Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 25 lutego 2011

Pora już skonfrontować ostatnie zachowanie rynków z prognozami z przeszłości. Myślę, że ciekawe wnioski można będzie wyciągnąć z takiego porównania z rzeczywistością predykcji, które przedstawiłem na zorganizowanej jak co roku w listopadzie przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych konferencji "Profesjonalny Inwestor". Oto te prognozy dla rynku amerykańskiego i rynków "wschodzących" z uaktualnionym przebiegiem wartości indeksów w okresie minionych 3 miesięcy:

 

 

Jak widać koniunktura na giełdach "Emerging Markets" okazała się wyraźnie gorsza niż to prognozowałem w listopadzie, natomiast zachowanie giełdy amerykańskiej (reprezentującej tu rynki rozwinięte) było znacząco lepsze niż moje oczekiwania. O ile w pierwszym przypadku poprawnie wyznaczony został przynajmniej termin początku spadków, o tyle ceny amerykańskich akcji urosły nie tylko wyżej niż prognozowałem, ale i zwyżkowały o ponad miesiąc dłużej. Kto sprzedał amerykańskie akcje na początku stycznia, ciągle jest - pomimo ostatnich spadków - (o kilka procent) w gorszej pozycji niż ktoś, kto trzymał je do tej pory.

Co ta nieoczekiwana rozbieżność pomiędzy zachowaniem cen akcji na rynkach "wschodzących" i rynkach rozwiniętych może znaczyć?  W listopadzie prognozując lepszą koniunkturę na rynkach wschodzących niż na rynkach rozwiniętych zakładałem pozytywny wpływ oczekiwanej hossy na rynkach towarowych na kraje rozwijające się, będące w swej masie eksporterami surowców netto.

Tymczasem przeważył - jak się wydaje - odmienny czynnik. Silniejszy niż w przypadku cen energii i cen surowców przemysłowych wzrost cen żywności - o prawie 100 proc. w ciągu 8 miesięcy...

 

 

... okazał się zjawiskiem szczególnie negatywnie wpływającym na biedne kraje, w których udział żywności w koszyku konsumpcyjnym może sięgnąć i 50 proc.

Tak na ten temat w nieszkodliwy sposób bajałem na 1,5 miesiąca przed początkiem tej spektakularnej globalnej hossy na rynku surowców rolnych:

 

"Jak widać pozycja strzałki sugerującej położenie w ramach cyklu jest obecnie - moim zdaniem - dokładnie odwrotna do tej z wiosny 2008. Wtedy zbliżaliśmy do się do końca inflacyjnej fazy spowolnienia gospodarczego. Obecnie - po 11 kwartałach spadku tempa inflacji - powinniśmy zbliżać się do końca dezinflacyjnej fazy ożywienia gospodarczego. Zgodnie z przedstawionym schematem minięcie tego punktu będzie sygnałem do przeniesienia w portfelach inwestycyjnych głównego punktu ciężkości z rynku akcji na rynek surowców. Na razie chyba na to za wcześnie, bo brak jest sygnałów zapowiadających wzrost dynamiki wskaźników inflacji już teraz. Nie należy tu postępować pochopnie, bo decyzja o przedwczesnej - lub zbyt gwałtownej - migracji np. z funduszy akcyjnych na fundusze surowcowe może spowodować utratę części zysków z rynku akcji przy braku adekwatnej rekompensaty w postaci wzrostu cen surowców (tak się stało w okresie marzec 2006-styczeń 2007, czyli pomiędzy poprzednim cyklicznym dołkiem tempa inflacji a poprzednim szczytem dynamiki wzrostu gospodarczego). 

Będę jednak w tym miejscu starał się monitorować sytuację szukając sygnałów zmiany trendu analogicznych do tych z lipca 2008. Tu chciałbym tylko zasygnalizować, że tak jak jedną z głównych przyczyn trwającej do marca dezinflacji było bliskie rekordowemu umocnienie złotego w ujęciu rocznym, tak jednym z impulsów, które doprowadzą do zmiany trendu dynamiki CPI, może być ewentualne poważniejsze osłabienie złotego związane z ucieczką od ryzyka wywołaną narastającymi kłopotami strefy euro związanymi z sytuacją Grecji i innych krajów peryferyjnych."

 

Taki wzrost cen żywności wymusił w relatywnie ubogich krajach  początek wzrostu podstawowych stóp procentowych, który nastąpił w sytuacji, w której polityka pieniężna krajów rozwiniętych pozostawała nadal skrajnie łagodna. Na poniższym wykresie dokonano próby przełożenia relatywnych zmian wysokości stóp procentowych w krajach rozwiniętych i "Emerging Markets" na względną siłę cen akcji w obu rejonach świata:

 

 

Powyższy wykres może wydawać się niepokojący, ale osobiście cały czas zakładam, że "cykl prezydencki" niejako gwarantuje łagodną politykę pieniężną w USA w obecnym roku. Zaostrzenie nastąpi zapewne najpierw w strefie euro, ale nie zacznie się ono zanim ostatecznie nie wyjaśniana zostanie sytuacja peryferyjnych krajów strefy euro. Wydaje się, że na razie ciągle jest do tego daleko. Oczywiście należy zachować czujność, gdyż sygnał ze strony ECB na temat zamiarów rozpoczęcia podwyżek stóp może uruchomić z jednej strony silny trend umacniania euro względem dolara (co paradoksalnie może podtrzymywać nominalne ceny dolarowe surowców), a z drugiej strony zredukować apetyt na europejskie akcje. Dopóki jednak trwa trend wzrostowy portugalskich rentowności można zakładać, że taka perspektywa nie jest jeszcze bardzo bliska.

 

 

Dla obecnej sytuacji na rynkach akcji można znaleźć różne historyczne analogie. Cały czas aktualna pozostaje teza "2011=2005", (co nie znaczy oczywiście, że "2012=2006"!):

 

 

Z "cyklu prezydenckiego" otrzymujemy zaś następujący obrazek:

 

 

Jeśli chodzi o nasz rynek to warto przypomnieć rysunek z grudnia poniżej prezentowany wraz z uaktualnionym przebiegiem cen:

 

 

Jak widać oczekiwana na GPW w I kw. korekta cen w obrębie przedstawionego kanału trendu wzrostowego akcji minęła już półmetek i ewentualna jeszcze jedna fala słabości na rynkach światowych powinna sprowadzić WIG-20 w okolice dolnego ograniczenia tego kanału trendu, gdzie dokonać będzie można zapowiadających się atrakcyjnie średnioterminowych zakupów akcji. Tutaj znaleźć można nieco inne ujęcie tej kwestii sprzed paru dni. Z kolei tutaj przedstawiłem próbę oszacowania terminu i poziomu końca korekty cen akcji na giełdach europejskich. Wynika z niej, że "tradycyjnie" już okolice "Dnia Kobiet" powinny zaowocować zmianą trendu.

 

14:16, bialek.wojciech
Link Komentarze (191) »
piątek, 11 lutego 2011

Gdyby obecny cykl koniunkturalny miał się ostatecznie charakteryzować typową "Kitchinowską" długością 40 miesięcy, to - zgodnie ze "standardowym" schematem rotacji aktywów - osiągania kolejnych punktów zwrotnych na rynkach finansowych należałoby spodziewać się mniej więcej w 40 miesięcy po datach mijania analogicznych punktów zwrotnych w poprzednim cyklu. Czyli szczytu hossy na rynku akcji można by oczekiwać mniej więcej w 3 lata i 4 miesiące po podwójnym szczycie z lipca 2007 (WIG, mWIG-40, sWIG-80) i października 2007 (WIG-20) - a więc pomiędzy listopadem 2010 a styczniem 2011 (ups!), analogicznie szczytu hossy na rynku surowców (po przeliczeniu ich cen na złote) w okolicach listopada 2011 (czyli ten rok prawie do końca należałby do rynków towarowych), a szczytu rentowności obligacji skarbowych gdzieś w okolicach lutego 2012. W tym schemacie apogeum następnego spowolnienia gospodarczego wypadałoby w ok. 40 miesięcy po dołku poprzedniego kryzysu z I kw. czyli w okolicach czerwca 2012 roku i gdzieś tam kończyłaby się cykliczna bessa na rynku akcji i zaczynał nowy cykliczny "rynek byka" na GPW.

Osobiście skłaniam się jednak ku myśli, że obecny cykl okaże się ostatecznie dłuższy niż średnia, co już zdeterminowane zostało przez rekordowo długi okres utrzymywania przez Radę Polityki Pieniężnej podstawowych stóp procentowych na poziomie historycznego minimum. W przeszłości Rada/NBP trzymała poziom oficjalnych stóp procentowych na cyklicznym dołku średnio przez niecały rok (kolejno ok. 10, 12, 10, 12, 14 miesięcy). W obecnym cyklu ten okres trwał aż 19 miesięcy.

Oczywiście podobny charakter na przebieg obecnego cyklu powinien mieć wpływ polityki amerykańskiej Rezerwy Federalnej w praktyce zdeterminowany przez przebieg 4-letniego "cyklu prezydenckiego". Ten ostatni czynnik powinien sprzyjać utrzymywaniu się inflacyjnego środowiska - sprzyjającego wzrostom cen surowców - aż do czasu następnych wyborów prezydenckich w USA, które zaplanowane są na listopad 2012 roku.

Czy dla obecnej konfiguracji gospodarczo-rynkowo-politycznej można znaleźć jakąś historyczną analogię? Czy jest jakiś okres w historii, rozgrywający się w trakcie ożywienia następującego po największym od czasu Wielkiego Kryzysu załamaniu gospodarczym na świecie, moment, w którym - dzięki "miękkiej" polityce FED - ceny surowców odrabiają poniesione w trakcie załamania straty rosnąc już drugi rok z rzędu, a zarazem moment, w którym "dobry" - uhonorowany pokojową nagrodą Nobla - demokratyczny prezydent, który nastąpił po "złym" - prowadzącym niepopularną wojnę - prezydencie republikańskim przygotowuje się do reelekcji? Dodajmy - okres w historii, w którym do zaburzeń o charakterze rewolucyjnym dochodzi w jednym z kluczowych krajów muzułmańskich?

Odpowiedź na tak postawione pytanie jest oczywiście twierdząca dla każdego, kto zapoznał się z koncepcją "cyklu pokoleniowego". Okresem współczesnej historii dokładnie odpowiadającym obecnemu z punktu widzenia powyższych kryteriów jest rok 1979. W tej analogii odpowiednikiem obecnego prezydenta USA jest Jimmy Carter, a analogiem ostatnich wydarzeń w Egipcie jest rewolucja islamska w Iranie, które zwyciężyła właśnie w 1979 roku.

W odniesieniu do rynku surowców ostatnia teza została zilustrowana na poniższym rysunku:

 

  

W lutym 1979 roku - czyli pokolenie temu (miałem wtedy 10 lat, tyle samo ile w tym roku skończy moje najstarsze dziecko...) - do  końca drugiego ramienia surowcowej hossy brakowało jeszcze 1 roku i 9 miesięcy. Jeśli za miarę wziąć indeks Goldman Sachs Commodity Index skończyła się ona wtedy 20 listopada 1980 roku, a więc nieco ponad 2 tygodnie po ówczesnych wyborach prezydenckich w USA. Ceny surowców nie przekroczyły poziomów z końca 1980 roku przed kolejne 24 lata...

Ówczesne wybory zakończyły się klęską demokratycznego prezydenta, a zwycięstwem znanego wcześniej z ról w westernach Ronalda Reagana, który przez następne 8 lat odegrał rolę prezydenta USA lepiej niż zdecydowana większość swoich poprzedników. Carter przegrał wybory z wielu powodów, ale wystarczy wymienić trzy: 1) nie udało mu się doprowadzić do uwolnienia zakładników przetrzymywanych w amerykańskiej ambasadzie w zrewoltowanym Teheranie (Irańczycy "złośliwie" przetrzymali zakładników do czasu zakończenia wyborów); 2) Amerykanie jechali do lokali wyborczych spalając paliwo zrobione z ropy naftowej kilkanaście razy droższej niż 10 lat wcześniej; 3) kolejny wzrost cen ropy z lat 1978-1980 będący konsekwencją "utraty Iranu" i inwazji Sowietów na Afganistan wepchnął gospodarkę USA ponownie w recesję, czego skutkiem był wtórny wzrost stopy bezrobocia do poziomu 7,5 proc. w momencie wyborów (wobec 9 proc. w apogeum kryzysu w 1975 roku i 5,6 proc. w dołku z 1978 roku). Jak się wydaje również obecnie cena ropy naftowej - a więc i rozwój sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie - w latach 2011-2012 będzie miała kluczowe znacznie dla wyniku wyborów prezydenckich w USA.

Jeśli przedstawiona analogia historyczna oparta na idei cyklu prezydenckiego jest poprawna, to końca trwającej od 2 lat hossy na rynku surowców i początku pokoleniowej bessy należy się spodziewać dopiero za 21 miesięcy w okolicach wyborów prezydenckich w USA z listopada 2012 (ciekawe kto zostanie obsadzony w roli aktora, który gra rolę kandydata na prezydenta?). GSCI powinien być wtedy na poziomie o 1/3 wyższym niż obecnie. Gdyby ta koncepcja okazała się poprawna, to oznaczałoby, że przez najbliższe półtora roku każde krótkoterminowe osłabienie na rynku surowców można będzie bezpiecznie wykorzystywać do zakupów na rynkach towarowych.

W poponowanym przeze mnie schemacie rotacji aktywów akcje "wyprzedzają" surowce. To wyprzedzenie można było obserwować na szczycie poprzedniego cyklu kiedy to ceny akcji ustanowiły podwójny szczyt w lipcu-październiku 2007, gdy tymczasem ceny surowców parły do góry przez kolejne 9-12 miesięcy do lipca 2008. Powtórka tego scenariusza przy założeniu szczytu cen surowców w listopadzie 2012 produkowałaby oczekiwania końca cyklicznej hossy na rynku akcji na przełomie tego i następnego roku, co ładnie współgra z różnymi wcześniejszymi projekcjami zachowania cen akcji na GPW.

Oczywiście jednym z poważniejszych czynników ryzyka dla przedstawionego scenariusza jest polityka pieniężna chińskich władz finansowych systematycznie od roku zaostrzana poprzez podwyżki stopy rezerw obowiązkowych od bankowych depozytów a od października również podwyżki stóp procentowych. Być może wydarzenia w Chinach będą przyczyną ewentualnych krótkoterminowych korekt spadkowych na rynku surowców. Jak widać na powyższym rysunku, nawet jeśli teza o hossie na rynkach surowcowych do listopada 2012 jest prawdziwa, to po drodze możemy liczyć na dwie korekty całkiem sporych rozmiarów (GSCI -13,9 proc. w 3 miesiące i -19,4 proc. w 2 miesiące).

Drugim czynnikiem ryzyka jest oczywiście ryzyko deflacyjnych (czytaj: obejmujących mniej lub bardziej wymuszoną "restrukturyzację" długów poszczególnych krajów) scenariuszy w Europie. Najbliższy test tego typu scenariuszy nastąpi 25 lutego w Irlandii, gdzie wyborcy będą mieli okazję zakomunikować swą opinię na temat perspektyw spędzenia następnych kilkudziesięciu lat na spłacaniu długów zaciągniętych przez krajowe banki  wobec zagranicznych banków w okresie boomu na "Zielonej Wyspie"...

 

 

 

12:59, bialek.wojciech
Link Komentarze (717) »
piątek, 04 lutego 2011

Jedna z zabawniejszych przygód związanych z analizą rynków przydarzyła mi się 9 miesięcy temu. Tknięty jakimś impulsem popełniłem wtedy na blogu tekst zatytułowany "Prawdopodobieństwo załamania a maksymalna możliwa nagroda", w którym snułem rozważania na temat perspektyw amerykańskiego rynku akcji. Jednym z czynników - obok dynamiki podaży pieniądza - który analizowałem była wartość wskaźnika ISM Manufacturing określającego poziom koniunktury panującej w przemyśle przetwórczym w USA. Zauważając skrajne - obserwowane w okresie minionego pokolenia jedynie 5-krotnie - "przegrzanie" koniunktury pisałem wtedy tak:

 

"W 4 historycznych przypadkach sygnalizujący skrajnie "rozgrzaną" koniunkturę gospodarczą wzrost ISM Manufacturing do poziomu przynajmniej 60 punktów - 1976, 1978, 1983 i 2004 - nie miał żadnych poważniejszych konsekwencji dla tamtejszego rynku akcji. Natomiast w jednym przypadku po otrzymaniu pierwszego dnia kolejnego miesiąca informacji z ISM o "przegrzaniu" występującym w przemyśle USA inwestorzy mieli jeszcze tylko 4 dni na ucieczkę z rynku akcji zanim popyt na pieniądz w realnej gospodarce "zasysając" środki finansowe z rynków przełożył się na spektakularny krach o prawie jedną trzecią. To oczywiście opis wydarzeń ze znanego nam już października 1987..."

 

Najwyraźniej jednak nie bardzo wtedy wiedziałem, co z takim rezultatem zrobić:

 

"Niestety nie jest jasne jak interpretować te prawidłowości. Czy uznać, że potencjał spadkowy S&P 500 wynosi obecnie ponad 30 proc.? Czy też uznać, że ponieważ oszacowane na podstawie tej ubogiej próbki historycznej "prawdopodobieństwo" krachu wynosi jedynie 20 proc., to "oczekiwane" ryzyko to jedynie nieco ponad 5 proc. (...)?"

 

Skończywszy pisać ten tekst w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku udałem się do domu, a wieczorem wybrałem z żoną - z okazji rocznicy ślubu - na przedstawienie do teatru. Teatr był specyficzny bo rewiowy, więc mocno zafrapowany występami młodych tancerek zareagowałem  wzruszeniem ramion na widok wyświetlającego mi się w telefonie numeru TVN-CNBC. Dopiero w domu zorientowałem się, że telefon ten dzwonił w momencie, gdy Dow Jones notował największy od ... 1987 roku wewnątrzsesyjny spadek o 10 proc. ochrzczony później mianem "Flash Crash"...

Heraklit z Efezu twierdził, że "nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki":

 

"Na tych, którzy wstępują do tej samej rzeki, napływają coraz to nowe wody"
(Diels-Kranz,22 B 12; B.Kupis)

"Do tej samej rzeki (...) nie można wejść dwa razy i nie można dwa razy dotknąć tej samej zniszczalnej substancji w tym samym stanie, gdyż wskutek gwałtowności i szybkości jej przemiany rozprasza się znowu się łączy, zbliża się i oddala."
(Diels-Kranz,22 B 91; K.Leśniak)

"Do tej samej rzeki wstępujemy i nie wstępujemy, jesteśmy i nie jesteśmy"
(Diels-Kranz,22 B 49a; B.Kupis)

 

Proponuję sprawdzić tezę Heraklita. Tak się bowiem składa, że według - może nie wszelkich, ale wielu - "znaków na niebie i ziemi" na rynki obecnie "napłynęły te same wody" co 9 miesięcy wcześniej. Tak się bowiem składa, że we wtorek 1 lutego dowiedzieliśmy się, że ISM Manufacturing ponownie osiągnął poziom 60 punktów. Całe rozumowanie sprzed 9 miesięcy na temat wpływu "przegrzania" koniunktury w realnej gospodarce na rynek akcji można więc powtórzyć. Na poniższym rysunku przedstawiono ścieżki S&P 500 w okresach bezpośrednio po publikacji informacji ISM analogicznych do tej z wtorku ("ISM Manufacturing po raz pierwszy od dłuższego czasu na poziomie przynajmniej 60 pkt."):

 

 

Jak widać w analogicznych - z punktu widzenia zachowania ISM Manufacturing - do obecnej sytuacjach z przeszłości zarobić można było na amerykańskich akcjach - w 9 miesięcznej perspektywie - maksymalnie 10 proc. (przypadek z 1978 roku), a prawdopodobieństwo jakiegoś poważniejszego załamania, które dorabiało się później miana "krachu" można oszacować na 1/3 (dwa przypadki - 1987 i 2010 - na sześć). Uśrednijmy sobie te ścieżki S&P 500 i odnieśmy je do dzisiejszych wartości indeksu:

 

 

Czarnym kolorem zaznaczono wykres wartości S&P 500 w okresie minionych 180 sesji (nieco mniej niż 9 miesięcy), zaś czerwonym kolorem oznaczono wartość "projekcji" wartości S&P 500 uzyskanej przez uśrednienie 6 ścieżek indeksu przed i po wystąpieniem omawianych sygnałów ("ISM Manufactring osiąga 60 pkt."). Jak widać zachowaniem S&P 500, z którym należy się liczyć w okresie miesiąca od osiągnięcia obserwowanego poziomu koniunktury w przemyśle przetwórczym w USA, jest spadek do poziomu nieco ponad 3-miesięcznego minimum. W dzisiejszych realiach oznaczałoby to zejście do strefy listopadowej korekty (1178,3-1223,2; realizacji zysków po oficjalnym ogłoszeniu przez FED QE2 - "Noli turbare, Ben, noli turbare"), a zarazem do poziomu szczytu sprzed 9 miesięcy (1217,3 23 kwietnia). Co ciekawe podobne zachowanie WIG-20 oznaczałoby stosunkowo niewielki spadek do okolic poziomu 2600 (szczyt z kwietnia 2010, dołek z końca listopada 2010).

Przedstawiona analogia makroekonomiczna wzmacniana jest przez fakt, że poprzedni tydzień był na Wall Street pierwszym spadkowym po serii 8 kolejnych wzrostów średniej przemysłowej Dow Jonesa. Tego typu rzadki epizod po raz ostatni zdarzył się pomiędzy lutym a kwietniem 2010 roku. Na poniższym rysunku można zobaczyć co działo się po kilku poprzednich tego typu epizodach uporczywego wzrostu cen akcji na Wall Street. Wygląda to raczej jednoznacznie, choć trzeba pamiętać, że gdyby cofnąć się w czasie jeszcze bardziej, to otrzymane wnioski nie byłyby aż tak skrajne:

 

 

Jak to się ma do GPW? No cóż, w okresie istnienia WIG-u 20 takie sekwencje kolejnych przynajmniej 8 tygodni wzrostowych Dow Jonesa wystąpiły 5-krotnie. Tylko w jednym przypadku (2004) kupno wtedy akcji nie zakończyło się - w kilkutygodniowej perspektywie - kilkunastoprocentowymi spadkami.

 

 

Powyższe wnioski wspierane są zachowaniem wskaźników sentymentu takich jak Bullish Consensus Sentiment Index dla akcji czy też Put/Call Ratio (CBOE), które notowały ostatnio najwyższe wartości od kwietnia 2010.

Na razie - piszę te słowa w piątkowe popołudnie - nic nie wskazuje na to, by rynek akcji miał w najbliższych tygodniach zachować się tak jak 9 miesięcy temu. Być może Heraklit miał jednak rację twierdząc, że "wszystko płynie", a zatem przekonanie o podobieństwie obecnej sytuacji do tej z początku maja ub. r. okaże się iluzją? Myślę, że wątpię.

Również w zachowaniu rynku obligacji nie widać jakiejkolwiek zainteresowania ucieczką od ryzyka. Można takie zachowanie zrozumieć w kontekście informacji o  nowych rekordach ustanawianych przez ceny surowców rolnych, ale przyglądnięcie się przedstawionym poniżej ścieżkom rentowności amerykańskich 10-letnich obligacji skarbowych w okresach po publikacji wartości ISM Manufacturing sięgających poziomu 60 punktów dosyć jednoznacznie świadczy jednak, że ostatni wzrost rentowności okaże się w perspektywie najbliższych 2-3 miesięcy dobrą okazją do zakupów obligacji rządu USA:

 

13:16, bialek.wojciech
Link Komentarze (384) »
wtorek, 01 lutego 2011

Dla nastawionego "kontrariańsko" spekulanta wskaźniki sentymentu to jedno z podstawowych narzędzi analizy rynku. Osobiście również przywiązuję do ich zachowania bardzo dużą wagę. W mentalnym modelu rynku, na którym się opieram średnioterminowe trendy cen na giełdzie - liczone w miesiącach okresy trwałego wzrostu lub spadku cen akcji nazywane cyklicznymi hossami i bessami - determinowane są zjawiskami zachodzącymi w realnej gospodarce. Te ruchy cen powodowane są rzeczywistymi zmianami zachodzącymi w STANIE FAKTYCZNYM gospodarki. Wokół tych średnioterminowych trendów cen uzasadnionych zachowaniem się realnej sfery gospodarki oplatają się natomiast krótkoterminowe ruchy rynku, których czas trwania mierzymy zwykle w dniach czy tygodniach. Powodem tych krótkoterminowych oscylacji wokół średnioterminowego trendu nie są zmiany w rzeczywistej sytuacji gospodarczej, lecz zmiana PERCEPCJI tej sytuacji, czy też inaczej mówiąc relatywna zmiana stosunku poziomu OCZEKIWAŃ do stanu faktycznego. Wskaźniki sentymentu są jednym z narzędzi, które pozwalają ocenić skalę wychylenia się - in plus albo in minus - takiego krótkoterminowego ruchu wahadłowego wokół średnioterminowego trendu.

To podejście pozwala czasami uzyskać spektakularne rezultaty. Ktoś kto "kontrariańsko" podszedł do rekordowo słabych nastrojów indywidualnych inwestorów w USA z marca 2009 czy lipca 2010 i zdecydował się wtedy na zakup akcji z pewnością nie żałował później swojej decyzji.

Niestety od września ub. r. podobne próby wykorzystania bardzo dobrych nastrojów indywidualnych inwestorów w USA do prognozowania rynkowych korekt kończyły się raczej porażką - ceny akcji stopniowo pięły się w górę pomimo utrzymywania się najwyższego od lat sentymentu. W pewnym sensie nie powinno to być aż takim zaskoczeniem. Wiadomo nie od dziś, że najlepsze rezultaty uzyskuje się reagując "kontrariańsko" na ekstrema sentymentu pojawiające się po ruchu cen przeciwnym do głównego trendu. Innymi słowy zwykle sens ma kupowanie znajdujących się w trendzie wzrostowym akcji, gdy sentyment znalazł się na istotnym minimum po korekcyjnym spadku kursów (lipiec 2009 był tego idealną ilustracją), czy też - odwrotnie - sprzedaż znajdujących się w tredzie spadkowym akcji, gdy sentyment znalazł się na istotnym maksimum po korekcyjnym wzroście kursów. Natomiast w trendzie spadkowym sentyment może utrzymywać się na niskim poziomie a w trendzie wzrostowym na wysokim poziomie relatywnie długo bez pojawiania się korekcyjnego ruchu. Ewidentnie z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia od września.

Co ciekawe z tak długim okresem przewagi "byków" nad "niedźwiedziami" w sondażu Amerykańskiego Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych (AAII) nie mieliśmy do czynienia od dokładnie 6 lat. Po raz ostatni takie zjawisko wystąpiło pomiędzy końcem sierpnia 2004 a początkiem stycznia 2005. Wtedy przewaga optymistów nad pesymistami utrzymała się przez kolejne 20 tygodni. Obecnie analogicznym okres przewagi "byków" rozpoczął się w pierwszej połowie września i trwa już również 20 tygodni (w czwartek dowiemy się, czy ta passa została przerwana).

 

 

Oczywiście w przeszłości zdarzały się epizody tego typu dłuższe niż 20 tygodni. Na przykład po gładkim zwycięstwie wojsk USA w drugiej Wojnie nad Zatoką Perską wiosną 2003 roku euforia indywidualnych inwestorów w USA utrzymywała się przez cały rok. Przypadek z drugiej połowy 2004 roku wyróżniłem nie tylko dlatego, że był on ostatnim do czasu trwającego obecnie, ale również dlatego, że idealnie wpasowuje się w - monitorowaną przeze mnie od dawna - uderzającą analogię utrzymującą się pomiędzy zachowaniem rynków akcji w okresie minionych 2 lat i w latach 2003-2004 czyli po zakończenie poprzedniego globalnego kryzysu. To podobieństwo zilustrowane zostało na przykładzie zachowania cen akcji w Niemczech i Polsce na poniższym rysunku:

 

 

Z analizy nastrojów indywidualnych inwestorów w USA wynikało, że w styczniu 2005 po raz ostatni mieliśmy do czynienia z sytuacją podobną do obecnej, to znaczy z 20-tym tygodniem z rzędu przewagi "byków" nad "niedźwiedziami" w sondażu AAII. Przedstawiona powyżej analogia pomiędzy zachowaniem indeksów w latach 2003-2004 i latach 2009-2010 sugeruje, że obecną sytuację należy porównywać również do tej z początku 2005 roku. Proponuję zrobić sobie przegląd kilku ważnych indeksów porównując ich zachowanie obecnie i 6 lat temu:

 

Polska:

 

Niemcy:

 

USA:

 

Japonia:

Indie:

 

Wnioski? 6 lat temu poszczególne indeksy po kolei ustanawiały dołki stosunkowo łagodnych korekt dopiero pomiędzy połową kwietnia a połową maja po czym wchodziły w bardzo silne trendy wzrostowe trwające przez następne 12-13 miesięcy. Powtórka takiego scenariusza idealnie wpasowywałaby się w projekcje wartości WIG-u 20 uzyskane zupełnie innymi metodami, które przedstawiałem w poprzednim komentarzu ("Różne wersje przyszłości").

Jeśli zaakceptujemy taką optymistyczną wersję rozwoju koniunktury na rynkach akcji do końca tego roku, to pozostanie nam - kto wie czy nie trudniejszy problem - "obstawienia" krótkoterminowego scenariusza oraz wyboru miejsca i czasu optymalnego do zajęcia długich pozycji na rynku akcji.

14:52, bialek.wojciech
Link Komentarze (324) »