Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Archiwum
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 26 lutego 2016

Jakiś czas temu wprowadziłem pojęcie "cyklu 6,(66)" rozumianego jako podwójny cykl Kitchina na rynku akcji odpowiedzialny za pamiętne szczyty cen na GPW z lat 2007, 2000 i 1994, a po poszerzeniu horyzontu za maksima S&P 500 z lat 1987, 1980, 1973 czy 1966. Niebawem spróbuję zastanowić się, jak ta koncepcja ma się do ostatnich wydarzeń na Wall Street, dziś natomiast pora na interpretację wykresu WIG-u 20 z punkty widzenia cyklu 6,(66). 

 

 

Interpretacja jest w miarę oczywista: po kluczowym szczytach cen akcji z marca 1994, marca 2000 i lipca 2007 ustanawiane były kluczowe dołki, po których WIG-20 już nigdy nie był niżej. Daty tych minimów to marzec 1995, październik 2001 i luty 2009.  Średnia odległość pomiędzy tymi dołkami bessy to niecałe 7 lat. Niecałe 7 lat od ostatniego dołka cyklu 6,(66) upłynęło w styczniu tego roku. Gdzieś w tej okolicy - plus minus parę miesięcy - powinno ukształtować się minimum podobnej klasy, co wspomniane wcześniej.  

Warto zauważy, że formowanie kolejnego dołka poprzedzone było przełamaniem linii wsparcia poprowadzonej przez poprzednie minima bessy. Takie przełamanie w marcu 2001 poprzedziło dołek WIG-u 20 o 7 miesięcy, a następnym cyklu pomiędzy przełamaniem takiej linii wsparcia z października 2008, a dołkiem cen akcji upłynęło 4 miesiące. Obecnie do takiego przełamania doszło 3 miesiące temu w listopadzie 2015. 

Tyle zabawa historią i wykresami. W praktyce WIG-20 został w ostatnim okresie złapany w kleszcze dwu egzotycznych parametrów: cen surowców i kursu chińskiej waluty. Oba są syntetycznymi wskaźnika skali nasilenia się globalnych tendencji deflacyjnych/inflacyjnych. W ciągu minionego roku współczynniki korelacji pomiędzy indeksem polskich akcji a Goldman Sachs Commodity Index z jednej strony a USD/CNY z drugiej przekroczyły poziom odpowiednio 0,9 i -0,9. Widać to na poniższych obrazkach:

 


 

Oczywiście tego typu korelacje przychodzą i odchodzą, ale obecnie wydaje się, że uformowanie dołka cyklu 6,(66) na wykresie WIG-u 20 o charakterze podobnym do minimów z marca 1995 (bankructwo Banku Baringsa), października 2001 (bankructwo Enronu) czy lutego 2009 (bankructwo Lehman Brothers) wymagałoby ukształtowania się (kuznetsowego czyli a la 1986 i 1998) dołka cen surowców a zarazem zakończenia trwającej od 2 lat deprecjacji chińskiej waluty względem dolara (czyli przerwy w ucieczce kapitału z Chin widocznego w rekordowym tempie spadku rezerw walutowych tego kraju).

Czy styczniowy dołek GSCI i odpowiadający my szczyt CNY/USD miał tego typu charakter? Być może, ale obecnie trzeba się jeszcze mocno gimnastykować przy stworzeniu scenariuszy, w których juan się umacnia względem dolara a surowce drożeją. 

11:20, bialek.wojciech
Link Komentarze (112) »
czwartek, 18 lutego 2016

Po raz dwudziesty pierwszy z rzędu strategia spekulacyjna oparta na zjawisku cyklu prezydenckiego przyniosła zysk. Indeks S&P 500 można było pod koniec roku przedwyborczego (czyli ubiegłego) sprzedać drożej niż na koniec III kw. drugiego roku po wyborach prezydenckich w USA (czyli roku 2014). Zysk ten jednak był wyjątkowo skromny i wyniósł jedynie +3,6 proc., co trudno uznać za satysfakcjonującą stopę zwrotu w horyzoncie 5 kwartałów. Całkiem przez przypadek ze względu na umocnienie dolara i osłabienie polskiej waluty złotowa stopa zwrotu z S&P 500 wyniosła w tym okresie +23,7 proc., ale z pewnością nie zmienia to faktu, że po raz trzeci z rzędu strategia oparta na cyklu prezydenckim raczej zawodzi - 4 lat temu zysk wyniósł +10,2 proc. a 8 lat temu +9,9 proc., a więc też nie był zbyt wysoki. Do wyborów w 2004 roku średnia z 18 poprzednich transakcji tego typu wynosiła +27,1 proc. a mediana +32,5 proc. 

Czy ten trzeci z rzędu słaby wynik strategii opartej o cykl prezydencki, to rezultat pojawiającej się z kilkudziesięcioletnim opóźnieniem "efektywności rynku"? A może z jakichś względów przedwyborcza stymulacja gospodarki w USA jest w ostatnim okresie słabsza? A może po prostu stopniowo przestaje działać? Niestety nie znam odpowiedzi na te pytania.

To co mogę zrobić, to porównać zachowanie S&P 500 po najsłabszych cyklach prezydenckich z tym co indeks robił w pozostałych cyklach, by zastanowić się nad pytaniem, czy taka słabość rynku wykazywana w zwykle optymalnym dla akcji okresie 4-letniej kadencji prezydenta, jest zapowiedzią poważniejszych kłopotów w roku wyborczym.

Za słabe cykle prezydenckie uznałem te, w których strategia kupowania S&P 500 na 5 kwartałów kończących się na zamknięcie roku przedwyborczego dawała jednocyfrowe stopy zwrotu. Takich okresów było w przeszłości pięć: IV kw. 1938-1939, IV kw. 1946-1947, IV kw. 1978-1979, IV kw. 1986-1987 oraz IV kw. 2006-2007. Na poniższym obrazku widać porównanie ścieżki S&P 500 w okresie minionych 2 lat z dwoma projekcjami - jedną uzyskaną przez uśrednienie ścieżek indeksu z tych 5 słabych cyklu prezydenckich (linia czerwona) i drugą stworzoną ze ścieżek z pozostałych 15 cykli (linia niebieska). 

 


 

Jak widać następne mniej więcej 12 miesięcy (licząc od 17 lutego roku wyborczego) po takich słabych cyklach zapowiada się raczej słabo i wypada zdecydowanie gorzej niż typowe zachowanie rynku po mocnych cyklach. Co prawda czerwona linia tworzy 3 lokalne szczyty za mniej więcej 2, 4 i 7 miesięcy w strefie 1952-1961 pkt. a więc wyżej niż środowe 1926,8 pkt., ale nie jest to oczywiście duży potencjał wzrostowy. 

Na tę "czerwoną" projekcję składają się 3 okresy generalnie pozytywne dla S&P 500 (wyborcze lata 1948, 1980, 1988) oraz 2 poważne katastrofy z 1940 roku (majowa inwazja Niemiec na Francję) i 2008 roku. W obu tych przypadkach ostatnim momentem na ucieczkę z rynku była pierwsza połowa maja. 

 



Po mocnych cyklach też zdarzały się załamania (lata 2000-2001 oraz 1937-1938), ale po pierwsze były to 2 przypadki na 15 a nie 2 na 5 jak poprzednio, a po drugie w 2000 roku można było zwlekać ze sprzedażą S&P 500 aż do początku września, a szczyt z marca 1937 roku wypadł 3 miesiące po wyborach, co w obecnych realiach dawałoby ponad rok czasu. 

 

 

Podsumowując można stwierdzić, że słaby przebieg cyklu prezydenckiego nie jest dobrym znakiem dla Wall Street na następne mniej więcej 12 miesięcy, chociaż oczywiście nie musi być zapowiedzią jakieś poważnej katastrofy (w każdym razie w 3 na 5 przypadków z przeszłości nie był). 

W ramach tych remanentów wypada jeszcze wspomnieć o załamaniu się w ubiegłym roku innej "niezawodnej" zależności. Po raz pierwszy od 140 lat S&P 500 zamknął stratą (-0,7 proc.) rok o dacie kończącej się cyfrą "5". W okresie minionych 140 lat rok o dacie z 5-tką na końcu był zdecydowanie najlepszym rokiem dekady. W poprzedniej dekadzie prawidłowość ta zaczęła szwankować (tylko +3 proc. w 2005 roku, a więc najsłabiej od 110 lat), a w minionym roku całkiem zawiodła.

 


 

W przeciwieństwie do cyklu prezydenckiego cykl dekadowy nie ma raczej jakiegoś sensownego racjonalnego wyjaśnienia, więc do końca nie można go było traktować bardzo poważnie, ale z drugiej strony historyczna przewaga lat z 5-tką na końcu była zbyt wyraźna, by ją całkowicie lekceważyć. 

Jak ktoś lubi się ekscytować wizjami końca świata, to z kronikarskiego obowiązku wspomnę tylko, że ostatni raz spadek S&P 500 w roku o dacie z "5" (czyli w 1875 roku) był poważnym ostrzeżeniem przed załamaniem, które rozegrało się na Wall Street pomiędzy lutym 1876 a czerwcem 1877 roku. Poniżej porównanie obecnej sytuacji do tej sprzed 140 lat (dane miesięczne):

 


Ówczesny krach był częścią tego co później określono w USA mianem "Long Depression".  Ówczesny kryzys miał zasięg globalny i rozpoczął się już 1873 roku krachem na giełdzie wiedeńskiej. Generalnie można ówczesne załamanie uznać za ostateczny koniec globalnej bańki inwestycyjnej związanej z budową linii kolejowych. W ramach koncepcji "Belle Epoque" deflacyjny okres 3 recesji z lat 1873-1896 utożsamiam z okresem rozpoczętym krachem na rynku Nasdaq z 2000 roku, więc inspiracji szukałbym raczej pod koniec lat 80-tych XIX wieku, więcej użyteczność analogii 2016=1876 zdecydowanie odrzucam. Ponieważ jednak otwarcie tego roku do 9-tej sesji lutego było najgorsze w historii S&P 500 (przynajmniej od 1929 roku), więc na wszelki wypadek wspominam i o tym nieprzyjemnym historycznym skojarzeniu. 

20:00, bialek.wojciech
Link Komentarze (74) »
piątek, 12 lutego 2016

We wrześniu ub. r. w komentarzu zatytułowanym "First we take XAU, then we take Volkswagen" zwracałem uwagę na podobieństwo ówczesnej sytuacji na rynku akcji producentów złota i srebra do tej z III kw. 1998 roku, kiedy to narastająca presja deflacyjna, która w sierpniu doprowadziła Rosję do bankructwa, sprowadziła Philadelphia Gold/Silver Sector Index do najniższego poziomu w historii.

Ponad 17 lat temu wywołana kryzysem najpierw azjatyckim a potem rosyjskim sekwencja wydarzeń na rynkach postawiła na krawędzi bankructwa zarządzany przez noblistów gigantyczny fundusz spekulacyjny Long-Term Capital Management i niespodziewanie zmusiła FED  - który był wtedy już po pierwszej podwyżce stóp - to 3 szybkich obniżek.  Zbiegło się to w czasie z osłabieniem dolara i wzrostem ceny złota, co okazało się preludium do impulsu inflacyjnego, który od października 1998 do marca 2000 podnosił ceny akcji na światowych rynkach. 

5 miesięcy temu sugerowałem, że obecnie sekwencja wydarzeń może być podobna i w związku z tym warto zwrócić uwagę na producentów metali szlachetnych. 

Trwało to wszystko dłużej niż się we wrześniu spodziewałem, ale od listopada kurs EUR/USD rzeczywiście wzrósł najbardziej od pół roku. Znacznie bardziej dramatyczne było osłabienie dolara względem jena - w ciągu minionych 9 sesji zanotował spadek o 7,6 proc. i jest najniżej od IV kw. 2014 roku. Ostatnio tak gwałtowne ruchy na USD/JPY pojawiły się w październiku 2008 (miesiąc po bankructwie banku Lehman Brothers) oraz we wrześniu 1998 roku (miesiąc po bankructwie Rosji). 

To osłabienie dolara można wiązać z zanikiem oczekiwań dalszych podwyżek stóp FED spowodowanym najsłabszym w historii otwarciem roku na Wall Street (jeszcze nigdy na 9-tej sesji lutego S&P 500 nie spadał tak bardzo w stosunku do poziomu z końca roku) oraz z zamykaniem inwestowanych w aktywa amerykańskie "yen carry trades" (czy w mniejszym stopniu "euro carry trades"). 

Beneficjentem tego zjawiska było złoto, które od grudnia podrożało o prawie 20 proc. do najwyższego od roku poziomu. 

Dźwignia operacyjna zadziałała i prawie 20 proc. wzrost ceny złota przełożył się na 46 proc. wzrost wartości Philadelphia Gold/Silver Market Index i poprawie 40 proc. wzrost - najwyższy od grudnia 2008 - cen niektórych dostępnych na rynku ETF-ów na akcje producentów złota. 

 

Proponuję przyjrzeć się historycznej wymowie tego typu sygnałów na Philadelphia Gold/Silver Sector Index. W okresie minionego pokolenia na tym indeksie 5-krotnie  zdarzały się wcześniej 14-sesyjne skoki o ponad 30 proc.:

 

Widoczna poniżej projekcja wartości indeksu uzyskana przez uśrednienie tych historycznych ścieżek indeksu wokół tych 5 sygnałów nie wygląda jakoś specjalnie zachęcająco. Wynika to z tego, że czasami - jak np. w październiku 1999 - takie sygnały precyzyjnie wyznaczały ważny lokalny szczyt, który nie był pokonywany przez kilka lat. Sygnały z 1987 roku też nie pojawiały się w momentach specjalnie zachęcających do zakupów. 

 


W 4 na 5 przypadkach kupując na takim sygnale notowało się stratę w horyzoncie następnych 3 miesięcy, 7 miesięcy, 10 miesięcy i 2 lat. 

 


Na krótką metę dalsze zyski są oczywiście możliwe, bo złoto jest już powyżej szczytu z maja ub. r., a Philadelphia Gold/Silver Sector Index ma tam jeszcze bardzo daleko (ale srebro pozostawało dotąd w tyle), ale jak widać z powyższego obrazka obecnie trzeba już zachować zwiększoną ostrożność. Ja się trzymam analogii z 1998 rokiem, kiedy to po takim sygnale indeks rósł jeszcze przez 20 dni. W obecnych realiach oznaczałoby to koniec zwyżki cen akcji producentów kruszców w okolicach 25 lutego. 

Te same sygnały można nanieść na wykres S&P 500:

 

 

Tu już mamy bardziej obiecującą sytuację. Co prawda na krótką i na dłuższą metę różnie bywało, ale w pół roku po sygnale S&P 500 był zawsze przynajmniej 6 proc. wyżej. 

 

 

Projekcja uzyskana na podstawie tych ścieżek rozpoczyna trwały wzrost za 6 sesji:

 

 

Trzy ze wspomnianych sygnałów pojawiły się w okresie istnienia GPW:

 

Tu na krótką metę kupując WIG na takim sygnale można było stracić po drodze nawet 25 proc., ale 10 miesięcy po sygnale zawsze WIG był przynajmniej 35 proc. wyżej. 

 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 3 ścieżek sugeruje wkraczanie naszego rynku akcji w okres dobry do akumulacji akcji przed nadejściem nowego impulsu inflacyjnego:

 

 

Jak to wszystko się ma do rzeczywistości? Osłabienie dolara można traktować jako jedynie efekt zamykania "carry trades", a rajd na złocie jako objaw wzrostu obaw o stabilność systemu finansowego. Można też te ruchy interpretować jako wstępny sygnał rozpoznawania przez rynki narodzin inflacyjnej korekty trwającego  od maja ub. r. na rynkach akcji a od połowy 2014 roku na rynkach surowców deflacyjnego trendu. Banki centralne raczej nie będą mogły zbyt długo patrzeć bezczynnie na ceny akcji kluczowych banków spadające do najniższych w historii poziomów. Na razie interwencja BoJ z końca stycznia nie wypadła zbyt zachęcająco, ale zakładam, że dalsze próby będą bardziej skuteczne. Po tego typu co obecne sygnałach na akcjach producentów kruszców do dołka cen akcji była albo 3 tygodnia (wersja z 1998 roku) albo 3 miesiące (wersja z 2008/2009 roku). Ja od dawna preferuję wynikającą z mojej interpretacji cyklu Kuznetsa analogię z 1998 roku.

Warto też pamiętać, że w dołku bessy z lat 2007/2008 "klasyczny" punkt zwrotny w okolicach "Dnia Kobiet" został zrealizowany na Wall Street, ale GPW wyprzedziła ten termin  o 3 tygodnie kończąc spadki już w połowie lutego. I teraz brak nowych dołków na WIG-u i innych EM sugeruje, że rynki liczą na nadejście korzystnego dla rynków wschodzących impulsu inflacyjnego. 

16:49, bialek.wojciech
Link Komentarze (68) »