Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 30 maja 2014

W czwartek otrzymaliśmy z USA najnowsze szacunki PKB w I kw., zgodnie z którymi produkt krajowy spadł w tym kraju w I kw. o 0,25 proc. w stosunku do IV kw. 2013, co było pierwszym tego typu spadkiem od I kw. 2011. W okresie minionego pokolenia 5 na 6 przypadków takiego pierwszego po dłuższym okresie prosperity kwartalnego spadku PKB stanowiło początek regularnej recesji (1980-81, 1982, 1990-91, 2001 i 2008-09) zawsze związanej z mniejszym lub większym spadkiem cen akcji na Wall Street. Tylko raz - 3 lata temu w I kw. 2011 - taki spadek PKB miał charakter pojedynczego wypadku przy pracy, które nie miał dalszy konsekwencji gospodarczych (chociaż w sierpniu 2011 doszło to silniejszego tąpnięcia na rynku akcji a łącznie pomiędzy kwietniem a październikiem tego roku S&P 500 stracił prawie 20 proc.). 

Nasuwa się oczywiście pytanie o to, czy mamy do czynienia obecnie z drugim z rzędu tego typu wypadkiem przy pracy - tym razem spowodowanym wyjątkowo surową w USA zimą, czy też jednak z początkiem regularnej recesji. Osobiście skłaniam się ku tej pierwszej wersji. Po pierwsze amerykańskie indeksy ustanawiające nowe rekordy (S&P 500 od lutowego dołka zyskał już 10 proc.) nie sugerują by rynek poważnie traktował gospodarczą słabość z pierwszego kwartału. Po drugie napływające z rynku pracy dane świadczyły o wszystkim tylko nie o recesji.

Jeśli analizować zachowanie 4-tygodniowe średniej z liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych (311,5 tys.- najniższej od lata 2007) do odkryjemy, że w okresie minionego pokolenia jedynie 3-krotnie wcześniej sytuacja na rynku pracy była porównywalna do obecnej. Po raz pierwszy zdarzyło się to w połowie września 1987 roku, a więc na miesiąc przed giełdowym krachem, w którym jednego dnia ceny akcji w USA spadły o 20 proc. Drugi raz równie niskie co obecnie wartości tego wskaźnika pojawiły się dekadę później w październiku 1997 roku, a więc dokładnie w chwili wejścia kryzysu azjatyckiego w ostrą fazę, do czego sygnałem było ówczesne załamanie cen akcji (WIG stracił w 3 miesiące 27 proc.). Z trzecim przypadkiem podobnego do obecnego sygnału „przegrzania” koniunktury na rynku akcji w USA – był to styczeń 2006 – można ewentualnie wiązać silną korektę na giełdach, która nastąpiła pomiędzy majem a czerwcem (WIG -21,5 proc.).

 

 

 

 

Uśrednienie tych 3 historycznych ścieżek S&P 500 wokół tych podobnych do czwartkowego sygnałów daje ścieżkę przedstawioną poniżej:

 

 

Oczywiście powyższa projekcja, z której wynika, że poważne tąpnięcie na Wall Street rozpocznie się w ciągu miesiąca jest w decydującej mierze wynikiem wpływu przypadku z 1987 roku. Pozostałe dwa przypadki nie są aż tak dramatyczne (przynajmniej dla S&P 500):

 

 

Oczywiście takie sygnały "przegrzewania" się rynku pracy w USA są dosyć naturalne po 5 latach i 2 miesiącach hossy na rynku akcji. Jeśli będziemy chcieli znaleźć równie długie okresy równie silnego wzrostu S&P 500 to okaże się, że przez minione ponad 80 lat coś takiego zdarzyło się na Wall Street zaledwie 4-krotnie. Były to lata 1932-1937, 1950-1955, 1982-1987 oraz 1993-1998:

 

 

Uśrednienie tych 4 historycznych ścieżek S&P 500 znowu daje podobny co poprzednio wniosek - spadki powinny rozpocząć się lada moment:

 

 

Tym razem główna "odpowiedzialność" spada na sygnał z 1937 roku, kiedy to skończyło się 5-letnie odreagowanie wielkiego krachu z lat 1929-1932 i zaczynał spadek indeksu o ponad połowę kulminujący dopiero w apogeum sukcesów państw Osi w 1942 roku:

 

 

Jeśli wyeliminować sygnały z lat 30-tych i 50-tych, a zostawić jedynie dwa z okresu minionego pokolenia (marzec 1987 i marzec 1998), to otrzymujemy bardziej optymistyczny wniosek, że szczyt hossy powinien wypaść w lipcu (jak w 1998 roku) lub sierpniu (jak w 1987 roku).

 

 

Oczywiście w każdej z przedstawionych projekcji widać ten sam schemat - jakieś tąpnięcie w tym roku i wzrost cen akcji w USA do nowych rekordów w latach 2015-2016. Tej wersji bym się więc trzymał.

Zagadką pozostaje dokładne zachowanie rynku w tym roku. Powracająca analogia z 1987 rokiem nakazuje liczenie się z takim jak 27 lat temu scenariuszem. Wtedy S&P 500 spadł w październiku 1987 do najniższego poziomu od marca 1986. W obecnych realiach oznaczałoby to spadek do okolic strefy 1518-1541 pkt.. Tak się składa, że to okolice szczytów z 2000 roku (1527 pkt.) i 2007 roku (1565 pkt.). Ewentualny kraszek a la 1987 rok byłby więc "naturalnym ruchem powrotnym"  do przełamanych na początku 2013 roku oporów, które obecnie stały się kluczowymi poziomami wsparcia.

Druga analogia to lata 1997-1998, kiedy to S&P 500 "wykpił się" krótkimi korektami (-10 proc. do 4-mies. minimum w okresie sierpień-październik 1997 i -20 proc. do 7-mies. minimum w okresie lipiec-październik 1998), a prawdziwy dramat rozegrał się na rynkach peryferyjnych (w Azji Południowo-Wschodniej w 1997 roku i Rosji w 1998 roku). Dosłowna powtórka z kryzysu azjatyckiego obecnie oznaczałaby na WIG-u rozgrywający się pomiędzy wrześniem tego a styczniem przyszłego roku spadek indeksu z poziomu ubiegłorocznego szczytu do 15-miesięcznego minimum (czyli poniżej poziomów z marca tego roku (49878 pkt.) choć zapewne powyżej minimów z wiosny 2013 (43356 pkt.).

12:33, bialek.wojciech
Link Komentarze (475) »
piątek, 23 maja 2014

Na pierwszy rzut oka - na drugi i trzeci zresztą też - czwartkowa sesja na WIG-u 20 była prawie dokładną kopią tej z 10 października ub. r.:

 

 

W obu przypadkach byliśmy w jakiś czas po podwójnym dnie (teraz styczeń-marzec, wtedy czerwiec-wrzesień) wyznaczającym koniec krótkoterminowego trendu spadkowego, w oby przypadkach WIG-20 był na tym samym poziomie (zamknięcie po wzroście z "luką" wczoraj to 2435 pkt. a 10 października 2013 to 2385 pkt.) i co najważniejsze w obu przypadkach dochodziło do przełamania wielomiesięcznej linii oporu poprowadzonej przez szczyty indeksu z fazy spadkowej wcześniejszego cyklu 40-tygodniowego. Obecnie pokonana w czwartek półroczna linia oporu zaczepiona była w szczycie z listopad ub. r. a przechodziła przez maksima z lutego i kwietnia tego roku. W ub. r. przełamana 10 października 9-miesięczna linia oporu zaczepiona była w szczycie ze stycznia 2013 i poprowadzona przez maksima indeksu z czerwca, sierpnia i września.

Dosłowne potraktowanie tej analogii daje prognozę szczytu WIG-u 20 przynajmniej tej klasy co ten z 18 listopada 2013 na 30 czerwca tego roku.

Oczywiście nawet uderzającej analogii opartej tylko na jednym precedensie nie należy traktować dosłownie, lecz należy próbować uzgodnić ją ze wskazaniami innych narzędzi. Należy pamiętać, że zachowanie WIG-u 20 w ostatnich latach to jedynie odbicie ogólnego trendu panującego w uniwersum rynków "wschodzących". Dowodem na poparcie tej ostatniej tezy jest poniższy wykres w stylu "znajdź 20 szczegółów, którymi różnią się te dwa rysunki":

 

 

Z powyższego wynika sugestia poszukiwania na wykresie MSCI Emerging Markets Index wskazówek pomocnych przy próbach prognozowania koniunktury panującej na WIG-u 20. Jedną z takich wskazówek może być przebieg cyklu 40-tygodniowego na rynkach wschodzących:

 

 

Jak widać w ramach ostatniego cyklu szczyty indeksu w ramach cyklu 40-tygodniowego były wyznaczane z zadziwiającą regularnością (maj 2011, marzec 2012, styczeń 2013, październik 2013). Gdyby ta regularność została zachowana to następnego maksimum cen akcji na rynkach wschodzących tego samego rzędy należałoby szukać w okolicach 19 sierpnia.

Osobiście kusi mnie myśl, że MSCI Emerging Markets Index dotrze do tego czasu do poziomu szczytu hossy z 2011 roku, co sugerowałoby, że i WIG-20 powinien zachować się podobnie (2917 pkt., chociaż oczywiście nad naszym rynki ciąży regionalny czynnik ryzyka w postaci agresji Rosji na Ukrainę i lokalny czynnik ryzyka związany z kwestią OFE).

Oczywiście pomiędzy wcześniejszą sugestią szczytu w okolicach 30 czerwca a późniejszą sugerującą maksimum raczej w okolicach 19 sierpnia jest spora różnica, ale biorąc pod uwagę to, że mamy ciągle jeszcze maj, proponuję na razie się tym zbytnio nie przejmować.

 

13:32, bialek.wojciech
Link Komentarze (576) »
piątek, 16 maja 2014

Mijający tydzień rozpoczął się od wyjścia szeregu kluczowych indeksów w USA i strefie euro na poziomy nowych historycznych rekordów, a zakończył od tych rekordów odpadnięciem. Wydaje się, że początkowo pozytywny rozwój wydarzeń na rynkach akcji był konsekwencją odbicia się kursu EUR/USD od poziomu 1,40. Poziom ten był atakowany w poprzednim tygodniu w czwartek podczas posiedzenia ECB i dopiero obietnica kolejnego poluzowania polityki pieniężnej na czerwcowym posiedzeniu (5-tego) złożona przez szefa banku centralnego strefy euro spowodowała gwałtowną zmianę krótkoterminowego trendu i przecenę euro o 3 centy w ciągu tygodnia.

Porównując zachowanie kursu euro wobec dolara z zachowaniem DAX-a (niemieccy eksporterzy powinni być bardzo wrażliwi na kurs euro) można dojść do wnioski, że to 1,40, które zdołał tydzień temu obronić Mario Draghi to rzeczywiście istotny poziom. Dwie ostatnie cykliczne hossy na DAX-ie kończyły się w 2007 i 2011 roku, gdy euro umacniało się względem dolara powyżej poziomu 1,40:

 

 

Można zaryzykować hipotezę, że i w obecnych cyklu ewentualne wyjście EUR/USD powyżej poziomu 1,40 wywołałoby prędzej czy później podobny efekt czyli przełożyło się na koniec hossy na rynkach akcji w strefie euro. Ewentulna niezdolność ECB do zadowolenia oczekiwań rynkowych na posiedzeniu 5 czerwca mogłoby zaowocować takim właśnie umocnieniem euro.

Oczywiście sugerowana powyżej prawidłowość wcale nie zadziałała w opisany sposób w drugiej połowie 2010 roku, kiedy EUR/USD też wzrosło powyżej poziomu 1,40 a na rynkach akcji nic specjalnego się nie wydarzyło. Tak więc mamy tu do czynienia jedynie z pewną domniemaną tendencją, chociaż wydaje się, że w kontekście odżywających ostatnio w strefie euro (i poza nią - patrz deflacja na Węgrzech i nasze +0,3 proc. dynamika CPI w maju) deflacyjnych lęków taka ewentualna dalsza aprecjacja europejskiej waluty zostałaby odebrana rzeczywiście negatywnie przez rynki.

Zupełnie inaczej prezentowała się sytuacja po drugiej stronie Atlantyku. Tu zmiana roczna PPI (dla wyrobów gotowych "finished goods") skoczyła +3,1 proc. na 2-letnie maksimum, a dynamika CPI wyniosła 2 proc. czyli tyle ile ostatnio w lipcu ub. r. Ta rosnąca stopniowo od października dynamika wskaźników inflacji wydaje się być typowym objawem przegrzewania się koniunktury w gospodarce USA podobnie jak wcześniejsze sygnały z rynku pracy. Trudno się temu specjalnie dziwić - o ile ożywienie po kryzysie z lat 2007-2009 w Europie zostało brutalnie przerwane w latach 2011-2012 przez kryzys strefy euro, z którego nasz kontynent dopiero stopniowo wychodzi o tyle w USA ożywienie gospodarcze kontynuowane było przez 5 minionych lat.

 

Na powyższym obrazku zaznaczyłem poziomy dynamiki CPI i PPI w USA osiągane w marcu 2000, październiku 2007 i kwietniu 2011, czyli w momentach, w których rynek akcji w USA ustanawiał najistotniejsze szczyty hossy minionych kilkunastu lat. Przyglądając się temu obrazkowi zaryzykowałbym stwierdzenie, że na podstawie ostatnich doświadczeń minionych kilkunastu lat sygnałem do spadków cen akcji na Wall Street w obecnym byłoby ewentualne wyjście dynamiki CPI powyżej 3 proc. lub skok dynamiki PPI ("finished goods") powyżej 6 proc.

Z 2 na 3 proc. w przypadku CPU i z 3 na 6 proc. w przypadku PPI to długa droga, ale przy pojawieniu się jakiegoś niespodziewanego szoku na rynku surowców ten dystans wskaźniki inflacji mogłyby pokonać w bardzo krótkim czasie. I tu oczywiście ewentualne umocnienie dolara  działałoby hamująco na dynamikę wskaźników inflacji opóźniając ich wejście w rejony wywołujące nerwowość w FED i wśród inwestorów. 

Oczywiście i tu zaproponowana przeze mnie formuła zawiodłaby dekadę temu, kiedy to dynamika wskaźników również była wysoka, a nie wywołało to poważniejszych spadków cen akcji (ówczesna cykliczna bessa przyjęła postać fali "pędzącej").

Gdyby w obecnym cyklu surowce zachowały się w typowy sposób, czyli zaczęły w najbliższym czasie silnie zwyżkować, to oczywiście pojawiłaby się równoczesna presja na osłabienie dolara (czyli umocnienie euro) i wzrost dynamiki wskaźników inflacji. Oba zjawiska jak starałem się pokazać w obecnych warunkach prawdopodobnie doprowadziłby do "klasycznych" spadków na giełdach pojawiających się w okolicach szczytu ożywienia gospodarczego.

12:05, bialek.wojciech
Link Komentarze (343) »
wtorek, 06 maja 2014

Najnowsze informacje na temat sytuacji panującej na rynku pracy w USA w kwietniu można interpretować jako sygnał przegrzewania się koniunktury gospodarczej w tym kraju. Stopa bezrobocia spadła do najniższego poziomu od września 2008 roku (6,3 proc.). Równocześnie w kwietniu liczba zatrudnionych w sektorze pozarolniczym wzrosła najbardziej od stycznia 2012 (+288 tys.). W okresie minionych przynajmniej 66 lat z sytuacją, gdy stopa bezrobocia ustanawia przynajmniej 5-letnie minimum a równocześnie liczba zatrudnionych rośnie najbardziej od przynajmniej 2 lat mieliśmy do czynienia wcześniej jedynie 3-krotnie - w listopadzie 1964, w lipcu 1987 oraz w marcu 2000:

 

 

Co intrygujące dwa z tych trzech sygnałów od 1948 roku pojawiły się prawie dokładnie w kluczowych szczytach S&P 500 z sierpnia 1987 i marca 2000.Trzeci sygnał z końca 1964 roku również podobnie jak 2 wspomniane wystąpił po 5 latach silnej hossy (od 1949 roku), ale nie miał tak jednoznacznie szczytowego charakteru jak dwa pozostałe:

 

 

Informacje na temat sytuacji na amerykańskim rynku pracy w kwietniu poznaliśmy na początku maja, więc obecna sytuacja na Wall Street odpowiada tej z początku kwietnia 2000, początku sierpnia 1987 oraz początku grudnia 1964. Tak wygląda porównanie ścieżki S&P z okresu minionych 2 lat z tymi poprzedzającymi wspomniane sygnały:

 

 

Jak widać maksymalny "historyczny" potencjał wzrostowy dla S&P 500 w okresie następnych 2 lat wynosi jedynie 11 proc., zaś maksymalny potencjał spadkowy sięga -35 proc., czyli jest ponad 3-krotnie większy.

Projekcja wartości S&P 500 uzyskana przez uśrednienie zachowania indeksu wokół takich sygnałów jak ten otrzymany kilka dni temu ("stopa bezrobocia na przynajmniej 5-letnim minimum, zmiana zatrudnienia najwyższa od przynajmniej 2 lat") prezentuje się następująco:

 

 

Gdyby traktować ją dosłownie - a oczywiście nie należy tego czynić - to S&P 500 ustanowiłby szczyt rozpoczętej w październiku 2011 fali hossy za niecałe 2 miesiące (40 sesji) czyli na początku lipca w okolicach poziomu 1922 pkt. wyższego niż ten zanotowany na zamknięcie poniedziałkowej sesji o 2 proc. Natychmiast potem nastąpiłoby tąpnięcie o nieco ponad 10 proc., a bessa skończyłaby się jesienią 2015 w okolicach szczytów indeksu z 2000 i 2007 roku.

Osobiście uważam za mało prawdopodobne, by ewentualne spadki cen akcji w USA przeciągnęły się poza IV kw. tego roku czyli oczekiwany termin osiągnięcia dołka cyklu prezydenckiego. Raczej obstawiałbym zrealizowanie całego potencjału spadkowego sugerowanego przez powyższą projekcję ("ruch powrotnego" do szczytów z 2000 i 2007 roku mniej więcej tej klasy co spadek z 2011 roku) jeszcze w tym roku.

Niezależnie od dokładności powyższej projekcji uzyskanej poprzez uśrednienie trzech raczej odmiennych od siebie ścieżek indeksu (czwarta - czyli obecna - może być jeszcze inna), powyższe rozważania stanowią kolejny argument sugerujący systematyczne narastanie średnioterminowego ryzyka dalszego przebywania na rynku akcji.

15:34, bialek.wojciech
Link Komentarze (799) »