Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Archiwum
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 29 kwietnia 2016

GUS zaskoczył wielu podając bardzo słabe dane na temat produkcji przemysłowej (+0,5 proc. r/r) i budowlano-montażowej (-15,8 proc. r/r) oraz sprzedaży detalicznej (+3 proc.) w marcu. Wartość opartego o te dane prostego modelu rocznej dynamiki PKB w naszym kraju zanurkowała w marcu do najniższego od maja 2013 roku poziom +2,1 proc. GUS skorygował w górę o +0,4 pkt. proc. do +4,3 proc. dane na temat rocznej dynamiki PKB w IV kw. ub.r. (to najwyższe tempo od 4 lat.), ale miesięczne dane z ostatnich miesięcy sugerują raczej, że w I kw. ta dynamika PKB była bliższa +2,8 proc.



Sądzę, że tym marcowym spowolnieniem nie należy się przesadnie przejmować z dwu powodów. Pierwszy jest taki, że swoim słabym zachowaniem do stycznia tego roku  WIG już zdyskontował spadek dynamiki PKB do ok. 2 proc., czyli właśnie poziomu sugerowanego przez marcowe dane. W przeszłości roczna dynamika WIG-u wyprzedzała roczną zmianę PKB o średnio ok. 5 miesięcy. 

 


 

Drugi powód jest taki, że różnej maści wskaźniki koniunktury gospodarczej w naszym kraju - zarówno te współbieżne jak i wyprzedzające - nie potwierdzają marcowego spowolnienia i nie sugerują jego pogłębienia w najbliższej przyszłości.

Krótki przegląd tych wskaźników proponuję rozpocząć od modelu dynamiki PKB opartego na OECD-owskim złożonym indeksie wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Polski w wersji "amplitude adjusted". Wartość prostego modelu opartego na tym wskaźniku sugeruje co prawda spadek od maja do sierpnia, ale ciągle znajduje się powyżej poziomu dynamiki PKB z IV kw. ub. r. (+4,3 proc.). 

 

 

Podobny model oparty na innej wersji tego samego OECD-owskiego wskaźnika ("trend restored"), co prawda nie potwierdza wystrzały w górę dynamiki PKB z IV kw. (+4,3 proc.), ale również w nie potwierdza spadku dynamiki poniżej poziomu 3 proc. w przeciągu najbliższego pół roku. 

 

 

Moj model dynamiki PKB oparty na zmiany tempa inflacji mierzonego przez dynamikę CPI, poziomu krótkoterminowych stóp procentowych (3-miesięczny WIBOR) oraz ilości "gorącego pieniądza" na krajowym rynku (agregat pieniężny M1) w okresie od stycznia do września przebywa w przedziale 3,5-4,7 proc., a więc zdecydowanie powyżej poziomu z marca szacowanego na +2,1 proc. 

 


 

Publikowany przez Citibank Early Warning Signal Risk Index dla Polski wykazuje zbyt słabą korelację z dynamiką PKB, by na jego podstawie kusić się o modelowanie tej ostatniej, ale jak widać na poniższym obrazku nic w jego zachowaniu nie sugeruje, by w sięgającym końca III kwartału horyzoncie coś szczególnie zagrażało krajowej koniunkturze gospodarczej. 

 

 

Dla koniunktury gospodarczej w naszym kraju kluczowe jest oczywiście to, co dzieje się w gospodarce strefy euro. Do modelowania tego wpływu można użyć wskaźników takich jak EuroCOIN czy Sentix. Tu widać spowolnienie, które powinno być odczute przez polską gospodarkę w okresie kwiecień-lipiec, ale to pogorszenie koniunktury w strefie euro nie było na razie na tyle silne by sprowadzić wskazania modelu poniżej poziomu 4 proc. 

 

Niezależnie od niedoskonałości powyższych modeli opartych o różnej maści wskaźniki wyprzedzające koniunktury gospodarczej ich wskazania raczej nie sugerują istnienie poważniejszych powodów nie niepokoju co do losów koniunktury gospodarczej w najbliższym czasie. 

Ten krótki przegląd można wzbogacić o prezentację kilku wskaźników współbieżnych, które w przeszłości nie wykazywały się zdolnością przewidywania koniunktury gospodarczej, ale pozwolą ocenić wiarygodność marcowego załamania. 

Po kolei - sondaż na temat nowych zamówień (dostępne są już dane za II kw.):

 

 

... sondaż GUS na temat ogólnej sytuacji gospodarczej (dane do kwietnia): 

 

 

... wskaźnik ogólnej koniunktury gospodarczej w Polsce w wersji publikowanej przez Komisję Europejską (DG ECFIN; dane do kwietnia):


 

 

... i wskaźnik zaufania konsumentów GUS (dane do kwietnia):

 

 

 

Mógłbym kontynuować dalej dzieląc się  kolejnymi wskaźnikami, ale wydaje się, że te pokazane powyżej dają wystarczające dobre wyobrażenie o tym, co można z dostępnych danych wyczytać na temat bieżącej i oczekiwanej koniunktury gospodarczej w naszym kraju. Jak widać nie widać w zachowaniu tych wskaźników poważniejszego spowolnienia gospodarczego, a w przypadku niektórych można nawet dopatrzyć się sugestii kontynuacji przyspieszania tempa wzrostu. 

Podsumowując: na podstawie opisanych powyżej przesłanek silny spadek tempa wzrostu gospodarczego w naszym kraju w marcu można uznać za przejściowy i zdyskontowany już przez rynek akcji, a kolejne miesiące powinny przynieść odbudowę tempa wzrostu gospodarczego do poziomu obserwowanego w okresie minionych 2 lat. 

 

 

13:40, bialek.wojciech
Link Komentarze (85) »
czwartek, 21 kwietnia 2016

Rosnąc w ciągu 20 tygodni z 17-miesięcznego minimum do 18-tygodniowego maksimum WIG wygenerował sygnał, który w okresie istnienia GPW w 6-iu na 7-em przypadków poprawnie identyfikował początek wzrostowej fazy cyklu Kitchina na krajowym rynku akcji. Tak zdefiniowany sygnał nie pojawił się jedynie w 2005 roku, gdy spadkowa faza cyklu z lat 2004-2005 skutkowała na WIG-u jedynie spowolnieniem tempa wzrostu w postaci "pędzącej" korekty.

 

Oczywiście 3 liczby użyte w definicji powyższego kryterium są wynikiem pracowitej manipulacji i gdyby je nieco zmienić, niektóre z tych 6 sygnałów zniknęłyby, a pojawiałyby się inne (np. w marcu 1998 albo grudniu 2000), ale sam fakt, że tak proste kryterium daje niezawodny sygnał rozpoczęcia się cyklicznej hossy traktuję jako potwierdzenie poprawności wcześniejszych oczekiwań. 

Na minimum tego cyklu czekałem już od jesieni i powyżej opisany sygnał traktuję jako powierdzenie hipotezy, że styczniowy dołek indeksów miał właśnie taki charakter. 

Nawet fatalne dane GUS na temat tempa wzrostu gospodarczego w marcu zdają się pasować do tego schematu, bo rok temu przedstawiając projekcję dynamiki PKB opartą na obserwowanym w przeszłości przebiegu cyklu Kitchina sugerowałem kwiecień tego roku jako oczekiwany orientacyjny dołek cyklicznego spowolnienia. Roczna dynamika WIG-u wyprzedzała w okresie minionych 17 lat dynamikę PKB o średnio ok. 5 miesięcy, więc można sądzić, że polska gospodarka nie zdążyła jeszcze zareagować na zmianę warunków panujących na świecie, która dokonała się w okresie minionych 3 miesięcy. Mam tu przede wszystkim na myśli najsilniejszy od 2009 roku 3-miesieczny wzrost cen surowców. 

 


 

Wcześniejsze oparte o cykl Kuznetsa szacunki oczekiwanego terminu dołka cen surowców sugerowały okolice listopada ub. r., więc ten ostatni wystrzał cen surowców rozpoczęty w styczniu można uznać za potwierdzenie początku średnioterminowej korekty cen na rynkach towarowych. 

Modelując dynamikę krajowej produkcji przemysłowej za pomocą dynamiki przeliczonych na złote cen metali na światowych giełdach towarowych widzimy, że niebawem koniunktura w krajowym przemyśle powinna zacząć się poprawiać, chociaż z drugiej strony do potrzebnego do porządnej hossy na rynku akcji prawdziwego rozkwitu koniunktury w krajowym przemyśle potrzebna byłaby kilkudziesięcioprocentowa dynamika złotowych cen metali. "Efekt bazy" powinien pozwolić na spełnienie tego warunku na początku przyszłego roku. 

 


 

Projekcja wartości WIG-u oparta na opisanych na początku sygnałach rośnie do poziomu ubiegłorocznego szczytu (ok. 57000 pkt.) w styczniu 2018 po czym wchodzi w cykliczną bessę. 

 

 

Oczywiście powyższa projekcja jest wynikiem uśrednienia 5-iu często całkiem od siebie odmiennych historycznych ścieżek WIG-u wokół tych sygnałów (sygnał z 1992 roku pominąłem), a w obecnym przypadku cykliczna faza wzrostu indeksu może wyglądać jeszcze inaczej. Historycznie oszacowana "gwarancja" zysku pojawia się dopiero po 1,5 roku i osiąga szczyt na poziomie +26 proc. za 21 miesięcy, czyli na samym początku 2018 roku (czarna strzałka na poniższym wykresie). Kupując w dniu pojawiania się sygnału (obecnie nastąpiło to 30 marca) można było w drodze do tych zysków maksymalnie stracić 12,2 proc. W każdym z tych cykli w ciągu następnych 2 lat można było zarobić przynajmniej 32 proc.

 

Nieco zmieniając parametry opisanego kryterium można uzyskać podobny efekt na MSCI Emerging Markets Index (tu też sygnał nie pojawia się w 2005 roku). 

 

 

Jak widać w co drugim przypadku niebawem po takim sygnale pojawiała się pokaźna korekta spadkowa cyklicznej hossy (przypadki sygnałów z 2012, 2001 i 1995 roku). Stosując "regułę zmienności" ("wszyscy oczekują, że będzie tak jak ostatnio, więc będzie inaczej") otrzymujemy wniosek, że w obecnym cyklu takiej silnej korekty nie będzie, czyli rynek zachowa się raczej tak jak w 2009, 1998 i 1991 roku). W najgorszym przypadku (2012) silna korekta spadkowa rozpoczęła się już w 5 tygodni po sygnale, co w obecnych realiach daje pierwszą dekadę maja jako moment, w którym rozważyć będzie trzeba dalsze któtkoterminowe losy rynku. 

 

Podsumowując: zachowanie WIG-u i MSCI Emerging Markets Index potwierdza hipotezę, zgodnie z którą w styczniu rozpoczęła się na GPW i "rynkach wschodzących" cykliczna hossa związana z cykiem Kitchina. W trakcie tej hossy w ciągu najbliższych 2 lat można liczyć na dalszy wzrost WIG-u przynajmniej do poziomu ubiegłorocznego szczytu indeksu (a prawdopodobnie wyżej). 

 


19:41, bialek.wojciech
Link Komentarze (150) »
piątek, 15 kwietnia 2016

To, że zachowanie kursów akcji największych polskich spółek podporządkowało się w ostatnim okresie sytuacji na rynku surowców energetycznych wiadomo już od jakiegoś czasu. 

 

 

Warto jednak zwrócić uwagę na mniej oczywiste zjawisko - ani śladu takiej zależności nie widać na szerokim rynku. Dobrym wskaźnikiem koniunktury tu panującej jest cenowy GPW, przy którego kalkulacji akcje wszystkich spółek traktuje się równoprawnie bez uwzględniania - jak to jest w indeksach kapitalizacyjnych takich jak WIG-20 - różnic w ich wartości rynkowej. Indeks cenowy polskiego rynku akcji rośnie zaś systematycznie od grudnia 2012 roku. W ciągu tych 3 lat i 4 miesięcy zyskał 72 proc. i w tym czasie ani razu nie przeżył korekty silniejszej niż 8 proc. W tym czasie WIG-20 stracił 25 proc. 


 

 

W przeszłości opierając się na "decennial pattern" sugerowałem, że lata 2012-2017 podobnie jak lata 1992-1997 i 2002-2007 powinny stać pod znakiem przewagi małych spółek na dużymi.

Ktoś kto od grudnia 2012 trzymał się szerokiego rynku powinien mieć obecnie  ok. 125 proc. więcej kapitału od inwestora, który w tym czasie w swym portfelu replikował WIG-20. 

Skoro szeroki rynek - w przeciwieństwie do zdominowanego przez inwestorów zagranicznych rynku akcji największych spółek - w ogólne nie zwraca uwagi na to co się dzieje na rynku ropy naftowej, to co jest czynnikiem, który wpływa w decydujący sposób na zachowanie indeksu cenowego? Moim zdaniem jest to trend na rynku krótkoterminowych stóp procentowych. Od ponad 3 lat najpierw spadający a potem rekordowo niski poziom stóp procentowych powoduje  - niezależnie od konwulsji w wykonaniu inwestorów zagranicznych- stopniowy przepływ kapitału na szeroki rynek akcji.

 


 

Jeśli to poprawna diagnoza, to powstaje pytanie, kiedy sytuacja na rynku pieniężnym przestanie sprzyjać hossie na szerokim rynku akcji. Na powyższym obrazku zaznaczyłem 4 ostatnie momenty zmiany trendu na indeksie cenowym: końce cyklicznej hossy w czerwca 2007 i lutym 2011 oraz końce cyklicznej bessy z marca 2009 oraz grudnia 2012. Jak widać te zmiany średnioterminowego trendu na rynku akcji następowały z opóźnieniem w stosunku do zmiany trendu na WIBORze. To opóźnienie 3-krotnie wynosiło 5-6 miesięcy, a raz - w latach 2006-2007 - było znacznie dłuższe bo aż 15-miesięczne.

Co wydaje się ważniejsze w obecnej sytuacji, zmiana trendu na rynku akcji następowała - po zmianie trendu na rynku pieniężnym - nie wcześniej niż po ustanowieniu przez 3-miesięczny WIBOR nowego przynajmniej rocznego ekstremum (w 3 przypadkach potrzebne było ekstremum aż 21-24-miesięczne). Wydaje się, że w obecnych realiach na pojawienie się rocznego maksimum 3-miesięcznego WIBOR-u możemy liczyć dopiero w okolicach pierwszej przyszłej podwyżki stóp Rady Polityki Pieniężnej. 

Kiedy można się spodziewać ewentualnej pierwszej podwyżki stóp RPP? W okresie minionych kilkunastu lat rozpoczęcie podwyższania stóp procentowych przez Radę wyzwalał bardzo prymitywny sygnał: po prostu osiągnięcie przez dynamikę CPI środka "dopuszczalnego" przedziału wahań czyli +2,5 proc. W ostatnich cyklach następowało to w maju 2004, marcu 2007 oraz wrześniu 2010 a RPP zaczynała podnosić stopy odpowiednio w lipcu 2004, kwietniu 2007 oraz styczniu 2011 (czyli po 2 miesiącach, 1 miesiącu i 5 miesiącach). 

 



Można roboczo założyć, że Rada w obecnym składzie nie okaże się bardziej "jastrzębia" niż poprzednie i też nie zacznie podnosić stóp zanim dynamika CPI nie dotknie poziomu 2,5 pkt. proc. 

Czyli problem terminu podwyżki stóp zredukowaliśmy do pytania o moment wyjścia dynamiki CPI z -0,9 proc. w marcu do +2,5 pkt. 

W okresie minionych kilkunastu lat wzrost rocznej dynamiki CPI o 3,4 pkt. proc. potrafił trwać jedynie 9 miesięcy. Tyle, że taki skok cen detalicznych wymagał aż wejście Polski do Unii Europejskiej w maju 2004 roku. Ponieważ w najbliższym czasie pewnie drugi raz do UE nie będziemy wchodzić (wyjście i wejście z powrotem zajęłoby pewnie dużo czasu), więc bardziej realnym punktem odniesienia wydaje się wzrost dynamiki CPI o 3,4 pkt. proc. w ciągu 19 miesięcy pomiędzy grudniem 2006 a lipcem 2008. 

Uwzględniając przynajmniej miesięczne opóźnienie decyzji RPP otrzymaliśmy wniosek, że pierwszej podwyżki stóp można spodziewać się najwcześniej w okolicach listopada 2017 roku. W dwu ostatnich cyklach bessa na indeksie cenowym rozpoczynała się w 1-2 miesiące po pierwszej podwyżce stóp (kwiecień-czerwiec 2007 oraz styczeń-luty 2011). 

Moim zdaniem jeśli Rada zachowa zimną krew podczas cyklicznego ożywienia tempa inflacji w latach 2016-2017, to powinna doczekać ponownego spadku cen surowców a zatem i dynamiki wskaźników inflacji, co pozwoli opóźnić decyzje o początku podwyżek stóp być może aż do 2019 roku. 

Podsumowując: rekordowo niski poziom stóp procentowych RPP sprzyjający hossie na szerokim rynku akcji GPW powinien utrzymać się przynajmniej do końca 2017 roku. 

15:03, bialek.wojciech
Link Komentarze (118) »
piątek, 08 kwietnia 2016

Rafał Hirsch z Gazeta.pl dokonał w tym tygodniu zaskakującego odkrycia, że "Kiedy rządzi PiS, bezrobocie nie rośnie. To się jeszcze nigdy nie zdarzyło". Próbka statystyczna jest dosyć uboga - PiS rządził wcześniej raptem 2 lata (2005-2007 w koalicji) i przez minione pół roku, ale rzeczywiście już drugi raz PiS dochodzi do władzy w 2 lata po cyklicznym (w ramach cyklu inwestycji w środki trwałe czyli cyklu Juglara) szczycie stopy bezrobocia (odpowiednio 2003 i 2013). W ten schemat można nawet próbować włączyć centro-prawicowy rząd AWS, który powstał w 1997 roku, a więc w 3 lata po cyklicznym szczycie stopy bezrobocia z lipca 1994 roku. AWS miała o tyle pecha, że nie zdążyła stracić władzy przed wejściem stopy bezrobocia w fazę wzrostową co nastąpiło w sierpniu 1998 po kryzysie rosyjskim i do następnych wyborów w 2001 roku stopa bezrobocia zdążyła wzrosną o ok. 6,5 pkt. proc. (a AWS w ogóle nie weszła do Sejmu). Ale generalnie można pokusić się o uogólnienie, że "centro-prawica" dochodzi w Polsce do władzy w 2-3 lata po cyklicznym szczycie stopy bezrobocia. 

Nas tu od polityki znacznie bardziej interesuje zachowanie rynków, a tym co wpływa na jedno i drugie jest oczywiście stan gospodarki. Tekst Rafała Hirscha przypomniał mi moje ubiegłoroczne próby prognoz wysokości stopy bezrobocia w USA i Polsce. Dla Stanów Zjednoczonych koniec trwającej od października 2009 roku  fazy spadku stopy bezrobocia wyszedł mi w okresie wrzesień 2016-luty 2017 na poziomie 5,1 proc. Tymczasem już w styczniu i lutym tego roku stopa ta spadła do 4,9 proc. (w marcu wyniosła 5 proc.). Jeśli chodzi o nasz kraj to różne zabawy historią dały projekcję dołka stopy bezrobocia w październiku 2017 roku na poziomie 7,25 proc. 

Chciałbym ponownie przyjrzeć się stopie bezrobocia w Polsce, by sprawdzić, czy przypadkiem podobnie jak to się stało w USA, nie zanosi się u nas na silniejszy niż wcześniejsze oczekiwania spadek stopy bezrobocia.

Proponuję wyjść od zachowania stopy bezrobocia w okresie typowego sezonowego wzrostu stopy bezrobocia, związanego ze spadkiem aktywności gospodarczej czyli w okresie październik 2015-luty 2016. W tym czasie stopa bezrobocia wzrosła o 0,7 pkt. proc. W okresie minionych 20 lat było 5 przypadków podobnego do obserwowanego obecnie sezonowego wzrostu stopy bezrobocia. W ciągu 4 miesięcy pomiędzy październikiem a lutym stopa bezrobocia rosła o 0,8 pkt. proc. w latach 1995/1996, o 0,7 pkt. proc. w latach 2004/2005, o 0,7 pkt. proc. w latach 2005/2006. o 0,9 pkt. proc. w latach 2013/2014 oraz o 0,6 pkt. proc. w latach 2014/2015. 

 


Po każdym z takich sygnałów stopa bezrobocia sezonowo spadała w ciągu następnych 8 miesięcy (do października) o 2,3 pkt. proc. (1996), 2,1 pkt. proc. (2005), 3,1 pkt. proc. (2006), 2,6 pkt. proc. (2014) oraz 2,3 pkt. proc. (2015). Obecnie tylko jakiś potężny kataklizm mógłby zapobiec podobnemu ruchowi w ciągu najbliższego półrocza. 

 


 

Co więcej w każdym z tych przypadków do sierpnia dochodziło do spadku wysokości stopy bezrobocia o przynajmniej 1,7 pkt. proc.

 

 

W lutym tego roku stopa bezrobocia wynosiła 10,3 proc. Spadek do sierpnia o 1,7 pkt. proc. da stopę bezrobocia na poziomie 8,6 pkt. proc. Gdyby tak się stało, to byłby to poziom o 0,2 pkt. proc. niższy od dołka stopy bezrobocia z października 2008. Tym samym stopa bezrobocia w Polsce osiągnęłaby najniższy poziom od 1991 roku. Projekcja wysokości stopy bezrobocia oparta na powyższych rozważaniach przedstawiona została na poniższym obrazku:

 


 

Z powyższy rozważań płynie następujący wniosek: z bardzo dużym prawdopodobieństwem pomiędzy sierpniem a październikiem tego roku stopa bezrobocia w Polsce osiągnie najniższy poziom od ćwierć wieku. Ze względu na początek spadku bezwzględnej wielkości liczby obywateli Polski w przyszłej dekadzie (poniżej tych 38 milionów, do których się przyzwyczailiśmy) najprawdopodobniej stopa bezrobocia wznowi wtedy spadek do bardzo niskich poziomów, ale to już temat na inną okazję. 


12:25, bialek.wojciech
Link Komentarze (101) »
piątek, 01 kwietnia 2016

W związku z wydaniem 6-tysięcznego numeru Parkiet zapytał w tym tygodniu analityków o to, kiedy WIG-20 osiągnie poziom 6000 pkt. Odpisałem, że w 2024 roku. Wypada wytłumaczyć się nieco szerzej z tej odpowiedzi. 

Osiągnięcie przez WIG-20 poziomu 6000 punktów wymagałoby mniej więcej 3-krotnego wzrostu indeksu z obecnych poziomów. 

Wydaje się, że taki wzrost byłby możliwy tylko w warunkach silnej hossy na rynkach "wschodzących". W sięgającej 1988 roku historii indeksu MSCI Emerging Markets były dwa takie okresy: od lat 80-tych do 1994 roku oraz lata od lata 2001(3)-2007. Zarówno w latach 1988-1994 jaki w latach 2001(3)-2007 dolarowy MSCI EM Index rósł ponad 5-krotnie. 

 

 

Nie wiemy jak zachowywałby się WIG-20 w latach 1988-1994, bo historia tego indeksu zaczyna się w 1994 roku, ale na podstawie doświadczeń z lat 2001(3)-2007 można założyć, że gdyby MSCI Emerging Markets Index (USD) znowu wszedł w podobną wieloletnią hossę, to (dolarowy) WIG-20 dotrzymałby mu kroku:

 

 

Co prawda w ostatnich latach WIG-20 zaczął tracić dystans względem MSCI EM Index, ale proponuję założyć, że nawet, gdyby ta tendencja się nadal utrzymywała, to hipotetyczny typowy 5-krotny wzrost dolarowego MSCI EM przełożyłby się na przynajmniej 3-krotny wzrost złotowego WIG-u 20. Innymi słowy problem WIG-20 na poziomie 6000 punktów proponuję sprowadzić do kwestii wyznaczenia terminu nowej super-hossy na MSCI Emerging Markets Index.

Dwa ostatnie szczyty takiej super-hossy na rynkach wschodzących wypadły w 1994 oraz 2007 roku, 13-letnia odległość pomiędzy tymi szczytami, to po prostu podwójny cykl 6,(66)-letni. Odkładając kolejne 13 lat od 2007 roku otrzymujemy rok 2020 jako orientacyjny szczyt kolejnej super hossy. Ponieważ w poprzednich cyklach takie silne "rynki byka" trwały przynajmniej 4 lata (2003-2007), to obecne wzrosty należałoby potraktować jako początek kolejnej takiej fali wzrostów. 

Oczywiście wyciąganie wniosków na temat zachowania rynku na podstawie raptem dwu poprzednich cykli (w tym jednego niepełnego) to ryzykowana zabawa. Próbując dowiedzieć się, co się działo z cenami akcji na rynkach peryferyjnych przed 1988 roku (początkiem MSCI Emerging Markets Index) zrobiłem sobie (denominowany w dolarach) indeks oparty na kilku indeksach rynków, które pokolenie temu od biedy można by było uznać za "wschodzące", a które w latach 80-tych były obliczane i publikowane. Wziąłem indeksy giełd w Korei Południowej, Hongkongu, Singapurze, Tajwanie, Tajlandii oraz Brazylii. Indeks trochę za bardzo ciąży w stronę Azji, ale ponieważ od 1988 roku ładnie koreluje z faktycznym MSCI Emerging Markets Index (USD), to można uznać, że stanowi dobre przybliżenie zachowania cen akcji na rynkach peryferyjnych przed 1988 rokiem. 

 


 

Co się okazało? Po pierwsze, że ta domniemana 13-letnia cykliczność do miraż, bo żadnego istotnego szczytu cen akcji na rynkach wschodzących klasy tych z 1994 i 2007 w okolicach 1981 roku nie można się dopatrzyć. Mamy ważny szczyt w 1978 roku, więc poprzednią tezę o 13-letniej cykliczności można by złagodzić: szczyty cen akcji po silnych hossach na rynkach peryferyjnych mają tendencję do występowania co 13-16 lat, ale nie brzmi to jakoś specjalnie przekonująco. 

Z punktu widzenia cyklu pokoleniowego jesteśmy w 7 lat po dołku pokoleniowego kryzysu, czyli w takiej sytuacji jak w 1982 roku. Powyższy indeks skończył bessę pod koniec 1982 roku i w ciągu następnych niecałych 5 lat wzrósł ponad 5-krotnie (w USD). Powtórka w obecnych realiach dałoby to kolejny istotny szczyt cen akcji (przed kraszkiem takim jak w październiku 1987 roku) w 2021 roku. 

Jak jednak odpowiadając na pytanie Parkietu wskazałem nie na rok 2020, ale na rok 2024. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że na podstawie obserwowanej w ostatnich latach zależności pomiędzy cenami akcji na rynkach peryferyjnych a cenami surowców, zakładam, że do silnej kilkuletniej hossy na EM potrzebna byłaby silna kilkuletnia hossa na rynku surowców. Takiej w miarę silnej hossy na rynku surowców spodziewam się zaś dopiero w latach 2020-2025.

 

 

Powyższa prognoza jest oparta na dwu założeniach. Po pierwsze, że z punktu widzenia cyklu pokoleniowego ceny surowców są w podobnej sytuacji jak w 1982 roku (8 lat po pokoleniowych szczytach cen surowców z 1974 i 2008 roku). Po drugie z punktu widzenia cyklu Kuznetsa, Goldman Sachs Commodity Index jest obecnie w podobnej sytuacji do tych z 1982 roku oraz 1998 roku (8 lat po "kuznetsowych" szczytach tego cyklu z 1974, 1990 i 2008 roku; patrz strzałki na powyższym obrazku). 

 

Zachowanie GSCI w latach 1982-1986 i w latach 1998-2001 było nieco odmienne - w pierwszym przypadku słaby wzrost i później silny spadek, w drugim przypadku silny wzrost a później słabszy spadek), ale wypadkowa tych scenariuszy sugeruje obecnie 2 lata surowcowej hossy (2016-17), a następnie 2 lata kasującej cały ten wzrost bessy (2018-2019).

W okolicach 2020 roku rynek surowców powinien znaleźć się w sytuacji podobnej do tych z lat 1986 i 2001, czyli już po bankructwach tych producentów surowców, którzy nie wytrzymali przedłużającego się okresu niskich cen, i można będzie oczekiwać silnej fali wzrostów na rynkach towarowych podobnej do tych z lat 1986-1990 i tych z lat 2001-2008. Wywołane taką hossą na rynkach surowców silne wzrosty cen akcji na rynkach peryferyjnych powinny kulminować przed końcem hossy surowcowej (patrz latach 2007-2008) czyli w mojej ocenie w okolicach 2024 roku. 



14:21, bialek.wojciech
Link Komentarze (97) »