Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 30 października 2015

Pół roku temu we wpisie zatytułowanym "Coś tu nie gra?" przedstawiłem projekcję modelu rocznej dynamiki PKB w naszym kraju opartą na uśrednieniu czterech poprzednich cykli. Wynikało z niej, że gdyby obecny cykl rozpoczęty w dołku z grudnia 2012 miał być "typowy" - to do kwietnia 2016 czekałaby nas fala spowolnienia gospodarczego z dynamiką PKB spadającą w apogeum nawet poniżej poziomu 1 proc. 

Nie przywiązywałem wtedy do tego wniosku, przesadnie dużej wagi, bo obecny cykl z pewnością trudno uznać za typowy, ale pół roku później rzeczywista ścieżka dynamiki PKB, która we wrześniu okazała się najniższa od stycznia, znalazła się dokładnie na poziomie przedstawionej w kwietniu projekcji. Równocześnie pojawienie się takich zjawisk jak krach na giełdach chińskich, dewaluacja juana czy Dieselgate niewątpliwie zwiększyło ryzyko osłabnięcia dynamiki wzrostu gospodarczego na świecie, co miałoby zapewne wpływ na i wyniki naszej gospodarki. 


 

W dalszym ciągu wydaje się mało wiarygodne, by najbliższe pół roku przyniosło tego typu przyspieszenie spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego, ale proponuję sprawdzić co dzieje się na wskaźnikach wyprzedzających koniunkturę gospodarczą, które w przeszłości wykazywały największe wyprzedzenie w stosunku do rzeczywistej ścieżki PKB. 

Zacznijmy od OECD-owskich złożonych indeksów wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej (Composite Leading Indicators, CLI) dla Polski. Publikowane są dwie wersje - trend restored i amplitude adjusted w przeszłości wyprzedzające dynamikę PKB w naszym kraju o średnio odpowiednio 10 miesięcy i 7 miesięcy. Jak widać poniżej ich ostatnie zachowanie nie poddaje się jednoznacznej ocenie, ale raczej nie sugeruje spowolnienia gospodarczego. 

  

 

 

Gdyby ktoś miał wątpliwości co do skuteczności metodologii OECD, to służę moim modelem dynamiki PKB, którego konstrukcję opisałem tu i tu. Jak widać poniżej zachowanie dynamiki CPI, zmian krótkoterminowych stóp procentowych i dynamiki agregatu pieniężnego M1 raczej zapowiada łagodne przyspieszenie tempa wzrostu w ciągu najbliższych miesięcy. 

  

 

Opierając się na powyższych przesłankach można by postawić tezę, że krajowe czynniki nie potwierdzają hipotezy o wyraźnym pogłębieniu spowolnienia w ciągu najbliższego półrocza. Zerknijmy teraz poza granice naszego kraju. Zacznę od OECD-owskich CLI dla Chin, które jako jedyne wykazują spore - 6-12 miesięcy - wyprzedzenie w stosunku do naszego PKB (chociaż przy niezbyt wysokim poziomie współczynnika korelacji). Tu już sytuacja jest zupełnie odmienna. CLI dla China spadają dynamicznie i nie widać na razie poważniejszych sygnałów zapowiadających zmianę tego trendu (chociaż być może np. obniżki stóp procentowych w Chinach z czasem do takiej zmiany trendu doprowadzą). Podobne co obecnie poziomy tych wskaźników obserwowane były w latach 2009, 2001 i 1998, a więc w okresach silnego spowolnienia gospodarczego również w Polsce. 

 

Ale Chiny to dopiero powiedzmy 1/8 gospodarki światowej w ujęciu nominalnym (1/6 z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej). Zobaczmy więc może, jaki wpływ na koniunkturę gospodarczą w Polsce będzie miał obecny rozwój wydarzeń w krajach rozwiniętych. Jakiś czas temu przedstawiłem dwa wskaźniki mierzące "szerokość" wzrostu gospodarczego w krajach OECD. W przeszłości wskaźniki te wyprzedzały dynamikę PKB w Polsce o średnio 7 miesięcy (jeden) i 9 miesięcy (drugi). Moim zdaniem ich obecne zachowanie należałby zinterpretować jako zapowiedź lekkiego spowolnienia gospodarczego w naszym kraju w najbliższych miesiącach. 

 

 

Spośród krajów rozwiniętych najważniejszym partnerem handlowym Polski są kraje strefy euro wśród których dominują Niemcy. W tym ostatnim kraju ostatnia afera wokół firmy Volkswagen i być może problem napływających uchodźców przełożyły się na załamanie poziomu oczekiwań gospodarczych konsumentów badanego przez formę GfK do najniższego poziomu od ponad 2,5 roku. To z pewnością źle wróży w takim jak Polska kraju, dla którego Niemcy są największym odbiorcą eksportu. Ale nie jednymi Niemcami Unia żyje, więc proponuję zobaczyć, co naszemu wzrostowi PKB w najbliższych miesiącach wróży wskaźnik "szerokości" wzrostu gospodarczego w krajach "starej" Unii Europejskiej, który opisałem tu. Wskaźnik ten "widzi" do lutego 2016 włącznie i gdyby jego wskazania interpretować dosłownie, to należałoby uznać, że w tym okresie polska gospodarka notować będzie lekkie przyspieszenie tempa wzrostu gospodarczego. 

 

 

Podsumowując powyższe rozważania można ocenić, że krajowe czynniki będą umiarkowanie wspierać koniunkturę gospodarczą w okresie najbliższego półrocza sugerują lekkie odbicie tempa wzrostu w górę, zaś jeśli chodzi o czynniki zagraniczne, to ich wpływ można uznać per saldo za lekko negatywny. Przydając obu czynnikom równe wagi dochodzę do wniosku, że w IV kw. tego i I kw. następnego roku czekać nas będzie raczej kontynuacja kolebania się dynamiki PKB obserwowanego od początku 2014 roku.

Sugerowanej więc przez przedstawioną na początku projekcję kontynuacji spowolnienia bym nie odrzucał, ale na podstawie powyższego skłaniałbym się do uznania, że nie powinna być jednak zbyt głęboka. W dalszym ciągu trzymam się scenariusza, w którym następna globalna recesja, która być może doprowadzi do podtopienia naszej "zielonej" od 23 lat wyspy rozegra się dopiero po 2017 roku, gdy stopy FED i dolar wzrosną do poziomu, który wywoła regularną recesję. 

13:20, bialek.wojciech
Link Komentarze (139) »
piątek, 23 października 2015

Wczorajsza zapowiedź przewodniczącego EBC, że w grudniu władze banku przeanalizują adekwatność stosowanych do tej pory środków stymulujących odebrana została przez rynki jako zapowiedź rozszerzenia skali prowadzonego w ramach programu QE skupu aktywów (np. z 60 do 80 mld euro miesięcznie). Bezpośrednim efektem był czwartkowy spadek kurs EUR/USD o ponad 2 proc. Ostatni raz euro tak traciło względem dolara 22 stycznia tego roku, gdy Mario Draghi ogłosił rozpoczęcie programu skupu aktywów przez Europejski Bank Centralny. 

 


 

Gdyby wczorajszą deklaracja szefa ECB miała mieć podobny ciężar gatunkowy, co zapowiedź wprowadzenia "luzowania ilościowego" z 22 stycznia, to mogłoby to mieć poważne znaczenie dla rynku akcji. 9 miesięcy temu akcje na GPW należało zacząć kupować zaraz po zapowiedzi ze strony ECB:


 

Muszę przyznać, że taka wizja niezbyt pasuje do scenariuszy, które raptem w poprzedni piątek sugerowałem w ostatnim Raporcie tygodniowym. Przedstawione tam projekcje dla S&P 500 i WIG-u sugerowały lokalne wyczerpywanie się potencjału wzrostowego cen akcji i bliskość początku korekty, która powinna potrwać do końca listopada. Dopiero potem wzrosty miały ulec wznowieniu. Projekcja dla S&P 500 oparta była na historycznych precedensach zmienności podobnej do obserwowanej ostatnio. 

 


 

Projekcja dla WIG-u oparta była na przypadkach przejścia salda sentymentu w badaniu INI z wartości ujemnych (tak jak pod koniec sierpnia) do ponad 30 pkt. proc. (tak jak w zeszłym tygodniu):

 

 

Te dwa scenariusze są na krótką metę całkiem sprzeczne. Po wczorajszej sesji, na której STOXX Blue Chip 50 Index wyszedł na 2-miesięczne maksimum po wcześniejszym spadku do 9-miesięcznego dołka można zrobić projekcję opartą na podobnych sygnałach z okresu minionych 7 lat. 

 

 

Ścieżki indeksu po takich sygnałów zachowują się różnie na krótką metę, ale za 5 miesięcy każda z nich jest przynajmniej 10 proc. wyżej niż w czwartek. 

 

 

Uśredniając te ścieżki uzyskujemy projekcję, która co prawda przez następne 1,5 miesiąca nigdzie daleko nie odjeżdża, ale też nie za bardzo spada. 

 

 

Niewiele to niestety pomaga w rozstrzygnięciu dylematu, czy obecna sytuacja na rynkach to odpowiednik tej z okolic 23 stycznia czy - jak wcześniej zakładałem - jednak tej z początku grudnia ub. r.

Osobiście ciągle zakładam, że następnych kilka tygodni jednak nie przyniesie jednostajnego wzrostu cen akcji na świecie tak jak w okresie styczeń-kwiecień. Po pierwsze istnieje różnica w ciężarze gatunkowym pomiędzy przełomową jednoznaczną zapowiedzią rozpoczęcia QE ze stycznia a obecną sugestią, że za 2 miesiące skuteczność programu skupu aktywów zostanie przeanalizowana. Po drugie w styczniu zapowiedź QE spowodowała natychmiast wyjście indeksów europejskich na historyczne maksima. Obecnie ceny akcji w strefie euro dopiero weszły do strefy oporu wyznaczonej przez notowania z okresu luty-sierpień i wydaje się mało prawdopodobne, by ceny akcji zdołały się już w tym ruchu bez poważniejszej korekty przedrzeć do nowych szczytów. 

Pozostaje kwestia jak to wszystko się ma do naszego rynku akcji. Ten najwyraźniej sparaliżowany perspektywą wyborów pozostawała w czwartek i piątek relatywnie słaby. Ostatnie dwa minima względnej siły WIG-u do STOXX Blue Chip 50 Index wypadły w marcu i lipcu, więc kolejnego można by się spodziewać w listopadzie. 

15:30, bialek.wojciech
Link Komentarze (147) »
czwartek, 15 października 2015

W maju bazując na zachowaniu krajowego rynku w okolicach poprzednich wyborów prezydenckich sugerowałem, że skrajną negatywną powyborczą reakcję można traktować jako okazję do zakupów akcji i obligacji skarbowych i sprzedaży walut. Z perspektywy czasu można ocenić, że był to bardzo głupi pomysł. Czy to ze względu na bardzo negatywny wpływ zachowania globalnego rynku, czy też poważniejsze niż można było oczekiwać konsekwencje wyniku wyborów prezydenckich jedynie obligacje skarbowe zachowały się w miarę zgodnie z wywiedzionym z historii wzorcem. Zachowanie cen akcji i złotego było dokładnie odwrotne. 

 

 

 

Nie zrażony tą wpadką proponuję powtórzyć tę zabawę (tym razem tylko dla akcji) w związku ze zbliżającymi się wyborami do Sejmu i Senatu. Pominąłem wybory z "heroicznego" okresu naszego rynku akcji (czyli z 1991 i 1993 roku) ograniczając się do tych z lat 1997, 2001, 2005, 2007 i 2011. 

 


 

Na powyższym obrazku punkt zero na poziomej osi oznacza moment wyborów i główny wniosek jaki się narzuca, to taki, że w 80 proc. przypadków moment wyborów do Sejmu wyznaczał ważne ekstremum WIG-u. Dwukrotnie wybory okazały się rewelacyjnym momentem do zakupów akcji (wrzesień 2001 i październik 2011). Dwukrotnie dokładnie odwrotnie - doskonałym pretekstem do sprzedaży (wrzesień 1997 i październik 2007). Tylko raz w 2005 roku data wyborów nie wyróżnia na wykresie WIG-u jakiegoś istotnego punktu. 

Zapewne to jedynie przypadek, bo przecież nadrzędnym czynnikiem determinującym trendy na krajowym rynku akcji jest koniunktura panująca na w uniwersum rynków "wschodzących", ale z drugiej strony to ciekawostka warta zapamiętania. 

Z kolei uśredniając te 5 historycznych okołowyborczych ścieżek WIG-u otrzymujemy wniosek, że z rynku akcji należy wyjść na 1,5 roku przed wyborami parlamentarnymi i wrócić dopiero rok po wyborach. 

 

 

Innymi słowy jeśli oddaliliśmy się od ostatnich wyborów do Sejmu i Senatu o przynajmniej rok i przez następne 1,5 roku nie będzie kolejnych (tyle, że nie zawsze to wiadomo!) to możemy bezpiecznie trzymać akcje, które w takiej dużej odległości od kampanii wyborczej radzą sobie bardzo dobrze. 

Wynika z tego, że gdyby ogranizować wybory częściej niż 2,5 roku, to hossa na giełdzie byłaby praktycznie niemożliwa. To brzmi nawet sensownie - w warunkach nieustannej kampanii wyborczej realne rządzenie czyli rozwiązywanie faktycznych problemów nie jest możliwe a prowadzenie sensownej działalności gospodarczej jest mocno utrudnione. Bardziej kontrowersyjny jest wniosek odwrotny - gdyby wyborów w ogóle nie organizować  hossa na rynku akcji trwałaby wiecznie. 

Czy taki "cykl sejmowy" na polskim rynku akcji jest realny przekonamy się za kilkadziesiąt lat mając do dyspozycji wystarczająco wiarygodną statystycznie próbę. 

Pamiętając wpadkę z wyborami prezydenckimi powyższymi wnioskami nie należy się zbytnio przejmować, ale dla porządku ta sama projekcja co wyżej, ale w zbliżeniu, wycentrowana na środowej sesji 14-tego października i uwzględniająca porównanie z zachowaniem WIG-u w ostatnim okresie. Uzyskana projekcja będąca średnią z 5 okołowyborczych ścieżek WIG-u osiąga szczyt za 2 tygodnie (w okolicach 28 października) a potem spada przez mniej więcej 3 miesiące, by później zacząć rosnąć. 

 

 

Oczywiście jest to tylko efekt uśrednienia, bo w 2 z tych 5 przypadków WIG był w 3 miesiące po wyborach wyżej niż - tak jak wczoraj - 11 dni przed nimi. Z pewnością jednak, gdyby ktoś chciał zbić argument, że WIG po wyborach zawsze przez 3 miesiące rośnie, to może posłużyć się powyższym wykresem. 


19:41, bialek.wojciech
Link Komentarze (158) »
środa, 07 października 2015

Według GUS wysokość stopy bezrobocia w naszym kraju spadła we wrześniu do 9,9 proc. Zejście tego wskaźnika poniżej poziomu 10 proc. proponuję potraktować jako pretekst to stworzenia projekcji wysokości stopy bezrobocia opartej na synchronizacji obecnego cyklu stopy bezrobocia z dwoma poprzednimi z okresu minionego ćwierćwiecza. 

Synchronizacji dokonam na 3 sposoby. Najpierw znajdźmy momenty z poprzednich cykli, kiedy stopa bezrobocia spadała - tak jak obecnie - o przynajmniej 4,5 pkt. proc. z poziomu cyklicznego szczytu. Taka sytuacja miała miejsce po raz pierwszy w danym cyklu odpowiednio w kwietniu 1997 i czerwcu 2006. 

 

 

Teraz znajdźmy momenty, kiedy stopa spadała - tak ja we wrześniu - po raz pierwszy na 81-miesięczne minimum. Takie sygnały pojawiły się w maju 1998 oraz w kwietniu 2007.

 


 

Jako trzecią metodę synchronizacji przyjmijmy momenty, w których stopa bezrobocia - tak jak obecnie - spada ze swego cyklicznego szczytu od 31 miesięcy. Z tego punktu widzenia odpowiednikami września w poprzednich cyklach są luty 1997 oraz wrzesień 2005. 

 

 

Uzyskaliśmy sześć dat z przeszłości, które można podejrzewać o jakieś tam podobieństwo do września 2015: luty 1997, kwiecień 1997, maj 1998 oraz wrzesień 2005, czerwiec 2006 oraz kwiecień 2007. Jak widać wskazania nie są zbyt precyzyjne - te daty są rozsmarowane na przestrzeni odpowiednio 15 miesięcy i 19 miesięcy. W poprzednich cyklach dołki stopy bezrobocia wypadły odpowiednio w sierpniu 1998 i październiku 2008. W pesymistycznym przypadku stopa bezrobocia osiągnęłaby więc dołek już w grudniu tego roku na poziomie 9,7 proc., a w optymistycznym w październiku 2018 na poziomie 1,1 proc. (raczej mało prawdopodobne).  

 


 

Uśrednienie tych 6 ścieżek i odniesienie tego do obecnych realiów daje projekcję stopy bezrobocia, która osiąga minimum na poziomie 7,25 proc. w marcu 2017 roku. 

 


 

Powyższa projekcja jest prawie na sto procent błędna, albowiem silna sezonowość funkcjonująca na rynku pracy generuje w typowych warunkach sezonowy szczyt stopy bezrobocia w lutym i sezonowy dołek w październiku. Faktyczny dołek stopy bezrobocia wypadnie więc albo w okolicach października 2016 albo października 2017, ale z pewnością nie w marcu 2017. 

Omawiane oscylacje stopy bezrobocia odbywają się w ramach cyklu inwestycji w środki trwałe w gospodarce noszącego nazwę cyklu Juglara. Jego długość jest określana jako "7 do 11 lat" (zapewne oznacza to 2 lub 3 cykle Kitchina). My dysponujemy już 3 punktami zwrotnymi stopy bezrobocia w naszym kraju odległymi od siebie o 103, 120 i 122 miesiące:


 

Uśredniając te 3 liczby otrzymujemy sugestię, że następny dołek stopy bezrobocia odległy będzie od tego z października 2008 o 115 miesięcy czyli 9 lat i 7 miesięcy. To daje maj 2018 roku. 

Ten rezultat sugeruje, że z dwóch dat, nad którymi się wcześniej wahaliśmy (październik 2016 czy październik 2017) bardziej prawdopodobna jest ta druga. 

Czyniąc rytualne zastrzeżenie, że wnioskowanie na podstawie przebiegu zaledwie dwóch cykli w dodatku bez uwzględnienia skutków wszystkich specyficznych czynników oddziałujących na sytuację na rynku pracy obarczone jest wielkim ryzykiem błędu, mogę stwierdzić, że osobiście następnego dołka stopy bezrobocia w naszym kraju oczekiwać będę w okolicach października 2017 roku.

Dokładnie wtedy lub miesiąc wcześniej powinno na świecie dojść do wydarzenia tej klasy co bankructwo Rosji w sierpniu 1998 czy bankructwo Lehman Brothers we wrześniu 2008, które to wydarzenia w poprzednich cyklach inicjowały początek cyklicznego wzrostu stopy bezrobocia w naszym kraju. 

16:10, bialek.wojciech
Link Komentarze (172) »
czwartek, 01 października 2015

W okresie minionych 80 lat 5-kwartalna stopa zwrotu z S&P 500 pomiędzy końcem III kw. drugiego roku po wyborach prezydenckich w USA a końcem roku przedwyborczego była zawsze dodatnia. W obecnym cyklu po pierwszych 12 miesiącach stosowania tej strategii spekulacyjnej jest ujemna. Co więcej 2,6 proc. utrata wartości S&P 500 pomiędzy 30 września 2014 a 30 września 2015 oznacza, że obecny cykl jest - po pierwszych 12 miesiącach od zakupu akcji - najsłabszym wśród 21 ostatnich. 

 

 

Zakładając, że wynikająca z "cyklu prezydenckiego" tendencja nadal jest aktualna, można obecną sytuację traktować jako swego rodzaju historyczną opcję put, czyli "gwarancję", że S&P 500 na koniec grudnia jednak zamknie się powyżej poziomu z końca września ub. r. czyli powyżej 1972,3 pkt. W stosunku do środkowego zamknięcia oznaczałoby to wzrost o przynajmniej 2,7 proc. 

Na 20 ostatnich cykli prezydenckich ostatni kwartał roku przedwyborczego (takiego jak obecny) był wzrostowy 13-krotnie (maksymalnie o 16 proc., średnio +7,3 proc.; mediana +5,3 proc.). W trakcie 7 spadkowych kwartałów S&P 500 średnio tracił 5 proc. (mediana -2,6 proc., raz w IV kw. 1987 spadek był spektakularny -23,2 proc.). W rezultacie stosunek oczekiwanej wartości zysku do oczekiwanej wartości straty w IV kw. wynosi 2,72, czyli całkiem nieźle, chociaż bez rewelacji. 

Średnia zmiana wartości S&P 500 w IV kw. roku przedwyborczego wynosiła w okresie minionych 80 lat +3 proc. (mediana +4 proc.), co dawałoby oczekiwaną na koniec roku wartość S&P 500 w okolicach 1977,5 pkt. 

Szacunek ten jednak można podnieść uwzględniając fakt, że obecny rok to nie tylko - najlepszy z punktu widzenia cyklu prezydenckiego - rok przedwyborczy, ale również rok o dacie kończącej się 5-tką. Podobna konfiguracja - rok przedwyborczy będący zarazem najlepszym dla Wall Street rokiem dekady - zdarza się raz na 20 lat. Stopy zwrotu z S&P 500 w IV kw. 1995, 1975, 1955 i 1935 wyniosły odpowiednio +5,4 proc., +7,5 proc., +4,1 proc. i +16 proc. Średnio było to +8,3 proc. (mediana +6,5 proc.), co dawałoby S&P 500 na koniec roku na poziomie 2078,7 pkt. 

Trzeba jednak przyznać, że przebieg S&P 500 w obecnym cyklu wyraźnie odbiega in minus od tych sprzed 20, 40, 60 i 80 lat i raczej wątpliwe jest by w ciągu następnych 3 miesiący S&P 500 zdołał dorównać do historycznej normy.

 


Oczywiście ktoś ostrożny z faktu rekordowej słabości obecnego cyklu wyciągnie wniosek, że coś z tą prawidłowością jest nie tak. Taki wniosek byłby wzmocniony obserwacją, że wśród 5 cykli, w których stopy zwrotu były najsłabsze po pierwszych 12 miesiącach oprócz obecnego jest również cykl poprzedni. 4 lata temu 30 września 2011 roczna stopa zwrotu S&P 500 również tak jak obecnie była ujemna i wynosiła -0,9 proc. Wtedy "wszystko się dobrze skończyło", bo w IV kw. 2011 S&P 500 zyskał +11,1 proc., co pozwoliło zamknąć całą 15-miesięczną operację zyskiem na poziomie +10,2 proc. Tak to wygląda w porównaniu do obecnego cyklu:

 



Słabość poprzedniego i obecnego cyklu można interpretować na przynajmniej dwa sposobny.  Albo „cykl prezydencki” systematycznie słabnie (być może zastosowanie komputerów do giełdowej spekulacji stopniowo powoduje zniszczenie tej statystycznej zależności) albo Barack Obama z jakichś względów „nie leży” amerykańskiemu rynkowi akcji. 

Inne słabe po pierwszych 12 miesiącach tego typu okresy to IV kw. 1938-III kw. 1939, IV kw., IV kw. 1946-III kw. 1947 oraz 1978-III kw. 1979. Nie potrafię wskazać tu jakichś wspólnych cech z obecnym i poprzednim cyklem. Teoretycznie 30 września 1939 można było słabość S&P 500 tłumaczyć faktem wybuchu II wojny światowej. Ale obecna sytuacja różni się od tej sprzed 76 lat zauważalnie - teraz rosyjskie wojska zamiast wschodniej Polski bombardowały we wrześniu Syrię.

W tych 3 nędznych po pierwszych 12 miesiącach cyklach ostatni kwartał był również słaby dając na S&P 500 stopy zwrotu -2,6 proc., +1,3 proc. oraz -1,3 proc. Uwzględniają +11,1 proc. z poprzedniego - również bardzo słabego po pierwszych 12-miesiącach cyklu - dostajemy średnią stopę zwrotu w IV kw. na poziomie +2,1 proc. (mediana równa zero), co nie wystarczyłoby do zapewnienia dodatniej stopy zwrotu z całej 5-kwartalnej operacji. Poniżej obecny cykl na tle tych 4 najsłabszych do tej pory po pierwszych 12 miesiącach:

 



Jak widać słabe 4/5 najlepszego z punktu widzenia cyklu prezydenckiego okresu na Wall Street nie musi oznaczać jakiegoś dramatu w przyszłości (powyższy wykres obejmuje mniej więcej 2 lata). Oczywiście pod warunkiem, że Niemcy nie napadną na Francję, bo wtedy nawet na Wall Street robi się nieprzyjemnie. Na szczęście z założenia, że żyjemy w odpowiedniku Belle Epoque wynika, że nie napadną przez jeszcze tak ze ćwierć wieku, więc wydaje się, że generalnie posiadacze amerykańskich akcji mogą raczej spać spokojnie. 


 

 


19:09, bialek.wojciech
Link Komentarze (133) »