Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
środa, 26 listopada 2014

Na zakończonej w niedzielę konferencji krajowego Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych "Profesjonalny Inwestor" przedstawiłem w piątek prezentację zatytułowaną "Wojna, hossa na Wall Street i Chinageddon". Sądząc po silnej reakcji kilku portali, który wzmianki na ten temat umieściły na pierwszych stronach, wątek wojenny poruszony w prezentacji wzbudził spore zainteresowanie w przeciwieństwie do hossy na Wall Street i Chinagedonnu. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo wolałbym być kojarzony w prognozami rynkowymi, ale wypada tezę postawioną na konferencji opisać i na blogu. 

Była ona bardzo prosta i da się ją zrekapitulować jednym zdaniem: "apogeum napięcia geopolitycznego skutkującego poważnym konfliktem militarnym wypada w mniej więcej 7 lat po giełdowym dołku związanym z pokoleniowym kryzysem gospodarczym". Zilustrowałem ją trzema przykładami sprzed jednego, dwu i trzech pokoleń. 

Trzy pokolenia temu I Wojna Światowa wybuchła w lipcu 1914 roku w 6 lat i 8 miesięcy po dołku S&P 500 z listopada 1907 będącego giełdową kulminacją kryzysu finansowego zwanego "Paniką roku 1907". Był po poważny kryzys (będący w dużej mierze kopią tego sprzed 6 lat), który stał się pretekstem do stworzenia w 1913 roku instytucji, która do dziś trzęsie światową gospodarką i rynkami czyli amerykańskiej Rezerwy Federalnej. 

Pokolenie później II Wojna Światowa wybuchła we wrześniu 1939 w 7 lat i 3 miesiące po dołku S&P 500 z czerwca 1932 będącego giełdową kulminacją "Wielkiego Kryzysu"

Na podstawie tych dwóch przypadków można by sformułować hipotezę, że wojny światowe wybuchając w 6 lat 8 miesięcy-7 lat  3 miesiące po giełdowych dołkach pokoleniowych kryzysów finansowo-gospodarczych. 

Test tej hipotezy - gdyby ją ktoś  wtedy postawił - nadszedłby pomiędzy czerwcem 1981 a styczniem 1982, kiedy to miałaby wybuchnąć III Wojna Światowa. 

Na szczęście dla świata skończyło się tylko na Stanie Wojennym w Polsce wprowadzonym w grudniu 1981 czyli w 7 lat i 2 miesiące po dołku S&P 500 będącym kulminacją "Kryzysu naftowego"

Pierwotną hipotezę należy więc ewidentnie osłabić: "w 6 lat 8 miesięcy - 7 lat 3 miesiące po giełdowym dołku pokoleniowego kryzysu finansowego ktoś (czasami obcy czasami swój) napada raczej na Polskę, no chyba że na Serbię (ale wojna do nas i tak dochodzi).

Owe 6 lat 8 miesięcy - 7 lat i 3 miesiące to podwójny cykl Kitchina (czyli 2 razy 3 lata i 4 miesiące), który to cykl pozwoliłem sobie kiedyś stosownie ochrzcić mianem "cyklu 6,(66)"

Związek Wielkiego kryzysu z dojściem do władzy Hitlera i wybuchem wojny światowej jest oczywisty i omawiany w większości podręczników historii dotyczących tej tematyki.

Związek kryzysu naftowego lat 70-tych, który doprowadził do wzrostu stóp procentowych w USA do poziomu kilkunastu procent z kryzysem gospodarczym zadłużonego PRL (kartki na cukier wprowadzone zostały już w 1976 roku), powstaniem Solidarności, zawieszeniem przez władze komunistyczne obsługi długu zagranicznego pod koniec 1981 roku i wprowadzeniem Stanu Wojennego też chyba nie jest specjalnie kontrowersyjny. 

Nasza pamięć nie sięga do czasu Paniki roku 1907-ego, wiec w tym przypadku jej ewentualny związek z wybuchem I Wojny Światowej wymagałby dodatkowych badań. Osobiście jestem przekonany, że taki związek dałoby się wykazać - USA były już wtedy największą gospodarką świata, więc jej kryzys musiał mieć poważne reperkusje również w Europie. 

Dołek S&P 500 związany z ostatnim kryzysem, który rozegrał się - w ramach cyklu pokoleniowego  - w latach 2007-2009 wypadł w marcu 2009. 

Jak łatwo wyliczyć coś a la pierwsza I Wojna Światowa, II Wojna Światowa lub Stan Wojenny powinny rozpocząć się gdzieś tam w okolicach okresu listopad 2015-czerwiec 2016. 

Tak to wygląda na obrazkach:

 

 

 

Na powyższym wykresie pionowe przerywane linie wyznaczają momenty wybuchu konfliktu militarnego, a na poziomem osi znajduje się liczba sesji od giełdowego dna kryzysu. 

Oczywiście wizja wojny za rok-półtora nie jest specjalnie przyjemna. Można pocieszać się na wiele sposobów. Że to tylko nieprzyzwoita  zabawa historią. Że może znowu napadną na Serbię, a my się uchowamy. Że z XIX-wiecznymi kryzysami finansowymi niekoniecznie związać można w podobny sposób jak to uczyniłem wyżej jakieś poważne konflikty militarne. 

Ja osobiście pocieszam się tym, że jeśli prawdą jest, co mówią niektórzy, że USA mają stać się samowystarczalne pod względem zaopatrzenia w surowce energetyczne do końca tej dekady, to jedną z konsekwencji może być to, że kraj ten przestanie pełnić kosztowną rolę policjanta w rejonie Bliskiego Wschodu skąd pochodzi dużą część globalnej produkcji ropy naftowej. To zaś może otworzyć wrota do konfliktu, który wciągnie i regionalne potęgi - marzące o odzyskaniu dawno utraconej imperialnej chwały narody Persów, Arabów i Turków - i lokalnych graczy - dążących do własnego państwa Kurdów, broniących sprawowanej władzy Alawitów, walczących o przetrwanie jazydów czy chrześcijan. Dodajmy do tego interesy największych mocarstw (USA, UE, Chiny, Indie, Rosja), konflikt pomiędzy sunnitami i szyitami, dorzućmy salafitów z ISIS, wsadźmy jeszcze Izrael z jego atomowym arsenałem i otrzymamy wybuchowy koktajl, którym nawet chyba nie trzeba specjalnie potrząsać by wybuchnął.

Dla nas to pocieszenie, bo tym razem może pokryzysowy konflikt nie wybuchnie w Europie Środkowej (bo ta przestała być pępkiem świata, którym była w przeszłości), ale gdzieś daleko, a my pełnić będziemy rolę Argentyny z czasów II Wojny Światowej (no tylko trzeba jeszcze jakoś okiełznać Rosję). 

I jeszcze jedno pocieszenie: przy dzisiejszej demografii konflikty militarne powinny wybuchać raczej w krajach południa, gdzie ciągle jeszcze jest dużo młodych ludzi, a nie w naszych okolicach, gdzie młodzieży, którą można by rzucać do szturmów na okopy przeciwnika, jest coraz mniej. 

Jeśli ktoś się interesuje taką tematyką, to może zacząć np. od teorii cykli hegemonicznych George'a Modelskiego

Dla nas tutaj prognozowanie wojen to poboczne zajęcie a interesować nas powinno raczej zarabianie pieniędzy. Na zakończenie więc przykład jak pieniądze zarabiać można również na wojnie. Poniżej 3 piękne zwiastuny gry The War of Mine wyprodukowanej przez warszawskie 11 Bit Studios:

 

 

 

 

Gra zadebiutowała na serwisie Steam niecałe 2 tygodnie temu zbierając świetne recenzje i trafiając raczej niespodziewanie od razu na drugie miejsce pod względem sprzedaży

Kurs akcji notowanej na rynku New Connect spółki zareagował stosownie potwierdzając tym samym starą mądrość, że wojna bywa dla niektórych świetnym interesem:

 


 

 

 


16:13, bialek.wojciech
Link Komentarze (258) »
środa, 19 listopada 2014

Na początku tego roku dług publiczny Polski spadł o 130 mld zł wskutek konfiskaty przez rząd połowy oszczędności emerytalnych zgromadzonych w OFE. Teoretycznie można było wtedy argumentować, że nic się wtedy istotnego nie wydarzyło: co prawda zniknęła część oszczędności obywateli, ale równocześnie o tą właśnie sumę spadł dług publiczny. Niestety od lutego do sierpnia dług publiczny wrócił na ścieżkę wzrostu zwiększając się w ciągu pół roku o 22 miliardów. Utrzymanie tego tempa w przyszłości oznaczałoby, że rządzące pokolenie "dzieci kwiatów (znanych również jako "baby boomers") ukształtowane przez dzieciństwo i młodość spędzone w ustroju komunistycznym ma zamiar bez skrupułów przepuścić owe 130 mld zł czyli całość zabranych młodszemu pokoleniu oszczędności emerytalnych w ciągu zaledwie 3 lat:

 

 

Po lipcu wyglądało to naprawdę fatalnie z najwyższym od 3 lat 12-miesięcznym deficytem budżetu (-42,6 mld zł) i niepewnością co do skali rozpoczętego wiosną spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego, gospodarczych skutków agresji Rosji wobec Ukrainy i wprowadzanych sankcji gospodarczych.

Tymczasem w ciągu następnych 3 miesięcy 12-miesięczne saldo budżetu rządu skurczyło się niespodziewanie do 30 mld zł czyli najniższego poziomu od 2 lat (to mniej niż 2 proc. PKB):

 

 

Przyczyną ten nagłej zmiany był najsilniejszy w okresie minionych przynajmniej 18 lat spadek dynamiki wydatków rządu. W ciągu minionych 3 miesięcy średnia zmiana roczna wydatków budżetu wyniosła -14,2 proc. przy analogicznej średniej dynamice przychodów na minimalnie dodatnim poziomie +0,4 proc. (realnie jest to więcej, ze względu na trwającą rekordową deflację):

 

 

Nie bardzo potrafię wytłumaczyć to nagłe naciśnięcie przez rząd fiskalnego hamulca. Chciałoby się wierzyć, że oto nadszedł moment opamiętania i od tej pory fiskalna odpowiedzialność wynikająca z międzypokoleniowej solidarności w sytuacji rozpoczynającego się kryzysu demograficznego stanie się normą prowadzonej w naszym kraju polityki. 

Niestety za rok mamy wybory do Sejmu i Senatu, a tak się składa, że w przeszłości, czy to wskutek zbiegu okoliczności (mniej prawdopodobne), czy też celowej manipulacji kolejnych rządów (bardziej prawdopodobne) skala wydatków budżetu zawsze rosła w okresie poprzedzającym kolejne wybory:

 

 

12-miesięczne wydatki budżetu urosły przed wyborami z października 2011 o 15,9 mld zł, przed wyborami z października 2007 o 16 mld zł, przed wyborami z września 2005 o 20,9 mld zł a przed wyborami z września 2001 o 2,1 mld zł. Z tego punktu widzenia rządząca w 2001 roku AWS zachowała się najbardziej przyzwoicie i ... sromotnie przegrała, chociaż odwrotne zachowanie SLD 4 lata później nie przyniosło mu sukcesu). 

Na podstawie tych doświadczeń można niestety obawiać się, że rząd przejdzie niebawem do "fiskalnej ofensywy" zwiększając w ciągu następnych 12 miesięcy wydatki o kilkanaście miliardów złotych, co nie pozwoli na zejście z wzrostowej ścieżki długu publicznego. 



12:16, bialek.wojciech
Link Komentarze (188) »
piątek, 14 listopada 2014

W czerwcu tego roku przedstawiłem w jednym z komentarzy ("Co dalej ze wzrostem gospodarczym?") narzędzie, które nazwałem wskaźnikiem "szerokości" wzrostu gospodarczego w krajach OECD. Oparte było na zachowaniu publikowanych co miesiąc przez OECD indeksów wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej (w wersji "amplitude adjusted"). Wartość wskaźnika to różnica liczby krajów, dla których CLI (Composite Leading Indicator) wzrósł w danym miesiącu i liczby krajów, dla których spadł.

Przez minione 5 miesięcy niewiele się tu zmieniło - wartość wskaźnika nadal utrzymuje się powyżej zera, co oznacza, że wśród krajów OECD nadal większa liczba wskaźników wyprzedzających rośnie niż spada. To sugeruje, że na horyzoncie - wskaźnik sięga średnio 9 miesięcy do przodu (przy niestety raczej niskim współczynniku korelacji z dynamiką PKB w Polsce na poziomie 0,49) - nie widać jakiegoś gospodarczego załamania w krajach rozwiniętych. Przykładowo w poprzednim cyklu wartość wskaźnika spadła poniżej zera w marcu 2011, o czym dowiedzielibyśmy się w maju 2011 (OECD publikuje te dane z 2-miesięcznym opóźnieniem). Co prawda szczyt cen akcji na GPW wypadł wtedy już  w kwietniu, ale do poważnego tąpnięcia doszło dopiero w sierpniu. Na przetrawienie tego sygnału ostrzegawczego były więc 3 miesiące. Cofając się do jeszcze poprzedniego cyklu spadek wskaźnika poniżej zera nastąpił w sierpniu 2007 o czym dowiedzielibyśmy się w październiku 2007, czyli w miesiącu, w którym WIG-20 (i S&P 500 ustanowił szczyt hossy (WIG zrobił to już w lipcu). Na razie podobnego sygnału ostrzegawczego brak.

Z drugiej strony nic w zachowaniu wskaźnika nie sugeruje nadciągającego w najbliższych miesiącach silnego ożywienia gospodarczego na świecie. 

 

 

Dziś chciałbym przedstawić nieco inną wersję tego wskaźnika, tym razem opartą na 12-miesięcznych ekstremów indeksów wskaźników wyprzedzających krajów OECD. Innymi słowa jego wartość jest różnicą pomiędzy liczbą CLI ustanawiających roczne maksima, a liczbą CLI spadających do rocznych minimów. 

 

 

Tutaj za cenę skrócenia obserwowanego horyzontu do 7 miesięcy, uzyskujemy wzrost do 0,54 wartości współczynnika korelacji z roczną dynamiką PKB w naszym kraju. Wniosek podobny jak przy poprzedniej wersji wskaźnika: nie widać nowej fali ożywienia na świecie, ale z drugiej strony obecne spowolnienie na razie nie powinno przekształcić się w jakieś poważniejsze załamanie. 


12:51, bialek.wojciech
Link Komentarze (87) »
czwartek, 06 listopada 2014

W ciągu ostatnich kilkunastu sesji S&P 500 przeszedł w nigdy wcześniej nie obserwowanym tempie z półrocznego minimum na nowy szczyt. Zajęło mu to 13 sesji, co można porównać z wcześniejszym rekordowym tempem 23 sesji zanotowanym w październiku-listopadzie 1999. Dając S&P 500 30 sesji na wykonanie podobnej wolty otrzymujemy dodatkowe sygnały na początku sierpnia 1951, na początku lutego 1992 oraz w połowie listopada 2005. W każdym z tych przypadków tego typu zachowanie S&P poprzedzało dalsze wzrosty cen akcji, chociaż te po sygnale z listopada 1999 trwały jedynie 4 miesiące.

Takie zachowanie amerykańskiego rynku akcji można uznać za zgodne z wnioskiem wysnutym 5 tygodni temu na podstawie analizy pozycji Wall Street w ramach cyklu prezydenckiego (Coraz mniejsze szanse na silny spadek na Wall Street). 

Równocześnie z odbiciem cen akcji w górę doszło do dalszego osłabienie na rynku surowców. Umacniał się również nadal dolar. To z kolei można uznać za zgodne z wnioskami wyciągniętymi na podstawie oceny obecnej pozycji rynków w ramach cyklu Kuznetsa ("Dollar Index na 4-letnim maksimum"). 

Proponuje jednak ostatnie 4-letnie dołki cen metali szlachetnych potraktować jako pretekst do przyjrzenia się powstałej sytuacji i podjęcia próby oceny krótkoterminowych perspektyw tego segmentu rynku. W szczególności interesować mnie będzie problem wyznaczenia terminu kulminacji obecnego trendu spadkowego cen surowców (i zapewne wzrostowego dolara). 

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że na srebrze w okresie minionego pokolenia 3 z 4 podobnych do obecnej sytuacji - cena na 4-letnim dołku - okazało się bardzo dobrymi momentami do zajęcia długiej pozycji na następne przynajmniej kilka miesięcy:

 


 

Zwykle takie sygnały traktuję jako pretekst do stworzenia projekcji zachowania kursu w przyszłości, ale teraz ograniczę się do swobodnej wariacji na temat tych sygnałów przedstawionej poniżej:

 

 

Powyższa interpretacja zostawia trochę więcej swobody przy wyznaczaniu oczekiwanego terminu końca wyprzedaży - raz spadek po podobnym do obecnego wybiciu jest dłuższy i głębszy, raz krótszy i płytszy, ale generalnie wszystkie zaznaczone strzałkami sytuacje wydają się być podobne do siebie nawzajem i do tego co się na rynku srebra dzieje obecnie. 

Podobną historyczną analogię - chociaż tylko jedną - chciałbym zaproponować dla złota:

 

 

Na zbliżeniu ta analogia z majem 1999 wygląda tak:

 

  

Gdyby złoto nadal poruszało się w miarę zgodnie z przedstawionym schematem, to najniższy poziom powinien zostać ustanowiony gdzieś w lutym (w okolicach poziomu 1070 dolarów) a potem czekałby złoto szybki ruch w górę (nietrwały dla dynamiczny). Oczywiście tę analogię z majem 1999 traktuję oportunistycznie - pozycja rynku w cyklu Kuznetsa raczej nie pozwala szukać w najbliższym czasie dołka innego niż lokalny.

 

Można to porównać z uzyskaną na podstawie cyklu Kuznetsa i 4-letnich maksimów Dollar Index z lat 1981 i 1997 projekcją dla tego indeksu amerykańskiej waluty:


 

Co prawda dolar umacnia się w trochę szybszym tempie niż to sugerowane przez projekcję, ale jeśli chodzi o czas, to uformowania szczytu na dolarze można się na tej podstawie spodziewać za mniej więcej 1,5-2 miesiące, czyli powiedzmy pomiędzy Bożym Narodzeniem a Trzech Króli. Zgodnie z projekcją późniejsza korekta spadkowa powinna trwać ok. 3 miesiące, czyli objąć generalnie pierwszy kwartał 2015 roku.

 

Spadające ceny surowców (ropa też w tym tygodniu znalazła się na 3-letnim dołku) i umacniający się dolar to środowisko sprzyjające wzrostowi kursu USD/RUB. Tak jak obecnie rubel osłabiał się w przeszłości na początku lat 90-tych gdy rozpadał się ZSRR, w latach 1998-99, gdy zbankrutowała Rosja oraz w latach 2008-2009 podczas ostatniego globalnego kryzysu deflacyjnego:

 


 

Pominąłem przypadek z początku lat 90-tych i uśredniając ścieżki z lat 1998-1999 i 2008-2009 stworzyłem "projekcję" dla USD/RUB. Pominąłem tu zupełnie kwestię możliwego do osiągnięcia poziomu, bo przypadki z lat 1998-1999 i 2008-2009 są mało porównywalne, interesowała mnie natomiast sama czasowa dynamika ruchu:

 

 

Projekcja ta szczytuje za mniej więcej 3 miesiące, co sugeruje osiągnięcie lokalnego apogeum paniki na rosyjskim rynku finansowym w okolicach lutego przyszłego roku. 

 

Uzyskane różnymi metodami daty - od końca grudnia do lutego - kojarzą mi się z oczekiwanym terminem następnego dołka na rynku akcji w ramach cyklu 40-tygodniowego. Przy poniższej interpretacji tego cyklu dla WIG-u następnego ważnego minimum cen akcji należy się spodziewać w okolicach 8 stycznia. Wydaje się, że zbiegnięcie się takiego dołka WIG-u z apogeum globalnego trendu deflacyjnego - który w końcówce może przyjąć na niektórych rynkach "wschodzących" paniczną postać - jest prawdopodobne.

 


 


 


19:09, bialek.wojciech
Link Komentarze (425) »