Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Archiwum
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
środa, 27 sierpnia 2014

We wtorek S&P 500 po raz pierwszy w historii zamknął się powyżej poziomu 2000 pkt. Osiągnięcie takiego "okrągłego" poziomu wywołało u niektórych obserwatorów rynku lekkie podekscytowanie i pojawiły się sugestie, że jest do dobry poziom do otwierania krótkich pozycji. Może być, choć raczej trudno podejrzewać, by rynek jakoś specjalnie przejmował się nominalną wartości jednego z indeksów choćby i ważnego. Z ciekawości postanowiłem jednak sprawdzić, jak się sprawy z S&P 500 miały po osiągnięciu dwukrotności poprzednich potęg 10-tki czyli po dotarciu do poziomu 20 pkt. i poziomu 200 pkt. Ale zanim do tego przejdę proponuję zobaczyć jako zachował się indeks po ustanawianiu rekordów kolejno na  poziomach 10, 100 i 1000 pkt. Zaznaczyłem te momenty na poniższym obrazku:

 

 

Jakkolwiek trzeba pamiętać, że poruszamy się tu trochę poza granicą racjonalności, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że osiągnięcie "okrągłego" poziomu równego jednej z potęg 10-tki jednak nie jest dobrym "omenem" dla S&P 500. Nie znaczy to, że indeks zawsze zaraz zawraca na południe. Niemniej jednak po tym jak we wrześniu 1906 roku S&P 500 po raz pierwszy dotarł do poziomu 10 pkt. jeszcze w 1921 roku czyli 15 lat później ustanawiał dno bessy na poziomie 6,45 pkt. (dane miesięczne). Kupując S&P 500 w momencie pierwszego osiągnięcia poziomu 10 pkt. można było w ciągu następnych 15 lat stracić ponad 35 proc. Jeszcze 18 lat później było się na zero. Poziom 20 pkt. został osiągnięty dopiero 22 lata później.

Podobnie było po osiągnięciu poziomu 100 pkt. 4 czerwca 1968 roku. W tym przypadku 6 lat później można było spotkać indeks na poziomie 63,5 pkt., a więc 36,5 proc. niżej. Jeszcze 12 lat później było się na zero. Poziom 200 pkt. został osiągnięty dopiero 17 lat później.

S&P 500 po raz pierwszy dodarł do poziomu 1000 pkt. w 2 lutego 1998. I znowu jeszcze 11 lat później miał w dołku ostatniego kryzysu wartość jedynie 676,5 pkt. a więc o 33,5 proc. niższą. Jeszcze 11 lat później było się na zero. Poziom 2000 pkt. został osiągnięty dopiero wczoraj, a więc po 16 latach.

Z powyższego wynika, że droga z 10 na 20 pkt., ze 100 na 200 pkt. i z 1000 na 2000 pkt. była zawsze niezwykle ciernista: jeszcze 6-15 lat później traciło się 33,5-36,5 proc., na zero było się ciągle jeszcze po odpowiednio 18, 12 i 11 latach, a podwojenie kwoty zainwestowanej przy takim okrągłym rekordzie w postaci potęgi 10-tki następowało dopiero po 16-22 latach.

Dla osiąganej po raz pierwszy przez S&P 500 dwukrotności potęgi 10-tki mamy tylko dwa wcześniejsze przypadki: osiągnięcie poziomu 20 pkt. 4 maja 1928 roku oraz rekord na 200 pkt. 21 listopada 1985 roku.

 

 

 

W oby przypadkach zachowanie S&P 500 później było podobne. W oby przypadkach następował dalszy wzrost o +59-68 proc. do odpowiednio 31,83 pkt. we wrześniu 1929 i 336,7 pkt. w sierpniu 1987 trwający 16-21 miesięcy. Potem nadchodził krach -86,2 proc. w jednym przypadku lub i -33,5 proc. w drugim przypadku.

Jeśli więc drogi czytelniku tych słów przywiązujesz do numerologii dużą wagę, to zaprawdę powiadam Ci: nie lękaj się osiąganych po raz pierwszy zdublowanych potęg 10-tki na S&P 500, boć zawżdy niegroźne une som, a wprost przeciwnie na podstawie dawnych dziejów możesz imaginować sobie, że pomiędzy grudniem 2015 a majem 2016 obaczysz jeszcze S&P 500 gdziesik w okolicy 3183-3367 pkt., zaś dopiero potem nadejdzie skaranie boskie w postaci spadku o 33,5-86,2 proc. Innymi słowy: dwójka z przodu - poszczęści Ci się na Wall Street, trójka z przodu - przygotuj się na Armageddon.

15:33, bialek.wojciech
Link Komentarze (242) »
środa, 20 sierpnia 2014

W okresie minionych 2 tygodni WIG przeszedł z prawie 5-miesięcznego minimum na najwyższy poziom od prawie 2 miesięcy. W 23-letniej historii GPW taki prosty manewr udał się WIG-owi dopiero po raz 5-ty. Wszystkie takie sygnały zaznaczyłem na poniższym rysunku.

 

 

Jak widać w 3 na 4 przypadkach ceny akcji po takim sygnale generalnie nigdy już nie były niższe. Gdyby tę lekcję historii potraktować dosłownie otrzymalibyśmy wniosek, że prawdopodobieństwo tego, że WIG "nigdy" już nie spadnie istotnie poniżej obecnych poziomów wynosi 75 proc.

 

 

 

Oczywiście zdrowy rozsądek podpowiada, by do tej wywiedzionej z dotychczasowego zachowania cen akcji na GPW "statystyki" nie podchodzić aż tak poważnie.

Trzech sygnałów wygenerowanych 7 kwietnia 1995, 5 stycznia 1996 i 19 czerwca 2012 nie ma sensu analizować. Po ich pojawieniu się trzeba było akcje po prostu kupić i trzymać. Ciekawszy jest czwarty z tych sygnałów, który pojawił się 8 sierpnia 1997, a więc na dwa miesiące przed wybuchem ostrej fazy kryzysu azjatyckiego. Na poniższym wykresie zsynchronizowałem sygnały z poniedziałku i z 8 sierpnia 1997:

 

 

W takim najbardziej pesymistycznym scenariuszu ujawniony na ostatnich sesjach impet rynku niósłby ceny akcji w górę jeszcze przez 6-9 tygodni, po czym gdzieś od października ceny akcji załamałyby się w reakcji na jakieś kryzysowe zjawisko na świecie i do stycznia przyszłego roku zjechałyby w okolice 15-miesięcznych minimów, czyli powiedzmy do poziomów obserwowanych ostatnio we wrześniu ub. r.

W obecnych realiach FED-u zbliżającego się do końca skupu aktywów, zwalniającego tempa wzrostu gospodarczego w Europie, wojny handlowej z Rosją, agresji Rosji wobec Ukrainy grożącej eskalacją (i być może zabawami gazowymi kurkami zimą), niestabilności na Bliskim Wschodzie itp. ten ostatni scenariusz zbliżony do tego z 1997 roku wydaje się być bardziej prawdopodobny od tych optymistycznych wywodzonych z 3-ech pozostałych sygnałów.

Ale oczywiście należy pamiętać, że na naszym rynku cały czas pozostajemy w strefie najgorszego sentymentu indywidualnych inwestorów od maja-czerwca 2012 roku (-11,7 pkt. proc.). Przy takich nastrojach o przekonujące wizje rychłej zagłady nietrudno. Dopóki saldo optymistów i pesymistów w badaniu INI nie wróci do poziomów, przy których kończyły się wzrosty WIG-u w czerwcu (+35,8 pkt. proc.), lutym (+38,8 pkt. proc.) i listopadzie ub. r. (49,3 pkt. proc.) chyba nie ma się czym aż tak bardzo przejmować.

Na razie rynek ukarał naszych pesymistów najsilniejszym od 10 miesięcy 6-sesyjnym wzrostem WIG-u o +5,2 proc. Wydaje się, że do radykalnej zmiany sentymentu inwestorów potrzebny będzie wzrost nieco dłuższy i silniejszy. Na początku czerwca 2012, gdy nastroje po raz ostatni były równie marne jak w poprzedni czwartek przejście do euforii (odczyt INI +43,4 pkt. proc. 20 września 2012) trwało ponad 3 miesiące.

15:39, bialek.wojciech
Link Komentarze (509) »
czwartek, 14 sierpnia 2014

Jakiś czas temu przedstawiłem w tym miejscu trzy podstawowe cykliczne wskaźniki wyprzedzające tempa wzrostu gospodarczego w naszym kraju - dynamikę cen (np. CPI), dynamikę krótkoterminowych rynkowych stóp procentowych (np. 3-mies. WIBOR) i dynamikę agregatu podaży pieniądza M1. Oparty na tych wskaźnikach model dynamiki PKB w Polsce sugerował wiosenny szczyt ożywienia i relatywnie łagodne spowolnienie gospodarcze trwające do końca roku. Poniżej ten sam model oparty na danych od 2003 roku:

 

 

Na otrzymany rezultat największy wpływ ma zachowanie dynamiki M1, która spada od października, co przekłada się negatywnie na prognozowaną dynamikę PKB. Najniższy poziom dynamiki CPI w historii (deflacja na poziomie -0,2 proc.) zanotowany w lipcu oczywiście wpływa pozytywnie na tę prognozę, ale jak widać nie wystarcza to do przełamania negatywnego wpływy spadającej dynamiki M1.

Co ciekawe podobne do obserwowanych w Polsce zależności występują w strefie euro. Dynamika M1 korelowała w okresie minionych 18 lat z dynamiką PKB na poziomie 0,727 przy średnio 12-miesiecznym wyprzedzeniu:

 

 

W strefie euro dynamika M1 ustanowiła szczyt już w kwietniu ub. r. i od tamtej pory spadała. Rok później czyli w II kw. tego roku zaczęła spadać dynamika PKB.

Powiązanie z dynamiką CPI jest nieco słabsze - współczynnik korelacji na poziomie -0,63 przy 14-miesięcznym wyprzedzeniu:

 

 

Tutaj podobnie jak to jest w naszym kraju spadająca dynamika cen detalicznych wpływać powinna pozotywnie przez następne 14 miesięcy na tempa wrostu gospodarczego.

Nie za bardzo natomiast udało się zreplikować dla strefy euro zależności pomiędzy dynamiką PKB a zmianami wysokości krótkoterminowych rynkowych stóp procentowych - maksymalna korelacja okazała się niska (ledwie -0,4 proc. przy bardzo dużym wyprzedzeniu wynoszącym średnio 22 miesięcy):

 

 

Wrzucając te czynniki do modelu regresyjnego otrzymamy projekcję dynamiki PKB w strefie euro przedstawioną na poniższym rysunku:

 

 

Jak widać model sugeruje stabilizację dynamiki PKB w strefie euro trwającą przez następny rok, co można interpetować jako sugestię, że spowolnienie zaobserwowane w II kw. nie jest początkiem jakiegoś spektakularnego załamania (trochę to przypomina sytuację z lat 2004-2005). Oczywiście jest to tylko prosty model, który z oczywistych względów nie uwzględnia choćby takich zjawisk jak konflikt z Rosją i jego wpływ na wzajemne relacje handlowe.

15:41, bialek.wojciech
Link Komentarze (154) »
czwartek, 07 sierpnia 2014

Lipcowa wartość wskaźnika ISM Non-Manufacturing odzwierciedlającego opinie na temat koniunktury gospodarczej przedsiębiorców z sektora usług w USA osiągnęła najwyższy poziom od końca 2005 roku. Kilka dni wcześniej podano informację o wzroście w lipcu ISM Manufacturing Index - reprezentującego koniunkturę w sektorze przetwórczym - do najwyższego poziomu od kwietnia 2011. Dane te świadczą o tym, że gospodarka amerykańska szybko wydobyła się z zapaści z pierwszego kwartału, kiedy to wartość realnego PKB spadła najbardziej od czasu apogeum ostatniego kryzysu z początku 2009 roku. Równocześnie tak wysokie odczyty obu wskaźników można by interpretować jako sygnały przegrzania koniunktury gospodarczej w Stanach Zjednoczonych, które może powodować wzrost ryzyka wystąpienia silnych spadków cen akcji.

 

 

Bardzo wysokie odczyty wskaźników koniunktury gospodarczej nie są jednak wystarczającym sygnałem przegrzania. W typowym cyklu taka bardzo dobra koniunktura z czasem spowoduje wzrost popytu do poziomu, który przełoży się na wystąpienie w gospodarce silnej presji cenowej. Dopiero taka presja powodująca wzrost cen czynników produkcji i wskaźników tempa inflacji jest zwykle powodem zwyżki stóp procentowych, która z czasem dławi wzrost gospodarczy a wcześniej powoduje bessę na rynku akcji.

Gdyby wyciągać wnioski jedynie na podstawie wyników sondaży ISM, to z taką silną i narastającą presją cenową nie mamy obecnie w USA do czynienia. O ile wskaźniki koniunktury - indeksy PMI dla sektora przetwórczego i NMI/PMI dla sektora usług - znalazły się w lipcu znacznie powyżej swoich średnich z okresu minionych 17 lat (ISM dla sektora usług liczony jest od lipca 1997 roku), o tyle wskaźniki tendencji cenowych ("Prices") dla obu działów gospodarki znajdują się albo dokładnie na poziomie średniej (ISM Manufacturing Prices) albo niewiele powyżej (ISM Non-manufacturing Prices). Ewidentnie na razie bardzo dobra koniunktura gospodarcze nie przekłada się zdaniem amerykańskich przedsiębiorców na nasilanie się presji na wzrost cen w gospodarce.

 

 

 

Próbując zintegrować wskazania 4 wspomnianych wskaźników w jeden syntetyczny indeks, który mógłby być wykorzystywany do oceny stanu przegrzania koniunktury w gospodarce USA, dodałem do siebie wartości indeksów ISM Manufacturing i ISM Non-manufacturing i od tej sumy odjąłem sumę ISM Manufacturing Prices i ISM Non-manufacturing Prices. W ten sposób poprawiająca się koniunktura przy spadającej presji cenowej powodować będzie wzrost wartości wskaźnika (zjawiska pożądane), a spadająca koniunktura gospodarcza przy nasilającej się presji cenowej przekładać się będzie na spadek wartości wskaźnika (zjawisko niepożądane). Rezultat można zobaczyć w górnej części poniższego rysunku.

 

 

Na wykresie S&P 500 zaznaczyłem kolorem czerwonym momenty, kiedy wspomniany wskaźnik spada do poziomu -35 pkt. lub niższego, którego osiągnięcie arbitralnie uznałem za ostrzeżenie przed zagrażającym rynkowi akcji przegrzaniem koniunktury objawiającym się presją cenową znacznie przekraczającą (w kategoriach sondaży ISM) poziom koniunktury gospodarczej.

Jak widać tak zdefiniowany sygnał ostrzegawczy pojawia się w marcu 2000 roku (czyli opublikowany został w pierwszym tygodniu kwietnia 2000), a więc kilka dni po bardzo ważnym szczycie ówczesnej hossy związanej z boomem w sektorach informatycznym i telekomunikacyjnym. Również nieznacznie spóźniony był sygnał z listopad 2007, który pojawił się ponad miesiąc po październikowym szczycie S&P 500 poprzedzającym późniejsze załamanie trwającej do marca 2009. Z kolei sygnał ostrzegający przed przegrzaniem koniunktury w 2011 roku pojawił się z prawie 3-miesięcznym wyprzedzeniem w stosunku do szczytu S&P 500 z końca kwietnia 2011. Te 3 sygnały można jednak ocenić wysoko jako wartościowe ostrzeżenia.

Znacznie gorzej jest z grupą sygnałów generowanych wielokrotnie w okresie kwiecień 2004-sierpień 2006. Co prawda mieliśmy wtedy do czynienia z wyraźnym spowolnieniem tempa wzrostu cen akcji w porównaniu do tego co działo się wcześniej i później (ja w tym okresie umieszczam cykliczną bessę w postaci fali "pędzącej"), ale z pewnością nie doszło wtedy do poważniejszego załamania cen akcji, na które można by liczyć obserwując zachowanie opisanego wskaźnika.

Niezależnie od tych zastrzeżeń widać, że w okresie minionych 17 lat 3 najpoważniejsze spadki S&P 500 (2000-2002, 2007-2009 i 2011) poprzedzone były takim sygnałem ostrzegawczym, którego obecnie brak. Można to potraktować jak argument za tym, że niezależnie od ogromnego potencjału realizacji zysków istniejącego na Wall Street "przegrzanie" koniunktury gospodarczej nie jest obecnie czymś, co mogłoby uruchomić poważniejsze spadki cen akcji na Wall Street (choć może się to zmienić w przyszłości).

16:34, bialek.wojciech
Link Komentarze (208) »