Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
wtorek, 21 czerwca 2016

Od półwiecza - od czasu upadku systemu z Bretton Woods - kurs brytyjskiego funta względem dolara porusza się w obrębie w miarę regularnego 8-letniego cyklu. 

 

 

Ten cykl to połowa cyklu Kuznetsa, ale ponieważ wydaje się to być bardzo ważna kwestia, to napiszę o niej szerzej przy jednej z następnych okazji. 

Zaczepiona w dołku ze stycznia 2009 roku projekcja kursu USD/GBP uzyskana przez uśrednienie przebiegu 4 poprzednich cykli sugeruje szczyt w maju przyszłego roku w okolicach 0,75 za dolara. 

 

 

Oczywiście ewentualne osłabienie funta po ewentualnej (niewiążącej z prawnego punktu widzenia) decyzji brytyjskiego ludu pracującego miast i wsi o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej pasowałoby do tego cyklicznego schematu dosyć dobrze. 

Gdyby cykl ten miał okazać się regularnie 8-letni, to minimum funta względem dolara (szczyt USD/GBP) powinno wypaść na początku 2017 roku w 8 lat po dołku funta z 23 stycznia 2009 roku. Można też odkładać 16 lat od szczytu USD/GBP z 11 czerwca 2000 roku, czy 24 lata od dołka funta z 15 lutego 1993 roku. 

Ta ostatnia data jest interesująca, bo wypada w 5 miesięcy po poprzednim Brexicie, który miał miejsce 16 września 1992 roku, kiedy to rząd Wielkiej Brytanii podjął decyzję o opuszczeniu przez brytyjską walutę "węża walutowego" EMR (European Exchange Rate Mechanizm). W ramach tego poprzednika euro waluty krajów będących członkami Europejskiego Systemu Walutowego mogły wahać się w przedziale +/-2,25 proc. wokół ustalonego kursu parytetowego. W tamtym okresie Niemcy przyciągając kapitał potrzebny do sfinansowania przejęcia NRD podniosły stopy prawie do poziomu 10 proc. Brytyjczycy nie byli wstanie lub też nie chcieli zrobić tego samego i zdecydowali się na wyjście z EMR skutkujące dewaluacja funta. Przecena brytyjskiej waluty trwała przez następne 5 miesięcy (kurs stracił wobec odpowiednika euro niecałe 13 proc.). 

 

 

FTSE reagując pozytywnie na dewaluację krajowej waluty zaczął od razu zwyżkować i kontynuował hossę przez następne 17 miesięcy,...

 

 

 ... zaś niemiecki DAX z tego samego powodu stracił 10,4 proc. w ciągu 20 dni. W ciągu tego czasu straty poniesione przez niemieckich eksporterów zostały uwzględnione w cenach akcji i DAX już nigdy później nie był niżej.

Porównanie ścieżek DAX-a ostatnio i 24 lata temu zsynchronizowanych na 3 dni przed decyzją o Brexicie (tą faktyczną z 16 września 1992 i tą możliwą w czwartek) przedstawiono na poniższym obrazku. 


 

Pomysły typu kupowanie złota zupełnie wtedy nie wypaliły. Cena tego kruszcu wystrzeliła w górę dopiero pół roku później, gdy dolar przestał się umacniać względem funta w ramach wspomnianego na początku 8-letniego cyklu (patrz dołki złota z lutego 1985 i marca 1993). 

 


 

Oczywiście można z różnych powodów kwestionować zasadność przedstawionej analogii pomiędzy obecną sytuacją a zachowaniem rynków w trakcie kryzysu Europejskiego Systemu Walutowego sprzed 24 lat. Z drugiej strony, jeśli ktoś nie ma lepszych pomysłów, to doświadczenia po Brexicie z września 1992 roku można potraktować jako orientacyjną wskazówkę co do zachowania kursu funta i indeksów giełdowych po ewentualnym Brexicie z 2016 roku. 

Podsumowując: na podstawie doświadczeń z 1992 roku, gdy brytyjski rząd podjął decyzję o wycofania funta z Europejskiego Systemu Walutowego, w przypadku czwartkowej decyzji o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej można spodziewać się trwającego ok. 5 miesięcy osłabienia funta względem euro o ok. 13 proc., pozytywnej reakcji brytyjskiego rynku akcji na taką dewaluację krajowej waluty oraz trwającego ok. 20 dni spadku DAX-a o ok. 10 proc. Logicznie rzecz biorąc w przypadku decyzji o pozostaniu Wielkiej Brytanii w UE można by oczekiwać odwrotnych trendów (mocnego funta i DAX-a i krótkoterminowego osłabienia FTSE). 


 

15:51, bialek.wojciech
Link Komentarze (125) »
czwartek, 16 czerwca 2016

4 tygodnie temu zastanawiając się nad terminem następnego lokalnego minimum cen akcji związanego z cyklem 20-tygodniowym otrzymywałem generalnie daty wypadające w czerwcu ("Byle do Euro?"). W ostatnich dniach seria sondaży sugerujących rosnącą przewagę zwolenników opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej uruchomiła falę ucieczki od ryzyka na rynkach światowych. O konsekwencjach ewentualnego Brexitu postaram się napisać w przyszłym tygodniu jeszcze przed czwartkowym referendum, a dziś proponuję przyjrzeć się sygnałom wygenerowanym przez rynek w ostatnich dniach. 

Jednym z nich był trwający do wtorku 5-sesyjny spadek DAX-a o 7,5 proc. połączony ze spadkiem indeksu do najniższego poziomu od 3 miesięcy. Podobne sygnały pojawiły się na DAX-ie 10 miesięcy temu 21 sierpnia 2015 oraz 5 miesięcy temu 8 stycznia. 

 

 

Ścieżki indeksu po oby sygnałach były bardzo podobne:

 

 

W oby przypadkach po ustanowieniu pierwotnego dna takiej fali mini-paniki przychodziła korekta wzrostowa kończąca się na 13-sesji po sygnale (w obecnych realiach byłyby to okolice pierwszej sesji lipca), a potem rozpoczynała się wtórna zniżka kulminująca w obu przypadkach na 24 sesji po sygnale (w obecnych realiach byłyby to okolice 24 lipca). Potem rozpoczynała się zwyżka trwająca 47-50 sesji, czyli 9-10 tygodni, a w jej trakcie DAX rośnie o 19,2-20,7 proc. 

Drugi ciekawy sygnał pojawił się w czwartek na krajowym rynku. W najnowszym badaniu sentymentu indywidualnych inwestorów INI saldo optymistów i pesymistów spadło do trzeciego najniższego poziomu w 5-letniej historii tego sondażu. 

 

 

Saldo optymistów i pesymistów spadło do poziomu -20,2 pkt. proc. Można to porównać z odczytami na poziomie -22,1 pkt. proc. 21 stycznia 2016 (dzień do dołku WIG-u), -19,8 pkt. proc. 7 czerwca 2012 (2 dni po dołku WIG-u) oraz -21,4 pkt. proc. 24 listopada 2011 (dzień po lokalnym minimum WIG-u, a 26 dni przed ostatecznym dołkiem indeksu). W każdym z tych 3 przypadków WIG był na 53-ciej sesji po sygnale 11,4-13,3 proc. powyżej poziomu notowanego w momencie generowania sygnału.

 


 

Projekcja dla DAX-a uzyskana przez uśrednienie ścieżek indeksu wokół podobnych do wtorkowego sygnałów ze stycznia i sierpnia robi dołek dopiero w okolicach 18 lipca. 

 


 

Tymczasem projekcja wartości WIG-u uzyskana na podstawie 3 opisanych powyżej sygnałów INI robi dołek od razu i rośnie o niecałe 15 proc.

 

 

Czy te na pierwszy rzut oka sprzeczne wnioski da się jakoś pogodzić? Myślę, że tak. I 10 miesięcy temu i 5 miesięcy temu w poprzednich dołkach cyklu 20-tygodniowego. WIG nie potwierdzał już wtórnego dołka DAX-a. Innymi słowy wtórne minima WIG-u we wrześniu i w lutym wypadały już na wyższym poziomie niż dołki pierwotne z sierpnia i stycznia.

 

 

Myślę, że i obecnie powtórka tego schematu jest prawdopodobna, co oznaczałoby, że WIG właśnie robi dołek, którego nie pobije w lipcu natomiast na ostatecznie minimum DAX-a możemy rzeczywiście poczekać do połowy przyszłego miesiąca. Oczywiście istotny wpływ na zachowanie rynków będą miały wydarzenia w Wielkiej Brytanii, ale o tym w następnym wpisie. 

 

Podsumowując: niezależnie od ostatecznego rozstrzygnięcia kwestii Brexitu czwartkowy bardzo niski odczyt sentymentu w sondażu INI otwiera nastawionym kontrariańsko spekulantom drogę do zajmowania na krajowym rynku akcji długich pozycji, które w perspektywie następnych 10-11 tygodni powinny dać zarobić - biorąc WIG jako punkt odniesienia - +11,4-+13,3 proc. 

18:46, bialek.wojciech
Link Komentarze (116) »
czwartek, 09 czerwca 2016

Miałem dziś zacząć poruszać na blogu tematy, które pojawiły się w mojej sobotniej prezentacji  zatytułowanej "Kiedy recesja Janet Yellen?", którą miałem zaszczyt i przyjemność przedstawić w Karpaczu na Konferencji Wall Street po raz 20-ty już zorganizowanej przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, ale do zmiany planów sprowokowała mnie informacja, że Goldman Sachs przedstawił wyniki swego modelu stworzonego w celu przewidzenia wyników Mistrzostw  Europy w piłce nożnej, które w piątek rozpoczną się we Francji. Tak się składa, że całkiem niezależnie też stworzyłem podobny model. Nie za bardzo znam się na piłce nożnej, więc by móc uczestniczyć w prowadzonych przez kolegów "na zakładzie" dyskusjach postanowiłem wspomóc się pomocą komputera. Teraz zaś nadarza się okazja do sportowej rywalizacji z Goldmanem i Sachsem. 

Już pobieżny rzut oka na wyniki modelu GS sugeruje, że zwycięstwo - przynajmniej w fazie grupowej - będzie moje (to znaczy mojego modelu) i przyjdzie łatwo. Według GS 23 z 36 meczy fazy grupowej zakończy się remisami. Jest to oczywiście zupełnie nieprawdopodobne. Podczas 4 ostatnich mistrzostw Europy w fazie grupowej składającej się z 24 meczy remisów było odpowiednio 5, 3, 7 i 4. Uwzględniając większą liczbę drużyn (24-y wobec 16-tu) a zatem i większą liczbę meczów (36 wobec 24) liczba remisów w obecnych mistrzostwach powinna być zbliżona do 7-iu. 

Swój model oparłem na 4 filarach: rankingu UEFA, wartości rynkowej piłkarzy poszczególnych drużyn na rynku transferowym, wynikach eliminacji oraz wynikach meczy sparingowych rozegranych po zakończeniu eliminacjiZ interpretacją rankingu UEFA i rankingu drużyn opartym o wartość rynkową tworzących je piłkarzy nie było problemu. Jeśli chodzi o wyniki eliminacji to jako podstawę to stworzenia rankingu przyjąłem iloczyn liczby zdobytych punktów i salda bramek strzelony i straconych. Wyniki sparingów interpretowałem na trzy różne sposoby: 1) uwzględniłem liczbę zdobytych punktów w przeliczeniu na jeden mecz, 2) dodawałem (za pokonanie danej drużyny) i odejmowałem (za porażkę z nią) punkty liczone jako 204 minus pozycja tej drużyny w rankingu FIFA i 3) szacowałem pozycję danej drużyny na podstawie pozycji w rankingu FIFA drużyn, z którymi rozegrała ona mecze towarzyskie (np. jeśli pokonała 20-tą drużynę z rankingu, to dostawała 10 miejsce, jeśli z nią zremisowała 20-te miejsce, a jeśli przegrała (204-20)/2 miejsce. 

Zastanawiałem się jeszcze nad uwzględnieniem wyników poszczególnych drużyn w meczach o wysoką stawkę (na mistrzostwach Europu i świata), ale ostatecznie z tego zrezygnowałem, by nie premiować dodatkowo faworytów. 

Wyniki czterech uzyskanych w ten sposób sub-rankingów uśredniłem uzyskując ostateczne uszeregowanie szacunkowej siły uczestniczących w Euro 2016 drużyn. W symulowanym bezpośrednim starciu wygrywała oczywiście drużyna stojąca w tym rankingu wyżej, o ile różnica pozycji w rankingu była wystarczająco duża. W przeciwnym wypadku mecz kończył się remisem, a próg ustawiłem tak, by w fazie grupowej pojawiło się tych remisów siedem. 

W przeciwieństwie do modelu analityków Goldman Sachs nie bawiłem się w prognozowanie dokładnych wyników meczów ograniczając się do wskazania zwycięzcy (lub jego braku). 

Oto prognoza wyników meczy grupowych uzyskana w opisany powyżej sposób:


 

Niezależnie od odmiennego podejścia do remisów, wskazania obu modeli, jeśli chodzi o listę drużyn, które mają się zakwalifikować do 1/8 finału, różnią się tylko w jednym puncie: u mnie awansuje (z trzeciego miejsca z 3 punktami Turcja), a u nich Węgry (które u mnie zdobywają jedynie 1 punkt w zremisowanym meczu z Islandią). 

Swoją drogą z mojego modelu wyszło, że do awansu do 1/8 finału wystarczy zdobycie 3 punktów (oczywiście w rzeczywistości może być inaczej). Generalnie oznacza to, że jeśli ktoś ma obawy co do formy polskiej reprezentacji, to powinien cieszyć z każdego remisu w meczach rozgrywanych w innych grupach pomiędzy słabeuszami. 

Prognozowane przez model GS wyniki fazy pucharowej aż do finału Francja-Hiszpania, który wygrywa Francja, widać poniżej:

 

 

Mój model widzi to zaś tak:

 

 

Jeśli chodzi o skład ćwierćfinalistów to u mnie pojawia się Polska (u GS Szwajcaria) i to jest jedyna różnica. Zapewniam, że starałem się świadomie nie przekazywać modelowi żadnych motywowanych nacjonalizmem preferencji. Widać to zresztą, bo w ćwierćfinale Polska reprezentacja jednak przegrywa z obecnymi mistrzami Europy czyli Hiszpanią, obok której do półfinału wchodzą jeszcze Anglia, Francja i Niemcy dokładnie tak jak w według GS. 

Mój model jako zwycięzcę meczu Anglia-Hiszpania widzi Anglię, a model GS Hiszpanię. Co do wyniku półfinału Francja-Niemcy oba modele są zgodne. Oba również wskazują na zwycięstwo gospodarzy w finale. 

Jak widać z powyższego Polsce kibicować do - miejmy nadzieję - ćwierćfinału będę podwójnie, a dodatkowo w fazie grupowej będę trzymał kciuki za Turcję, a w ewentualnym półfinale za Anglię. 

19:09, bialek.wojciech
Link Komentarze (118) »
czwartek, 02 czerwca 2016

Od 20 lat już nawet nie przebieg WIG-u ale wręcz jego nominalna wartość jest zwykle wierną kopią indeksu MSCI Emerging Markets w lokalnych walutach. 

 

 

Oznacza to, że z praktycznego punktu widzenia krajowe wydarzenia można spokojnie ignorować, bo i tak kierunek cen na GPW wyznaczony ostatecznie zostanie przez globalny trend dominujący w uniwersum rynków peryferyjnych. 

Czasami jednak dochodzi do krótkoterminowych odchyleń od globalnego wzorca i z czymś takim mieliśmy do czynienia w okresie minionych 5 sesji, w trakcie których WIG był słabszy od MSCI Emerging Markets Index (w lokalnych walutach) o 5,4 pkt. proc. 

 


 

 

By odkryć, co było przyczyną tego odchylenia się koniunktury na krajowym rynku akcji, wystarczy sprawdzić, kiedy w przeszłości mieliśmy ostatnio do czynienia z podobnymi odchyleniami w dół od globalnego wzorca. Otóż coś takiego zdarzyło się poprzednio dwukrotnie w 2013 roku. Takie sygnały jak środowy pojawiły się 27 czerwca 2013, gdy rząd przedstawił propozycje zmian w OFE oraz 5 września 2013, gdy rząd podjął decyzje o konfiskacie połowy oszczędności emerytalnych obywateli zgromadzonych w Otwartych Funduszach Emerytalnych. 

 

 

Co ciekawe w obu przypadkach takie wywołane informacjami o zakusach rządu na OFE 5-sesyjne odchylenie WIG-u od MSCI Emerging Markets Index o przynajmniej 5 pkt. proc. pojawiało się dokładnie w dołkach indeksu, po których WIG był wyżej przez następne 2 lata. 

Z podobną sytuacją mamy do czynienia obecnie. Tydzień temu w mediach pojawiły się pogłoski o rozważanej przez rząd nacjonalizacji reszty oszczędności emerytalnych pozostających w OFE w postaci akcji przedsiębiorstw

Jak pokazują przypadki z czerwca i września 2013 (ale też 10 sierpnia 2011 czy września 2009), na krótką metę ostatnią lokalną panikę można traktować jako okazję do spekulacyjnych zakupów polskich akcji (które okażą się zapewne zyskowne, jeśli globalna koniunktura okaże się w najbliższych tygodniach korzystna). 

Na dłuższą metę jak pokazuje przypadek węgierski relatywna słabość rynku akcji po likwidacji funduszy emerytalnych może utrzymywać się przez ponad 4 lata. 

 

 

Gdyby te balony próbne z ostatnich dni się ostatecznie potwierdziły - a przecież "nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niesprawiedliwości, której nie mógłby dopuścić się skądinąd łagodny i liberalny rząd - jeśli zabraknie mu pieniędzy" - to doszłoby do największego od lat 40-tych upaństwowienia udziałów w przedsiębiorstwach na sumę mniej więcej 140 mld złotych. W wielu firmach oznaczałoby to znaczący wzrost wpływów rządu w akcjonariacie, a w licznych  przypadkach po prostu przejęcie przez rząd kontroli nad spółkami.

Wydaje się, że dla akcjonariuszy niektórych prywatnych obecnie spółek wizja przejęcia przez rząd władzy w ich firmach może być mało atrakcyjna i podejmą one jakieś próby obrony przez nacjonalizacją. Taką formą obrony mogłyby być emisje nowych akcji skierowane do prywatnych inwestorów czy też skup akcji, który mógłby paradoksalnie pozytywnie wpływać na kurs zagrożonych niepożądaną nacjonalizacją firm. 

Co ciekawe równolegle z pogłoskami o przejęciu przez rząd drugiej połowy oszczędności emerytalnych zgromadzonych w starych OFE pojawił się pomysł na utworzenie nowych lepszych OFE, które lokowałyby część wynagrodzeń osób pracujących w państwowe inwestycje. Pomysł fajny, tylko jaka jest po ekscesach z ostatnich lat wiarygodność polskiego rządu w kwestii oszczędności emerytalnych?

09:19, bialek.wojciech
Link Komentarze (143) »
środa, 25 maja 2016

Przed grudniową pierwszą po kryzysie podwyżką stóp FED zabawiłem się w zrobienie projekcji wartości S&P 500, kursu EUR/USD i ceny ropy naftowej opartej na zachowaniu tych instrumentów po dwu poprzednich pierwszych pokryzysowych podwyżkach stóp Rezerwy Federalnej z 2004 i 1994 roku. Owo ćwiczenie  sprzed pół roku można ocenić generalnie pozytywnie. Projekcja dla S&P 500 sprawdziła się wręcz perfekcyjnie:

 


 

Dolar miał słabnąć do euro, to i słabł do 3 maja i dopiero wtedy odkleił się in minus od grudniowej projekcji. 

 

 

Ropa naftowa (WTI) miała podrożeć do 48 dolarów w kwietniu, a osiągnęła ten poziom w maju (po drodze zaliczając jednak "nieplanowany" spadek do 26 dolarów). 

 

 

Zachęcony tym relatywnym powodzeniem projekcji opartych o 2 ostatnie cykle postanowiłem rozszerzyć ten eksperyment na 4 minione cykle Juglara (czyli cykle inwestycji w środki trwałe, których fazy spadkowe zwykle generują recesję w gospodarce) składające się na pełny cykl pokoleniowy. 

 

 

Na powyższy obrazku szare paski oznaczają okresy recesji w USA (według klasyfikacji NBER). W okresie minionego pokolenia by wpędzić gospodarkę USA w recesję Rezerwa Federalna musiała podnosić stopy o kolejno ponad 10 pkt. proc., prawie 4 pkt. proc., 3,5 pkt. proc. oraz 4,25 pkt. proc. Od pierwszej podwyżki do początku recesji upływało kolejno 2 lata i 4 miesiące, 3,5 roku, 7 lat i 1 miesiąc oraz 3,5 roku. Innymi słowy w okresie minionego pokolenia do recesji potrzebny był wzrost stóp o przynajmniej 3,5 pkt. proc. trwający co najmniej 28 miesięcy, co w obecnych realiach dawałoby początek recesji najwcześniej w kwietniu 2018 roku po wzroście oprocentowania funduszy federalnych do poziomu przynajmniej 3,75 proc. (czyli po kolejnych 13-u podwyżkach takich jak grudniowa)

Jak w ciągu 2 lat po pierwszej porecesyjnej podwyżce zachowywała się wartość S&P 500? Różnie, łącznie z największym w historii jednodniowym spadkiem wartości indeksu w 9 miesięcy po pierwszej podwyżce ze stycznia 1987 roku (w obecnych realiach byłby to wrzesień tego roku). Generalnie jednak w horyzoncie 15-u, 18-u, 21-en czy 24 miesięcy po pierwszej podwyżce ryzyko trzymania amerykańskich akcji były raczej umiarkowane, gdyż w każdym z tych horyzontów czasowych S&P 500 był wyżej niż w chwili, gdy FED zaczynał podwyżki stóp. Z drugiej strony poza przypadkiem z lat 90-tych potencjał wzrostowy w okresie następnych 2 lat nie wydaje się być z tego punktu widzenia jakiś oszałamiający. 

 

Projekcja oparta o te 4 historyczne ścieżki rośnie do września, potem wchodzi w zakres oddziaływania krachu z października 1987 roku i wznawia hossę począwszy od listopada. 

 

 

Jeśli chodzi o dolara, to w 3-ech z 4-ech cykli słabł on silnie względem euro  przez rok-półtora po pierwszej podwyżce, a w każdym z 4 cykl to osłabienie wynosiło kurs EUR/USD o skali, która w obecnych realiach oznaczałaby dojście do poziomu przynajmniej 1,21. 


Trzeba wszakże zauważyć, że od 3 tygodni dolar jest wyraźniej mocniejszy niż to zwykle bywało w pół roku po pierwszej podwyżce, co jednak w świetle tendencji dominującej w przeszłości należy chyba raczej traktować - po uwzględnieniu wszelkich możliwych zakłóceń związanych z potencjalnym wpływem czerwcowego referendum w Wielkiej Brytanii - jako okazję do zamiany dolarów na euro. 

 

 

Najmniej jednoznacznie i najmniej atrakcyjnie wygląda w tym kontekście ropa. W żadnym z 4 analizowanych cykli nie podrożała w pół roku po pierwszej podwyżce tyle co teraz, więc jej dalszy potencjał wzrostowy wydaje się być - przynajmniej w krótkoterminowej perspektywie - dosyć ograniczony. 

 


 

Poniższa projekcja ceny ropy (WTI) sugeruje, że ewentualne spadki w okolice poziomu 40 dolarów za baryłkę można będzie traktować jako okazję do spekulacyjnych zakupów, a trwalsza tendencja wzrostowa powinna na tym rynku zagościć dopiero od początku 2018 roku. 

 

 

Oczywiście powyższe było tylko odrobieniem pracy domowej z historii i nie należy uzyskanych wniosków traktować jako dogmatów nie do naruszenia w obecnym cyklu. Warto jednak pamiętać o tendencjach dominujących na rynkach w okresie poprzednich prowadzonych przez FED kampanii zaostrzania polityki pieniężnej w USA, bo być może dadzą o sobie znać i w obecnym cyklu. 

17:31, bialek.wojciech
Link Komentarze (72) »
piątek, 20 maja 2016

Po relatywnie przyzwoitym starcie - WIG-20 +19,4 proc., WIG +16,3 proc. do końca marca - w ciągu minionego miesiąca zwyżka identyfikowana przeze mnie jako początek fali wzrostowej na rynku akcji w ramach cyklu Kitchina wyraźnie osłabła i po 4 miesiącach od swego początku jest najsłabszym z analogicznych rozpoczynających cykliczną hossę historycznych ruchów. Drugą najsłabszą po 4 miesiącach od dołka zwyżką była ta rozpoczęta 4 lata temu w czerwcu 2012, więc być może mamy tu do czynienia z kontynuacją długoterminowego procesu słabnięcia naszego rynku czy też spadku jego "bety". Uśrednienie tych historycznych ścieżek spada pomiędzy 81-ą a 104-tą sesją od dołka. Czwartkowa sesja była 86-tą od dołka, więc z tego punktu widzenia powrotu trendu wzrostowego można spodziewać się w okolicach połowy czerwca. Następne posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w USA - na którym może dojść do kolejnej podwyżki stóp FED - odbędzie się 14-15 czerwca.


 

Być może w związku z zapowiedzią agencji Moody's weryfikacji oceny wiarygodności kredytowej Polski agencji nasz rynek zaczął słabnąć wcześniej niż szerokie uniwersum rynków wschodzących i gdy "rating" nie został obniżony zerwał się w poniedziałek do - szybko później skasowanego - wzrostu (WIG-20 +2,1 proc.), ale generalnie ta słabość nie jest naszą specyfiką, co wyraźnie widać na wykresie MSCI Emerging Markets Index. 

 

 

Dosyć dobrym syntetycznych wskaźnikiem tej globalnej słabości jest od wielu miesięcy kurs chińskiego juana względem dolara. Spadek USD/CNY z jego 5-letniego szczytu ustanowionego na początku stycznia z wyprzedzeniem sygnalizował początek rajdu cen ryzykownych aktywów w górę (WIG-20 +19,4 proc.), a nawrót słabość chińskiej waluty począwszy od końca marca ostrzegał przez zmianą wzrostowego trendu. W datach trzech wcześniejszych apogeów wyprzedaży juana z 3 marca 2015, 25 sierpnia 2015 oraz 7 stycznia tego roku można dopatrzyć się rytmu wyznaczanego przez cykl 20-tygodniowy co sugeruje okolice 10 czerwca jako oczekiwany termin następnego dołka juana tej klasy. To data początku mistrzostw Europy w piłce nożnej. To oczywiście zapewne przypadek. Co prawda 4 lata temu dołek WIG-u, po którym indeks ten już nigdy nie był niżej, wypadł 5 czerwca, a więc na 3 dni przed początkiem mistrzostw rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie, ale już 8 lat temu kupowanie akcji przed mistrzostwami rozgrywanymi w 2008 roku było jednym z głupszych pomysłów na jakie można było wpaść.

 

 

Indeks Shanghai Composite próbował ostatnio oderwać się od wzorca wyznaczonego dlań przez wykres WIG-u z lat 1993-1995, ale chyba nie za bardzo mu to wyszło. Ta zabawa sugeruje dołek chińskiego indeksu w okolicach 15 czerwca.

 

 

Obserwowana słabość nie jest również ograniczona do rynków wschodzących. Widoczna też jest np. na wykresie S&P 500, co przełożyło się na spadek salda nastrojów w cotygodniowym sondażu tamtejszego stowarzyszenia inwestorów indywidualnych (AAII) do -14,8 proc. W dwu poprzednich cyklach 20-tygodniowych taki spadek nastrojów z poziomów przekraczających wcześniej +12,9 proc. pojawiał się w sondażach z 30 lipca (-19,6 pkt. proc.) i 16 grudnia (-15,5 proc.). W obu przypadkach były to okolice korekt wzrostowych na S&P 500, po czym 17 sierpnia i 29 grudnia rozpoczęło się silne tąpnięcie w dół kulminujące dołkami 25 sierpnia i 20 stycznia. Gdyby to traktować dosłownie to następne tąpnięcie na S&P 500 rozpoczęłoby się 1-6 czerwca a kulminować będzie 14-23 czerwca. 


 

Koniec tego ostatniego przedziału czasowego to data referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie dalszego pozostawania "ojczyzny futbolu" w Unii Europejskiej. Oczekiwany dołek cyklu 20-tygodniowego celuje więc raczej w okolice 23 czerwca a nie w początek mistrzostw Europy. W przeszłości sądziłem, że trzeciego z rzędu podobnego tąpnięcia na Wall Street nie będzie - bo byłoby to zbyt oczywiste - ale przez następne 5 tygodni wypada zachować czujność, bo powyższy wykres wygląda niepokojąco. 

08:59, bialek.wojciech
Link Komentarze (106) »
piątek, 13 maja 2016

Udzielił mi się nastrój rozliczeń, który w tym tygodniu zapanował na polskiej scenie politycznej i postanowiłem w niniejszym komentarzu zająć się oceną tego, jak inne kraje radziły sobie względem Polski w przeszłości. Wykorzystam do tego celu historyczną bazę zawierającą dane na temat PKB na głowę mieszkań różnych europejskich i okołoeuropejskich krajów i rejonów. Jeśli ktoś chce samodzielnie kontynuować tą zabawę historią to dane można znaleźć na stronie Maddison Project.

Dane kończą się na 2010 roku, a dla naszego kraju sięgają 1870 roku. 

 

 

Oczywiście tu można by rozpocząć dyskusję na temat zastosowanej metodologii (np. jak liczony był realny PKB na głowę mieszkańca Polski, w latach kiedy Polski nie było na mapie świata), ale ja - szanując wykonaną przez innych pracę - założę, że dane te mają jakiś tam sens (chociaż w niektóry przypadkach - np. Białorusi - można mieć co do tego zasadne wątpliwości, bo to co można znaleźć w bazie Projektu Madisson stoi w niejakiej sprzeczności z tym, co podają inne źródła). 

Zgodnie z zapowiedzią interesować mnie dziś będą nie nominalne zmiany, ale to jak inne kraje radziły sobie w wybranych okresach historycznych względem Polski. 

Zacznijmy od zbadania losów kraju, który 140 lat temu w 1870 roku był - spośród tych, dla których dostępne są dane - najbogatszy. Była to Wielka Brytania, w której PKB na głowę (liczony w "international dollars") wynosił wtedy 3190 USD. Polska osiągnęła ten poziom dopiero 90 lat później. Na poniższym wykresie mamy stosunek dochodu na głowę w Wielkiej Brytanii i Polsce. 

 


 

Powyższy wykres można podsumować jednym słowem - dramat. Jest to również lekcja na przyszłość dla krajów, które stworzyły imperium, że raczej nie należy go tracić, bo kończy się to dla imperialistów marnie. Brytyjczycy za czasów pani Thatcher wykonali rozpaczliwą próbę przełamania tendencji spadkowej, ale od 1991 roku stracili już większość zdobytego względem Polski terytorium. Nic dziwnego, że miotają się ostatnio rozpaczliwie próbując znaleźć wyjście z matni, w której się znaleźli. A to Szkoci zastanawiają się, czy nie wyskoczyć z tonącego statku, a to Anglicy próbując zapobiec kontynuacji tej relatywnej zapaści rozważają opuszczenie Unii Europejskiej. Z tego punktu widzenia masowa migracja Polaków do Wielkiej Brytanii z ostatnich wydaje się być jakimś sporym nieporozumieniem. 

Prawie równie bogata jak Wielka Brytania była 140 lat temu Szwajcaria. Kraj ten nie stracił żadnego imperium, ale relatywna sytuacja Szwajcarów wydaje się być jeszcze bardzie tragiczna. Widać tu regularny trend spadkowy. Kto by pomyślał.

 

 

Poniżej umieściłem ranking krajów uszeregowanych pod względem wzrostu PKB na głowę w okresie minionych 140 lat. 

 


 

Jak widać obok Wielkiej Brytanii i Szwajcarii za największych pechowców minionych 140 lat należy uznać Rumunię, Węgry, Belgię i Holandię. Generalnie najlepiej w tym okresie - prawie dwa razy lepiej niż Polska - radziły sobie kraje nordyckie Norwegia, Finlandia i Szwecja (Dania wypadła porównywalnie do naszego kraju). 

Jeśli chodzi o Niemcy, to buksowały one względem Polski w okresie minionych 140 w miejscu. Może poszłoby im lepiej, gdyby nie ich zwyczaj rozpoczynania i przegrywania wojen światowych. Trudno uznać Polskę za zwycięzcę II Wojny Światowej, ale według danych z bazy Maddison Niemcy po przegrały ją znacznie bardziej niż Polska - zaraz po wojnie ich realny PKB na głowę spadł do polskiego poziomu. Trzeba natomiast Niemcom oddać, że potrafiły - podobnie zresztą jak po I Wojnie Światowej - wygrać pokój. Niemcy zresztą chyba sami po tych doświadczeniach doszli do wniosku, że wojowanie ani im nie wychodzi ani im nie służy. 

 

 


 

 

Niezbyt dobrze krajom robią również wojny domowe. Przykładem może być Hiszpania, w której przed wybuchem wojny domowej końca lat 30-tych XX-wieku PKB na głowę był 1,61-krotnie wyższy niż w Polsce, a gdy wojna się skończyła wynosił już jedynie 0,82 polskiego. 

 

  

Innym przykładem katastrofalnego wpływu wojen domowych na poziom życia może być Jugosławia. 

 

 

Podobnie jak Jugosławii rozpad istniejącej struktury imperialnej nie posłużył dobrze obszarowi określanemu w bazie Maddison jak "former Soviet Union". I rozpad imperium carów i rozpad imperium radzieckiego związane były z ponad 2-krotnym spadkiem poziomu życia w stosunku do Polski. 

 

 

Obszar radziecki jawi się jednak jako bezkonkurencyjny lider lat 1921-1938, co wydaje się tłumaczyć sentyment, którym Rosjanie darzą ten okres bezprecedensowego terroru. Z poniższego zestawienia widać też, że II RP nie zdołała osiągnąć z takich czy innych względów jakiegoś przekonującego sukcesu w tym okresie.

 

 

Ten niewątpliwy sukces gospodarczy Sowietów w okresie międzywojennym, który zresztą został potwierdzony zwycięstwem ZSRR w II WŚ mógł polskim komunistom dawać nadzieje, że zreplikowanie tego systemu w naszym kraju również da dobre rezultaty. I tu przyszło rozczarowanie. W latach 1945-1991 tylko Albania i Węgry radziły sobie gorzej:

 


 

Powojenna konfiguracja gospodarczo-polityczna okazała się dla odmiany najbardziej korzystna dla krajów Zachodniej Europy a liderami okazały się Grecja, Włochy i Austria. Nic dziwnego, że Grecy tęskniąc za dawnymi czasami poparli ostatnio w wyborach danych komunistów, być może licząc, że w ten sposób uda im się po raz drugi wejść do tej samej rzeki. 

Widząc postępującą relatywną degrengoladę bloku komunistycznego szczególnie rażącą w sąsiadującej z Europą Zachodnią  Europie Środkowej Polska wykonała kolejną woltę porzucając blok komunistyczny i przyłączając się do zachodniego bloku kapitalistycznego.

Ta decyzja okazała się w latach 1991-2010 spektakularnym sukcesem. Koniec komunizmu lepiej zrobił jedynie Albanii. 

 

 

Trudno się specjalnie dziwić, że Polacy stali się największymi euroentuzjastami w Europie.  

Górna część powyższego rankingu jest zdominowana przez kraje postkomunistyczne, chociaż nie wszystkim upadek ZSRR i koniec komunizmu w Europie i okolicach wyszedł na zdrowie. Z pewnością Tadżycy, Mołdawianie, Ukraińcy, Kirgizi, Gruzinie, Macedończycy, Rosjanie czy Serbowie mogą mieć do tej zmiany stosunek ambiwalentny. 

Dane kończą się na 2010 roku, a szkoda bo bardzo ciekawie wyglądałoby porównanie zachowania poszczególnych krajów w okresie kryzysu strefy euro. Ale na koniec tabelka ze zmianami PKB w okresie od końca 1998 roku, czyli dla okresu istnienia Europejskiej Unii Monetarnej:

 

 

Te lata to okres wzrostu ceny ropy naftowej (z 10 dolarów za baryłkę w 1998 roku do ponad 140 w 2008 roku), więc widać, że coś w tym okresie zaczęło się dziać np. w Azji Środkowej (Azerbejdżan!). Do 2010 roku pozytywnego wpływu strefy euro na wzrost gospodarczy w Europie Zachodniej nie można było dostrzec - kraje Europy Zachodniej robiły w tym okresie za czerwone latarnie tego zestawienia. Z pewnością ich relatywna pozycja w okresie następnych 5 lat się nie poprawiła. 

Jak długo utrzyma się ta najwyraźniej korzystna dla naszego kraju konfiguracja gospodarczo-polityczna, która powstała na początku lat 90-tych? Czy ten trend minionego ćwierćwiecza, który uczynił z naszego kraju "zieloną wyspę" (nie jedyną, inną była w tym okresie Australia) jest rzeczywiście trwały? A może załamie się sam - np. pod ciężarem długu - bez konieczności zmiany globalnej konfiguracji. Czy też do jego przerwania przyczynią się błędne ruchy krajowych polityków? Trudno oczywiście powiedzieć. Jedno jest pewne. W krajach, które nie są beneficjentami obecnego układu narastać będzie presja na jego zmianę. Dobrze by było, by nowy ład, który być może wyłoni się po ewentualnym końcu obecnego, był jeszcze bardziej korzystny dla naszego kraju. 

 


 


13:20, bialek.wojciech
Link Komentarze (174) »
czwartek, 05 maja 2016

Silne hossy na rynku surowców mają tendencję po pojawia się w okresie pokoleniowych boomów na rynku nieruchomości. Ma to sens - do budowy domu potrzeba sporo surowców. Poprzedni taki pokoleniowy boom na rynku nieruchomości kulminował na świecie - i w naszym kraju - w 1978 roku. Władze PRL rozpaczliwie próbowały wtedy zaspokoić "potrzeby mieszkaniowe" powojennego boomu demograficznego (szczyt urodzin w 1955 roku). Te czasy zostały uwiecznione w satyrycznej formie w serialu "Alternatywy 4", a budowane w tamtych czasach bloki w dużej mierze decydują o obrazie naszych miast do tej pory.

 


 

Władzom PRL heroiczny zamiar wybudowania mieszkań dla "baby boomersów" (dekadę wcześniej budowano z tych samych powodów "1000 szkół na 1000-lecie państwa polskiego") prawie się powiódł, problem polegał na tym, że w tym czasie podobne boomy miały miejsce w wielu krajów świata. Np. w USA, gdzie również dokładnie tak jak w Polsce (patrz wykres powyżej) szczyt liczby budowanych nowych domów ustanowiony został w 1978 roku:

 

 

I w USA i w PRL po ustanowieniu w 1978 roku maksimum liczba budowanych domów zaczęła spadać. W ciągu następnych 4 lat PRL zbankrutowała na swoich zobowiązaniach zagranicznych a nad krajem "zapadła ciemna noc stanu wojennego". USA poradziły sobie ciut lepiej, ale i przeżyły dwie kolejne recesje (1980, 1982), a w apogeum tej drugiej po bankructwie Meksyku duże amerykańskie banki były z ujemnymi kapitałami technicznie bankrutami i tylko decyzja rządu pozwoliła im księgować te długi nadal po wartości nominalnej. 

Jakie było źródło tego załamania z lat 1978-1982? Bardzo proste. Masowe budownictwo mieszkaniowe zużywało wielkie ilości surowców. Rosnący popyt na nie generował wzrosty cen i właśnie od 1978 roku gospodarki wielu krajów świata przestały dawać sobie radę z tą drożyzną. Dodajmy, że rosnące ceny surowców przekładały się na wzrost wskaźników inflacji i zwyżkę stóp procentowych, które w 1981 roku w USA sięgnęły 15 proc., co bezpośrednio wywołało bankructwa najbardziej zadłużonych krajów. W 2 lata po szczycie boomu na rynku nieruchomości spadek popytu przełożył się na pęknięcie bańki również na rynku surowców, gdzie w 1980 rozpoczęła się trwająca następne 18 lat pokoleniowa bessa. 

 


 

Nie muszę dodawać, że ta sama historia powtórzyła się pokolenie później, gdy w okres gniazdowania weszły dzieci powojennych baby boomersów, maksimum urodzin których przypadło w Polsce w 1983 roku. Jak widać na powyższych obrazkach szczyt boomu na rynku nieruchomości w USA wypadł w 2005 roku, a szczyt wywołanej przezeń hossy na rynku surowców 3 lata później. I znowu rozpoczęła się pokoleniowa bessa na rynku surowców. Nam po tych wydarzeniach pozostał garb kredytów frankowych, które są odpowiednikiem gierkowskich długów z poprzedniego pokolenia.  

Ktoś może zapytać o sensowność przypominania tej historii w 2016 roku. Uważam, że historia ta jest ciekawa sama w sobie, więc warta przypominania od czasu do czasu. Ja jednak zmierzam ku konkretnej tezie. Chciałbym cofnąć się do początku tego ostatniego boomu na rynku nieruchomości czyli do lat 2000-2002. Co się wtedy wydarzyło? Otóż doszło do najsilniejszego od pokolenia krachu na rynku akcji, który najbardziej spektakularną postać miał na rynku Nasdaq. Efektem tego krachu był spadek stóp w USA z 6,25 proc. w 2000 roku do historycznego minimum w wysokość 1 proc. w 2002 roku. W Polsce wysokość stopy lombardowej spadła z 23 proc. w 2000 roku do 6,65 proc. w 2002 roku i 5,5 proc. w 2006 roku. Jaki był skutek tego globalnego załamania wysokości stóp procentowych a więc i kosztu kredytu? Globalny wyścig gospodarstw domowych po - tanie jak nigdy - kredyty hipoteczne. Boom na rynku kredytów hipotecznych wywołał boom w budownictwie mieszkaniowym, a dalszy ciąg tej historii opowiedziałem powyżej. 

Znowu ktoś zada pytanie o to, czy ta kolejna lekcja historii ma odniesienie do obecnej sytuacji na rynkach. Otóż być może ma. Pomiędzy czerwcem ub. r. a styczniem roku bieżącego na chińskich rynkach akcji rozegrał się klasyczny krach. W typowy sposób tamtejszy bank centralny zareagował sprowadzając wysokość podstawowej stopy procentowej do poziomu historycznego minimum. 

 

 

Na rekordowo niskie stopy procentowe Chińczycy zareagowali też w typowy sposób - kupując na kredyt nieruchomości, który ceny znowu zaczęły rosnąć:

 

 

Zainteresowanym tematem polecam wpis pana SiP na jego blogu zatytułowany: "Chiny startują po raz trzeci. Znowu turbo kredyt uratował świat".

Moim zdaniem wiele wskazuje na to, że w Chinach powtórzy się scenariusz, który przerabialiśmy w poprzedniej dekadzie. Jeśli rzeczywiście okres niskich stóp wywołanych spowolnieniem gospodarczym i giełdowym krachem zdoła wyprodukować w Chinach trwałą hossę na rynku nieruchomości, to skutkiem będzie wtórny wzrost cen surowców na rynkach światowych. Według wszelkich znaków na ziemi taka zwyżka cen surowców korygująca krach z lat 2014-2016 już się w styczniu rozpoczęła. Wzorcem takiego korekcyjnego wzrostu mogłaby być zwyżka cen surowców z lat 1986-1988. Taki wzrost cen surowców pociągnąłby za sobą zaskakujące w świetle oczekiwanych podwyżek stóp procentowych w USA osłabienie dolara i byłby bardzo korzystny przynajmniej do 2017 roku dla rynków peryferyjnych zwanych pieszczotliwie "wschodzącymi". 

W powyższym scenariuszu ten wtórny wywołany boomem na chińskim rynku nieruchomości wzrost cen surowców zmusiłby wreszcie FED do podniesienia stóp do poziomu, co wywołałoby wtórny krach, który tak jak ten z 2008 roku, uderzyłby zarówno w rozgrzany wtedy być może do czerwoności chiński rynek nieruchomości jak i w rynki akcji na świecie. Tym samym obecną dekadę kończylibyśmy pełnoskalowym Chinageddonem, po którym prędzej czy później ChRL z nazwy odpadłaby literka "L". 

19:33, bialek.wojciech
Link Komentarze (162) »
piątek, 29 kwietnia 2016

GUS zaskoczył wielu podając bardzo słabe dane na temat produkcji przemysłowej (+0,5 proc. r/r) i budowlano-montażowej (-15,8 proc. r/r) oraz sprzedaży detalicznej (+3 proc.) w marcu. Wartość opartego o te dane prostego modelu rocznej dynamiki PKB w naszym kraju zanurkowała w marcu do najniższego od maja 2013 roku poziom +2,1 proc. GUS skorygował w górę o +0,4 pkt. proc. do +4,3 proc. dane na temat rocznej dynamiki PKB w IV kw. ub.r. (to najwyższe tempo od 4 lat.), ale miesięczne dane z ostatnich miesięcy sugerują raczej, że w I kw. ta dynamika PKB była bliższa +2,8 proc.



Sądzę, że tym marcowym spowolnieniem nie należy się przesadnie przejmować z dwu powodów. Pierwszy jest taki, że swoim słabym zachowaniem do stycznia tego roku  WIG już zdyskontował spadek dynamiki PKB do ok. 2 proc., czyli właśnie poziomu sugerowanego przez marcowe dane. W przeszłości roczna dynamika WIG-u wyprzedzała roczną zmianę PKB o średnio ok. 5 miesięcy. 

 


 

Drugi powód jest taki, że różnej maści wskaźniki koniunktury gospodarczej w naszym kraju - zarówno te współbieżne jak i wyprzedzające - nie potwierdzają marcowego spowolnienia i nie sugerują jego pogłębienia w najbliższej przyszłości.

Krótki przegląd tych wskaźników proponuję rozpocząć od modelu dynamiki PKB opartego na OECD-owskim złożonym indeksie wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Polski w wersji "amplitude adjusted". Wartość prostego modelu opartego na tym wskaźniku sugeruje co prawda spadek od maja do sierpnia, ale ciągle znajduje się powyżej poziomu dynamiki PKB z IV kw. ub. r. (+4,3 proc.). 

 

 

Podobny model oparty na innej wersji tego samego OECD-owskiego wskaźnika ("trend restored"), co prawda nie potwierdza wystrzały w górę dynamiki PKB z IV kw. (+4,3 proc.), ale również w nie potwierdza spadku dynamiki poniżej poziomu 3 proc. w przeciągu najbliższego pół roku. 

 

 

Moj model dynamiki PKB oparty na zmiany tempa inflacji mierzonego przez dynamikę CPI, poziomu krótkoterminowych stóp procentowych (3-miesięczny WIBOR) oraz ilości "gorącego pieniądza" na krajowym rynku (agregat pieniężny M1) w okresie od stycznia do września przebywa w przedziale 3,5-4,7 proc., a więc zdecydowanie powyżej poziomu z marca szacowanego na +2,1 proc. 

 


 

Publikowany przez Citibank Early Warning Signal Risk Index dla Polski wykazuje zbyt słabą korelację z dynamiką PKB, by na jego podstawie kusić się o modelowanie tej ostatniej, ale jak widać na poniższym obrazku nic w jego zachowaniu nie sugeruje, by w sięgającym końca III kwartału horyzoncie coś szczególnie zagrażało krajowej koniunkturze gospodarczej. 

 

 

Dla koniunktury gospodarczej w naszym kraju kluczowe jest oczywiście to, co dzieje się w gospodarce strefy euro. Do modelowania tego wpływu można użyć wskaźników takich jak EuroCOIN czy Sentix. Tu widać spowolnienie, które powinno być odczute przez polską gospodarkę w okresie kwiecień-lipiec, ale to pogorszenie koniunktury w strefie euro nie było na razie na tyle silne by sprowadzić wskazania modelu poniżej poziomu 4 proc. 

 

Niezależnie od niedoskonałości powyższych modeli opartych o różnej maści wskaźniki wyprzedzające koniunktury gospodarczej ich wskazania raczej nie sugerują istnienie poważniejszych powodów nie niepokoju co do losów koniunktury gospodarczej w najbliższym czasie. 

Ten krótki przegląd można wzbogacić o prezentację kilku wskaźników współbieżnych, które w przeszłości nie wykazywały się zdolnością przewidywania koniunktury gospodarczej, ale pozwolą ocenić wiarygodność marcowego załamania. 

Po kolei - sondaż na temat nowych zamówień (dostępne są już dane za II kw.):

 

 

... sondaż GUS na temat ogólnej sytuacji gospodarczej (dane do kwietnia): 

 

 

... wskaźnik ogólnej koniunktury gospodarczej w Polsce w wersji publikowanej przez Komisję Europejską (DG ECFIN; dane do kwietnia):


 

 

... i wskaźnik zaufania konsumentów GUS (dane do kwietnia):

 

 

 

Mógłbym kontynuować dalej dzieląc się  kolejnymi wskaźnikami, ale wydaje się, że te pokazane powyżej dają wystarczające dobre wyobrażenie o tym, co można z dostępnych danych wyczytać na temat bieżącej i oczekiwanej koniunktury gospodarczej w naszym kraju. Jak widać nie widać w zachowaniu tych wskaźników poważniejszego spowolnienia gospodarczego, a w przypadku niektórych można nawet dopatrzyć się sugestii kontynuacji przyspieszania tempa wzrostu. 

Podsumowując: na podstawie opisanych powyżej przesłanek silny spadek tempa wzrostu gospodarczego w naszym kraju w marcu można uznać za przejściowy i zdyskontowany już przez rynek akcji, a kolejne miesiące powinny przynieść odbudowę tempa wzrostu gospodarczego do poziomu obserwowanego w okresie minionych 2 lat. 

 

 

13:40, bialek.wojciech
Link Komentarze (85) »
czwartek, 21 kwietnia 2016

Rosnąc w ciągu 20 tygodni z 17-miesięcznego minimum do 18-tygodniowego maksimum WIG wygenerował sygnał, który w okresie istnienia GPW w 6-iu na 7-em przypadków poprawnie identyfikował początek wzrostowej fazy cyklu Kitchina na krajowym rynku akcji. Tak zdefiniowany sygnał nie pojawił się jedynie w 2005 roku, gdy spadkowa faza cyklu z lat 2004-2005 skutkowała na WIG-u jedynie spowolnieniem tempa wzrostu w postaci "pędzącej" korekty.

 

Oczywiście 3 liczby użyte w definicji powyższego kryterium są wynikiem pracowitej manipulacji i gdyby je nieco zmienić, niektóre z tych 6 sygnałów zniknęłyby, a pojawiałyby się inne (np. w marcu 1998 albo grudniu 2000), ale sam fakt, że tak proste kryterium daje niezawodny sygnał rozpoczęcia się cyklicznej hossy traktuję jako potwierdzenie poprawności wcześniejszych oczekiwań. 

Na minimum tego cyklu czekałem już od jesieni i powyżej opisany sygnał traktuję jako powierdzenie hipotezy, że styczniowy dołek indeksów miał właśnie taki charakter. 

Nawet fatalne dane GUS na temat tempa wzrostu gospodarczego w marcu zdają się pasować do tego schematu, bo rok temu przedstawiając projekcję dynamiki PKB opartą na obserwowanym w przeszłości przebiegu cyklu Kitchina sugerowałem kwiecień tego roku jako oczekiwany orientacyjny dołek cyklicznego spowolnienia. Roczna dynamika WIG-u wyprzedzała w okresie minionych 17 lat dynamikę PKB o średnio ok. 5 miesięcy, więc można sądzić, że polska gospodarka nie zdążyła jeszcze zareagować na zmianę warunków panujących na świecie, która dokonała się w okresie minionych 3 miesięcy. Mam tu przede wszystkim na myśli najsilniejszy od 2009 roku 3-miesieczny wzrost cen surowców. 

 


 

Wcześniejsze oparte o cykl Kuznetsa szacunki oczekiwanego terminu dołka cen surowców sugerowały okolice listopada ub. r., więc ten ostatni wystrzał cen surowców rozpoczęty w styczniu można uznać za potwierdzenie początku średnioterminowej korekty cen na rynkach towarowych. 

Modelując dynamikę krajowej produkcji przemysłowej za pomocą dynamiki przeliczonych na złote cen metali na światowych giełdach towarowych widzimy, że niebawem koniunktura w krajowym przemyśle powinna zacząć się poprawiać, chociaż z drugiej strony do potrzebnego do porządnej hossy na rynku akcji prawdziwego rozkwitu koniunktury w krajowym przemyśle potrzebna byłaby kilkudziesięcioprocentowa dynamika złotowych cen metali. "Efekt bazy" powinien pozwolić na spełnienie tego warunku na początku przyszłego roku. 

 


 

Projekcja wartości WIG-u oparta na opisanych na początku sygnałach rośnie do poziomu ubiegłorocznego szczytu (ok. 57000 pkt.) w styczniu 2018 po czym wchodzi w cykliczną bessę. 

 

 

Oczywiście powyższa projekcja jest wynikiem uśrednienia 5-iu często całkiem od siebie odmiennych historycznych ścieżek WIG-u wokół tych sygnałów (sygnał z 1992 roku pominąłem), a w obecnym przypadku cykliczna faza wzrostu indeksu może wyglądać jeszcze inaczej. Historycznie oszacowana "gwarancja" zysku pojawia się dopiero po 1,5 roku i osiąga szczyt na poziomie +26 proc. za 21 miesięcy, czyli na samym początku 2018 roku (czarna strzałka na poniższym wykresie). Kupując w dniu pojawiania się sygnału (obecnie nastąpiło to 30 marca) można było w drodze do tych zysków maksymalnie stracić 12,2 proc. W każdym z tych cykli w ciągu następnych 2 lat można było zarobić przynajmniej 32 proc.

 

Nieco zmieniając parametry opisanego kryterium można uzyskać podobny efekt na MSCI Emerging Markets Index (tu też sygnał nie pojawia się w 2005 roku). 

 

 

Jak widać w co drugim przypadku niebawem po takim sygnale pojawiała się pokaźna korekta spadkowa cyklicznej hossy (przypadki sygnałów z 2012, 2001 i 1995 roku). Stosując "regułę zmienności" ("wszyscy oczekują, że będzie tak jak ostatnio, więc będzie inaczej") otrzymujemy wniosek, że w obecnym cyklu takiej silnej korekty nie będzie, czyli rynek zachowa się raczej tak jak w 2009, 1998 i 1991 roku). W najgorszym przypadku (2012) silna korekta spadkowa rozpoczęła się już w 5 tygodni po sygnale, co w obecnych realiach daje pierwszą dekadę maja jako moment, w którym rozważyć będzie trzeba dalsze któtkoterminowe losy rynku. 

 

Podsumowując: zachowanie WIG-u i MSCI Emerging Markets Index potwierdza hipotezę, zgodnie z którą w styczniu rozpoczęła się na GPW i "rynkach wschodzących" cykliczna hossa związana z cykiem Kitchina. W trakcie tej hossy w ciągu najbliższych 2 lat można liczyć na dalszy wzrost WIG-u przynajmniej do poziomu ubiegłorocznego szczytu indeksu (a prawdopodobnie wyżej). 

 


19:41, bialek.wojciech
Link Komentarze (150) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32