji w czwartek 8 lipca dochodzi właśnie do wygenerowania identycznego sygnału.

Żeby uświadomić sobie grozę - pozorną moim zdaniem o czym później, ale trzymajmy się na razie stylistyki rodem z horrorów - należy przyjrzeć się bliżej sytuacji z końca 2007 roku i obecnej. Takie porównanie przedstawiono na poniższym wykresie:

 

 

Jak widać ówczesną i obecną sytuację techniczną WIG-u 20 bez dużej przesady można określić jako prawie identyczne (niebieskie pionowe kreski to momenty pojawienia się omawianych "Krzyży śmierci"). Czy zatem czwartkowy "Krzyż śmierci" jest podobnie jak 2,5 roku temu ostatnim ostrzeżeniem przez poważnym załamaniem cen akcji? Moim zdaniem odpowiedź na to pytanie brzmi: nie. Poniżej dam cztery argumenty na poparcie tej śmiałej tezy.

Najpierw odświeżmy narzędzie, które już kiedyś się nam przydało do oceny sytuacji na rynku. W tekście z sierpnia ub. r. zatytułowanym "Przeżyjmy to jeszcze raz" przedstawiłem 3 sposoby porównania obecnego cyklu giełdowego do poprzednich odbić cen akcji w górę następujących po silnych bessach. Jedna z użytych metod synchronizacji oparta była na wspomnianym powyżej sygnale typu "Złoty krzyż".  Poniżej uaktualnienie tych narzędzi:

 

 

 

 

Jak widać rynek, który jesienią ub. r. wydawał się wyraźnie "przewartościowany" w stosunku do historycznych wzorców, już taki obecnie nie jest. WIG-20 znajduje się na początku lipca na poziomie z październiku ub. r. Te 9 miesięcy - w praktyce - trendu bocznego schłodziło rynek na tyle, że obecnie jego "przegrzaniem" nie trzeba się już przejmować.

Podobny wniosek płynie z analizy aktualnionych wskazań innego narzędzia, które omówione zostało kilka miesięcy temu w tekście "Kasyno dla inteligentnych".  

Czyli obecna hossa jest jeszcze za młoda by umierać.

Potwierdzenie tego znajdziemy przyglądając się makroekonomicznemu kontekstowi sytuacji na rynku akcji. Otóż jak widać wyraźnie na poniższym wykresie "Krzyż śmierci" może być traktowany jako wartościowy sygnał potwierdzający początek bessy tylko i wyłącznie wtedy, kiedy zachowanie wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej wyraźnie potwierdza nadchodzenie lub trwanie fazy spowolnienia gospodarczego. Sygnały typu "Krzyż śmierci" z sierpnia 2000 i grudnia 2007 roku okazały się poprawne dlatego, że pojawiły się na początku spowolnienia gospodarczego. Gdy były generowane przez średnie 50- i 200-sesyjne dynamika roczna indeksu wskaźników wyprzedzających już wyraźnie spadała ostrzegając przed nadchodzącą recesją. Mieliśmy piękną zgodność sygnału makroekonomicznego i technicznego. Do podjęcia decyzji inwestycyjnej nie trzeba wiele więcej.

 

 

Dlaczego "Krzyże śmierci" z lipca 2002 i lutego 2003 okazały się w dłuższej perspektywie błędnymi sygnałami sprzedaży (wypadły na 10 i 23 dni przed kluczowymi dołkami)? Otóż dlatego, że pojawiły się w momencie, w którym rosnąca dynamika indeksów wskaźników wyprzedzających wyraźnie zapowiadała nadejście fazy ożywienia gospodarczego (co rzeczywiście nastąpiło w 2003 roku). Czy obecne zachowanie dynamiki indeksu wskaźników wyprzedzających koniunktury dla polskiej gospodarki przypomina to z sierpnia 2000 i grudnia 2007, czy też to z lipca 2002 i lutego 2003? Oczywiście mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem pełnej niezgodności wskaźnika makroekonomicznego i technicznego.  

I trzeci argument. "Krzyże śmierci" pojawiały się nie tylko nad GPW. Już 2 lipca taki sygnał na S&P 500 postraszył Amerykanów. Zobaczmy jak wyglądały podobne sygnały w okresie istnienia GPW.

 

 

Otóż ten lipcowy jest 10-tym od jesieni 1990 roku. Jak widać na 9 tego typu poprzednich sygnałów sprzedaży 3 - te z 2000, 2002 i 2007 roku - okazały się doskonałe. Sześć sygnałów - te z 1994, 1995, 1998, 1999, 2004 i 2006 roku - było zaś kompletnie błędnych. Czy sygnał sprzedaży, który zawodzi w spektakularny sposób w 2 przypadkach na 3 można traktować bardzo poważnie? Oczywiście tylko w ograniczonym zakresie.

Najwyraźniej nie wiedzą tego jednak Amerykanie, których widok "Krzyży śmierci" na Wall Street przeraził w sposób spektakularny. Uruchomione w automatycznie świeże wspomnienia o tym co wydarzyło się w 2008 i na początku 2009 roku spowodowały, że według najnowszego sondaży Amerykańskiego Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych sentyment wobec rynku akcji załamał się w USA do najniższego poziomu od marca 2009!

 

 

W całej 23-letniej historii tego sondażu podobnie duża różnica na niekorzyść "byków" pojawiła się wcześniej jedynie 5-krotnie. Trzy z tych przypadków (60 proc.) - 1990 (I Wojna w Zatoce Perskiej), 2003 (II Wojna w Zatoce Perskiej) i 2009 rok - sygnalizowały spektakularne dołki bessy. Mój pierwszy Wykres dnia sporządzony 9 marcu ub. r. po rozpoczęciu pracy w CDM Pekao jest tego pięknym świadectwem. Pozostałe 2 przypadki równie skrajnego co obecnie załamania nastrojów indywidualnych inwestorów w USA to styczeń i marzec 2008. W obu przypadkach rozpoczynając kupowanie po otrzymaniu takiego sygnału miało się szanse na uzyskanie niewielkich krótkoterminowych zysków w perspektywie następnych tygodni (silna bessa uległa wznowieniu począwszy od maja 2008, czyli 4 miesiące po pojawieniu się równie silnego co obecnie pesymizmu). Innymi słowy w najgorszym przypadku "letnia zwyżka" okaże się w tym roku niewypałem, ale spadki ulegną wznowieniu dopiero od listopada.

Podsumowując: 1) rozpoczęta 17 miesięcy temu cykliczna hossa na GPW jest jeszcze zbyt młoda by umierać, 2) zachowanie wskaźników wyprzedzających dla polskiej gospodarki nie sugeruje rychłego pojawienia się makroekonomicznego podłoża dla cyklicznej bessy; 3) w okresie istnienia GPW w 2 przypadkach na 3 "Death Cross" na S&P 500 okazywał się doskonałym sygnałem kupna amerykańskich akcji i 4) w okresie minionych 23 lat w 3 przypadkach na 5 równie niski co obecnie sentyment drobnych inwestorów sygnalizował spektakularne okazję do kupna akcji.

Wszystko to sugeruje, że delikatne wyjęcie akcji z drżących łapek przerażonych inwestorów powinno okazać się obecnie tym z gestów miłosierdzia, który nie pozostanie bez nagrody wypłaconej jeszcze tego lata.

20:39, bialek.wojciech
Link Komentarze (1209) »
środa, 16 czerwca 2010

Stało się to, co musiało się prędzej czy później stać: ważny polski polityk podczas kampanii wyborczej posłużył się formułą "Drugiej Norwegii":

 

"Musimy pamiętać o nowej szansie. To jest wielka szansa dla Polski, że Polska stanie się drugą Norwegią"

 

(dziękuję panu "retepete" za zwrócenie na to uwagi).

 

Każdy kto interesował się gospodarczymi losami Japonii oraz Irlandii, czyli dwu innych krajów, które nasi politycy uprzednio wskazywali jako wzorce do naśladowania dla naszej Ojczyzny wie, że te słowa Jarosława Kaczyńskiego oznaczają wyrok dla kraju Wikingów, od którego nie ma odwołania. Wystarczy spojrzeć na trwającą od 20 lat deflacyjną bessę na rynku akcji pierwszej Japonii:

 

 

... czy też przypomnieć sobie, co zaczęło się dziać w pierwszej Irlandii zaraz po tym, jak podczas poprzedniej kampanii wyborczej Donald Tusk rzucił za pomocą słów o "drugiej Irlandii" klątwę na ten kraj:

 

 

W obu przypadkach skończyło się prędzej czy później spadkiem cen akcji o 80 proc. Na poniższym wykresie indeksu giełdy w Oslo można przekonać się, co to oznaczałoby w przypadku cen akcji w Norwegii:

  

 

Norwegom współczujemy.

 

Dla odmiany zobaczmy jak powinna kształtować się sytuacja w "drugiej Norwegii", czyli u nas. Łatwo taką projekcję wykonać esktrapolując na następne 20 lat trend cen akcji występujący na giełdzie norweskiej w okresie minionych dwu dekad. Taką symulację przedstawia poniższy wykres:

    

 

Jak widać w ciągu minionych 20 lat indeks giełdy w Oslo zwiększył swą wartość z ok. 50 punktów do ok. 500 puntków. Przełożenie takiego 10-krotnego wzrostu na nasze realia oznaczałoby wzrost wartości WIG-u z obecnych okolic 50 tysięcy punktów do poziomu ok. 500 tysięcy punktów.  "WIG pół miliona" brzmi może nieco maniacko, ale 10-krotny wzrost w ciągu 20 lat to raptem +12,2 proc. średnioroczne tempo aprecjacji, które wygląda całkiem realistycznie. Poza tym jeszcze w 1995 roku WIG miał przecież wartość ok. 5 tysięcy punktów,  więc 10-krotny wzrost wartości nastąpił tu w przeciągu raptem 12 lat. I to bez dopalacza w postaci gazu z łupków.

 

Zobaczmy, czy z tych na pozór brzmiących jak zwykłe przedwyboczne obiecanki słów Jarosława Kaczyńskiego wścibski analityk będzie w stanie wyciągnąć więcej użytecznych prognoz rynkowych. Przede wszystkim musimy odpowiedzieć sobie na pytanie w jaki konkretny sposób prawdawni bogowie, którzy najwyraźniej uwielbiają polskich polityków, postanowią zrealizować właśnie rzuconą klątwę w praktyce. Jest jasne, że wybiorą uderzenie w jakiś czuły punkt pierwszej Norwegii. Przykładowo w przypadku "drugiej Irlandii" Donalda Tuska do rozpoczęcia procesu destrukcji gospodarki i systemu finansowego Irlandii pierwszej potrzebne było uruchomienie najpierw globalnego kryzysu kredytów hipotecznych, a następnie kryzysu strefy euro. Co jest czułym punktem Norwegii? Oczywiście ceny eksportowanych surowców energetycznych. Jak o tym świadczy bardzo silna korelacja pomiędzy wartością indeksu giełdy w Oslo a ceną ropy naftowej przedstawiona na poniższym rysunku, najpewniejszym sposobem sprowadzenia kursów akcji w Norwegii o 80 proc. w dół byłoby obniżenie cen ropy naftowej o poziomu ok. 14 dolarów za baryłkę. Czy jest to możliwe? No cóż, skoro ropa naftowa mogła kosztować tyle pod koniec lat 90-tych (w okolicach kryzysu rosyjskiego) i niewiele więcej pod koniec 2001 roku, to właściwie czemu by nie mogła kosztować tyle w mniej lub bardziej odległej przyszłości. W końcu w zaledwie pół roku od połowy 2008 do początku 2009 roku cena ropy potrafiła spaść o prawie 80 proc. z niemal 150 na nieco ponad 30 dolarow za baryłkę. Jak widać, takie rzeczy się zdarzają.

  

 

O tym, że coś takiego nie tylko może się zdarzyć, ale wręcz jest prawdopodobne świadczy dugoterminowy wykres kursu norweskiej korony względem amerykańskiego dolara. Wykres obejmuje minione 150 lat. Jak widać w tym okresie mieliśmy do czynienia z systemtycznym trendem spadkowym kursu norweskiej korony względem USD. Oczywiście średnioterminowe ruchy USD/NOK "oplatały się" względem tego trendu. W 2008 roku - gdy ropa naftowa kosztowała prawie 150 USD za baryłkę - mieliśmy do czynienia z rekordowym umocnieniem norweskiej korony względem długoterminowego trendu. Jak widać podobne do tego z 2008 roku odchylenia kursu USD/NOK w dół obserwowane były  w przeszłości kilkukrotnie (ostatnio na początku lat 90-tych i pod koniec lat 70-tych). Za każdym razem jednak te skrajne wychylenia walutowego wahadła w jedną stronę (aprecjacji korony norweskiej) były kontrowane ruchami w stronę przeciwną, które kończyły się dopiero po osiągnięciu przez USD/NOK symetrycznego odchylenia w górę od długoterminowego trendu. Powtórka takiego scenariusza obecnie oznaczałaby wzrost ceny jednego dolara amerykańskiego do poziomu ok. 10 koron norweskich.

 

 

 

Korzystając z bardzo silnej zależności pomiędzy kursem korony norweskiej w dolarach, a ceną ropy naftowej przedstawionej na poniższym wykresie możemy sobie łatwo wyliczyć cenę ropy naftowej, która musiałaby wystąpić na rynku, by kurs korony mógł tak nisko spaść. Jak widać jest to 13 dolarów za baryłkę. Wynik różni się się uzyskanych z poprzedniego szacunku 14 dolarów, ale w końcu to nie apteka.

 

 

 

Teraz, gdy już wiemy "co", pozostaje nam ustalić "kiedy". W poprzednich cyklach na rynku walutowym para USD/NOK przechodziła od skrajnej aprecjacji korony (deprecjacji dolara) do skrajnej deprecjacji korony (aprecjacji dolara) w latach 1978-1985 oraz w latach 1992-2000. W pierwszym przypadku to wahnięcie trwało 7 lat, a w drugim 8 lat. Z ostatnim skrajnym wychyleniem kursu korony norweskiej względem dolara w górę mieliśmy do czynienia w połowie 2008 roku, a więc 2 lata temu. Jak z tego widać ropy w pobliżu 10 dolarów za baryłkę (i USD/NOK na 10 a OSBX na 100) należy się spodziewać już za ok. 5,5 roku w okolicach przełomu lat 2015/2016. Oczywiście plus minus kilka lat, bo to w końcu nie apteka.

Dopiero teraz można w pełni ocenić makiawelizm Jarosława Kaczyńskiego, który z jednej strony wyciągnął rękę do Rosjan, a z drugiej strony rzucając klątwę "drugiej Norwegii" na Bogu ducha winnych sympatycznych Skandynawów uruchomił sekwencję wydarzeń, która jeszcze w tej dekadzie doprowadzi nieubłaganie do powtórzenia się sytuacji z lata 1998, kiedy to wejście cen ropy naftowej na ścieżkę spadkową zmierzającą w kierunku 10 dolarow za baryłkę zmusiło Rosję do ogłoszenia częściowego bankructwa. No cóż, polityka bywa czasami okrutna...

 

10:03, bialek.wojciech
Link Komentarze (1121) »
środa, 02 czerwca 2010

Kiedy 6 maja temu pisałem komentarz zatytułowany "Prawdopodobieństwo załamania a maksymalna możliwa nagroda" nie przypuszczałem, że opisywane w nim ryzyko zmaterializuje się już kilka godzin później w postaci największego od 23 lat wewnątrzsesyjnego (intraday) załamania cen akcji na Wall Street. W gruncie rzeczy wyrok, który został wykonany 6 maja, został wydany już znacznie wcześniej. Tak na ten temat mówiłem podczas debaty zorganizowanej przez "Parkiet" w grudniu ub. r.:

 

 

"Rynki zareagują na to tąpnięciem. Zresztą dynamika podaży pieniądza M1 w USA, która w sierpniu (+18,5 proc.) była porównywalna jedynie do poprzedniego rekordu ze stycznia 1987 r. (17,5 proc.) już ostro spada. W 1987 r. giełdowy krach nastąpił po dziewięciu miesiącach od początku spadku dynamiki M1."

 

... a tak brzmiał fragment opisu ostatniego w ubiegłym roku "Wykresu dnia":

 

"Jeśli spadek dynamiki pieniądza w USA będzie nadal postępował, to stosując analogię z 1987 rokiem można obawiać się wystąpienia w pierwszym półroczu – marzec-maj? - silnej korekty dotychczasowego trendu wzrostowego."

 

Z perspektywy czasu widać, że "normalizacja" polityki pieniężnej w USA objawiająca się spadkiem dynamiki podaży pieniądza w połączeniu z jednym z jednym z najsilniejszych w okresie minionych ponad 30 lat przegrzaniem koniunktury w tamtejszym przemyśle stworzyła podobnie jak w 1987 roku warunki do powstania rynkowego "perfect storm".

Warto zapamiętać tę lekcję: "nadmiernie" dobra koniunktura w realnej gospodarce uzyskana za pomocą drastycznej stymulacji  monetarnej i fiskalnej może wytworzyć popyt na pieniądz tak duży, że skutkiem - w warunkach pokryzysowej moderacji dynamiki podaży pieniądza - staje się gwałtowne "odessanie" środków z rynku kapitałowego.

Należy jednak pamiętać, że tąpnięcie na Wall Street było tylko jednym z objawów tej finansowej burzy. Innym jest kryzys strefy euro, który można porównywać do innych kryzysów walutowych z przeszłości takich jak kryzys azjatycki z 1997 roku, czy też kryzys rosyjski z 1998 roku. W każdym z tych przypadków mieliśmy do czynienia z ujawnieniem się w gwałtowny sposób ryzyka wcześniej zamiecionego pod dywan przez wprowadzenie reżimu stałego kursu walutowego.

W samym kryzysie strefy euro nie ma w sumie nic niezwykłego. Tak o nim pisał 13 lat temu Milton Friedman (Wall Street, 20 czerwca 1997):

 

"Od dłuższego czasu moją opinią jest, że koszty przewyższą w tym przypadku korzyści. Potencjalni członkowie EMU nie posiadają na tyle elastycznych płac i cen, czy też wystarczająco mobilnych pracowników, czy też wystarczająco efektywnych mechanizmów fiskalnej kompensacji, by mogły one służyć jako satysfakcjonujące substytuty płynnych kursów walutowych. (…) Prawdopodobnym rezultatem będzie zaostrzenie politycznych tarć powodowane przez przekształcenie pojawiających się napięć gospodarczych, które mogłoby być łatwo rozładowane przez zmiany kursów walutowych, w jątrzące kwestie polityczne. Jedność polityczna może utorować drogę do jedności monetarnej. Jedność monetarna narzucona w niekorzystnych warunkach okaże się barierą do osiągnięcia jedności politycznej”.

 

Nie trzeba było być zresztą noblistą. Poproszony latem ub. r. przez miesięcznik Forbes o nakreślenie scenariusza następnego kryzysu finansowego pisałem tak:

 

„Cykliczny nawrót kryzysu finansowego wznowi procesy odśrodkowe w obrębie Europejskiej Unii Walutowej. Wobec braku perspektyw na solidarną akcję w stylu amerykańskim kapitał rozpocznie ucieczkę z małych zadłużonych krajów europejskich. W 2012 roku niemożność pozyskania finansowanie deficytów budżetowych zmusi te z nich, które nie będą gotowe zrzeczenia się kontroli nad swymi finansami, do opuszczenia Unii Walutowej”.

 

Z całkiem praktycznego punktu widzenia potraktowanie trwającego kryzysu euro jako typowego kryzysu niezbyt jednorodnej strefy walutowej (w tej dekadzie trzeba będzie przerobić jeszcze rozpad trwającego od 15 lat walutowego małżeństwa pomiędzy USA i ChRL) analogicznego do kryzysu azjatyckiego i rosyjskiego pozwoliłoby na podjęcie próby nakreślenia scenariusza dla naszego rynku akcji opartego na zachowaniu indeksów z czasów wspomnianych kryzysów.

Poniżej przedstawiono dwie synchronizacje obecnego kryzysu z załamaniem rynków akcji z jesieni 1997 oraz lata 1998. W pierwszym przypadku do synchronizacji z dołkiem 7 maja wybrałem datę 28 października 1997, czyli lokalne apogeum paniki (WIG-20 -9,9 proc.) wywołanej załamaniem się giełdy w Hongkongu, które otworzyło ostrą fazę kryzysu azjatyckiego...

  

 

 ...oraz datę 17 sierpnia 1998, czyli moment podania przez rząd Rosji informacji oznaczających w praktyce częściowe bankructwo tego kraju.

 

 

Przy wszystkich różnicach pomiędzy zachowaniem WIG-u 20 obecnie i 12 oraz 13 lat temu o pewne wnioski z tej zabawy można się pokusić. Po pierwsze ostatnie odbicie cen akcji powinno potrwać do mniej więcej połowy czerwca. Potem powinien nadejść ostatni paroksyzm kryzysu objawiający się trwającymi do pierwszej połowy lipca spadkami cen akcji poniżej ostatnich dołków (2270, 25 maja 2010). I wreszcie po zakończeniu tej ostatniej fali spadków powinien rozpocząć się wzrost WIG-u 20, który do września podniesie jego wartość o 41,8 proc. (wersja z okresu po kryzysie rosyjskim) - 46,9 proc. (wersja z okresu po kryzysie azjatyckim). Nawet jeśli te ostatnie liczby są przesadzone - zmienność krajowych cen akcji jest mniejsza niż podczas obu kryzysów z końca lat 90-tych - to i tak wydają się kuszące nawet po uwzględnieniu tego czynnika.  Ewentualna jeszcze jedna fala wyprzedaży na rynkach akcji spowodowana pojawieniem się kolejnego ogniska zapalnego kryzysu strefy euro powinna być zatem potraktowana jako okazja do bardziej lub mniej ostrożnych zakupów. Letnia zwyżka może okazać się niewypałem - tak jak np. w 2000  czy 2008 roku - ale ewentualne zakupy akcji poczynione przy ustanawianiu wielomiesięcznych mimimów indeksów powinny oferować margines bezpieczeństwa w pełni rekompensujący to ryzyko.

 

14:20, bialek.wojciech
Link Komentarze (610) »
czwartek, 06 maja 2010

Jeśli wszystko rozgrywa się ponownie według schematów przerabianych już kilkukrotnie w okresie minionych 15 miesięcy, to na początku czwartkowej sesji nasz rynek akcji osiągnął lokalne minimum wyprzedaży i rozpoczął odreagowanie w górę. Taki przynajmniej wniosek płynie z analizy poprzednich przypadków silnych - noszących znamiona mini-paniki - ponad 5 proc. 2-sesyjnych spadków WIG-u 20. Z takim właśnie spadkiem mieliśmy do czynienia we wtorek i środę. Od czasu rozpoczęcia w lutym 2009 cyklicznej hossy na krajowym rynku akcji analogiczne 2-sesyjne wyprzedaże pojawiały się 4-krotnie kulminując kolejno: 30 marca 2009, 20 kwietnia 2009, 23 czerwca 2009 i 5 lutego 2010. W 3 przypadkach były to dołki, w jednym - w czerwcu 2009 - rynek po tygodniowym odbiciu cen akcji w górę zszedł ponownie - przed wznowieniem silnych wzrostów - nieco poniżej pierwotnego dołka:

 

 

 

 

Kwestia interpretacji znaczenia takich fal wyprzedaży - nagatywnej czy też pozytywnej - już kiedyś wypłynęła właśnie podczas mini-paniki z końca czerwca ub. r. Ówczesna konkluzja z analizy historycznych przykładów gwałtownych spadków była dosyć jednoznaczna: zwykle w preszłości były to sygnały kapitulacji "byków" i dobre okazje do odebrania im - przynajmniej na jakiś czas - przecenionych akcji.

Zwykle, to nie znaczy zawsze. Wyjątkiem od tej reguły są oczywiście giełdowe krachy z prawdziwego zdarzenia takie jak np. załamanie z września-października 2008 roku, które nastąpiło po upadku banku Lehman Brothers. Podczas takich epizodów silne spadki cen akcji pojawiają się na początku wyprzedaży i są ostatnim sygnałem ostrzegawczym przed nadciągającą katastrofą. 

Nasuwa się pytanie, czy w obecnych warunkach istnieją jakieś przesłanki dla prognozowanie tego typu dramatycznego załamania? No cóż, chciałbym się w tym miejscu odwołać do obserwacji poczynionej ostatniego dnia poprzedniego roku, której uaktualnioną wersję można zobaczyć poniżej. 

 

 

Mój komentarz z końca grudnia ub.r. do trwającego spadku dynamiki rocznej podaży pieniądza M1 (gotówka + depozyty na żądnie) w USA był następujący:

 

"Jeśli spadek dynamiki pieniądza w USA będzie nadal postępował, to stosując analogię z 1987 rokiem można obawiać się wystąpienia w pierwszym półroczu – marzec-maj? - silnej korekty dotychczasowego trendu wzrostowego."

 

Ten wniosek oparty był na pojedynczej obserwacji tego co wydarzyło się w 1987 roku, czyli jedynym momencie w historii minionego półwiecza, kiedy dynamika roczna M1 w USA sięgnęła poziomu z sierpnia ub. r. Wtedy szczyt dynamiki podaży pieniądza wypadł w styczniu 1987 po czym rozpoczął się jej dynamiczny spadek. Rynek akcji parł do przodu jeszcze przez następne 7 miesięcy. Dopiero od sierpnia 1987 roku "brak dopływu nowego paliwa" zaczął negatywnie wpływać na możliwość kontynuowania lotu cen akcji w górę. Ceny akcji utrzymywały się na względnie wysokim poziomie do 5 października. Później indeksy rozpoczęły się lot nurkowy  w dół, który dwa tygodnie później - 19 października - kulminował największym w historii Wall Street jednodniowym załamaniem głównych indeksów o ponad 20 proc. jednego dnia. W zeszłym roku dynamika M1 osiągnęła maksimum w sierpniu. Stosując dosłownie analogię z 1987 rokiem otrzymalibyśmy prognozę szczytu cen akcji 7 miesięcy później czyli w marcu tego roku, i prognozę krachu po kolejnych 2 miesiącach, czyli w maju tego roku.

Ta analogia zawiodła na razie o tyle, że dotychczasowy szczyt cen akcji wypadł nie w marcu a 23 kwietnia. Na wszelki wypadek nie wyrzucałbym jej jednak do kosza już teraz, lecz zachował ostrożność do mniej więcej 17 czerwca. W 1987 roku ponad 20 proc. spadek nastąpił w 55 dniu po szczycie ówczesnej hossy. Ostatni szczyt S&P 500 wypadł 23 kwietnia. 55 dni od 23 kwietnia do właśnie 17 czerwca.

Oczywiście znaczenie przedstawionej powyżej obserwacji można kwestionować podważając zasadność wyciągania poważniejszych wniosków z jednostkowych przypadków.

Sprawa nie jest jednak taka prosta. 1 maja dowiedzieliśmy się, że ISM Manufacturing - powszechnie śledzony wskaźnik koniunktury w przemyśle USA - osiągnął w kwietniu poziom 60 punktów (dokładna wartość to 60,4 pkt.). Taka sytuacja w okresie czasu obejmowanym przez ostatni "cykl pokoleniowy" czyli od połowy lat 70-tych zdarzyła się wcześniej jedynie 5-krotnie:

 

  

 

Podsługując się metodą, która w przeszłości kilkukrotnie pozwoliła dojść do interesujących wniosków, można zapytać, co działo się w tym okresie na amerykańskim rynku akcji po publikacji informacji o osiąnięciu przez ten wskaźnik koniunktury w przemyśle tak wysokich poziomów (poniższej wykresy obejmują mniej więcej 1 rok):

  

 

 

W 4 historycznych przypadkach sygnalizujący skrajnie "rozgrzaną" koniunkturę gospodarczą wzrost ISM Manufacturing do poziomu przynajmniej 60 punktów - 1976, 1978, 1983 i 2004 - nie miał żadnych poważniejszych konsekwencji dla tamtejszego rynku akcji. Natomiast w jednym przypadku po otrzymaniu pierwszego dnia kolejnego miesiąca informacji z ISM o "przegrzaniu" występującym w przemyśle USA inwestorzy mieli jeszcze tylko 4 dni na ucieczkę z rynku akcji zanim popyt na pieniądz w realnej gospodarce "zasysając" środki finansowe z rynków przełożył się na spektakularny krach o prawie jedną trzecią. To oczywiście opis wydarzeń ze znanego nam już października 1987...

Niestety nie jest jasne jak interpretować te prawidłowości. Czy uznać, że potencjał spadkowy S&P 500 wynosi obecnie ponad 30 proc.? Czy też uznać, że ponieważ oszacowane na podstawie tej ubogiej próbki historycznej "prawdopodobieństwo" krachu wynosi jedynie 20 proc., to "oczekiwane" ryzyko to jedynie nieco ponad 5 proc. (poniżej uśrednienie ścieżki S&P 500 w tych 5 historycznych przypadkach na tle obecnego zachowania indeksu)?

 

 

 

 Ale skoro analogia oparta na obserwacji zmian podaży pieniądza sugeruje "100 proc. prawdopodobieństwo krachu" (tak jak teraz było tylko raz i w tym jednym przypadku krach nastąpił), to czy te szacunki należy jakoś skorygować? Na przykład obu narzędziom dając równą wagę i otrzymując formuły:

 

prawdopodobieństwo krachu = (100% +20%)/2 = 120%/2 = 60%

oczekiwana skala spadku = 50%*-30% + 50%*-6 proc. = -15% + -3% = - 18%

 

Na po wyższe bardzo palące kwestie nie potrafię udzielić dobrej odpowiedzi. Pokuszę się jednak o odpowiedź na pytanie, które obecnie - po spadkach - mało kto zadaje, mianowicie o maksymalny potencjał wzrostowy rynku. Otóż z wykresu zawierającego roczne ścieżki S&P 500 z okresów bezpośrednio po wygenerowaniu przez przemysł USA analogicznych do tego zaobserwowanego 1 maja (ISM Manufacturing >= 60 pkt) sygnałów wynika jednoznacznie, że w inwestowanie na rynku akcji w warunkach takiego "przegrzania" gospodarki daje - w ciągu następnego roku - zyski mniejsze niż 10 proc. Maksymalny wzrost S&P 500 wyniósł bowiem +9,9 proc. w ciągu roku od daty publikacji o osiągnięciu przez ISM Manufacturing poziomu 60 pkt. (przypadek z 1978 roku). 

Mając w ten sposób górne ograniczenia skali wzrostów, których - na podstawie historii minionych 35 lat - można "racjonalnie" oczekiwać, możemy - znając poziom S&P 500 z przełomu kwietnia i maja - oszacować maksymalny "możliwy" w ciągu najbliższego roku poziom tego indeksu. 9,9 proc. powyżej poziomu z 30 kwietnia (1186,7) to 1304.

Mając to oszacowanie możemy - uwzględniając cały czas utrzymującą się zależność pomiędzy WIG-iem 20 a S&P 500 - przeliczyć to na maksymalny "możliwy" w ciągu najbliższego roku poziom WIG-u 20. Rezultat tej zabawy widać na poniższym wykresie:

    

 

 

Wniosek - WIG-20 może wzrosnąć najwyżej do poziomu 2800 - warto zapamiętać, bo pozwala on szacować potencjał zysku z polskich akcji kupowanych podczas obecnej wyprzedaży (abstrahując od jej skali). W sumie jest to rezultat bardzo zbliżony do tego uzyskanego zupełnie inną metodą 2 miesiące temu.

Powyższe rozważania można odnieść do scenariusza na resztę roku przedstawionego w Raporcie Tygodniowym sprzed miesiąca. Niezależnie od zaskoczenia wywołanego załamaniem z tego tygodnia - jeszcze w piątek spodziewałem się, że spadki nadejdą dopiero po 2 tygodniach wzrostów - ciągle jeszcze ma on szansę realizacji.

 

13:47, bialek.wojciech
Link Komentarze (1402) »
środa, 28 kwietnia 2010

Zgodnie z opublikowanymi w kwietniu danymi GUS indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych  w naszym kraju miał w marcu wartość wyższą niż przed rokiem o 2,6 proc. Oznacza to wyraźny spadek dynamiki rocznej tego powszechnie śledzonego wskaźnika inflacji w porównaniu do wartości z początku roku (+3,5 proc.), czy z kwietnia 2009 (+4 proc.). Co ważniejsze oznacza to spadek dynamiki rocznej CPI (Consumer Price Index) do nowego cyklicznego minimum, to znaczy poniżej dołka na poziomie +2,6 proc. ze stycznia 2008 roku. 

  

 

Ten sygnał kontynuacji dezinflacji (spadku tempa wzrostu cen w gospodarce) został potwierdzony przez dane GUS na temat cen produkcji przemysłowej. W lutym i marcu wartość PPI (Producer Price Index) okazała się niższa niż rok wcześniej o 2,4 proc. To rekord minionego dwudziestolecia. Z objawami deflacji na poziomie cen produkcji przemysłowej miewaliśmy już do czynienia w przeszłości dwukrotnie - w listopadzie 2001 roku PPI spadał r/r o 1 proc., w październiku 2005 o 0,9 proc. - ale skala obecnego spadku cen w przemyśle jest bezprecedensowa.

 

 

Zachowanie dynamiki rocznej obu wskaźników inflacji oznacza, że faza dezinflacji rozpoczęta w polskiej gospodarce w sierpniu 2008 roku trwała nadal w I kw. 2010 roku.

Proponuję na chwilę cofnąć się o 2 lat i przyjrzeć się temu, co działo się w sytuacji w dużej mierze odwrotnej do obecnej. W komentarzu z kwietnia 2008 zatytułowanym  "Podejście na inflacyjny szczyt" pisałem tak: 

  

"Podsumowując: obecna cykliczna faza wzrostu dynamiki wskaźników inflacji na świecie zbliża się do końca i w ciągu najbliższych kilku miesięcy - latem tego roku - powinna kulminować (choć oczywiście na wyższym od obecnego poziomie). Paniczne reakcje nie wydają się więc obecnie wskazane. Ten szczyt dynamiki wskaźników inflacji powinien być - zgodnie z typowym schematem - idealnym momentem do zakupu krajowych obligacji skarbowych, które wtedy właśnie powinny osiągnąć cykliczny szczyt rentowności."

 

Trzy miesiące później 18 lipca 2008 w komentarzu: "Zaczęło się"  zamieściłem projekcje zachowania rentowności krajowych 5-letnich obligacji skarbowych oraz cen akcji w Europie oparte na założeniu wchodzenia gospodarek w dezinflacyjne fazy spowolnienia gospodarczego. Te projekcje z uaktualnionymi - dla porównania - rzeczywistymi przebiegami rentowności krajowych obligacji skarbowych i cen akcji w Europie widać poniżej:

 

 

 

Jak widać pomimo tego, że rozmiary deflacyjnego kryzysu na świecie okazały się większe niż te sugerowane przez prognozę (zaznaczoną kolorem czerwonym), to jednak skala spadku rentowności krajowych obligacji dosyć dobrze odpowiadała oczekiwaniom (choć cel został osiągnięty szybciej niż to zakładała prognoza). Już od początku I kw. 2009 rozpoczęło się odreagowanie rentowności w górę - z 4,84 proc. do 6,16 proc. dla 5-latek - odzwierciedlające minięcie apogeum kryzysu i szybki wzrost dynamiki CPI z 2,8 proc. do 4 proc. To szybkie odreagowanie tempa inflacji w górę nasuwało skojarzenia z 1999 rokiem, co skłoniło mnie to oczekiwania w ciagu następnego roku silnego cyklicznego wzrostu inflacji. W kwietniu 1999 pisałem na ten temat tak:

 

"Mam przeczucie, że obecna sytuacja jest bardzo podobna do tej sprzed 10 lat. Jeśli odrzuci się bowiem katastroficzne wizje gospodarcze MFW czy KE, to scenariusz wzrostu dynamiki CPI powyżej ostatnich cyklicznych szczytów (4,6 roc. w 2004 roku, 4,8 proc. w 2007) wydaje się być dosyć naturalny. Ewentualne najwyższe od 2001 roku tempo inflacji wywołałoby zapewne negatywne reperkusje na rynku obligacji, a wzrost różnicy pomiędzy stopami rynkowymi  a stopą oficjalną z pewnością zmusiłby RPP do zmiany kierunku polityki pieniężnej. W ubiegłym roku pierwsza obniżka stóp nastąpiła w 5 miesięcy po ostatniej podwyżce stóp. W 1999 roku pomiędzy ostatnią obniżką a pierwszą podwyżką minęło 10 miesięcy. Jak się wydaje w tym cyklu Rada powinna więc zdążyć z rozpoczęciem podwyżek stóp procentowych akurat na początek nowej fali bessy."

 

To ostatnie zdanie pozostaje zawsze aktualne, natomiast generalna koncepcja dalszego rozwoju tendencji inflacyjnych oraz sytuacji na rynku obligacji skarbowych i stóp procentowych przedstawiona rok temu okazała się zupełnie nietrafiona. Pomimo, że część założeń robionych przed rokiem okazała się trafna (ropa powyżej 70 dolarów), to jednak wystarczyło to jedynie do ustabilizowania tempa inflacji i rentowności obligacji na relatywnie wysokim poziomie do przełomu 2009 i 2010 roku.

Popełniony wówczas błąd mógł być potencjalnie bolesny w skutkach. W swym pierwszym Raporcie Tygodniowym zamieszczonym w marcu 2009 po przejściu do CDM Pekao opisałem klasyczny schemat alokacji aktywów, który sugerował spędzanie na rynku akcji dezinflacyjnej fazy ożywienia gospodarczego - która rok temu właśnie się rozpoczynała -  zaś infacyjnej części ożywienia gospodarczego na rynku surowców. Oczywiście ceny surowców wielu ważnych surowców - takich jak ropa naftowa czy miedź - w okresie minionego roku silnie zwyżkowały, uwzględniając jednak umocnienie złotego, ewentualny wybór rok temu szerokiego rynku surowców kosztem rynków akcji również można uznać za błąd.

Nowe minima tempa inflacji, o których pisałem na początku niniejszego komentarza oznaczają, że jeszcze w marcu polska gospodarka znajdowała się w dezinflacynej fali ożywienia gospodarczego, co oznaczało, że w minionym rok - od dna recesji w I kw. 2009 - należało przebywać ze swymi oszczędnościami na rynku akcji (co akurat się zgadza). Obecną sytuację pozwoliłem sobie zilustrować w ostatnim Raporcie Tygodniowym w następujący sposób:

 

Jak widać pozycja strzałki sugerującej położenie w ramach cyklu jest obecnie - moim zdaniem - dokładnie odwrotna do tej z wiosny 2008. Wtedy zbliżaliśmy do się do końca inflacyjnej fazy spowolnienia gospodarczego. Obecnie - po 11 kwartałach spadku tempa inflacji - powinniśmy zbliżać się do końca dezinflacyjnej fazy ożywienia gospodarczego. Zgodnie z przedstawionym schematem minięcie tego punktu będzie sygnałem do przeniesienia w portfelach inwestycyjnych głównego punktu ciężkości z rynku akcji na rynek surowców. Na razie chyba na to za wcześnie, bo brak jest sygnałów zapowiadających wzrost dynamiki wskaźników inflacji już teraz. Nie należy tu postępować pochopnie, bo decyzja o przedwczesnej - lub zbyt gwałtownej - migracji np. z funduszy akcyjnych na fundusze surowcowe może spowodować utratę części zysków z rynku akcji przy braku adekwatnej rekompensaty w postaci wzrostu cen surowców (tak się stało w okresie marzec 2006-styczeń 2007, czyli pomiędzy poprzednim cyklicznym dołkiem tempa inflacji a poprzednim szczytem dynamiki wzrostu gospodarczego). 

Będę jednak w tym miejscu starał się monitorować sytuację szukając sygnałów zmiany trendu analogicznych do tych z lipca 2008. Tu chciałbym tylko zasygnalizować, że tak jak jedną z głównych przyczyn trwającej do marca dezinflacji było bliskie rekordowemu umocnienie złotego w ujęciu rocznym, tak jednym z impulsów, które doprowadzą do zmiany trendu dynamiki CPI, może być ewentualne poważniejsze osłabienie złotego związane z ucieczką od ryzyka wywołaną narastającymi kłopotami strefy euro związanymi z sytuacją Grecji i innych krajów peryferyjnych.

Na marginesie chciałbym zwrócić uwagę na zilustrowane na pierwszym z powyższych wykresów ciekawe zjawisko występowania ostatnich cyklicznych szczytów dynamiki CPI w Polsce równo co 4 lata (lato 2000, lato 2004 i lato 2008). To regularność może być czysto przypadkowa. Można się tu również doszukiwać odległego echa 4-letniego "cyklu prezydenckiego" znanego z amerykańskiego rynku. Tak czy siak ta regularność sugeruje, że z następnym szczytem tempa inflacji w naszym kraju - a więc zapewne i następną okazją do kupna obligacji skarbowych po okazyjnych cenach - będzie okres zbliżających się Mistrzostw Europy w piłce nożnej, które właśnie wtedy rozgrywane będą w naszym kraju (i na Ukrainie). W sumie do takiego wniosku można było dojść bez większych analiz: jest jasne, że polscy kupcy podnosząc ceny sprzedawanych towarów i usług będą chcieli zarobić na hordzie piłkarskich kibiców, która latem 2012 zleci się i zjedzie do naszego kraju.

I ostatnia dygresja: znowu większy tekst na temat inflacji przydarzył mi się w kwietniu. Czy to jakiś atawizm związany z przednówkiem?

13:03, bialek.wojciech
Link Komentarze (361) »
poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Od 10 kwietnia uczestnicy krajowego rynku skonfrontowani zostali najpierw z tragiczną informacją o katastrofie prezydenckiego samolotu, śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej i całej towarzyszącej mu delegacji na uroczystość obchodów 70-lecia zbrodni katyńskiej, a następnie z reakcją rynków na to wydarzenie. Pod koniec grudnia ub. r. w komentarzu zatytułowanym "Cykl pokoleniowy" sugerowałem, że:

 

 "Oczywiście z punktu widzenia właśnie ochrzczonego "cyklu pokoleniowego" rok 2010 będzie odpowiednikiem lat 1976, 1939 i 1909."

 

Ta teza była ilustrowana następującym wykresem:

 

 

Makabryczny rym pomiędzy dwiema katyńskimi masakrami tej z 1940 i tej z 2010 roku niepokojąco - choć zapewne przypadkowo - wpisał się w przedstawioną w grudniu ideę cyklu pokoleniowego. Niepokojąco, bo przecież ma ona swój pozarynkowy wymiar:

 

""Cykl pokoleniowy" nie jest zjawiskiem, które można obserwować na jedynie na rynkach finansowych. Ma on również wymiar geopolityczny. Widać to wyraźnie na powyższym wykresie, na którym każdej kolejnej pokoleniowej bessie towarzyszy kolejny konflikt geopolityczny zwykle  kulminujący wojną: czy to  I Wojną Światową, czy to II Wojną Światową, czy to Zimną Wojną."

 

Rynki najwyraźniej nie przejęły się tymi ponurymi skojarzeniami. Być może przyczyną był sobotni termin, który dał czas na uspokojenie emocji. Zachowanie naszego rynku po smoleńskiej katastrofie można porównać do reakcji Wall Street na zamach na prezydenta Kennedy'ego w 1963 roku. Wtedy w dniu  zamachu indeks S&P 500 stracił 2,8 proc., by następnego dnia zanotować wzrost o 4 proc.

 

  

 

Na wykresie dla danych tygodniowych moment zamachu jeszcze można wyparzyć:

  

 

Na wykresie z danymi miesięcznymi nie widać już nic...

 

 

Można rynki postrzegać jako bezduszne, ale warto zdawać sobie sprawy z ich specyficznego sposobu reagowania na informacje. W przypadku GPW w tygodniu po tragiczniej śmierci Prezydenta i towarzyszących mu osób padł nowy rekord "uporczywości" wzrostów WIG-u 20. Jak wytłumaczyć takie dziwne zachowanie naszego rynku? Czy dzieje się coś, co uzasadnia ustanawianie - w tygodniu żałoby narodowej - tego typu rekordów? Chciałbym zaryzykować i podjąć próbę udzielenia na to pytanie twierdzącej odpowiedzi. Wydaje się, że znalazłem ją w tekście rosyjskiej dziennikarki Julii Łatyniny opublikowanym w "The Moscow Time" a zatytułowanym "The scent of shale gas hangs over Katyn". W polskim tłumaczeniu prezentującego tę samą myśl innego komentarza tej autorki (dziękuję panu arnigo, za zwrócenie uwagi na ten tekst) czytamy między innymi:

 

"Jednak, rzecz jasna, najważniejszą kwestią w stosunkach dwóch państw pozostawał Katyń. (...)media kontrolowane przez Kreml prowadziły natarcie w dwóch kierunkach. Rosyjskim czytelnikom sugerowano, że, po pierwsze, pytanie, kto rozstrzelał Polaków, „wciąż pozostaje otwarte”, wzywano do „nieprzyklejania etykietek” i „rozpoczęcia poważnej dyskusji” o tym, kto miał rzekomo rozstrzelać polskich oficerów, Stalin czy Hitler. Po drugie, piarowcy Kremla forsowali tezę, że Katyń to historyczny odwet za czerwonoarmistów zamorzonych głodem w obozach dla jeńców wojennych po wojnie z „Białopolakami”.(...) To znaczy, po pierwsze, że my Polaków nie zabijaliśmy, a po drugie – było za co.

I nagle, na wiosnę 2010 roku, wszystko to, jak na komendę, skończyło się. W telewizji zamiast Narocznickiej pokazano „Katyń” Wajdy, a Putin pojechał do Katynia razem z Donaldem Tuskiem.

Co się stało?

Odpowiedź na to pytanie łatwo da ten, kto przeczyta The Wall Street Journal z 8 kwietnia 2010 roku – to znaczy z następnego dnia po wizycie Putina i Tuska w Katyniu.

„Cały gazowy przemysł Polski i specjalny przedstawiciel USA ds. energetyki zebrali się na konferencję na temat gazu łupkowego sponsorowanej przez Chevron, ExxonMobil i Halliburton. Gazowi giganci z USA rozpoczną badawcze odwierty gazu łupkowego w Polsce w ciągu najbliższych kilku tygodni. W razie ich sukcesu energetyka Polski, jej problemy ekologiczne, a nawet polityka zagraniczna mogą się całkowicie zmienić.

I taka właśnie jest odpowiedź na to pytanie. Całość nowej imperialnej polityki Rosji budowana była na fakcie, że my mamy nasz światowy Gazprom i rurę naszego światowego gazociągu wsadzimy Polakom to samo miejsce, co i Ukraińcom.

A wiosną 2010 r. na Kremlu nagle zrozumiano, że gaz łupkowy powoduje zerwanie ze światowym gazociągiem (...)"

 

Przesada? Nie wydaje mi się. Oddajmy głos Ministerstwu Środowiska:

 

"W naszym kraju już kilku naftowych potentatów bada podziemne struktury szukając potwierdzenia, że Polska, tak jak Stany Zjednoczone, może mieć swój gazowy Teksas! 

  Czy mamy szansę być drugim gazowym Teksasem? (...) - Nie mogę jeszcze powiedzieć jak duże są zasoby gazu w Polsce, natomiast oczekiwania są bardzo wysokie." 

 

A to opinia doradcy premiera do spraw bezpieczeństwa energetycznego:

  

"Wszystko prowadzi do konkluzji, że za cztery- pięć lat, potrzebnych do przygotowania projektów, Polska może stać się krajem posiadającym spore ilości gazu."

 

Głosy na specjalistycznych blogach bywają mniej ostrożne:

 

"Poland will be massive. That's our view.  East Texas?  Perhaps more like Haynesville East.  This will be the biggest event in European energy since the North Sea."

 

"Największe wydarzenie w europejskiej energii od czasu odkryć na Morzu Północnym". Czyżby najciemniej było przed świtem?

 

22:10, bialek.wojciech
Link Komentarze (330) »
czwartek, 11 marca 2010

W zamieszczanych w tym miejscu w okresie minionego roku komentarzach kilkukrotnie przedstawiałem porównanie załamania z lat 2007-2009 i późniejszej - trwającej od 17 lutego 2009 - zwyżki cen akcji na GPW do poprzednich tego typu epizodów z okresu minionych 15 lat ("Historia nauczycielką spekulanta", "Nowa synchronizacja" i "Przeżyjmy to jeszcze raz"). Zabawa ta oparta była na założeniu, że ostatnia bessa na warszawskiej giełdzie pomimo swego dramatyzmu nie różniła się w swej istocie od trzech swoich poprzedniczek, które rozegrały się w latach 1994-1995, 1997-1998 i 2000-2001. Czyniąc takie założenie, można było zaryzykować wniosek, że i następujące po bessie odbicie cen akcji będzie miało charakter zbliżony do "rynków byka", która rozegrały się w przeszłości po trzech poprzednich okresach cyklicznej słabości rynku akcji. Trzy różne metody - opisane w komentarzach, do których "linki" znalazły się powyżej - synchronizacji ostatniej bessy i trwającego od roku odbicia cen akcji z analogicznymi ruchami z okresu minionych 16 lat, dały rezultaty, które - po uaktualnieniu - przedstawiam poniżej:

 

 

 

 

 

Jak widać w perspektywie średnioterminowej (przez co rozumiem horyzont czasowy liczony w miesiącach) wnioski wynikające z powyższy projekcji są ciągle relatywnie optymistyczne. Zgodnie z pierwszą z nich opartą na synchronizacji poszczególnych cykli bessa-hossa dokonanych w dołkach kolejnych "rynków niedźwiedzia" cykliczny szczyt WIG-u 20 powinien wypaść - gdyby wszystko odbyło się w "typowy sposób" - na poziomie 2974 w lutym 2011. Według drugiej - opartej na synchronizacji dokonanej w punktach, w który po bessie średnia 45-sesyjna po raz pierwszy przecina od dołu średnią 200-sesyjną szczyt - szczytu hossy należy szukać dopiero w kwietniu 2011 roku w okolicach poziomu 3129. I wreszcie zgodnie z trzecią metodą odniesienia obecnej sytuacji na rynku do wzorców z przeszłości (synchronizacja w punktach, w których średnia 200-sesyjna po raz pierwszy zaczyna rosnąć po okresie bessy) hossa - jeśli ma okazać się typowa - powinna skończyć w marcu 2011 w okolicach poziomu 3263 pkt. dla WIG-u 20. Ponieważ na razie mamy marzec 2010 i WIG-20 na poziomie 2412 pkt., to na podstawie powyższych rozważań otrzymujemy szacunek 23,3-35,3 proc. potencjału wzrostowego dla WIG-u, który miałby ulec realizacji w przeciągu najbliższych 11-13 miesięcy.

 Oczywiście skądinąd wiemy , że perspektyw rynku akcji w tym roku będą ściśle związane z dalszymi losami trwającego od roku ożywienia gospodarczego. Do tego tematu trzeba będzie szybko wrócić, bo na horyzoncie widać już kolejne spowolnienie gospodarcze, ale najpierw chciałbym zamknąć na jakiś czas sprawę analogii, które można wywieść z historii cen akcji na GPW.

Powyższe rozważania były próbą odpowiedzi na pytanie, co rynek "zwykle" robi po głębokiej bessie (takiej jak ta z lat 2007-2009). Tymczasem do sprawy można podejść też nieco inaczej zdobywając w ten sposób dodatkowy punktu odniesienia. Otóż odwołując się do definicji cyklicznej hossy jako wzrostu dynamiki cen akcji związanego z fazą ożywienia gospodarczego (fazą przyspieszania tempa wzrostu gospodarczego) można pokazać, że od 1995 roku  były na GPW nie trzy, lecz cztery hossy, bo w latach 2001-2007 zmieściły się dwie fazy ożywienia gospodarczego (2001-2004 i 2005-2007) przedzielone karłowatym spowolnieniem z lat 2004-2005 (rocznym "kacem" po skoku popytu poprzedzającym wejście naszego kraju do UE wiosną 2004). Więcej na tem temat pisałem niedawno w komentarzu "Za wcześnie na bessę?". Jeśli przyjmiemy taką perspektywę, to trwającą od 17 lutego 2009 zwyżkę cen akcji będziemy mogli porównać nie do trzech "pobessowych" odbić w górę, jak przy poprzednim podejściu, lecz do czterech cyklicznych "rynków byka" z lat 1995-1997, 1998-2000, 2001-2004 i 2005-2007. Na poniższym wykresie zielonymi strzałkami zaznaczono 4 fazy cyklicznego ożywienia tempa wzrostu gospodarczego w naszym kraju i odpowiadające im 4 cykliczne hossy na WIG-u 20:

 

 

Teraz możemy dokonać porównania trwającej od roku zwyżki WIG-u 20 do poprzednich analogicznych cyklicznych wzrostów. Takie porównanie przedstawione zostało na poniższym wykresie:

 

 

Ścieżki 5-ciu kolejnych "rynków byka" na GPW - startujące z wartości 100 - zaznaczono różnymi kolorami (wzrosty od 17 lutego 2009 na czarno). Poziomymi przerywanymi liniami zaznaczono poziomy, na których poszczególne hossy się kończyły (wartości pionowej osi wyznaczają skalę wzrostów w procentach początkowej wartości). Pionowe przerywane linii to momenty końca hossy (a przynajmniej pierwszego momentu, w którym warto sprzedać akcje, bo później nie wydarzy się już nic ciekawego). Liczby na poziomej osi oznaczają liczbę sesji od początku hossy.

Pogrubione ciągłe odcinki tworzące prostokąt, wyznaczone zostały przez momenty zakończenia najkrótszej hossy (1998-2000) i najdłuższej hossy (2001-2004) oraz poziomy zakończenia najsłabszej hossy (2001-2004) i najsilniejszej hossy (1995-1997). Każda kolejna hossa na GPW, która miałaby zmieścić się w "historycznej normie" powinna zakończyć się w tym - nie przychodzi mi do głowy mądrzejsza nazwa - "prostokącie dystrybucji akcji" (kiedyś w przyszłości podczas następnej bessy trzeba będzie stworzyć analogiczny "prostokąt akumulacji akcji").

Jak widać w styczniu tego roku nasza obecna hossa osiągnęła minimalny obserwowany w przeszłości (w latach 2001-2004) rozmiar. Równocześnie jednak do czasu trwania najkrótszej hossy z przeszłości (X'1998-III-2000) brakowało jej wtedy całe pół roku.

Cztery przedstawione powyżej "ścieżki hossy" można oczywiście uśrednić otrzymując "wzorzec hossy" (pojęcie "wzorca bessy" już się tu kiedyś pojawiło w nieco innym kontekście):

 

 

Jak z tego widać, gdyby obecna cykliczna zwyżka akcji miała okazać się typową hossą, to jej końca powinniśmy szukać dopiero za mniej więcej 11 miesięcy w okolicach poziomu 2903. Otrzymany wniosek jest zbliżony do tego uzyskanego przy zastosowania poprzedniego podejścia. Na zamknięcie środowej sesji WIG-20 miał wartość 2412 punktów. Te 500 punktów różnicy to ok. 20 proc.

Czy powyższy akapit można traktować jako prognozę? Oczywiście nie, bo to, czy trwająca hossa okaże się "typowa" czy nie, zależeć będzie od wielu czynników, przede wszystkim od tego czy "typowa" okaże się faza obecnego ożywienia gospodarczego (choć i to może nie wystarczyć). Jeśli jednak potraktować giełdę jako kasyno (którym przecież trochę jest) dla w miarę inteligentnych - choć trochę chciwych - ludzi, to jest to z pewnością jakiś argument za tym, że w okresie najbliższych miesięcy stawianie pewnej części swoich oszczędności "na zielone" będzie dawało większe prawdopodobieństwo wygranej niż obstawianie "czerwonego". Wielkość tej "pewnej części" łatwo wyznaczyć medytując przez chwilę na wysokością sumy, utrata 3/4 której  - w największej bessie WIG spadł o 71,6 proc. - nie pozbawi nas spokojnego snu.  A że większe prawdopodobieństwo wygranej niekoniecznie zmaterializuje się w postaci faktycznego zysku. No cóż, wtedy trzeba się będzie zadowolić samą przyjemnością z przystąpienia do emocjonującej gry.

08:37, bialek.wojciech
Link Komentarze (1300) »