Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Archiwum
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
środa, 25 maja 2016

Przed grudniową pierwszą po kryzysie podwyżką stóp FED zabawiłem się w zrobienie projekcji wartości S&P 500, kursu EUR/USD i ceny ropy naftowej opartej na zachowaniu tych instrumentów po dwu poprzednich pierwszych pokryzysowych podwyżkach stóp Rezerwy Federalnej z 2004 i 1994 roku. Owo ćwiczenie  sprzed pół roku można ocenić generalnie pozytywnie. Projekcja dla S&P 500 sprawdziła się wręcz perfekcyjnie:

 


 

Dolar miał słabnąć do euro, to i słabł do 3 maja i dopiero wtedy odkleił się in minus od grudniowej projekcji. 

 

 

Ropa naftowa (WTI) miała podrożeć do 48 dolarów w kwietniu, a osiągnęła ten poziom w maju (po drodze zaliczając jednak "nieplanowany" spadek do 26 dolarów). 

 

 

Zachęcony tym relatywnym powodzeniem projekcji opartych o 2 ostatnie cykle postanowiłem rozszerzyć ten eksperyment na 4 minione cykle Juglara (czyli cykle inwestycji w środki trwałe, których fazy spadkowe zwykle generują recesję w gospodarce) składające się na pełny cykl pokoleniowy. 

 

 

Na powyższy obrazku szare paski oznaczają okresy recesji w USA (według klasyfikacji NBER). W okresie minionego pokolenia by wpędzić gospodarkę USA w recesję Rezerwa Federalna musiała podnosić stopy o kolejno ponad 10 pkt. proc., prawie 4 pkt. proc., 3,5 pkt. proc. oraz 4,25 pkt. proc. Od pierwszej podwyżki do początku recesji upływało kolejno 2 lata i 4 miesiące, 3,5 roku, 7 lat i 1 miesiąc oraz 3,5 roku. Innymi słowy w okresie minionego pokolenia do recesji potrzebny był wzrost stóp o przynajmniej 3,5 pkt. proc. trwający co najmniej 28 miesięcy, co w obecnych realiach dawałoby początek recesji najwcześniej w kwietniu 2018 roku po wzroście oprocentowania funduszy federalnych do poziomu przynajmniej 3,75 proc. (czyli po kolejnych 13-u podwyżkach takich jak grudniowa)

Jak w ciągu 2 lat po pierwszej porecesyjnej podwyżce zachowywała się wartość S&P 500? Różnie, łącznie z największym w historii jednodniowym spadkiem wartości indeksu w 9 miesięcy po pierwszej podwyżce ze stycznia 1987 roku (w obecnych realiach byłby to wrzesień tego roku). Generalnie jednak w horyzoncie 15-u, 18-u, 21-en czy 24 miesięcy po pierwszej podwyżce ryzyko trzymania amerykańskich akcji były raczej umiarkowane, gdyż w każdym z tych horyzontów czasowych S&P 500 był wyżej niż w chwili, gdy FED zaczynał podwyżki stóp. Z drugiej strony poza przypadkiem z lat 90-tych potencjał wzrostowy w okresie następnych 2 lat nie wydaje się być z tego punktu widzenia jakiś oszałamiający. 

 

Projekcja oparta o te 4 historyczne ścieżki rośnie do września, potem wchodzi w zakres oddziaływania krachu z października 1987 roku i wznawia hossę począwszy od listopada. 

 

 

Jeśli chodzi o dolara, to w 3-ech z 4-ech cykli słabł on silnie względem euro  przez rok-półtora po pierwszej podwyżce, a w każdym z 4 cykl to osłabienie wynosiło kurs EUR/USD o skali, która w obecnych realiach oznaczałaby dojście do poziomu przynajmniej 1,21. 


Trzeba wszakże zauważyć, że od 3 tygodni dolar jest wyraźniej mocniejszy niż to zwykle bywało w pół roku po pierwszej podwyżce, co jednak w świetle tendencji dominującej w przeszłości należy chyba raczej traktować - po uwzględnieniu wszelkich możliwych zakłóceń związanych z potencjalnym wpływem czerwcowego referendum w Wielkiej Brytanii - jako okazję do zamiany dolarów na euro. 

 

 

Najmniej jednoznacznie i najmniej atrakcyjnie wygląda w tym kontekście ropa. W żadnym z 4 analizowanych cykli nie podrożała w pół roku po pierwszej podwyżce tyle co teraz, więc jej dalszy potencjał wzrostowy wydaje się być - przynajmniej w krótkoterminowej perspektywie - dosyć ograniczony. 

 


 

Poniższa projekcja ceny ropy (WTI) sugeruje, że ewentualne spadki w okolice poziomu 40 dolarów za baryłkę można będzie traktować jako okazję do spekulacyjnych zakupów, a trwalsza tendencja wzrostowa powinna na tym rynku zagościć dopiero od początku 2018 roku. 

 

 

Oczywiście powyższe było tylko odrobieniem pracy domowej z historii i nie należy uzyskanych wniosków traktować jako dogmatów nie do naruszenia w obecnym cyklu. Warto jednak pamiętać o tendencjach dominujących na rynkach w okresie poprzednich prowadzonych przez FED kampanii zaostrzania polityki pieniężnej w USA, bo być może dadzą o sobie znać i w obecnym cyklu. 

17:31, bialek.wojciech
Link Komentarze (72) »
piątek, 20 maja 2016

Po relatywnie przyzwoitym starcie - WIG-20 +19,4 proc., WIG +16,3 proc. do końca marca - w ciągu minionego miesiąca zwyżka identyfikowana przeze mnie jako początek fali wzrostowej na rynku akcji w ramach cyklu Kitchina wyraźnie osłabła i po 4 miesiącach od swego początku jest najsłabszym z analogicznych rozpoczynających cykliczną hossę historycznych ruchów. Drugą najsłabszą po 4 miesiącach od dołka zwyżką była ta rozpoczęta 4 lata temu w czerwcu 2012, więc być może mamy tu do czynienia z kontynuacją długoterminowego procesu słabnięcia naszego rynku czy też spadku jego "bety". Uśrednienie tych historycznych ścieżek spada pomiędzy 81-ą a 104-tą sesją od dołka. Czwartkowa sesja była 86-tą od dołka, więc z tego punktu widzenia powrotu trendu wzrostowego można spodziewać się w okolicach połowy czerwca. Następne posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w USA - na którym może dojść do kolejnej podwyżki stóp FED - odbędzie się 14-15 czerwca.


 

Być może w związku z zapowiedzią agencji Moody's weryfikacji oceny wiarygodności kredytowej Polski agencji nasz rynek zaczął słabnąć wcześniej niż szerokie uniwersum rynków wschodzących i gdy "rating" nie został obniżony zerwał się w poniedziałek do - szybko później skasowanego - wzrostu (WIG-20 +2,1 proc.), ale generalnie ta słabość nie jest naszą specyfiką, co wyraźnie widać na wykresie MSCI Emerging Markets Index. 

 

 

Dosyć dobrym syntetycznych wskaźnikiem tej globalnej słabości jest od wielu miesięcy kurs chińskiego juana względem dolara. Spadek USD/CNY z jego 5-letniego szczytu ustanowionego na początku stycznia z wyprzedzeniem sygnalizował początek rajdu cen ryzykownych aktywów w górę (WIG-20 +19,4 proc.), a nawrót słabość chińskiej waluty począwszy od końca marca ostrzegał przez zmianą wzrostowego trendu. W datach trzech wcześniejszych apogeów wyprzedaży juana z 3 marca 2015, 25 sierpnia 2015 oraz 7 stycznia tego roku można dopatrzyć się rytmu wyznaczanego przez cykl 20-tygodniowy co sugeruje okolice 10 czerwca jako oczekiwany termin następnego dołka juana tej klasy. To data początku mistrzostw Europy w piłce nożnej. To oczywiście zapewne przypadek. Co prawda 4 lata temu dołek WIG-u, po którym indeks ten już nigdy nie był niżej, wypadł 5 czerwca, a więc na 3 dni przed początkiem mistrzostw rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie, ale już 8 lat temu kupowanie akcji przed mistrzostwami rozgrywanymi w 2008 roku było jednym z głupszych pomysłów na jakie można było wpaść.

 

 

Indeks Shanghai Composite próbował ostatnio oderwać się od wzorca wyznaczonego dlań przez wykres WIG-u z lat 1993-1995, ale chyba nie za bardzo mu to wyszło. Ta zabawa sugeruje dołek chińskiego indeksu w okolicach 15 czerwca.

 

 

Obserwowana słabość nie jest również ograniczona do rynków wschodzących. Widoczna też jest np. na wykresie S&P 500, co przełożyło się na spadek salda nastrojów w cotygodniowym sondażu tamtejszego stowarzyszenia inwestorów indywidualnych (AAII) do -14,8 proc. W dwu poprzednich cyklach 20-tygodniowych taki spadek nastrojów z poziomów przekraczających wcześniej +12,9 proc. pojawiał się w sondażach z 30 lipca (-19,6 pkt. proc.) i 16 grudnia (-15,5 proc.). W obu przypadkach były to okolice korekt wzrostowych na S&P 500, po czym 17 sierpnia i 29 grudnia rozpoczęło się silne tąpnięcie w dół kulminujące dołkami 25 sierpnia i 20 stycznia. Gdyby to traktować dosłownie to następne tąpnięcie na S&P 500 rozpoczęłoby się 1-6 czerwca a kulminować będzie 14-23 czerwca. 


 

Koniec tego ostatniego przedziału czasowego to data referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie dalszego pozostawania "ojczyzny futbolu" w Unii Europejskiej. Oczekiwany dołek cyklu 20-tygodniowego celuje więc raczej w okolice 23 czerwca a nie w początek mistrzostw Europy. W przeszłości sądziłem, że trzeciego z rzędu podobnego tąpnięcia na Wall Street nie będzie - bo byłoby to zbyt oczywiste - ale przez następne 5 tygodni wypada zachować czujność, bo powyższy wykres wygląda niepokojąco. 

08:59, bialek.wojciech
Link Komentarze (106) »
piątek, 13 maja 2016

Udzielił mi się nastrój rozliczeń, który w tym tygodniu zapanował na polskiej scenie politycznej i postanowiłem w niniejszym komentarzu zająć się oceną tego, jak inne kraje radziły sobie względem Polski w przeszłości. Wykorzystam do tego celu historyczną bazę zawierającą dane na temat PKB na głowę mieszkań różnych europejskich i okołoeuropejskich krajów i rejonów. Jeśli ktoś chce samodzielnie kontynuować tą zabawę historią to dane można znaleźć na stronie Maddison Project.

Dane kończą się na 2010 roku, a dla naszego kraju sięgają 1870 roku. 

 

 

Oczywiście tu można by rozpocząć dyskusję na temat zastosowanej metodologii (np. jak liczony był realny PKB na głowę mieszkańca Polski, w latach kiedy Polski nie było na mapie świata), ale ja - szanując wykonaną przez innych pracę - założę, że dane te mają jakiś tam sens (chociaż w niektóry przypadkach - np. Białorusi - można mieć co do tego zasadne wątpliwości, bo to co można znaleźć w bazie Projektu Madisson stoi w niejakiej sprzeczności z tym, co podają inne źródła). 

Zgodnie z zapowiedzią interesować mnie dziś będą nie nominalne zmiany, ale to jak inne kraje radziły sobie w wybranych okresach historycznych względem Polski. 

Zacznijmy od zbadania losów kraju, który 140 lat temu w 1870 roku był - spośród tych, dla których dostępne są dane - najbogatszy. Była to Wielka Brytania, w której PKB na głowę (liczony w "international dollars") wynosił wtedy 3190 USD. Polska osiągnęła ten poziom dopiero 90 lat później. Na poniższym wykresie mamy stosunek dochodu na głowę w Wielkiej Brytanii i Polsce. 

 


 

Powyższy wykres można podsumować jednym słowem - dramat. Jest to również lekcja na przyszłość dla krajów, które stworzyły imperium, że raczej nie należy go tracić, bo kończy się to dla imperialistów marnie. Brytyjczycy za czasów pani Thatcher wykonali rozpaczliwą próbę przełamania tendencji spadkowej, ale od 1991 roku stracili już większość zdobytego względem Polski terytorium. Nic dziwnego, że miotają się ostatnio rozpaczliwie próbując znaleźć wyjście z matni, w której się znaleźli. A to Szkoci zastanawiają się, czy nie wyskoczyć z tonącego statku, a to Anglicy próbując zapobiec kontynuacji tej relatywnej zapaści rozważają opuszczenie Unii Europejskiej. Z tego punktu widzenia masowa migracja Polaków do Wielkiej Brytanii z ostatnich wydaje się być jakimś sporym nieporozumieniem. 

Prawie równie bogata jak Wielka Brytania była 140 lat temu Szwajcaria. Kraj ten nie stracił żadnego imperium, ale relatywna sytuacja Szwajcarów wydaje się być jeszcze bardzie tragiczna. Widać tu regularny trend spadkowy. Kto by pomyślał.

 

 

Poniżej umieściłem ranking krajów uszeregowanych pod względem wzrostu PKB na głowę w okresie minionych 140 lat. 

 


 

Jak widać obok Wielkiej Brytanii i Szwajcarii za największych pechowców minionych 140 lat należy uznać Rumunię, Węgry, Belgię i Holandię. Generalnie najlepiej w tym okresie - prawie dwa razy lepiej niż Polska - radziły sobie kraje nordyckie Norwegia, Finlandia i Szwecja (Dania wypadła porównywalnie do naszego kraju). 

Jeśli chodzi o Niemcy, to buksowały one względem Polski w okresie minionych 140 w miejscu. Może poszłoby im lepiej, gdyby nie ich zwyczaj rozpoczynania i przegrywania wojen światowych. Trudno uznać Polskę za zwycięzcę II Wojny Światowej, ale według danych z bazy Maddison Niemcy po przegrały ją znacznie bardziej niż Polska - zaraz po wojnie ich realny PKB na głowę spadł do polskiego poziomu. Trzeba natomiast Niemcom oddać, że potrafiły - podobnie zresztą jak po I Wojnie Światowej - wygrać pokój. Niemcy zresztą chyba sami po tych doświadczeniach doszli do wniosku, że wojowanie ani im nie wychodzi ani im nie służy. 

 

 


 

 

Niezbyt dobrze krajom robią również wojny domowe. Przykładem może być Hiszpania, w której przed wybuchem wojny domowej końca lat 30-tych XX-wieku PKB na głowę był 1,61-krotnie wyższy niż w Polsce, a gdy wojna się skończyła wynosił już jedynie 0,82 polskiego. 

 

  

Innym przykładem katastrofalnego wpływu wojen domowych na poziom życia może być Jugosławia. 

 

 

Podobnie jak Jugosławii rozpad istniejącej struktury imperialnej nie posłużył dobrze obszarowi określanemu w bazie Maddison jak "former Soviet Union". I rozpad imperium carów i rozpad imperium radzieckiego związane były z ponad 2-krotnym spadkiem poziomu życia w stosunku do Polski. 

 

 

Obszar radziecki jawi się jednak jako bezkonkurencyjny lider lat 1921-1938, co wydaje się tłumaczyć sentyment, którym Rosjanie darzą ten okres bezprecedensowego terroru. Z poniższego zestawienia widać też, że II RP nie zdołała osiągnąć z takich czy innych względów jakiegoś przekonującego sukcesu w tym okresie.

 

 

Ten niewątpliwy sukces gospodarczy Sowietów w okresie międzywojennym, który zresztą został potwierdzony zwycięstwem ZSRR w II WŚ mógł polskim komunistom dawać nadzieje, że zreplikowanie tego systemu w naszym kraju również da dobre rezultaty. I tu przyszło rozczarowanie. W latach 1945-1991 tylko Albania i Węgry radziły sobie gorzej:

 


 

Powojenna konfiguracja gospodarczo-polityczna okazała się dla odmiany najbardziej korzystna dla krajów Zachodniej Europy a liderami okazały się Grecja, Włochy i Austria. Nic dziwnego, że Grecy tęskniąc za dawnymi czasami poparli ostatnio w wyborach danych komunistów, być może licząc, że w ten sposób uda im się po raz drugi wejść do tej samej rzeki. 

Widząc postępującą relatywną degrengoladę bloku komunistycznego szczególnie rażącą w sąsiadującej z Europą Zachodnią  Europie Środkowej Polska wykonała kolejną woltę porzucając blok komunistyczny i przyłączając się do zachodniego bloku kapitalistycznego.

Ta decyzja okazała się w latach 1991-2010 spektakularnym sukcesem. Koniec komunizmu lepiej zrobił jedynie Albanii. 

 

 

Trudno się specjalnie dziwić, że Polacy stali się największymi euroentuzjastami w Europie.  

Górna część powyższego rankingu jest zdominowana przez kraje postkomunistyczne, chociaż nie wszystkim upadek ZSRR i koniec komunizmu w Europie i okolicach wyszedł na zdrowie. Z pewnością Tadżycy, Mołdawianie, Ukraińcy, Kirgizi, Gruzinie, Macedończycy, Rosjanie czy Serbowie mogą mieć do tej zmiany stosunek ambiwalentny. 

Dane kończą się na 2010 roku, a szkoda bo bardzo ciekawie wyglądałoby porównanie zachowania poszczególnych krajów w okresie kryzysu strefy euro. Ale na koniec tabelka ze zmianami PKB w okresie od końca 1998 roku, czyli dla okresu istnienia Europejskiej Unii Monetarnej:

 

 

Te lata to okres wzrostu ceny ropy naftowej (z 10 dolarów za baryłkę w 1998 roku do ponad 140 w 2008 roku), więc widać, że coś w tym okresie zaczęło się dziać np. w Azji Środkowej (Azerbejdżan!). Do 2010 roku pozytywnego wpływu strefy euro na wzrost gospodarczy w Europie Zachodniej nie można było dostrzec - kraje Europy Zachodniej robiły w tym okresie za czerwone latarnie tego zestawienia. Z pewnością ich relatywna pozycja w okresie następnych 5 lat się nie poprawiła. 

Jak długo utrzyma się ta najwyraźniej korzystna dla naszego kraju konfiguracja gospodarczo-polityczna, która powstała na początku lat 90-tych? Czy ten trend minionego ćwierćwiecza, który uczynił z naszego kraju "zieloną wyspę" (nie jedyną, inną była w tym okresie Australia) jest rzeczywiście trwały? A może załamie się sam - np. pod ciężarem długu - bez konieczności zmiany globalnej konfiguracji. Czy też do jego przerwania przyczynią się błędne ruchy krajowych polityków? Trudno oczywiście powiedzieć. Jedno jest pewne. W krajach, które nie są beneficjentami obecnego układu narastać będzie presja na jego zmianę. Dobrze by było, by nowy ład, który być może wyłoni się po ewentualnym końcu obecnego, był jeszcze bardziej korzystny dla naszego kraju. 

 


 


13:20, bialek.wojciech
Link Komentarze (174) »
czwartek, 05 maja 2016

Silne hossy na rynku surowców mają tendencję po pojawia się w okresie pokoleniowych boomów na rynku nieruchomości. Ma to sens - do budowy domu potrzeba sporo surowców. Poprzedni taki pokoleniowy boom na rynku nieruchomości kulminował na świecie - i w naszym kraju - w 1978 roku. Władze PRL rozpaczliwie próbowały wtedy zaspokoić "potrzeby mieszkaniowe" powojennego boomu demograficznego (szczyt urodzin w 1955 roku). Te czasy zostały uwiecznione w satyrycznej formie w serialu "Alternatywy 4", a budowane w tamtych czasach bloki w dużej mierze decydują o obrazie naszych miast do tej pory.

 


 

Władzom PRL heroiczny zamiar wybudowania mieszkań dla "baby boomersów" (dekadę wcześniej budowano z tych samych powodów "1000 szkół na 1000-lecie państwa polskiego") prawie się powiódł, problem polegał na tym, że w tym czasie podobne boomy miały miejsce w wielu krajów świata. Np. w USA, gdzie również dokładnie tak jak w Polsce (patrz wykres powyżej) szczyt liczby budowanych nowych domów ustanowiony został w 1978 roku:

 

 

I w USA i w PRL po ustanowieniu w 1978 roku maksimum liczba budowanych domów zaczęła spadać. W ciągu następnych 4 lat PRL zbankrutowała na swoich zobowiązaniach zagranicznych a nad krajem "zapadła ciemna noc stanu wojennego". USA poradziły sobie ciut lepiej, ale i przeżyły dwie kolejne recesje (1980, 1982), a w apogeum tej drugiej po bankructwie Meksyku duże amerykańskie banki były z ujemnymi kapitałami technicznie bankrutami i tylko decyzja rządu pozwoliła im księgować te długi nadal po wartości nominalnej. 

Jakie było źródło tego załamania z lat 1978-1982? Bardzo proste. Masowe budownictwo mieszkaniowe zużywało wielkie ilości surowców. Rosnący popyt na nie generował wzrosty cen i właśnie od 1978 roku gospodarki wielu krajów świata przestały dawać sobie radę z tą drożyzną. Dodajmy, że rosnące ceny surowców przekładały się na wzrost wskaźników inflacji i zwyżkę stóp procentowych, które w 1981 roku w USA sięgnęły 15 proc., co bezpośrednio wywołało bankructwa najbardziej zadłużonych krajów. W 2 lata po szczycie boomu na rynku nieruchomości spadek popytu przełożył się na pęknięcie bańki również na rynku surowców, gdzie w 1980 rozpoczęła się trwająca następne 18 lat pokoleniowa bessa. 

 


 

Nie muszę dodawać, że ta sama historia powtórzyła się pokolenie później, gdy w okres gniazdowania weszły dzieci powojennych baby boomersów, maksimum urodzin których przypadło w Polsce w 1983 roku. Jak widać na powyższych obrazkach szczyt boomu na rynku nieruchomości w USA wypadł w 2005 roku, a szczyt wywołanej przezeń hossy na rynku surowców 3 lata później. I znowu rozpoczęła się pokoleniowa bessa na rynku surowców. Nam po tych wydarzeniach pozostał garb kredytów frankowych, które są odpowiednikiem gierkowskich długów z poprzedniego pokolenia.  

Ktoś może zapytać o sensowność przypominania tej historii w 2016 roku. Uważam, że historia ta jest ciekawa sama w sobie, więc warta przypominania od czasu do czasu. Ja jednak zmierzam ku konkretnej tezie. Chciałbym cofnąć się do początku tego ostatniego boomu na rynku nieruchomości czyli do lat 2000-2002. Co się wtedy wydarzyło? Otóż doszło do najsilniejszego od pokolenia krachu na rynku akcji, który najbardziej spektakularną postać miał na rynku Nasdaq. Efektem tego krachu był spadek stóp w USA z 6,25 proc. w 2000 roku do historycznego minimum w wysokość 1 proc. w 2002 roku. W Polsce wysokość stopy lombardowej spadła z 23 proc. w 2000 roku do 6,65 proc. w 2002 roku i 5,5 proc. w 2006 roku. Jaki był skutek tego globalnego załamania wysokości stóp procentowych a więc i kosztu kredytu? Globalny wyścig gospodarstw domowych po - tanie jak nigdy - kredyty hipoteczne. Boom na rynku kredytów hipotecznych wywołał boom w budownictwie mieszkaniowym, a dalszy ciąg tej historii opowiedziałem powyżej. 

Znowu ktoś zada pytanie o to, czy ta kolejna lekcja historii ma odniesienie do obecnej sytuacji na rynkach. Otóż być może ma. Pomiędzy czerwcem ub. r. a styczniem roku bieżącego na chińskich rynkach akcji rozegrał się klasyczny krach. W typowy sposób tamtejszy bank centralny zareagował sprowadzając wysokość podstawowej stopy procentowej do poziomu historycznego minimum. 

 

 

Na rekordowo niskie stopy procentowe Chińczycy zareagowali też w typowy sposób - kupując na kredyt nieruchomości, który ceny znowu zaczęły rosnąć:

 

 

Zainteresowanym tematem polecam wpis pana SiP na jego blogu zatytułowany: "Chiny startują po raz trzeci. Znowu turbo kredyt uratował świat".

Moim zdaniem wiele wskazuje na to, że w Chinach powtórzy się scenariusz, który przerabialiśmy w poprzedniej dekadzie. Jeśli rzeczywiście okres niskich stóp wywołanych spowolnieniem gospodarczym i giełdowym krachem zdoła wyprodukować w Chinach trwałą hossę na rynku nieruchomości, to skutkiem będzie wtórny wzrost cen surowców na rynkach światowych. Według wszelkich znaków na ziemi taka zwyżka cen surowców korygująca krach z lat 2014-2016 już się w styczniu rozpoczęła. Wzorcem takiego korekcyjnego wzrostu mogłaby być zwyżka cen surowców z lat 1986-1988. Taki wzrost cen surowców pociągnąłby za sobą zaskakujące w świetle oczekiwanych podwyżek stóp procentowych w USA osłabienie dolara i byłby bardzo korzystny przynajmniej do 2017 roku dla rynków peryferyjnych zwanych pieszczotliwie "wschodzącymi". 

W powyższym scenariuszu ten wtórny wywołany boomem na chińskim rynku nieruchomości wzrost cen surowców zmusiłby wreszcie FED do podniesienia stóp do poziomu, co wywołałoby wtórny krach, który tak jak ten z 2008 roku, uderzyłby zarówno w rozgrzany wtedy być może do czerwoności chiński rynek nieruchomości jak i w rynki akcji na świecie. Tym samym obecną dekadę kończylibyśmy pełnoskalowym Chinageddonem, po którym prędzej czy później ChRL z nazwy odpadłaby literka "L". 

19:33, bialek.wojciech
Link Komentarze (163) »