Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
środa, 27 sierpnia 2014

We wtorek S&P 500 po raz pierwszy w historii zamknął się powyżej poziomu 2000 pkt. Osiągnięcie takiego "okrągłego" poziomu wywołało u niektórych obserwatorów rynku lekkie podekscytowanie i pojawiły się sugestie, że jest do dobry poziom do otwierania krótkich pozycji. Może być, choć raczej trudno podejrzewać, by rynek jakoś specjalnie przejmował się nominalną wartości jednego z indeksów choćby i ważnego. Z ciekawości postanowiłem jednak sprawdzić, jak się sprawy z S&P 500 miały po osiągnięciu dwukrotności poprzednich potęg 10-tki czyli po dotarciu do poziomu 20 pkt. i poziomu 200 pkt. Ale zanim do tego przejdę proponuję zobaczyć jako zachował się indeks po ustanawianiu rekordów kolejno na  poziomach 10, 100 i 1000 pkt. Zaznaczyłem te momenty na poniższym obrazku:

 

 

Jakkolwiek trzeba pamiętać, że poruszamy się tu trochę poza granicą racjonalności, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że osiągnięcie "okrągłego" poziomu równego jednej z potęg 10-tki jednak nie jest dobrym "omenem" dla S&P 500. Nie znaczy to, że indeks zawsze zaraz zawraca na południe. Niemniej jednak po tym jak we wrześniu 1906 roku S&P 500 po raz pierwszy dotarł do poziomu 10 pkt. jeszcze w 1921 roku czyli 15 lat później ustanawiał dno bessy na poziomie 6,45 pkt. (dane miesięczne). Kupując S&P 500 w momencie pierwszego osiągnięcia poziomu 10 pkt. można było w ciągu następnych 15 lat stracić ponad 35 proc. Jeszcze 18 lat później było się na zero. Poziom 20 pkt. został osiągnięty dopiero 22 lata później.

Podobnie było po osiągnięciu poziomu 100 pkt. 4 czerwca 1968 roku. W tym przypadku 6 lat później można było spotkać indeks na poziomie 63,5 pkt., a więc 36,5 proc. niżej. Jeszcze 12 lat później było się na zero. Poziom 200 pkt. został osiągnięty dopiero 17 lat później.

S&P 500 po raz pierwszy dodarł do poziomu 1000 pkt. w 2 lutego 1998. I znowu jeszcze 11 lat później miał w dołku ostatniego kryzysu wartość jedynie 676,5 pkt. a więc o 33,5 proc. niższą. Jeszcze 11 lat później było się na zero. Poziom 2000 pkt. został osiągnięty dopiero wczoraj, a więc po 16 latach.

Z powyższego wynika, że droga z 10 na 20 pkt., ze 100 na 200 pkt. i z 1000 na 2000 pkt. była zawsze niezwykle ciernista: jeszcze 6-15 lat później traciło się 33,5-36,5 proc., na zero było się ciągle jeszcze po odpowiednio 18, 12 i 11 latach, a podwojenie kwoty zainwestowanej przy takim okrągłym rekordzie w postaci potęgi 10-tki następowało dopiero po 16-22 latach.

Dla osiąganej po raz pierwszy przez S&P 500 dwukrotności potęgi 10-tki mamy tylko dwa wcześniejsze przypadki: osiągnięcie poziomu 20 pkt. 4 maja 1928 roku oraz rekord na 200 pkt. 21 listopada 1985 roku.

 

 

 

W oby przypadkach zachowanie S&P 500 później było podobne. W oby przypadkach następował dalszy wzrost o +59-68 proc. do odpowiednio 31,83 pkt. we wrześniu 1929 i 336,7 pkt. w sierpniu 1987 trwający 16-21 miesięcy. Potem nadchodził krach -86,2 proc. w jednym przypadku lub i -33,5 proc. w drugim przypadku.

Jeśli więc drogi czytelniku tych słów przywiązujesz do numerologii dużą wagę, to zaprawdę powiadam Ci: nie lękaj się osiąganych po raz pierwszy zdublowanych potęg 10-tki na S&P 500, boć zawżdy niegroźne une som, a wprost przeciwnie na podstawie dawnych dziejów możesz imaginować sobie, że pomiędzy grudniem 2015 a majem 2016 obaczysz jeszcze S&P 500 gdziesik w okolicy 3183-3367 pkt., zaś dopiero potem nadejdzie skaranie boskie w postaci spadku o 33,5-86,2 proc. Innymi słowy: dwójka z przodu - poszczęści Ci się na Wall Street, trójka z przodu - przygotuj się na Armageddon.

15:33, bialek.wojciech
Link Komentarze (162) »
środa, 20 sierpnia 2014

W okresie minionych 2 tygodni WIG przeszedł z prawie 5-miesięcznego minimum na najwyższy poziom od prawie 2 miesięcy. W 23-letniej historii GPW taki prosty manewr udał się WIG-owi dopiero po raz 5-ty. Wszystkie takie sygnały zaznaczyłem na poniższym rysunku.

 

 

Jak widać w 3 na 4 przypadkach ceny akcji po takim sygnale generalnie nigdy już nie były niższe. Gdyby tę lekcję historii potraktować dosłownie otrzymalibyśmy wniosek, że prawdopodobieństwo tego, że WIG "nigdy" już nie spadnie istotnie poniżej obecnych poziomów wynosi 75 proc.

 

 

 

Oczywiście zdrowy rozsądek podpowiada, by do tej wywiedzionej z dotychczasowego zachowania cen akcji na GPW "statystyki" nie podchodzić aż tak poważnie.

Trzech sygnałów wygenerowanych 7 kwietnia 1995, 5 stycznia 1996 i 19 czerwca 2012 nie ma sensu analizować. Po ich pojawieniu się trzeba było akcje po prostu kupić i trzymać. Ciekawszy jest czwarty z tych sygnałów, który pojawił się 8 sierpnia 1997, a więc na dwa miesiące przed wybuchem ostrej fazy kryzysu azjatyckiego. Na poniższym wykresie zsynchronizowałem sygnały z poniedziałku i z 8 sierpnia 1997:

 

 

W takim najbardziej pesymistycznym scenariuszu ujawniony na ostatnich sesjach impet rynku niósłby ceny akcji w górę jeszcze przez 6-9 tygodni, po czym gdzieś od października ceny akcji załamałyby się w reakcji na jakieś kryzysowe zjawisko na świecie i do stycznia przyszłego roku zjechałyby w okolice 15-miesięcznych minimów, czyli powiedzmy do poziomów obserwowanych ostatnio we wrześniu ub. r.

W obecnych realiach FED-u zbliżającego się do końca skupu aktywów, zwalniającego tempa wzrostu gospodarczego w Europie, wojny handlowej z Rosją, agresji Rosji wobec Ukrainy grożącej eskalacją (i być może zabawami gazowymi kurkami zimą), niestabilności na Bliskim Wschodzie itp. ten ostatni scenariusz zbliżony do tego z 1997 roku wydaje się być bardziej prawdopodobny od tych optymistycznych wywodzonych z 3-ech pozostałych sygnałów.

Ale oczywiście należy pamiętać, że na naszym rynku cały czas pozostajemy w strefie najgorszego sentymentu indywidualnych inwestorów od maja-czerwca 2012 roku (-11,7 pkt. proc.). Przy takich nastrojach o przekonujące wizje rychłej zagłady nietrudno. Dopóki saldo optymistów i pesymistów w badaniu INI nie wróci do poziomów, przy których kończyły się wzrosty WIG-u w czerwcu (+35,8 pkt. proc.), lutym (+38,8 pkt. proc.) i listopadzie ub. r. (49,3 pkt. proc.) chyba nie ma się czym aż tak bardzo przejmować.

Na razie rynek ukarał naszych pesymistów najsilniejszym od 10 miesięcy 6-sesyjnym wzrostem WIG-u o +5,2 proc. Wydaje się, że do radykalnej zmiany sentymentu inwestorów potrzebny będzie wzrost nieco dłuższy i silniejszy. Na początku czerwca 2012, gdy nastroje po raz ostatni były równie marne jak w poprzedni czwartek przejście do euforii (odczyt INI +43,4 pkt. proc. 20 września 2012) trwało ponad 3 miesiące.

15:39, bialek.wojciech
Link Komentarze (509) »
czwartek, 14 sierpnia 2014

Jakiś czas temu przedstawiłem w tym miejscu trzy podstawowe cykliczne wskaźniki wyprzedzające tempa wzrostu gospodarczego w naszym kraju - dynamikę cen (np. CPI), dynamikę krótkoterminowych rynkowych stóp procentowych (np. 3-mies. WIBOR) i dynamikę agregatu podaży pieniądza M1. Oparty na tych wskaźnikach model dynamiki PKB w Polsce sugerował wiosenny szczyt ożywienia i relatywnie łagodne spowolnienie gospodarcze trwające do końca roku. Poniżej ten sam model oparty na danych od 2003 roku:

 

 

Na otrzymany rezultat największy wpływ ma zachowanie dynamiki M1, która spada od października, co przekłada się negatywnie na prognozowaną dynamikę PKB. Najniższy poziom dynamiki CPI w historii (deflacja na poziomie -0,2 proc.) zanotowany w lipcu oczywiście wpływa pozytywnie na tę prognozę, ale jak widać nie wystarcza to do przełamania negatywnego wpływy spadającej dynamiki M1.

Co ciekawe podobne do obserwowanych w Polsce zależności występują w strefie euro. Dynamika M1 korelowała w okresie minionych 18 lat z dynamiką PKB na poziomie 0,727 przy średnio 12-miesiecznym wyprzedzeniu:

 

 

W strefie euro dynamika M1 ustanowiła szczyt już w kwietniu ub. r. i od tamtej pory spadała. Rok później czyli w II kw. tego roku zaczęła spadać dynamika PKB.

Powiązanie z dynamiką CPI jest nieco słabsze - współczynnik korelacji na poziomie -0,63 przy 14-miesięcznym wyprzedzeniu:

 

 

Tutaj podobnie jak to jest w naszym kraju spadająca dynamika cen detalicznych wpływać powinna pozotywnie przez następne 14 miesięcy na tempa wrostu gospodarczego.

Nie za bardzo natomiast udało się zreplikować dla strefy euro zależności pomiędzy dynamiką PKB a zmianami wysokości krótkoterminowych rynkowych stóp procentowych - maksymalna korelacja okazała się niska (ledwie -0,4 proc. przy bardzo dużym wyprzedzeniu wynoszącym średnio 22 miesięcy):

 

 

Wrzucając te czynniki do modelu regresyjnego otrzymamy projekcję dynamiki PKB w strefie euro przedstawioną na poniższym rysunku:

 

 

Jak widać model sugeruje stabilizację dynamiki PKB w strefie euro trwającą przez następny rok, co można interpetować jako sugestię, że spowolnienie zaobserwowane w II kw. nie jest początkiem jakiegoś spektakularnego załamania (trochę to przypomina sytuację z lat 2004-2005). Oczywiście jest to tylko prosty model, który z oczywistych względów nie uwzględnia choćby takich zjawisk jak konflikt z Rosją i jego wpływ na wzajemne relacje handlowe.

15:41, bialek.wojciech
Link Komentarze (154) »
czwartek, 07 sierpnia 2014

Lipcowa wartość wskaźnika ISM Non-Manufacturing odzwierciedlającego opinie na temat koniunktury gospodarczej przedsiębiorców z sektora usług w USA osiągnęła najwyższy poziom od końca 2005 roku. Kilka dni wcześniej podano informację o wzroście w lipcu ISM Manufacturing Index - reprezentującego koniunkturę w sektorze przetwórczym - do najwyższego poziomu od kwietnia 2011. Dane te świadczą o tym, że gospodarka amerykańska szybko wydobyła się z zapaści z pierwszego kwartału, kiedy to wartość realnego PKB spadła najbardziej od czasu apogeum ostatniego kryzysu z początku 2009 roku. Równocześnie tak wysokie odczyty obu wskaźników można by interpretować jako sygnały przegrzania koniunktury gospodarczej w Stanach Zjednoczonych, które może powodować wzrost ryzyka wystąpienia silnych spadków cen akcji.

 

 

Bardzo wysokie odczyty wskaźników koniunktury gospodarczej nie są jednak wystarczającym sygnałem przegrzania. W typowym cyklu taka bardzo dobra koniunktura z czasem spowoduje wzrost popytu do poziomu, który przełoży się na wystąpienie w gospodarce silnej presji cenowej. Dopiero taka presja powodująca wzrost cen czynników produkcji i wskaźników tempa inflacji jest zwykle powodem zwyżki stóp procentowych, która z czasem dławi wzrost gospodarczy a wcześniej powoduje bessę na rynku akcji.

Gdyby wyciągać wnioski jedynie na podstawie wyników sondaży ISM, to z taką silną i narastającą presją cenową nie mamy obecnie w USA do czynienia. O ile wskaźniki koniunktury - indeksy PMI dla sektora przetwórczego i NMI/PMI dla sektora usług - znalazły się w lipcu znacznie powyżej swoich średnich z okresu minionych 17 lat (ISM dla sektora usług liczony jest od lipca 1997 roku), o tyle wskaźniki tendencji cenowych ("Prices") dla obu działów gospodarki znajdują się albo dokładnie na poziomie średniej (ISM Manufacturing Prices) albo niewiele powyżej (ISM Non-manufacturing Prices). Ewidentnie na razie bardzo dobra koniunktura gospodarcze nie przekłada się zdaniem amerykańskich przedsiębiorców na nasilanie się presji na wzrost cen w gospodarce.

 

 

 

Próbując zintegrować wskazania 4 wspomnianych wskaźników w jeden syntetyczny indeks, który mógłby być wykorzystywany do oceny stanu przegrzania koniunktury w gospodarce USA, dodałem do siebie wartości indeksów ISM Manufacturing i ISM Non-manufacturing i od tej sumy odjąłem sumę ISM Manufacturing Prices i ISM Non-manufacturing Prices. W ten sposób poprawiająca się koniunktura przy spadającej presji cenowej powodować będzie wzrost wartości wskaźnika (zjawiska pożądane), a spadająca koniunktura gospodarcza przy nasilającej się presji cenowej przekładać się będzie na spadek wartości wskaźnika (zjawisko niepożądane). Rezultat można zobaczyć w górnej części poniższego rysunku.

 

 

Na wykresie S&P 500 zaznaczyłem kolorem czerwonym momenty, kiedy wspomniany wskaźnik spada do poziomu -35 pkt. lub niższego, którego osiągnięcie arbitralnie uznałem za ostrzeżenie przed zagrażającym rynkowi akcji przegrzaniem koniunktury objawiającym się presją cenową znacznie przekraczającą (w kategoriach sondaży ISM) poziom koniunktury gospodarczej.

Jak widać tak zdefiniowany sygnał ostrzegawczy pojawia się w marcu 2000 roku (czyli opublikowany został w pierwszym tygodniu kwietnia 2000), a więc kilka dni po bardzo ważnym szczycie ówczesnej hossy związanej z boomem w sektorach informatycznym i telekomunikacyjnym. Również nieznacznie spóźniony był sygnał z listopad 2007, który pojawił się ponad miesiąc po październikowym szczycie S&P 500 poprzedzającym późniejsze załamanie trwającej do marca 2009. Z kolei sygnał ostrzegający przed przegrzaniem koniunktury w 2011 roku pojawił się z prawie 3-miesięcznym wyprzedzeniem w stosunku do szczytu S&P 500 z końca kwietnia 2011. Te 3 sygnały można jednak ocenić wysoko jako wartościowe ostrzeżenia.

Znacznie gorzej jest z grupą sygnałów generowanych wielokrotnie w okresie kwiecień 2004-sierpień 2006. Co prawda mieliśmy wtedy do czynienia z wyraźnym spowolnieniem tempa wzrostu cen akcji w porównaniu do tego co działo się wcześniej i później (ja w tym okresie umieszczam cykliczną bessę w postaci fali "pędzącej"), ale z pewnością nie doszło wtedy do poważniejszego załamania cen akcji, na które można by liczyć obserwując zachowanie opisanego wskaźnika.

Niezależnie od tych zastrzeżeń widać, że w okresie minionych 17 lat 3 najpoważniejsze spadki S&P 500 (2000-2002, 2007-2009 i 2011) poprzedzone były takim sygnałem ostrzegawczym, którego obecnie brak. Można to potraktować jak argument za tym, że niezależnie od ogromnego potencjału realizacji zysków istniejącego na Wall Street "przegrzanie" koniunktury gospodarczej nie jest obecnie czymś, co mogłoby uruchomić poważniejsze spadki cen akcji na Wall Street (choć może się to zmienić w przyszłości).

16:34, bialek.wojciech
Link Komentarze (208) »
czwartek, 31 lipca 2014

Gdy w zeszłym roku zastanawiałem się na możliwymi skutkami zakończenia przez FED prowadzonego od 2008 roku skupu aktywów dosyć jednoznacznie obstawiałem załamanie słabnących od 3-4 lat rynków wschodzących oraz relatywną odporność rynków rozwiniętych, które kryzys mają już za sobą. Tymczasem na razie jedyny sygnał słabości, który można by ewentualnie wiązać z działaniami FED pojawił się w strefie euro (Portugalia), a MSCI Emerging Markets jest (w USD) +7,6 proc. powyżej poziomu z końca zeszłego roku (ten sam indeks w lokalnych walutach jest najwyżej od ponad 6 lat). Co prawda takie zachowanie nie wyklucza słabości w końcówce roku - w 1994 roku, gdy FED zaostrzał politykę pieniężną po poprzednim kryzysie na rynku nieruchomości, MSCI EM rósł do września i dopiero później nadszedł kryzys meksykański - ale na razie nie widać zbyt wielu sygnałów słabości. Co więcej w ostatnim czasie pojawił się zaskakujący sygnał, który sugeruje konieczność przemyślenia perspektyw EM.

W ostatnich miesiącach zaczęły mianowicie oznaki życia wykazywać indeksy wskaźników wyprzedzających dla krajów BRIC. Poza Brazylią, gdzie nadal spadają, wzrost tych wskaźników trwa w Indiach od grudnia, a w Chinach i Rosji od marca:

 

 

Średnia z 4 indeksów wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla krajów BRIC w przeszłości wykazywała przyzwoitą korelację z dynamiką PKB w Polsce (0,63 przy niewielkim średnio 2-miesięcznym wyprzedzeniu):

 

 

Co ciekawsze w kwietniu i maju ten wskaźnik wzrósł po raz pierwszy od ponad 3 lat. W okresie minionych 20 lat taki sygnał - średni CLI dla krajów BRIC rośnie po raz pierwszy po okresie spadku - pojawił się wcześniej 6-krotnie jednoznacznie sygnalizując początek wszystkich kolejnych fal ożywienia gospodarczego za wyjątkiem ostatniego (tego rozpoczętego u nas na przełomie 2012 i 2013 roku). Na poniższym wykresie MSCI Emerging Matkets USD Free Index zaznaczyłem daty tych sygnałów:

 

 

Ścieżki tego indeksu wokół tych sygnałów przedstawiono poniżej. Jak widać w 4 na 6 przypadków indeks nie był nigdy niżej po takim sygnale przez następne 2,5 roku, a we wszystkich 6 przypadkach indeks był wyżej 1,5 roku po sygnale:

 

 

Uśrednienie zachowania MSCI Emerging Markets Free USD Index po takich sygnałach produkuje projekcję, która rośnie przez następne ponad 2 lata o ponad 50 proc.:

 

 

Przy okazji te same sygnały na WIG-u:

 

 

Jak widać pojawienie się takiego sygnału początku fazy ożywienia gospodarczego w krajach BRIC 5-krotnie mniej lub bardziej precyzyjnie sygnalizowało początek cyklicznej hossy na GPW. Taki sygnał jednak nie pojawił się w ostatnim cyklu (po części zapewne dlatego był on tak słaby), a obecne jego wystąpienie wydaje się być mocno zaskakujące. W przeszłości pojawiał się zawsze po okresach globalnego spowolnienia gospodarczego i związanymi z nią bessami na rynku akcji. Teraz - pomimo ostatniej słabości - raczej trudno o czymś takim mówić. Z tego względu przy interpretacji znaczenie opisanego sygnału trzeba zachować ostrożność. Z drugiej strony takie obserwowane ostatnio zjawiska jak umocnienie KGHM czy sygnały życia dawane przez chiński rynek akcji mają niewątpliwie związek z opisanym zachowaniem CLI dla krajów BRIC. Opisany sygnał może okazać się pułapką, a ożywienie iluzją, ale warto śledzić rozwój wydarzeń na największych rynkach wschodzących w najbliższym czasie, bo być może szykują nam one jakąś niespodziankę.

14:26, bialek.wojciech
Link Komentarze (308) »
środa, 16 lipca 2014

Nasz rynek akcji na razie z godnością zareagował na najnowsze wieści z Portugalii, gdzie spółka matka jednego z największych banków spóźniła się z płatnością odsetek od długu. Wychodząc z 4-miesięcznego dołka WIG-20 w ciągu  3 sesji do wtorku zyskał 2 proc. W okresie minionych 5 lat tego typu sygnały pojawiły się kilkukrotnie i zwykle sygnalizowały dobry moment do zakupów akcji (chociaż często bezpośrednio po takim sygnale występowały kilkusesyjne cofnięcia indeksu). Jedynym poważnym wyjątkiem był tego typu sygnał z 21 lipca 2011, kiedy to raptem kilka sesji później rozpoczęło się bardzo silne tąpnięcie cen akcji.

 

 

Wagę wspomnianego sygnału podnosi to, że właśnie mniej więcej teraz oczekiwany był kolejny dołek związany z funkcjonowaniem na rynku cyklu 10-tygodniowego:

 

 

Okolice dołka cyklu 10-tygodniowego powinny być w miarę dobrym momentem do zakupów, a stawką w grze wydają się być wzrosty związane z ostatnimi tygodniami fazy wzrostowej cyklu 40-tygodniowego. Od ostatniego szczytu związanego z cyklem 40-tygodniowym minęło już 233 dni czyli prawie 8 miesięcy. Na poniższym rysunku zaznaczyłem czerwonymi strzałkami analogiczne sytuacje (WIG prawie 8 miesięcy po szczycie cyklu 40-tygodniowego) z 4 poprzednich cykli. Jak widać  w dwu przypadkach był to świetny momentem do krótkoterminowych zakupów akcji, a w dwu przypadkach na taki moment trzeba było jeszcze poczekać 12-23 dni.

 

 

Projekcja wartości WIG-u uzyskana poprzez uśrednienie ścieżek WIG-u po szczytach 4 ostatnich cykli 40-tygodniowych (kusi myśl, że w jednym 40-miesięcznym cyklu Kitchina mieszczą się 4 takie cykle) już jest - jak zwykle ostatnio - silniejsza niż faktyczne zachowanie rynku, ale wyraźnie sugeruje, że do września powinna na rynku dominować tendencja wzrostowa:

 

 

 

Ten ostatni wniosek można skonfrontować z zachowaniem giełdy w Portugalii. Moje pierwsze skojarzenie zilustrowałem na poniższym rysunku. Marcowo-czerwcowy - podwójny szczyt na indeksie PSI General wydaje się być kopią tego z okresu październik 2009-styczeń 2010, a obecna sytuacja po wybiciu w dół z tej formacji i spadku o jej rozmiar wydaje się być analogiczna do tej z lutego 2010 (proszę zauważyć, że na pierwszym z powyższych rysunków w lutym 2010 pojawia się podobny do obecnego sygnał na WIG-u 20). Gdyby tę analogię potraktować poważnie, to teraz czekałoby nas ok. 9 tygodni wzrostu (co dałoby szczyt w drugiej połowie września) a następnie jeszcze jedno 3-tygodniowe tąpnięcie kulminujące czymś podobnym do "Flash Crashu" na Wall Street z 6 maja 2010.

 

 

Odpowiednio manipulując różnymi kryteriami próbowałem znaleźć w historii innego indeksu giełdy w Lizbonie - PSI-20 - sytuacje podobne do obecnej. Poniżej rezultat tych usiłowań. Jak widać właściwie 6 z 8 wcześniejszych tego typu sygnałów można potraktować jako zapowiedź bessy na giełdzie portugalskiej. Trzykrotnie - w maju 2000, wrześniu 2007 i lutym 2010 (ta data pojawiła się w poprzednim akapicie) - była to zapowiedź potężnego 2-letniego "rynku niedźwiedzia". Sygnał z sierpnia 2004 również można potraktować jako zapowiedź bessy, tyle że takiej, która - podobnie jak na WIG-u w tamtym okresie - przyjęła postać fali "pędzącej". W dwu przypadkach - maju 1994 i wrześniu 1999 - ówczesne spadki można potraktować jako bessę, tyle że taką, która kończyła się w 1,5-miesiąca po pojawieniu się takiego jak obecny sygnału. Dwóch przypadków - czerwiec 2005 i czerwiec 2013 - nijak nie da się potraktować jako zapowiedzi bessy.

 

 

Warto zauważyć, że sygnały z 1994, 2000 i 2007 roku można ładnie uzgodnić ze schematem cyklu 6,(66)-letniego, o którym pisałem w poprzednim tygodniu. Osobiście jestem przekonany, że analogie obecnej sytuacji z tymi z lat 2000 i 2007 są błędne (jest mało prawdopodobne, że trzeci raz z rzędu faza spadkowa tego cyklu przyjmie postać potężnej 2-letniej bessy). Za bardziej właściwe uważam analogie z 1994 rokiem (podkreślane przez identyczną co obecna pozycję rynku akcji w ramach 4-letniego cyklu prezydenckiego i 10-letniego "decennial pattern" i z 1987 rokiem (niestety z braku danych nie wiem jak się wtedy zachowywał rynek akcji w Lizbonie). W wersji z 1994 roku przez następne 5-kwartałów na rynku nie wydarzy się nic godnego uwagi, a potem nadejdzie potężna fala hossy (dobrym pretekstem byłoby wdrażanie w strefie euro jakieś formy unii fiskalnej, która usunęłaby obecne wady unii monetarnej).

Portugalski rynek akcji mocno ucierpiał, ale na razie zachowanie zarówno tamtejszego rynku obligacji:

 

 

... jak i rynku CDS-ów:

 

 

 ... nie świadczyło o jakieś szczególnej powadze obecnej sytuacji.

Również koniunktura gospodarcza w tym kraju wydawała się całkiem przyzwoita jeszcze w czerwcu, co jednak oczywiście raczej nie może być poważnym argumentem za niemożnością bessy (niejako z definicja bessa zaczyna się, gdy koniunktura gospodarcza jest bardzo dobra):

 

15:23, bialek.wojciech
Link Komentarze (858) »
czwartek, 10 lipca 2014

Obserwacja zawarta w poprzednim wpisie na blogu prowadziła do wielce optymistycznych wniosków co do losów cen akcji w USA w najbliższym czasie (poważniejszego tąpnięcia w tym roku nie powinno być, a silna hossa poprzedzająca ostateczne załamanie powinna potrwa do okolic 2017 roku). Dziś chciałbym zwrócić uwagę na zależność o generalnie przeciwnej wymowie.

Już dawno temu obserwatorzy polskiego rynku akcji zwróci uwagę na to, że kluczowe szczyty cen akcji minionych 23 lat pojawiły się w 6-7-letnich odstępach. Chodzi oczywiście o szczyty indeksu z marca 1994, marca 2000 i lipca 2007, po których następowały potężne załamania cen akcji. Łatwo było wyliczyć, że jeśli ta cykliczność miałaby zostać zachowana, to następnego szczytu cen akcji tej klasy należałoby oczekiwać w okolicach marca tego roku. Oczywiście określenie "w okolicach" trzeba rozumieć elastycznie, w końcu jeden cykl miał równe 6 lat (co sugerowałoby szczyt WIG-u w lipcu 2013, a drugi 7 lat i 4 miesiące, co daje maksimum indeksu w listopadzie tego roku)

  

 

Powyższą obserwację można było oczywiście zlekceważyć jako efekt złudzenia, wynikającego z wrodzonej ludziom tendencji do poszukiwania wzorców nawet tam, gdzie ich nie ma, ale można wskazać dwa powody by tak nie czynić. Po pierwsze średnia odległość pomiędzy wspomnianymi kluczowymi maksimami WIG-u to 6 lat i 8 miesięcy, czyli dokładnie dwukrotność średniego czasu trwania podstawowego cyklu gospodarczego - cyklu wykorzystania istniejących mocy produkcyjnych - czyli cyklu Kitchina. To nie wydaje się być przypadek. Ponieważ taki podwójny Kitchin to 6 lat i 8 miesięcy czyli 6 lat i 2/3 roku, a ułamek 2/3 to w zapisie dziesiętnym 0,(66), więc cyklowi temu nadałem demoniczną nazwę cyklu "6,(66)".

Po dodaniu do tego dosyć zdroworozsądkowej tendencji postulowanej przez teorię Elliotta określanej jako "zasada zmienności korekt", otrzymujemy koncepcję dużego krachu giełdowego rozgrywającego się co drugi cykl czyli w tym przypadku średnio co 6 lat i 8 miesięcy (dla odmiany co druga bessa związana z cyklem Kitchina w gospodarce miałaby relatywnie łagodny charakter).

Ta koncepcja stała po części za moją prognozą sprzed prawie 3 lat, która zakładała, że bessa z lat 2011-2012 będzie miała relatywnie łagodny przebieg (co się potwierdziło), a dopiero bessa oczekiwana w latach 2014-15 znowu okaże się podobna do załamań z lat 1994-1995, 2000-2001 czy 2007-09:

 

 

Drugi powód by tej domniemanej cykliczności szczytów cen akcji nie lekceważyć, to  fakt, że można ją znaleźć również na amerykańskim rynku akcji:

 

 

Co prawda średnia odległość pomiędzy 7 szczytami S&P 500 od lutego 1962, to nie moje 6,(66) roku, ale 6,9, ale myślę, że można to zwalić na niestaranność Amerykanów. Przyjęcie tej wydłużonej długości cyklu daje wrzesień tego roku jako orientacyjną datę szczytu. Oczywiście i tutaj należy pamiętać, że w praktyce długość poszczególny cykli była zmienna i wynosiła kolejno 83, 95, 81, 77, 74 i 91 miesięcy.

Jeśli przyjmiemy, że oba cykle szczytów cen akcji i ten obserwowany na GPW i ten widziany na wykresie S&P 500 to to samo zjawisko, to zobaczymy, że cykl 6,(66) nieco traci na swej demoniczności. O ile bowiem na GPW związane z tym cykle szczyty z marca 1994, marca 2000 i lipca 2007 zawsze poprzedzały silne załamanie wartości indeksu o przynajmniej 50 proc., o tyle w przypadku rynku amerykańskiego wcale tak nie było. Na 7 "rynków niedźwiedzia" związanych z tym cyklem 3 rzeczywiście były głębokich i długich (1973-1974, 2000-2002 i 2007-2009), ale pozostałe były albo krótkie (np. 2 miesiące pomiedzy sierpniem a październikiem 1987 roku), albo płytkie (np. 1994 roku).

Ponieważ cykl 6,(66) czyli podwójny cykl Kitchina ma średnio 80 miesięcy, to będzie synchronizował się ze 120-miesięcznym "wzorcem dekadowym" i 48-miesięcznym cyklem prezydenckim co 20 lat (240 miesięcy). 20 lat temu mieliśmy oczywiście 1994 rok (wtedy też tak jak teraz w 2 lata po kryzysie finansowych w Europie FED zaczynał zaostrzać politykę pieniężną), co można potraktować jako argument za tezą, że obecny rok będzie na Wall Street podobny właśnie do 1994-tego (rynki "wschodzące" rosły wtedy do września, a potem do marca 1995 straciły ponad 20 proc.).

Porównanie ścieżki S&P 500 od poprzedniego szczytu cyklu z października 2007 prowadzi do wniosku, że ostatni cykl nie wyróżniał się raczej in plus na tle 6 poprzednich. Indeks był ostatnio zaledwie 26 proc. powyżej szczyty z 2007 roku - jedynie 2 cykle były wyraźnie słabsze.

 

 

Uśrednienie tych 6 historycznych ścieżek S&P 500 po szczytach z 1966, 1973, 1980, 1987, 1994 i 2000 roku i porównanie takiej projekcji do faktycznej ścieżki od szczytu z 2007 roku prowadzi do wniosku, że następnego szczytu cyklu 6,(66) należ spodziewać się za tydzień. Innymi słowy ktoś, kto w ostatnich latach kupował a potem trzymał amerykańskie akcje zakładając, że wszystko rozegra się w typowy sposób i następny szczyt wypadnie dopiero niecałe 7 lat po tym z października 2007 roku powinien za tydzień pozbyć się tych akcji.

 

 

Jak pogodzić wyraźną sprzeczność pomiędzy wnioskami sprzed tygodnia, a tymi opisanymi powyżej? No cóż uwzględnianie w realnym portfelu sprzecznych sygnałów nie jest łatwa. Oczywiście można arbitralnie jeden z sygnałów uznać za prawdziwy a drugi za błędny. Ja jednak wolę ostrożniejsze podejście. Jeśli wyobrazimy sobie przyporządkowanie poszczególnych części portfela różnym w miarę wiarygodnym (przynajmniej dla nas) narzędziom, to po prostu część związana z sygnałem opisanym tydzień temu będzie raczej wypełniona amerykańskimi akcjami przez następne ok. 3 lata, a część związana z cyklem 6,(66) raczej pusta mniej więcej do wiosny 2016.  

Można to sobie wyobrazić jako uczestnictwo w rozgrywanych równocześnie wielu partiach - tam gdzie wydaje nam się, że mamy dobre karty przystępujemy do gry, tam gdzie w naszej ocenie karty są słabe mówimy pas. Oczywiście zdarzą się rozdania, w których zdecydowana większość stosowanych przez nas narzędzi oceny perspektyw rynku pokaże to samo i wtedy będzie można zaryzykować zdecydowane obstawienie jednego scenariusza, ale raczej nie będzie tak zawsze.

 

15:50, bialek.wojciech
Link Komentarze (250) »
czwartek, 03 lipca 2014

Jedną z charakterystycznych cech rozgrywającej się na amerykańskim rynku akcji w ostatnich latach hossy była "uporczywość" wzrostów. Przyjmijmy za miarę tej uporczywości liczbę wzrostowych miesięcy S&P 500 w danym przedziale czasu. Zacznijmy od końca września 2011, czyli najniższego miesięcznego zamknięcia S&P 500 po ostatnim wartym zapamiętania okresie spadków cen akcji na Wall Street. Od tamtej pory do końca czerwca upłynęły 33 miesiące, z których 25 było dla S&P 500 wzrostowych. Sprawdźmy sobie, kiedy w przeszłości mieliśmy do czynienia na amerykańskim rynku akcji z podobnymi 33-miesięcznymi okresami zawierającymi przynajmniej 25 wzrostowych miesięcy. Okazuje się, że w okresie minionych ponad 140 lat z taką sytuacją mieliśmy wcześniej do czynienia jedynie dwukrotnie: analogiczne do tego z końca czerwca tego roku sygnały pojawiały się na koniec czerwca 1927 i na koniec listopada 1996:

 

 

Synchronizacja obecnej sytuacji z tymi dwoma epizodami z lat 90-tych i lat 20-tych daje poniższy rezultat:

 

 

Zadajmy teraz podobne pytanie, ale dotyczące okresu od końca lutego 2009, czyli od najniższego miesięcznego zamknięcia S&P 500 bessy z lat 2007-2009. Od tamtej pory minęły 64 miesiące, z których 45 było na S&P 500 wzrostowych. Okazuje się, że również to kryterium było spełnione w przeszłości jedynie podczas "rynków byka" lat 20-tych i 90-tych minionego stulenia. Tu sygnały pojawiały się na koniec grudnia 1926 i na koniec stycznia 1996:

 

 

 

A tak wygląda porównanie ścieżki S&P 500 z ostatnich lat z tymi wokół grudnia 1926 i stycznia 1996: 

 

 

 

Gdyby uzyskane analogie sytuacji na amerykańskim rynku akcji z obecnej dekady z tym co działo się na Wall Street w latach 20-tych i 90-tych XX wieku potraktować poważnie, to otrzymalibyśmy dwa wnioski. Po pierwsze po takim pokazie siły hossy wzrosty S&P 500 były kontynuowane przez następne przynajmniej 2 lata i 2 miesiące, a S&P 500 podwajał swoją wartość. Po drugie po takim wzroście nadchodziło poważne załamania redukujące wartość indeksu o połowę (2000-2002) lub 90 proc. (1929-1932).

Uśrednienie uzyskanych dat końca hossy - sierpnia 2016, lutego 2017, marca 2018 i stycznia 2019 - daje wrzesień 2017 roku.

Mnie oczywiście najbardziej podoba się fakt, że po zastosowaniu opisanej metody pojawiła się analogia "2014=1926", którą zaproponowałem w marcu.

Oczywiście z obserwacji, że rynek akcji w USA w ostatnich latach zachowywał się w sposób podobny do tego, co można było obserwować w latach 20-tych i latach 90-tych minionego stulecia, nie wynika, że tak musi być nadal. Ale jak zawsze w przypadku tego typu analogii można na zakład, że jednak tak będzie, postawić jakąś niewielką część swego przeznaczonego do giełdowej spekulacji kapitału.

Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, czy należy to zrobić już teraz (narażając się na możliwą po tak długich wzrostach korektę), czy czekać do końca III kwartału, kiedy to - statystycznie rzecz biorąc - powinny zacząć na rynek działać pozytywne siły związane z cyklem prezydenckim (narażając się na utratę części zysków, jeśli żadnej poważniejszej korekty do tego czasu nie będzie). Osobiście jednak proponuję różne sygnały traktować osobno: na koniec III kw. ktoś, kto będzie chciał zagrać na to, że cykl prezydencki zadziała 21-y raz z rzędu, będzie w amerykańskich akcjach mógł ulokować kolejny niewielki pakiet. I podobnie zrobić na koniec grudnia tego roku, obstawiając dla odmiany to, że rok kończący się 5-tką będzie dla S&P 500 pozytywny po raz 14-ty z rzędu ("decennial pattern").

13:51, bialek.wojciech
Link Komentarze (398) »
czwartek, 26 czerwca 2014

Afery podsłuchowe, z których obecna jest już bodajże 9-tą w naszym kraju w okresie minionych 20 lat, zawsze wywołują znaczny wzrost pobudzenia emocjonalnego wśród polityków i dziennikarzy, ale również wśród aktywnych na rynku inwestorów i spekulantów (przy okazji tu i tu najnowsze nagrania wysokich urzędników państwowych). Z ciekawości postanowiłem sprawdzić, jak ceny akcji na GPW zachowywały się po wybuchach poprzednich afer tego typu. Na poniższym rysunku zaznaczyłem momenty ujawnienia/nagłośnienia kolejnych afer:

 

 

Z kontrariańskiego punktu widzenia polityczne afery powinny być w miarę przyzwoitymi momentami do zakupu akcji. I tak rzeczywiście zwykle jest. Najbardziej zyskowny był zakup polskich akcji w momencie ujawnienia afery Olina (ok. 20 grudnia 1995) - WIG nigdy później nie był już niżej, a w ciągu 10 miesięcy zyskał dwukrotnie na wartości.

+50 proc. w ciągu 10 miesięcy dały zarobić afera Rywina (ok. 7 grudnia 2002) i ta związana z "taśmami prawdy" Renaty Begier (ok. 26 września 2006), chociaż w tym pierwszym przypadku można było po drodze stracić na WIG-u niecałe 7 proc.

Średniakami dającymi zarobić 15-22 proc. były nagrania Oleksy/Gudzowaty (ok. 21 marca 2007), afera hazardowa (ok. 1 października 2009) i ostatnie nagrania Serafin/Sawicki (ok. 16 lipca 2012). W dwu z tych trzech przypadków po drodze do tych zysków można było w przeciągu tygodnia przejściowo stracić 3-3,2 proc.

Właściwie tylko dwie – „afera gruntowa” (ok. 9 lipca 2007) oraz afera posłanki Sawickiej (ok. 1 października 2007) poprzedzały większe spadki cen akcji na GPW, ale przecież trudno uznać, że rozpoczynająca się wtedy największa od pokolenia czy dwóch globalna bessa została przez te wydarzenia spowodowana.

 

 

Jakkolwiek więc trudno przedstawić metodę, która pozwalałaby w miarę jednoznacznie ocenić wpływ afer politycznych na koniunkturę giełdową (nigdy nie da się wyizolować wpływu jednego jedynego czynnika na ceny instrumentu finansowego), to jednak uśrednienie ścieżek WIG-u wokół tych 8 afer przedstawione na poniższym rysunku, które rośnie w ciągu 10 miesięcy od wybuchu afery o +18,7 proc. sugeruje, że nie należy przesadzać z oczekiwaniami co do dramatycznie negatywnego wpływu obecnej afery podsłuchowej na ceny akcji na GPW. Być może ceny akcji spadną w najbliższym czasie, ale jeśli tak to powody ku temu będą zapewne zupełnie inne.

 

 

18:41, bialek.wojciech
Link Komentarze (327) »
piątek, 13 czerwca 2014

W ostatnich dnia w mediach pojawiły się omówienia prognoz zawartych w ostatnim Raporcie Instrumentu Szybkiego Reagowania przygotowywanych przez zespół prof. Jerzego Hausnera sugerujących podwyższone prawdopodobieństwo wystąpienia w okolicach II kw. przyszłego roku recesji w krajowym przemyśle:

 

 

Przestawiona powyżej prognoza oparta na ISR sugeruje osiągnięcie szczytu trwającego od przełomu lat 2012 i 2013 ożywienia gospodarczego już w okolicach połowy tego roku. To podobny wniosek jak ten, który można wyciągnąć z zachowania takich kluczowych wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej jak dynamika cen detalicznych, dynamika rynkowych krótkoterminowych stóp procentowych i dynamika podaży pieniądza M1, które omawiałem w kwietniu ("Kiedy szczyt cyklicznego ożywienia gospodarczego w Polsce?").

Wrzucając te trzy wskaźniki do prostego regresyjnego modelu dynamiki PKB otrzymamy poniższy rezultat, który sugeruje osiągnięcie szczytu ożywienia gospodarczego w okolicach maja-czerwca tego roku:

 

 

Co ciekawe OECD-owski indeks wskaźników wyprzedzających dla Polski w wersji "amplitude adjusted" spadł już 3 razy w lutym, marcu i kwietniu, co - przy założeniu, że obserwowane w przeszłości średnio 7-miesięczne wyprzedzenie w stosunku do dynamiki PKB wystąpi i tym razem - sugeruje szczyt ożywienia w okolicach sierpnia tego roku.

 

 

Bawiąc się w tym tygodniu OECD-owski indeksami wskaźników wyprzedzających dla 34 krajów i regionów stworzyłem coś co można określić jako wskaźnik "szerokości" wzrostu gospodarczego w krajach OECD. Przyjmuje on tym wyższą wartość im więcej krajów z tego grona może pochwalić się rosnącymi z miesiąca na miesiąc wartościami indeksu wskaźników wyprzedzających. Wartość współczynnika korelacji z dynamiką polskiego PKB nie jest jakaś powalająca (0,5), ale również ten wskaźnik spada już od pół roku, co uwzględniając występujące w przeszłości wyprzedzenie sugeruje szczyt ożywienia gospodarczego w Polsce w okolicach lipca.

 

 

Swoją drogą analizują 34 OECD-owskie indeksy wskaźników wyprzedzających dla różnych krajów (w wersji "amplitude adjusted") odkryłem, że jedynym z nich (oczywiście oprócz tego dla Polski), którym warto sobie zawracać głowę przy próbach prognozowania koniunktury w polskiej gospodarce jest wskaźnika dla Chin. Tylko ten wskaźnik wykazywał się w okresie minionych niecałych 20 lat wartym uwagi wyprzedzeniem w stosunku do zmiany rocznej PKB w Polsce na poziomie średnio 6 miesięcy  (7 miesięcy dla analogicznego CLI dla Polski)  przy przyzwoitym współczynniku korelacji na poziomie 0,68 (0,79 dla CLI dla Polski).

 

 

Dorzucenie do CLI dla Polski analogicznego wskaźnika dla Chin nieznacznie poprawia miarę dopasowania R-kwadrat prostego modelu regresyjnego zmiany rocznej PKB w naszym kraju z 62,4 do 65,9.

Jak widać na powyższym wykresie pozytywny wpływ sytuacji w Chinach na koniunkturę gospodarczą panującą w Polsce dosyć wyraźnie słabł w ostatnim okresie. Niska wartość OECD-owskego indeksu wskaźników wyprzedzających dla Chin plasowała ten kraj w grupie tych o najsłabszych krótkoterminowych perspektywach gospodarczych, do której należały ostatnio również Indonezja, Indie, Turcja, Węgry i Brazylia. To interesujące w kontekście mojej wiary, że jeszcze w tej dekadzie będziemy światkami pęknięcia bańki inwestycyjnej w Chinach, a następny kryzys finansowy - inaczej niż dwa poprzednie - rozegra się (a latach 2014-15?) raczej na rynkach "wschodzących".

Żeby jednak sprawy pogmatwać bardziej chciałbym zwrócić uwagę na zachowanie publikowanego przez Citigroup wskaźnika Economic Surprise Index dla Chin, który jeszcze w maju notował najniższe wartości od początku 2009 roku, ale w ciągu ostatniego miesiąca zanotował dynamiczny wzrost sugerujący pojawienie się wyraźnie lepszych od oczekiwań danych gospodarczych. Warto obserwować zachowanie tego wskaźnika próbując ocenić na ile ta sugerowana poprawa koniunktury gospodarczej w Chinach okaże się trwała.

 

 

 

11:35, bialek.wojciech
Link Komentarze (781) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23