Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Archiwum
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
środa, 21 grudnia 2011

Nie będzie chyba zbytnim nadużyciem, jeśli w skrócie scharakteryzuję stanowisko dużej części rynkowych "niedźwiedzi" za pomocą poniższego rysunku:

 

 

Jak widać obecna sytuacja techniczna amerykańskiego S&P 500 jest właściwie kopią tej z początku czerwca 2008 roku. Indeks był wtedy już w 8-mym miesiącu poprzedniej bessy (która na S&P 500 rozpoczęła się w październiku 2007) i lada moment miał się załamać do nowych minimów wskutek eskalacji ówczesnego kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, który niebawem miał wymusić nacjonalizację amerykańskich gigantów Freddie Mac i Fannie Mae a 3 miesiące później bankructwo banku inwestycyjnego Lehman Brothers. Obecnie również od kwietniowego szczytu hossy minęło już 8 miesięcy i po odbiciu się S&P 500 od opadającej średniej 200-sesyjnej scena wydaje się być obecnie przygotowana do kolejnego załamania a la lato 2008....

W niniejszym komentarzu chciałbym przedstawić argumenty przemawiające za tym, że tak się nie stanie, to znaczy, że analogia z wiosną 2008, choć bardzo atrakcyjna z punktu widzenia technicznego obrazu rynku, po rozważeniu w szerszym kontekście obejmującym zjawiska gospodarcze okazuje się zupełnie nieadekwatna.

W pewnym sensie niniejszy tekst ma być swego rodzaju odpowiednikiem komentarza z lipca 2010 roku zatytułowanego "'Krzyże śmierci' nad giełdami i inne strachy na Lachy", choć tym razem daruję sobie bezczelność, od której 2,5 roku temu nie mogłem się powstrzymać:

 

"Wszystko to sugeruje, że delikatne wyjęcie akcji z drżących łapek przerażonych inwestorów powinno okazać się obecnie tym z gestów miłosierdzia, który nie pozostanie bez nagrody wypłaconej jeszcze tego lata."  

 

... jako że - jak się wydaje - tym razem sytuacja jest skomplikowana nieco bardziej niż latem 2009 i odrzucenie natychmiastowego Armagedonu jako preferowanego scenariusza nie oznacza automatycznie konieczności dokonywania gorączkowych zakupów już teraz. Ostrożność jest wskazana - wszak analitycy - w tym i niżej podpisany - czasami się jednak mylą tak jak np. lekarze...

Oto

- argument pierwszy - diametralnie odmienna obecnie od tej z wiosny 2008 roku sytuacja na amerykańskim rynku pracy:

 

 

O ile wiosną 2008 liczba nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wzrastała właśnie do wieloletnich maksimów, to w zeszłym tygodniu otrzymaliśmy sygnał dokładnie odwrotny - spadek liczby "initial jobless claims" do najniższego poziomu od wiosny 2008.

- Argument drugi - zaczerpnięty od Jarka Niedzielewskiego z Investors TFI, który posłużył się nim w ostatniej debacie Parkietu, w której miałem zaszczyt uczestniczyć, a której zapis ma się ukazać jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia - zaprzeczający trwaniu bessy na rynku akcji wzrostu produkcji przemysłowej w USA:

 

 

Jak widać "warunkiem koniecznym" "prawdziwej" bessy na Wall Street jest spadek produkcji przemysłowej w USA w ujęciu nominalnym. Tymczasem obecnie produkcja sobie żwawo rośnie, co każe oczywiście kojarzyć obecna sytuację z 1987 rokiem.

Nawiasem mówiąc gorąco polecam wszystkim analizy Jarka prezentowane w miesięcznych biuletynach, które można znaleźć na stronie Investors TFI. Moim zdaniem na polskim rynku rzadko można znaleźć towar podobnej jakości.

Z poprzednim związany jest

- argument trzeci - w przeciwieństwie do wiosny 2008, kiedy to USA przygotowywały się właśnie do wejścia w 1,5-roczną recesję, gospodarka amerykańska wenerowała niedawno sygnał wyjścia z recesji, w którą nie zdążyła wpaść:

 

 

- Argument czwarty: wyjście gospodarki USA z recesji zostało potwierdzone charakterystycznym "wykopem" cen akcji w górę:

 

 

W przeszłości takie "wykopnięcie" cen akcji w górę sygnalizowało zawsze początek wieloletniej gry na zwyżkę. W przypadkach z 1974, 1982, 1991 oraz 1998 roku skuteczny był już pierwszy "wykop". W przypadkach z lat 2002 i 2008/2009 potrzebny był jeszcze drugi - tym razem skuteczny - następujący w 3-4 miesiące po pierwszym. To oznacza, że z prawdopodobieństwem 2/3 hossa na Wall Street już trwa, a z prawdopodobieństwem 1/3 zacznie się w styczniu-lutym.

- argument piąty: wiosną 2008 w przeciwieństwie do chwili obecnej Zachód/USA nie był(y) po poprawiającej nastroje społeczne wygranej wojnie.

Ktoś powie "no dobrze, ale dlaczego wszystkie dotychczasowe argumenty dotyczyły USA. Czy ten 'amerykocentryzm' nie jest w dzisiejszych czasach przestarzały"? Proszę więc

- argument szósty - w przeciwieństwie do wiosny 2008, kiedy to przed nami była jeszcze jedna podwyżka stóp w wykonaniu ECB (lipiec 2008), teraz jesteśmy już po drugiej obniżce stóp ECB w tym cyklu:

  

 

Z podobną do obecnej sytuacją - tuż po drugiej w danym cyklu obniżce stóp ECB - mieliśmy do czynienia w przeszłości w listopadzie 2008 oraz we wrześniu 2001. W obu przypadkach zbiegło się to w czasie z początkiem hossy na rynkach "wschodzących" (MSCI Emerging Markers). W trzecim przypadku - drugiej obniżce z kwietnia 1999 - cykliczna hossa na "Emerging Markets" trwała już od pół roku.

Warto zauważyć przy okazji, że opóźnienie z jakim cykliczne hossy na rynkach "wschodzących" zaczynały się w przeszłości po ostatniej w danym cyklu podwyżce stóp procentowych ECB/Bundesbanku wynosiło - odpowiednio - 1 rok (październik 1997-październik 1998), 1 rok (październik 2000-październik 2001) oraz 3 miesiące (lipiec 2008-październik 2008). W tym ostatnim przypadku drugi prawie równorzędny dołek wypadł na początku marca 2009, co pozwala sformułować hipotezę, że nowa cykliczna hossa na rynkach "wschodzących" powinna rozpocząć się 8 do 12 miesięcy po ostatniej w danym cyklu podwyżce stóp ECB/Bundesbanku. W obecnej sytuacji - ostatnia podwyżka w lipcu tego roku - daje to okres pomiędzy marcem a lipcem 2012 jako termin początku nowej hossy. To trochę późno, ale pamiętajmy, że wcześniejsza analiza typowego opóźnienia początku hossy w stosunku do terminu drugiej obniżki stóp, zasugerowała, że hossa powinna właśnie się zaczynać lub wręcz już trwa. To sugeruje poważniejsze znaczenie dołka z początku października, który być może jest odpowiednikiem dna z października 2008.

Za tym ostatnim wnioskiem przemawia

- argument siódmy - w przeciwieństwie do wiosny 2008 paniczna ucieczka od "ryzykownych" aktywów (akcji na rynkach "wschodzących") do aktywów "bezpiecznych" (dolarowej gotówki) już się odbyła:

 

 

W przeszłości takie jak ostatnio paniczne fale ucieczki do dolarowej gotówki (3-mies. zmiana M1 w USA przekraczająca 6 proc.) występowały latem 2001 oraz zimą 2008/2009 precyzyjnie wyznaczając apogea "rynków niedźwiedzia" na "Emerging Markets" (będących dobrą aproksymacja pojęcia "ryzykownych aktywów").

- Argument ósmy - europejskie rynki akcji zachowują się tak jak jesienią 2008, a nie wiosną 2008:

 

 

Proszę zauważyć, że ten ostatni wykres daje "niedźwiedziom" jeszcze odrobinę nadziei, że w Europie bessa skończy się dopiero za 3 miesiące w marcu 2012:

Na koniec wypada coś napisać o naszym rynku, stąd

- argument dziewiąty - od dwóch miesięcy rośnie już dynamika roczna liczonego przez OECD indeksu wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Polski:

 

 

  ... co po uśrednieniu zachowania WIG-u 20 po takich sygnałach z przeszłości daje następującą projekcję wartości WIG-u 20 w przyszłości:

 

 

To narzędzie sugeruje początek cyklicznej hossy na WIG-u 20 już pod koniec stycznia.

Zapewne jednym z głównych powodów tego wzrostu dynamiki rocznej OECD-owskiego indeksu wskaźników wyprzedzających dla Polski było osłabienie złotego, do którego doszło od kwietnia. Ta obserwacja prowadzi nas do

- argumentu dziewiątego i pół - wiosną 2008 złoty jeszcze się umacniał (do lipca 2008), gdy tymczasem obecnie mamy już za sobą  prawie 8 miesięcy osłabienia złotego poprawiającego relatywną konkurencyjność polskiej gospodarki:

 

 

Ten argument zostawia otwartą możliwość jeszcze jednej fali osłabienia złotego a pierwszych tygodniach 2012 roku.

Ukoronowaniem tych wszystkich przesłanek jest

- argument dziesiąty, który znalazłem w dzisiejszej prasie:

 

"183 mld zł - polskie firmy jeszcze nigdy w historii nie miały tyle pieniędzy na kontach. Obrosły w gotówkę, bo nie inwestowały. - Szykują się na kryzys - mówią ekonomiści"

 

Kłania się tu "zasada zmienności". Jak to mówią: "zarządy/zarządzający są zawsze przygotowani do poprzedniej recesji/bessy", czy jakoś tak...

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

21:13, bialek.wojciech
Link Komentarze (711) »
wtorek, 06 grudnia 2011

W zeszłym tygodniu (jeszcze przed ostatnim najsilniejszym od 3 lat kilkudniowym wystrzałem cen akcji w górę) opublikowane zostały w USA bardzo interesujące dane. Otóż obliczany przez Conference Board wskaźnik poziomu zaufania konsumentów ("Consumer Confidence Index") wzrósł w USA w listopadzie o ponad 15 punktów. Ponieważ był to największy tego typu skok w górę nastrojów Amerykanów od 8 lat zostało to raczej powszechnie zinterpretowane jako pozytywny sygnał dla rynków akcji. Proponuję przejrzeć się bliżej temu zjawisku, bo wnioski, które z tej analizy wypłyną, okażą się mocno zaskakujące. Na poniższym rysunku przedstawiono wykres Conference Board Consumer Confidence Index w okresie minionych 20 lat:

 

 

Jak widać w przedstawionym okresie miały miejsce wcześniej jedynie trzy wystrzały w górę z miesiąca na miesiąc poziomu zaufania amerykańskich konsumentów o skali porównywalnej do tej z listopada tego roku (czyli o ponad 15 pkt.). Ponieważ od połowy od 70-tych do końca lat 80-tych z takim zjawiskiem nie mieliśmy do czynienia, więc można powiedzieć, że w okresie minionego pokolenia zdarzyły się jedynie 4 tego typu przypadki. Ich daty to marzec 1991, marzec 2002, kwiecień 2003 oraz listopad 2011. Czy dla tych dat można znaleźć jakiś wspólny mianownik? Otóż tak i nie trzeba się nawet specjalnie wysilać. To co łączy te daty to oczywiście fakt, że każda znich wyznaczała zwycięstwo wojska USA w jakiejś kampanii wojennej. 

Marzec 1991 - I wojna w Zatoce Perskiej:

 

"28 lutego 1991 roku prezydent George H. W. Bush ogłosił zwycięskie zakończenie wojny i wyzwolenie Kuwejtu, w którym jednak nie wprowadzono demokratycznych reform. 3 marca Saddam Husajn przyjął warunki rozejmu."

 

Marzec 2002 - Inwazja na Afganistan:

 

"Po zakończeniu działań wojennych na początku 2002 roku wojska NATO w liczbie 150 tys. żołnierzy pozostały w Afganistanie."

 

Kwiecień 2003 - II wojna w Zatoce Perskiej:

 

"9 kwietnia  2003 r. Bagdad znajdował się już formalnie pod kontrolą sił amerykańskich i ogłoszono oficjalnie przejęcie władzy w całym kraju."

 

Jak jednak wytłumaczyć wybuch optymizmu Amerykanów sprzed miesiąca? Ależ też oczywiście wojennym zwycięstwem tym razem odniesionym w jeszcze innym muzułmańskim kraju - Wojna w Libii:

 

"Oficjalnie nowe władze wyzwolenie Libii ogłosiły w Bengazi 23 października 2011. Ten dzień uznaje się za zakończenie wojny domowej."

  

Dla giełdowego spekulanta z tej zależności niewiele raczej wynika na przyszłość, gdyż w tych 3 wcześniejszych przypadkach późniejsze ścieżki cen akcji w USA były różne (po 1991 i po 2003 roku zaczynały się wieloletnie hossy, ale po marcu 2002 ceny akcji spadły jeszcze o 30 proc.):

 

 

Jeśli jednak któremuś z szacownych Czytelników tego blogu kiedyś zdarzy się doradzać któremuś z przyszłych prezydentów USA, to wiedza, że nic tak nie poprawia Amerykanom humoru jak jakaś zwycięska kampania wojenna w którymś z muzułmańskich krajów, może okazać się użyteczna.

Komuś myśl o amerykańskich gospodyniach domowych tańczących z radości pod wpływem doniesień wojennych i w przypływie entuzjazmu wywołanego zwycięstwem nad kolejnym muzułmańskim krajem robiących rekordowe zakupy może się niezbyt spodobać. Amerykanów trzeba jednak zrozumieć. Ciągle najwyraźniej przeżywają traumę wywołaną pierwszymi zagranicznymi wojnami, z którymi młoda republika została skonfrontowana na samym początku swego istnienia:

 

"I wojna berberyjska (toczona w latach 1801–1805), zwana również wojną trypolitańską, była pierwszą z dwóch wojen, do jakich doszło pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a muzułmańskimi państwami Afryki Północnej nazywanymi potocznie państwami berberyjskimi. Znajdowały się wśród nich Sułtanat Maroka i Trypolis, quasi-niepodległe miasto-państwo, nominalnie należące do Imperium osmańskiego."

"II wojna berberyjska (1815-1816), w historiografii znana również jako wojna algierska, była drugim z dwóch konfliktów zbrojnych do jakich doszło na początku XIX wieku między Stanami Zjednoczonymi a nominalnie podległymi imperium osmańskiemu północnoafrykańskimi miastami-państwami: Algierem, Trypolisem i Tunisem, ogólnie nazywanymi państwami berberyjskimi."

 

Nie przez przypadek do tej pory hymn amerykańskich marines, którzy 200 lat temu na wybrzeżach Afryki Północnej po raz pierwszy wkroczyli do akcji, zaczyna się od słów:

 

"From the Halls of Montezuma,

To the shores of Tripoli"

...

 

 

EDIT. W powyższym komentarzy napisałem, że "dla giełdowego spekulanta z tej zależności niewiele raczej wynika na przyszłość", ale być może nie miałem racji. Jak zwrócił mi bowiem uwagę pan darkh(est) autor bardzo interesujących analiz statystycznej wymowy różnych rynkowych i okołorynkowych zdarzeń -

 

"a wystarczy pkt zmienic na % a rok 2002 na 2009, w ktorym to USA wygralo z kryzysem ;)"

  

- a otrzymamy już całkiem interesujący rezultat. I rzeczywiście jeśli kryterium miesięcznego wzrostu indeksu zaufania konsumentów zmienimy ze "wzrostu o przynajmniej 15 punktów" na "wzrost o ponad 20 proc.", to sygnał z wiosny 2002 znika, a pojawiają się sygnały z listopada 1992 roku oraz kwietnia 2009 roku:

 

 

 

Ścieżki S&P 500 po tak zdefiniowanych sygnałach wyglądają dosyć jednoznacznie pozytywnie - historyczne ryzyko w perspektywie 2 lat po takich sygnałach właściwie nie istnieje:

 

 

 

... a projekcja wartości S&P 500 uzyskana poprzez uśrednienie przebiegu tych ścieżek prowadzi do wniosku, który ostatnio raz po raz powraca: za mniej więcej 2 lata S&P 500 powinien być w okolicach poziomu historycznych szczytów z lat 2000 i 2007:

 

 

Warto również zwrócić uwagę, że z tej projekcji wynika, że w przeszłości takie jak listopadowy wystrzały nastrojów Amerykanów w górę pojawiały się średnio w ok. 2 miesiące po dnie bessy.

 

15:54, bialek.wojciech
Link Komentarze (677) »