Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Archiwum
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 25 marca 2011

Reakcja władz finansowych Japonii na ostatnie tragiczne w skutkach trzęsienie ziemi, tsunami i katastrofę w elektrowni jądrowej doprowadziła do powstania na rynkach interesującej sytuacji. Otóż w momencie, w którym uczestnicy rynku zastanawiali się na tym czy i kiedy dojdzie w USA do zakończenia polityki "ilościowego luzowania" (quantitative easing) i jakie będę rynkowe skutki ewentualnej decyzji o nieprzedłużania QE2, w Japonii doszło w trakcie minionych dwóch tygodni niespodziewanie do zasilenia systemu finansowego zawrotną suma ponad 20 tysięcy miliardów jenów (ponad 270 miliardów USD). Oczekuje się, że saldo rezerw w banku centralnym dostępnych dla banków komercyjnych wzrośnie do ponad 40 tysięcy miliardów jenów z mniej niż 15 na początku marca. 

  

 

Jak widać na powyższym wykresie skala tej interwencji już przekroczyła tę z lat 2001-2006. Proponuję przyjrzeć się z bliska reakcjom giełdy w Tokio na wprowadzenie "oryginalnego" "quantitative easing" w 2001 roku oraz na zakończenie tego programu wiosną 2006 roku:

 

 

 

Gdyby z powyższych wykresów próbować wyciągać jakiś wniosek, to - przynajmniej dla mnie - brzmiałby on tak: inicjacja i terminacja programów typu QE wpływa trwale na rynki z opóźnieniem wynoszącym kilkanaście miesięcy. Popatrzmy: BoJ rozpoczyna ratunkowe zasilanie systemu we wrześniu 2001 roku reagując na panikę wywołaną atakami na USA  z 11 września. Początkowo wydaje się, że interwencja jest skuteczna - panika na Nikkei trwa tylko tydzień, po czym indeks zwyżkuje do marca-maja 2002. Potem jednak bessa ulega wznowieniu i kulminuje dopiero w kwietniu 2003, a więc w ponad 1,5 roku od rozpoczęcia zmasowanej interwencji przez bank centralny. A teraz odwrotna sytuacja z 2006 roku: tu decyzja o zakończeniu programu wypada w lokalnym dołku cen, po czy Nikkei rośnie jeszcze przez miesiąc. Potem zaczyna się dynamiczny spadek cen akcji - mogłoby wydawać się, że wycofanie płynności z systemu już zaczyna działać. Nie tak szybko. Od czerwca trend wzrostowy cen akcji ulega wznowieniu i jest kontynuowany do lutego-lipca 2007. Dopiero później okazuje się, że zabranie przez bank centralny tych zasilających globalny rynek środków staje się jedną z przyczyn późniejszego załamania na światowych rynkach.

Wydaje się, że FED postanowił wykorzystać powstałą nieoczekiwanie sytuację do bardziej otwartego zakomunikowania rynkom swej gotowości do rozpoczęcia zaostrzania polityki pieniężnej. W piatek serwisy podały informację o ujawnionym przez szefa filadejfijskiego odziału FED Charlesa Plossera planie sprzedaży aktywów i podniesienia poziomu podstawowych stóp do 2,5-3,5 proc. w przeciągu roku-półtora. Plan miałby zostać wdrożony w "nie tak dalekiej przyszłości" ("not-too-distant-future").

Mamy tu więc do czynienia z przygotowaniami do rozpoczęcia działań będących dokładnym odpowiednikiem kroków podjętych w poprzednim cyklu przez BoJ począwszy od marca 2006. Silna korekta cen akcji na światowych rynkach związana z zakończeniem przez BoJ polityki "luzowania ilościowego"  w marcu 2006 nastąpiła dopiero w 2 miesiące później po rozpoczęciu zaostrzania polityki pieniężnej w Japonii. WIG 20 stracił wtedy w maju-czerwcu 2006 24 proc. w przeciągu zaledwie 5 tygodni. Gdyby mechanicznie przenosić na obecną sytuację te zależności równocześnie przyjmując koniec czerwca jako moment zakończenia QE2 dałoby to prognozę podobnego tąpnięcia we wrześniu i październiku. Czy taki silny spadek cen akcji jest w ogóle możliwy w trzecim roku cyklu prezydenckiego? No cóż, rok 1987 był właśnie takim - najlepszym dla akcji - 3-im rokiem "cyklu prezydenckiego", co nie przeszkodziło w spadku wartości S&P 500 o jedną trzecią pomiędzy sierpniem a październikiem tego roku (oczywiście wcześniej indeks wzrósł o prawie 40 proc. od początku roku).

Możliwy jest też inny scenariusz, w którym - jak jak w 2006 roku i tak jak w zeszłym roku - spadki nastąpią późną wiosną po jeszcze jednej fali wzrostowej:

 

 

Czy z powyższego można wyciągnąć jakieś praktyczne wnioski na najbliższą przyszłość? No cóż, trudno równocześnie kupować akcje licząc na pozytywny wpływ trwającego zastrzyku finansowego wykonywanego obecnie przez BoJ, a zarazem sprzedawać je bojąc się zakończenia QE w USA. Ponieważ jednak interwencja w Japonii jest już faktem, a QE2 w USA wygaśnie dopiero w przyszłości, to opierając się na opisanych powyżej precedensach można dojść do wniosku, że można obecnie liczyć na wzrosty cen akcji analogiczne do tych, które rozpoczęły się we wrześniu 2001. Na razie proponuję więc uznać, że hiobowe wieści, które miały wyznaczyć marcowy dołek są już za nami (trzęsienie ziemi, tsunami, katastrofa jądrowa i wojna), a przed nami wzrosty cen akcji będące po części reakcją na monetarną stymulację wprowadzaną przez bank centralny Japonii.

 

 

19:11, bialek.wojciech
Link Komentarze (678) »
piątek, 11 marca 2011

Dramatyczne wiadomości napływające z Japonii zmuszają do zastanowienia na tym, jak przebiegać będzie reakcja rynków finansowych na trzęsienie ziemi w tym kraju. Oczywiście ocena konsekwencji tego typu jednostkowych wydarzeń jest bardzo trudna, szczególnie w sytuacji, w której - w kilka godzin po trzęsieniu - nie jest znana faktyczna skala katastrofy: w mediach podawana jest informacja, że było to najsilniejsze trzęsienie ziemi od 140 lat. W tym wpisie postaram się umieścić wykresy cen różnych instrumentów finansowych w okresach po podobnych katastrofach z przeszłości.

Pierwsze skojarzenie oczywiście biegnie w stronę 1995 roku i trzęsienia ziemi w Kobe. Sięgnijmy do WIKIPEDII:

 

"Trzęsienie ziemie w Kobe (...) o sile 7,3 stopnia w skali Richtera miało miejsce 17 stycznia 1995 o godzinie 5:46:52 rano w południowej części prefektury Hyongo i trwało ok. 20 s. Epicentrum wstrząsu znajdowało się na wyspie Awaji, niedaleko miasta Kobe liczącego ok. 1,5 mln ludzi.

W czasie trzęsienia ziemi zginęły 6434 osoby, głównie mieszkańcy Kobe. Straty spowodowane trzęsieniem oszacowano na ponad 10 bilionów jenów (ponad 100 miliardów USD), co sprawiło, że zostało ono uznane za najbardziej kosztowną klęskę żywiołową, jaka wydarzyła się w jednym tylko państwie, w historii. Tak wysokie straty wynikają z tego, że wstrząsy wystąpiły w gęsto zaludnionym i wysoko rozwiniętym obszarze. Jednocześnie okazało się, że wiele konstrukcji nie spełniało surowych norm sejsmicznych. Co więcej, nastąpiło tzw. upłynnienie gruntu. Wiele budynków po prostu zapadło się.

Trzęsienie ziemi w Kōbe było najsilniejszym i najtragiczniejszym trzęsieniem ziemi w Japonii od czasów trzęsienia ziemi w Tokio w 1923, które pochłonęło 140 tys. ofiar."

 

Trzęsienie sprzed 16 lat miało bardzo spektakularne finansowe konsekwencje. Można o nich również przeczytać w WIKIPEDII:

 

"Nicholas Leeson (ur. 25 lutego 1967) – były makler handlujący instrumentami pochodnymi, którego działania doprowadziły do bankructwa najstarszy angielski bank inwestycyjny Barings Bank.

 Leeson zaczął w tajemnicy spekulować na rynku instrumentów pochodnych w 1992 roku, będąc maklerem w singapurskim oddziale Barings, dokąd został oddelegowany z powodu toczącego się przeciwko niemu w Londynie postępowania sądowego. (...) Pod koniec 1992 r. jego straty wynosiły ponad 2 mln £ i wzrosły do 208 mln £ pod koniec 1994 r. Początek końca nastąpił 16 stycznia 1995 r., kiedy Leeson dokonał bardzo ryzykownej transakcji stelażowej (rodzaj krótkiej sprzedaży) w kontrakty futures na indeks Nikkei 225. Założył on, że wartość indeksu nie zmieni się z dnia na dzień i utrzyma się na poziomie 19 000 punktów. Jednak następnego dnia, z powodu trzęsienia ziemi w Kōbe, na rynku nastąpiły gwałtowne spadki, powodujące jeszcze większe straty maklera. Leeson próbował zminimalizować straty dokonując serii niezwykle ryzykownych, niezabezpieczonych inwestycji. Tym razem założył, że na rynku nastąpi gwałtowne odbicie, co jednak nie nastąpiło. Gdy Leeson postanowił w końcu zabezpieczyć się przed rosnącymi stratami, dokonał transakcji kompensacyjnej na japońską stopę procentową i obligacje rządowe, co nie przyniosło spodziewanego efektu. Zdając sobie sprawę z powagi sytuacji, zostawił wiadomość "I'm Sorry" i uciekł z Singapuru.

Całkowite straty Leesona osiągnęły wartość 827 mln £, dwa razy więcej niż kapitał banku, i po ujawnieniu doprowadziły Barings do bankructwa. Bank został przejęty przez ING za symbolicznego funta."

   

A tak wyglądało zachowanie Nikkei 225 oraz WIG-u 20 po w tym okresie:

 

 

Ja widać bessa na giełdzie w Tokio trwała w tym czasie już od czerwca 1994. Trzęsienie ziemi w Kobe z 17 stycznia 1995 poprzedziło kolejna falę spadków trwającą aż 3 lipca 1995. W jej trakcie Nikkei 225 stracił jedną czwartą wartości.

Na giełdzie warszawskiej sytuacja była z odmienna. I oczywiście bardzo trudno jest ocenić jakie znaczenie dla cen akcji w Polsce miały wydarzenia w Japonii i upadek Banku Baringsa. Faktem jest, że po 17 stycznia 1994 WIG-20 spadał przez kolejne 17 dni do 3 lutego tracąc po drodze 20 proc. Potem nastąpiło odbicie, a następnie test dołka z początku lutego. Ostateczny dołek ustanowiony został 28 marca 1995 roku na poziomie WIG-u 20 577,8 pkt. Był to najniższy poziom WIG-u 20 ustanowiony w 16-letniej historii tego indeksu.

Za tragiczny zbieg okoliczności można uznać, że raptem 2 marca tak pisałem na ten temat w tekście poświęconym "cyklowi prezydenckiemu" (trzęsienie w Kobe miało miejsce prawie dokładnie 16 lat temu!):

 

"Tu ponownie jak w 2007 roku przyczyną kulminującej 28 marca wyprzedaży był upadek firmy finansowej. Tym razem chodziło o najstarszy brytyjski bank inwestycyjny czyli bank Baringsa, który został uznany za niewypłacalny 26 lutego 1995 roku. Kto wtedy zaryzykował zakup akcji, już 2 miesiące później mógł zainkasować 58 proc. zysk., pół roku później ciągle był 60 proc. "do przodu", a 1995 roku zamknął 37 proc. zyskiem.

Nie trzeba dodawać, że polskie akcje już nigdy później nie były tańsze..."

 

Drugie skojarzenie to również 9-stopniowe trzęsienie ziemi na Ocenie Indyjskim 26 grudnia 2004 roku. W wyniku fal tsunami wywołanych przez ówczesny kataklizm śmierć poniosło lub zostało uznanych za zaginione prawie 300 tys. osób. W samej Indonezji śmierć poniosło 80 tys. osób. Trochę przerażający jest fakt, że na wykresie cen akcji giełdy w Dżakarcie nie sposób dopatrzyć się negatywnej reakcji rynku na tę tragedię:

 

 

Zobaczmy jak wyglądała reakcja rynków akcji na podobną katastrofę, ale uderzającą w kraj rozwinięty.  Mam na myśli huragan Katrina i falę powodziową przezeń wywołaną, która zniszczyła Nowy Orlean:

  

 

 

 

I znowu niezależnie od dramatyzmu doniesień mediów i współczucia dla ofiar kataklizmu, nie da się ukryć, że reakcja rynków akcji była nad wyraz obojętna.

Czy teraz też będzie podobnie? Ten krótki przegląd historyczny sugeruje, że raczej tak.

Relację live wraz z komentarzami można oglądać między innymi na stronie BBC. Doniesienia z Japonii można śledzić po polsku tutaj.

  

 

 

09:53, bialek.wojciech
Link Komentarze (939) »
środa, 09 marca 2011

W komentarzu sprzed 2 miesięcy zatytułowanym "Cykl pokoleniowy na rynku surowców" padła teza, że trwająca hossa na rynku surowców zakończy się dopiero w okolicach listopada przyszłego roku, czyli mniej więcej w okresie następnych wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Wynikałoby z tego, że 2012 rok - rok wyborów prezydenckich w USA - prawie cały powinien być bardzo korzystny dla cen surowców.

Proponuję dziś sprawdzić, jak ceny surowców radziły sobie w przeszłości w poszczególnych latach "cyklu prezydenckiego" znanego nam już z rynku akcji. Ze schematu rotacji klas aktywów w ramach cyklu koniunkturalnego w gospodarce, którym się tak chętnie posługuję i z założenia, że podstawowy cykl gospodarczy - "cykl Kitchina" - trwa średnio ok. 40 miesięcy wynika wniosek, że szczyt hossy na rynku surowców powinien być opóźniony w czasie w stosunku do szczytu hossy na rynku akcji o powiedzmy 3-4 kwartały. Ponieważ podobne opóźnienie obserwowane bywało w przeszłości (np. w roku 2000 i 2007-8)...

  

  

... to kusi myśl, że schemat ten jest w miarę uniwersalny, a to oznacza, że być może dla surowców najlepszym rokiem 4-letniego "cyklu prezydenckiego" jest rok 4-ty - rok wyborów w USA - a więc następny po najlepszym historycznie dla akcji roku 3-im. Gdyby ta hipoteza się potwierdziła, otrzymalibyśmy - wychodząc z zupełnie innych przesłanek - kolejną sugestię, że rok 2012 będzie stał - prawie cały - pod znakiem kontynuacji hossy na rynku surowców (gdy tymczasem na rynku akcji królować już będzie cykliczna bessa).

Zacznijmy od danych rocznych. Weźmy mediany i średnie rocznych zmian wartości Goldman Sachs Commodity Index w dolarach w okresie od początku lat 70-tych w poszczególnych latach "cyklu prezydenckiego" (10 4-letnich cykli):

  

  

Rok nr. 1 to rok po wyborach (w naszych realiach 2013), rok nr. 2 to rok 2 lata po wyborach, rok nr. 3 to rok przedwyborczy (taki jak obecny) i rok nr. 4 to rok wyborów prezydenckich w USA (następny taki to 2012).

Czy z powyższego wykresu wynika? Na poziomie median lata przedwyborcze okazują się równie dobre dla surowców co lata wyborcze (+ 9 proc.),  najgorszy - zgodnie z oczekiwaniami - są zaś lata powyborcze (+0,5 proc.). To wynik w miarę mało kontrowersyjny. Niestety na poziomie wartości średnich lata wyborcze okazują się najgorsze dla cen surowców w ramach cyklu (+4,5 proc.) gorsze nawet od lat powyborczych. Liderem pod względem skali wzrostów dolarowych cen surowców są podobnie jak dla median lata przedwyborcze (takie jak rok 2011).

Powyższy wynik nie za bardzo potwierdził testowana hipotezę, ale od czego manipulacja danymi? Otóż wyeliminujmy sobie z tego zestawienia ostatni cykl (lata 2007-2010) zostawiając 9 poprzednich. Po takiej operacji nasz wykres będzie wyglądał już znacznie porządniej:

  

  

Jak widać pozbycie się z danych ostatniego cyklu dało wynik dokładnie zgodny z wcześniejszymi podejrzeniami. Zarówno dla median jak i dla średnich w latach 1970-2006 najlepszymi dla cen surowców okazywały się lata wyborów prezydenckich (stopy zwrotu GSCI kolejno: +31,5, -13,8, +13, -9,5, +12,2, +2,3, +5,8, +26,9 oraz +19,2 proc.; średnia +9,7 proc.; mediana +12,2 proc.), najgorszy zaś lata powyborcze (stopy zwrotu GSCI kolejno: +48,7 proc., +0,8 proc., -25 proc., +0,3 proc., +12,4 proc., -9,6 proc., -18,4 proc., -31,5 proc. i +39,1 proc.; średnia +1,8 proc.; mediana +0,3 proc.).

Usunięcia z analizy ostatniego cyklu jest oczywiście zawsze zabiegiem mocno ryzykownym. W końcu być może z jakichś względów charakterystyka rynków uległa ostatnio jakiejś trwałej zmianie. Zwiększmy zatem rozdzielczość i przejdźmy na dane kwartalne:

 

 

Tutaj kwartał nr. 16 to kwartał wyborów prezydenckich (ostatni kwartał roku wyborczego), a kwartał nr. 1 to pierwszy kwartał po wyborach (pierwszy kwartał roku powyborczego).

Co się okazało? Otóż najlepszym rocznym okresem dla cen surowców okazał się czas od końca II kw. lat przedwyborczych do końca II kw. lat wyborczych. Stosując tę strategię od początku lat 70-tych  uzyskalibyśmy kolejno następujące stopy zwrotu: +9,2 proc., +0,8 proc., +23,3 proc., +0,3 proc., -2,6 proc., +2,9 proc., +18,4 proc., +44,3 proc., +22,8 proc., oraz +76,4 proc. A więc stratę ponieślibyśmy raz (-2,6 proc.), zysk uzyskalibyśmy 9-krotnie, średnia stopa zwrotu wyniosłaby +19,6 proc., a mediana +13,8 proc.). 

I analogicznie najgorszym rocznym okresem okazał się czas od końca II kw. lat wyborczych do końca II kw. lat powyborczych. Stopy zwrotu w tych niekorzystnych dla surowców z tego punktu widzenia okresach wyniosły kolejno: +43,1 proc., -15,9 proc., -10,4 proc., -13,4 proc., +10,5 proc., -7,8 proc., -10,3 proc., -14 proc., +32,6 proc. oraz -47,8 proc.). A więc stratę ponieślibyśmy 7-krotnie, zyskalibyśmy 3-krotnie; średnia stopa zwrotu wyniosła -3,4 proc., a mediana -10,4 proc.

Z tego wynika, że ostatni cykl, w którym największy w historii krach na rynku surowców rozpoczął się na początku lipca roku wyborczego (2008) wcale nie był jakąś anomalią! Z powyższego wykresu wynika, że ktoś kto kierował się statystyką "cyklu prezydenckiego", to pod koniec czerwca 2008 powinien był sprzedać wszystkie posiadane surowce! I powinien to samo zrobić w połowie 2012 roku.

Powtórzmy jednak ponownie poprzednią manipulację usuwając z zestawienia ostatni cykl: 

 

 

Analizując wartości średnie widzimy, że w latach 1970-2006 nadal najbardziej opłacało się trzymać przez rok surowce pomiędzy połową roku przedwyborczego a połową roku wyborczego (+13,3 proc.). Co ciekawe jednak najgorszym dla akcji okazywał się roczny okres rozpoczynający się pod koniec pierwszego kwartału roku powyborczego. W przypadku median najbardziej opłacało się trzymać surowce do końca III kwartału roku wyborczego, czyli w praktyce do momentu wyborów, bo przecież III kw. kończy się w październiku a wybory prezydenckie w USA rozgrywane są na początku listopada. Najgorszy roczny okres dla surowców, to w przypadku median czas pomiędzy połową roku wyborczego i połową roku powyborczego.

W tym momencie można by zakończyć badanie wpływu "cyklu prezydenckiego" na ceny surowców zadowalając się stwierdzeniem, że optymalny moment do sprzedaży tych ostatnich wypada w III kw. roku wyborczego (przyszłego roku). Dla sportu zwiększmy jednak rozdzielczość jeszcze raz przechodząc na dane miesięczne. Drugi z poniższych wykresów przedstawia dane "zmanipulowane" poprzez usunięcie ostatniego cyklu:

 

 

 

Tutaj miesiąc wyborów (listopad) to miesiąc nr. 48, zaś miesiąc nr. 1, to pierwszy miesiąc po wyborach (grudzień)

Jak widać, by tracić najwięcej w ciągu roku na surowcach trzeba było je kupować na koniec czerwca roku wyborczego (mediany) czy też na koniec listopada tuż po wyborach (lub też również dobrze pół roku później) w wersji dla wartości średnich.

Aby zarobić maksymalnie surowce trzeba było kupować - uwzględniając wskazania średnich - na koniec czerwca roku przedwyborczego niezależnie od tego, czy usunęliśmy ostatni cykl czy też nie. Po usunięciu jednak ostatniego cyklu i uwzględniając mediany udało się uzyskać spodziewany na podstawie wcześniejszej analizy zachowania cen surowców w ramach "cyklu pokoleniowego" rezultat: optymalna roczna stopa zwrotu GSCI osiągana była w okresie kończącym się dokładnie pod koniec miesiąca wyborów prezydenckich w USA.

Co z tego wynika w praktyce? Ano to, przynajmniej do połowy przyszłego roku, a być może i do listopada 2012 surowce nadal pozostawać powinny tą klasą aktywów, która znajdować się powinna w hossie, wtedy kiedy rynki akcji dawno już wejdą w cykliczną bessę. To oznacza, że udział surowców w portfelach średnioterminowych spekulantów powinien nadal stopniowo rosnąć, a do jego zwiększania wykorzystywane mogą być ewentualne korekty cen surowców sięgające zapewne kilkunastu procent.

Najbliższa tego typu okazja może nadejść w II kw., jeśli amerykańskie władze finansowe nie zdecydują się na przedłużenie wygasającego pod koniec czerwca programu "quantitative easing".

16:22, bialek.wojciech
Link Komentarze (178) »
środa, 02 marca 2011

Informacja o "amerykańskich okrętach u wybrzeży Libii" bardzo ładnie wpasowuje się w oparty między innymi na "cyklu prezydenckim" scenariusz marcowego dołka korekty przedstawiony w ubiegłym tygodniu ("Zakupy akcji na "Dzień Kobiet"?). Tak się bowiem składa, że w historii WIG-u 20 w połowie marców analogicznych z punktu widzenia "cyklu prezydenckiego" do marca 2011 mieliśmy do czynienia ze wzrostem napięcia związanego z przygotowaniami wojsk amerykańskich do ataku na jakiś kraj (drugą połowę dołków wyznaczyły bankructwa firm z sektora finansowego). Te marce analogiczne do obecnego to marzec 2007, marzec 2003, marzec 1999 oraz marzec 1995. W każdym z tych przypadków mieliśmy do czynienia z marcem trzeciego roku po wyborach prezydenckich w USA, czyli - innymi słowy - marcem roku przedwyborczego (wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych rozgrywane były ostatnio odpowiednio w latach 2008, 2004, 2000, 1996 i 1992).

Przyjrzyjmy się przebiegowi notowań cen akcji na GWP w tych latach dokładniej. Najpierw 2007 rok:

 

 

4 lata temu  powodem korekty cen akcji, która rozpoczęła się w lutym i kulminowała 7 marca 2007, była globalna wyprzedaż spowodowana upadkiem amerykańskiej firmy New Century Financial, będącej drugim co do wielkości graczem na rynku kredytów "subprime", która to firma okazała się pierwszą ofiarą późniejszego kryzysu na rynku kredytów hipotecznych w USA, który zapoczątkował największy od przynajmniej jednego pokolenia kryzys finansowo-gospodarczy na świecie. Kupując akcje w dołku korekty 7 marca można było w ciągu następnych 2 miesięcy zarobić 16 proc., w ciągu następnych 4 miesięcy 22 proc, najwięcej 7 miesięcy później bo 23 proc., a trzymając akcje do końca 2007 roku zarobilibyśmy 8 proc.

Akcje kupione w dołku korekty z 7 marca 2007 nie były tańsze przez następne 10 miesięcy...

Teraz 2003 rok:

 

 

Wtedy powodem kulminującego 6 marca spadku były obawy związane ze zbliżającym się atakiem wojsk USA na Irak (II Wojna w Zatoce Perskiej rozpoczęła się 20 marca). Kupując akcje wchodzące w skład WIG-u 20 w dołku korekty 6 marca 2003, miesiąc później mielibyśmy 8 proc. zysku, 4 miesiące później 18 proc. zysku, pół roku później 48 proc. zysku, a 2003 rok zamknęlibyśmy 35 proc. zyskiem.

Akcje nigdy nie były już tańsze niż 6 marca 2003...

Pora na rok 1999:

 

 

 

Również oczekiwania na akcję militarną wojsk USA (działających wtedy w ramach struktur NATO)  towarzyszyły spadkom cen akcji z I kw. 1999, które kulminowały 4 marca. W tamtym przypadku chodziło o przygotowania to ataku na Jugosławię w wojnie o Kosowo, który to atak rozpoczął się 24 marca. Kto w dołku ówczesnej korekty 4 marca kupił akcje, 2 miesiące później był już majętniejszy o 22 proc., 5 miesięcy później o 37 proc., a 1999 rok kończył 43 proc. zyskiem.

Akcje nie były tańsze przez następne 28 miesięcy od zakupu...

I wreszcie 1995 rok:

 

 

Tu ponownie jak w 2007 roku przyczyną kulminującej 28 marca wyprzedaży był upadek firmy finansowej. Tym razem chodziło o najstarszy brytyjski bank inwestycyjny czyli bank Baringsa, który został uznany za niewypłacalny 26 lutego 1995 roku. Kto wtedy zaryzykował zakup akcji, już 2 miesiące później mógł zainkasować 58 proc. zysk., pół roku później ciągle był 60 proc. "do przodu", a 1995 roku zamknął 37 proc. zyskiem.

Nie trzeba dodawać, że polskie akcje już nigdy później nie były tańsze...

Jak łatwo sprawdzić cofając się o kolejne 4 lata do marca 1991 roku trafiamy nieco spóźnieni na front I Wojny w Zatoce Perskiej zdążając w ostatniej chwili na moment przyjęcia przez Saddama Hussaina warunków rozejmu, co nastąpiło 3 marca 1991. Warszawska Giełda Papierów Wartościowych przygotowywała się wtedy do debiutu notowań, który nastąpił 16 kwietnia.

Uśredniając stopy zwrotu uzyskiwane z takich zakupów WIG-u 20 dokonywanych w marcowych dołkach co 4 lata (+37 proc., +43 proc., +35 proc., +8 proc.) otrzymujemy liczbę +30 proc. jako uzasadniony historycznie potencjalny zysk na koniec tego roku.

Jak wynika z powyższej wyliczanki idealnym "środowiskiem informacyjnym" dla formowania się takiego marcowego dołka byłoby połączenie wiadomości o upadku jakiejś znaczącej firmy finansowej z "newsem" o amerykańskich bombach przygotowywanych do zrzucenia na jakiś kraj. W końcu jeśli chcemy, by ktoś sprzedał nam akcje po atrakcyjnie niskich cenach, to musimy go czymś trochę postraszyć... 

 Tu można znaleźć uśrednioną ścieżkę WIG-u 20 z tych 4 lat na tle tegorocznego przebiegu indeksu. Jak widać sugeruje ona dołek w okolicach poziomu 2600 w trakcie najbliższych sesji, a następnie trwający pół roku wzrost wartości indeksu o około jedną trzecią. Tak uzyskana "projekcja" kończy obecny rok w okolicach poziomu 3300 punktów.

Nawet jeśli te oszacowania są zawyżone, to i tak szacunek potencjalnego zysku do ryzyka wydaje się być dla takich marcowych zakupów akcji niezwykle atrakcyjny. Pozostaje oczywiście trudny problem wyznaczenia dokładnej daty i poziomu dołka. Tutaj umieściłem próbę takiego oszacowania wykonaną dla cen akcji w strefie euro. Ponieważ taka sztuka precyzyjnego wyznaczenia dołka udaje się stosunkowo rzadko, więc spekulanci chcący skorzystać z tej oferowanej najwyraźniej przez rynek okazji do średnioterminowych zakupów akcji powinni rozłożyć swe ewentualne marcowe zakupy na kilka rat.  

 

13:10, bialek.wojciech
Link Komentarze (425) »