Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
środa, 25 maja 2016

Przed grudniową pierwszą po kryzysie podwyżką stóp FED zabawiłem się w zrobienie projekcji wartości S&P 500, kursu EUR/USD i ceny ropy naftowej opartej na zachowaniu tych instrumentów po dwu poprzednich pierwszych pokryzysowych podwyżkach stóp Rezerwy Federalnej z 2004 i 1994 roku. Owo ćwiczenie  sprzed pół roku można ocenić generalnie pozytywnie. Projekcja dla S&P 500 sprawdziła się wręcz perfekcyjnie:

 


 

Dolar miał słabnąć do euro, to i słabł do 3 maja i dopiero wtedy odkleił się in minus od grudniowej projekcji. 

 

 

Ropa naftowa (WTI) miała podrożeć do 48 dolarów w kwietniu, a osiągnęła ten poziom w maju (po drodze zaliczając jednak "nieplanowany" spadek do 26 dolarów). 

 

 

Zachęcony tym relatywnym powodzeniem projekcji opartych o 2 ostatnie cykle postanowiłem rozszerzyć ten eksperyment na 4 minione cykle Juglara (czyli cykle inwestycji w środki trwałe, których fazy spadkowe zwykle generują recesję w gospodarce) składające się na pełny cykl pokoleniowy. 

 

 

Na powyższy obrazku szare paski oznaczają okresy recesji w USA (według klasyfikacji NBER). W okresie minionego pokolenia by wpędzić gospodarkę USA w recesję Rezerwa Federalna musiała podnosić stopy o kolejno ponad 10 pkt. proc., prawie 4 pkt. proc., 3,5 pkt. proc. oraz 4,25 pkt. proc. Od pierwszej podwyżki do początku recesji upływało kolejno 2 lata i 4 miesiące, 3,5 roku, 7 lat i 1 miesiąc oraz 3,5 roku. Innymi słowy w okresie minionego pokolenia do recesji potrzebny był wzrost stóp o przynajmniej 3,5 pkt. proc. trwający co najmniej 28 miesięcy, co w obecnych realiach dawałoby początek recesji najwcześniej w kwietniu 2018 roku po wzroście oprocentowania funduszy federalnych do poziomu przynajmniej 3,75 proc. (czyli po kolejnych 13-u podwyżkach takich jak grudniowa)

Jak w ciągu 2 lat po pierwszej porecesyjnej podwyżce zachowywała się wartość S&P 500? Różnie, łącznie z największym w historii jednodniowym spadkiem wartości indeksu w 9 miesięcy po pierwszej podwyżce ze stycznia 1987 roku (w obecnych realiach byłby to wrzesień tego roku). Generalnie jednak w horyzoncie 15-u, 18-u, 21-en czy 24 miesięcy po pierwszej podwyżce ryzyko trzymania amerykańskich akcji były raczej umiarkowane, gdyż w każdym z tych horyzontów czasowych S&P 500 był wyżej niż w chwili, gdy FED zaczynał podwyżki stóp. Z drugiej strony poza przypadkiem z lat 90-tych potencjał wzrostowy w okresie następnych 2 lat nie wydaje się być z tego punktu widzenia jakiś oszałamiający. 

 

Projekcja oparta o te 4 historyczne ścieżki rośnie do września, potem wchodzi w zakres oddziaływania krachu z października 1987 roku i wznawia hossę począwszy od listopada. 

 

 

Jeśli chodzi o dolara, to w 3-ech z 4-ech cykli słabł on silnie względem euro  przez rok-półtora po pierwszej podwyżce, a w każdym z 4 cykl to osłabienie wynosiło kurs EUR/USD o skali, która w obecnych realiach oznaczałaby dojście do poziomu przynajmniej 1,21. 


Trzeba wszakże zauważyć, że od 3 tygodni dolar jest wyraźniej mocniejszy niż to zwykle bywało w pół roku po pierwszej podwyżce, co jednak w świetle tendencji dominującej w przeszłości należy chyba raczej traktować - po uwzględnieniu wszelkich możliwych zakłóceń związanych z potencjalnym wpływem czerwcowego referendum w Wielkiej Brytanii - jako okazję do zamiany dolarów na euro. 

 

 

Najmniej jednoznacznie i najmniej atrakcyjnie wygląda w tym kontekście ropa. W żadnym z 4 analizowanych cykli nie podrożała w pół roku po pierwszej podwyżce tyle co teraz, więc jej dalszy potencjał wzrostowy wydaje się być - przynajmniej w krótkoterminowej perspektywie - dosyć ograniczony. 

 


 

Poniższa projekcja ceny ropy (WTI) sugeruje, że ewentualne spadki w okolice poziomu 40 dolarów za baryłkę można będzie traktować jako okazję do spekulacyjnych zakupów, a trwalsza tendencja wzrostowa powinna na tym rynku zagościć dopiero od początku 2018 roku. 

 

 

Oczywiście powyższe było tylko odrobieniem pracy domowej z historii i nie należy uzyskanych wniosków traktować jako dogmatów nie do naruszenia w obecnym cyklu. Warto jednak pamiętać o tendencjach dominujących na rynkach w okresie poprzednich prowadzonych przez FED kampanii zaostrzania polityki pieniężnej w USA, bo być może dadzą o sobie znać i w obecnym cyklu. 

17:31, bialek.wojciech
Link Komentarze (4) »
piątek, 20 maja 2016

Po relatywnie przyzwoitym starcie - WIG-20 +19,4 proc., WIG +16,3 proc. do końca marca - w ciągu minionego miesiąca zwyżka identyfikowana przeze mnie jako początek fali wzrostowej na rynku akcji w ramach cyklu Kitchina wyraźnie osłabła i po 4 miesiącach od swego początku jest najsłabszym z analogicznych rozpoczynających cykliczną hossę historycznych ruchów. Drugą najsłabszą po 4 miesiącach od dołka zwyżką była ta rozpoczęta 4 lata temu w czerwcu 2012, więc być może mamy tu do czynienia z kontynuacją długoterminowego procesu słabnięcia naszego rynku czy też spadku jego "bety". Uśrednienie tych historycznych ścieżek spada pomiędzy 81-ą a 104-tą sesją od dołka. Czwartkowa sesja była 86-tą od dołka, więc z tego punktu widzenia powrotu trendu wzrostowego można spodziewać się w okolicach połowy czerwca. Następne posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w USA - na którym może dojść do kolejnej podwyżki stóp FED - odbędzie się 14-15 czerwca.


 

Być może w związku z zapowiedzią agencji Moody's weryfikacji oceny wiarygodności kredytowej Polski agencji nasz rynek zaczął słabnąć wcześniej niż szerokie uniwersum rynków wschodzących i gdy "rating" nie został obniżony zerwał się w poniedziałek do - szybko później skasowanego - wzrostu (WIG-20 +2,1 proc.), ale generalnie ta słabość nie jest naszą specyfiką, co wyraźnie widać na wykresie MSCI Emerging Markets Index. 

 

 

Dosyć dobrym syntetycznych wskaźnikiem tej globalnej słabości jest od wielu miesięcy kurs chińskiego juana względem dolara. Spadek USD/CNY z jego 5-letniego szczytu ustanowionego na początku stycznia z wyprzedzeniem sygnalizował początek rajdu cen ryzykownych aktywów w górę (WIG-20 +19,4 proc.), a nawrót słabość chińskiej waluty począwszy od końca marca ostrzegał przez zmianą wzrostowego trendu. W datach trzech wcześniejszych apogeów wyprzedaży juana z 3 marca 2015, 25 sierpnia 2015 oraz 7 stycznia tego roku można dopatrzyć się rytmu wyznaczanego przez cykl 20-tygodniowy co sugeruje okolice 10 czerwca jako oczekiwany termin następnego dołka juana tej klasy. To data początku mistrzostw Europy w piłce nożnej. To oczywiście zapewne przypadek. Co prawda 4 lata temu dołek WIG-u, po którym indeks ten już nigdy nie był niżej, wypadł 5 czerwca, a więc na 3 dni przed początkiem mistrzostw rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie, ale już 8 lat temu kupowanie akcji przed mistrzostwami rozgrywanymi w 2008 roku było jednym z głupszych pomysłów na jakie można było wpaść.

 

 

Indeks Shanghai Composite próbował ostatnio oderwać się od wzorca wyznaczonego dlań przez wykres WIG-u z lat 1993-1995, ale chyba nie za bardzo mu to wyszło. Ta zabawa sugeruje dołek chińskiego indeksu w okolicach 15 czerwca.

 

 

Obserwowana słabość nie jest również ograniczona do rynków wschodzących. Widoczna też jest np. na wykresie S&P 500, co przełożyło się na spadek salda nastrojów w cotygodniowym sondażu tamtejszego stowarzyszenia inwestorów indywidualnych (AAII) do -14,8 proc. W dwu poprzednich cyklach 20-tygodniowych taki spadek nastrojów z poziomów przekraczających wcześniej +12,9 proc. pojawiał się w sondażach z 30 lipca (-19,6 pkt. proc.) i 16 grudnia (-15,5 proc.). W obu przypadkach były to okolice korekt wzrostowych na S&P 500, po czym 17 sierpnia i 29 grudnia rozpoczęło się silne tąpnięcie w dół kulminujące dołkami 25 sierpnia i 20 stycznia. Gdyby to traktować dosłownie to następne tąpnięcie na S&P 500 rozpoczęłoby się 1-6 czerwca a kulminować będzie 14-23 czerwca. 


 

Koniec tego ostatniego przedziału czasowego to data referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie dalszego pozostawania "ojczyzny futbolu" w Unii Europejskiej. Oczekiwany dołek cyklu 20-tygodniowego celuje więc raczej w okolice 23 czerwca a nie w początek mistrzostw Europy. W przeszłości sądziłem, że trzeciego z rzędu podobnego tąpnięcia na Wall Street nie będzie - bo byłoby to zbyt oczywiste - ale przez następne 5 tygodni wypada zachować czujność, bo powyższy wykres wygląda niepokojąco. 

08:59, bialek.wojciech
Link Komentarze (106) »
piątek, 13 maja 2016

Udzielił mi się nastrój rozliczeń, który w tym tygodniu zapanował na polskiej scenie politycznej i postanowiłem w niniejszym komentarzu zająć się oceną tego, jak inne kraje radziły sobie względem Polski w przeszłości. Wykorzystam do tego celu historyczną bazę zawierającą dane na temat PKB na głowę mieszkań różnych europejskich i okołoeuropejskich krajów i rejonów. Jeśli ktoś chce samodzielnie kontynuować tą zabawę historią to dane można znaleźć na stronie Maddison Project.

Dane kończą się na 2010 roku, a dla naszego kraju sięgają 1870 roku. 

 

 

Oczywiście tu można by rozpocząć dyskusję na temat zastosowanej metodologii (np. jak liczony był realny PKB na głowę mieszkańca Polski, w latach kiedy Polski nie było na mapie świata), ale ja - szanując wykonaną przez innych pracę - założę, że dane te mają jakiś tam sens (chociaż w niektóry przypadkach - np. Białorusi - można mieć co do tego zasadne wątpliwości, bo to co można znaleźć w bazie Projektu Madisson stoi w niejakiej sprzeczności z tym, co podają inne źródła). 

Zgodnie z zapowiedzią interesować mnie dziś będą nie nominalne zmiany, ale to jak inne kraje radziły sobie w wybranych okresach historycznych względem Polski. 

Zacznijmy od zbadania losów kraju, który 140 lat temu w 1870 roku był - spośród tych, dla których dostępne są dane - najbogatszy. Była to Wielka Brytania, w której PKB na głowę (liczony w "international dollars") wynosił wtedy 3190 USD. Polska osiągnęła ten poziom dopiero 90 lat później. Na poniższym wykresie mamy stosunek dochodu na głowę w Wielkiej Brytanii i Polsce. 

 


 

Powyższy wykres można podsumować jednym słowem - dramat. Jest to również lekcja na przyszłość dla krajów, które stworzyły imperium, że raczej nie należy go tracić, bo kończy się to dla imperialistów marnie. Brytyjczycy za czasów pani Thatcher wykonali rozpaczliwą próbę przełamania tendencji spadkowej, ale od 1991 roku stracili już większość zdobytego względem Polski terytorium. Nic dziwnego, że miotają się ostatnio rozpaczliwie próbując znaleźć wyjście z matni, w której się znaleźli. A to Szkoci zastanawiają się, czy nie wyskoczyć z tonącego statku, a to Anglicy próbując zapobiec kontynuacji tej relatywnej zapaści rozważają opuszczenie Unii Europejskiej. Z tego punktu widzenia masowa migracja Polaków do Wielkiej Brytanii z ostatnich wydaje się być jakimś sporym nieporozumieniem. 

Prawie równie bogata jak Wielka Brytania była 140 lat temu Szwajcaria. Kraj ten nie stracił żadnego imperium, ale relatywna sytuacja Szwajcarów wydaje się być jeszcze bardzie tragiczna. Widać tu regularny trend spadkowy. Kto by pomyślał.

 

 

Poniżej umieściłem ranking krajów uszeregowanych pod względem wzrostu PKB na głowę w okresie minionych 140 lat. 

 


 

Jak widać obok Wielkiej Brytanii i Szwajcarii za największych pechowców minionych 140 lat należy uznać Rumunię, Węgry, Belgię i Holandię. Generalnie najlepiej w tym okresie - prawie dwa razy lepiej niż Polska - radziły sobie kraje nordyckie Norwegia, Finlandia i Szwecja (Dania wypadła porównywalnie do naszego kraju). 

Jeśli chodzi o Niemcy, to buksowały one względem Polski w okresie minionych 140 w miejscu. Może poszłoby im lepiej, gdyby nie ich zwyczaj rozpoczynania i przegrywania wojen światowych. Trudno uznać Polskę za zwycięzcę II Wojny Światowej, ale według danych z bazy Maddison Niemcy po przegrały ją znacznie bardziej niż Polska - zaraz po wojnie ich realny PKB na głowę spadł do polskiego poziomu. Trzeba natomiast Niemcom oddać, że potrafiły - podobnie zresztą jak po I Wojnie Światowej - wygrać pokój. Niemcy zresztą chyba sami po tych doświadczeniach doszli do wniosku, że wojowanie ani im nie wychodzi ani im nie służy. 

 

 


 

 

Niezbyt dobrze krajom robią również wojny domowe. Przykładem może być Hiszpania, w której przed wybuchem wojny domowej końca lat 30-tych XX-wieku PKB na głowę był 1,61-krotnie wyższy niż w Polsce, a gdy wojna się skończyła wynosił już jedynie 0,82 polskiego. 

 

  

Innym przykładem katastrofalnego wpływu wojen domowych na poziom życia może być Jugosławia. 

 

 

Podobnie jak Jugosławii rozpad istniejącej struktury imperialnej nie posłużył dobrze obszarowi określanemu w bazie Maddison jak "former Soviet Union". I rozpad imperium carów i rozpad imperium radzieckiego związane były z ponad 2-krotnym spadkiem poziomu życia w stosunku do Polski. 

 

 

Obszar radziecki jawi się jednak jako bezkonkurencyjny lider lat 1921-1938, co wydaje się tłumaczyć sentyment, którym Rosjanie darzą ten okres bezprecedensowego terroru. Z poniższego zestawienia widać też, że II RP nie zdołała osiągnąć z takich czy innych względów jakiegoś przekonującego sukcesu w tym okresie.

 

 

Ten niewątpliwy sukces gospodarczy Sowietów w okresie międzywojennym, który zresztą został potwierdzony zwycięstwem ZSRR w II WŚ mógł polskim komunistom dawać nadzieje, że zreplikowanie tego systemu w naszym kraju również da dobre rezultaty. I tu przyszło rozczarowanie. W latach 1945-1991 tylko Albania i Węgry radziły sobie gorzej:

 


 

Powojenna konfiguracja gospodarczo-polityczna okazała się dla odmiany najbardziej korzystna dla krajów Zachodniej Europy a liderami okazały się Grecja, Włochy i Austria. Nic dziwnego, że Grecy tęskniąc za dawnymi czasami poparli ostatnio w wyborach danych komunistów, być może licząc, że w ten sposób uda im się po raz drugi wejść do tej samej rzeki. 

Widząc postępującą relatywną degrengoladę bloku komunistycznego szczególnie rażącą w sąsiadującej z Europą Zachodnią  Europie Środkowej Polska wykonała kolejną woltę porzucając blok komunistyczny i przyłączając się do zachodniego bloku kapitalistycznego.

Ta decyzja okazała się w latach 1991-2010 spektakularnym sukcesem. Koniec komunizmu lepiej zrobił jedynie Albanii. 

 

 

Trudno się specjalnie dziwić, że Polacy stali się największymi euroentuzjastami w Europie.  

Górna część powyższego rankingu jest zdominowana przez kraje postkomunistyczne, chociaż nie wszystkim upadek ZSRR i koniec komunizmu w Europie i okolicach wyszedł na zdrowie. Z pewnością Tadżycy, Mołdawianie, Ukraińcy, Kirgizi, Gruzinie, Macedończycy, Rosjanie czy Serbowie mogą mieć do tej zmiany stosunek ambiwalentny. 

Dane kończą się na 2010 roku, a szkoda bo bardzo ciekawie wyglądałoby porównanie zachowania poszczególnych krajów w okresie kryzysu strefy euro. Ale na koniec tabelka ze zmianami PKB w okresie od końca 1998 roku, czyli dla okresu istnienia Europejskiej Unii Monetarnej:

 

 

Te lata to okres wzrostu ceny ropy naftowej (z 10 dolarów za baryłkę w 1998 roku do ponad 140 w 2008 roku), więc widać, że coś w tym okresie zaczęło się dziać np. w Azji Środkowej (Azerbejdżan!). Do 2010 roku pozytywnego wpływu strefy euro na wzrost gospodarczy w Europie Zachodniej nie można było dostrzec - kraje Europy Zachodniej robiły w tym okresie za czerwone latarnie tego zestawienia. Z pewnością ich relatywna pozycja w okresie następnych 5 lat się nie poprawiła. 

Jak długo utrzyma się ta najwyraźniej korzystna dla naszego kraju konfiguracja gospodarczo-polityczna, która powstała na początku lat 90-tych? Czy ten trend minionego ćwierćwiecza, który uczynił z naszego kraju "zieloną wyspę" (nie jedyną, inną była w tym okresie Australia) jest rzeczywiście trwały? A może załamie się sam - np. pod ciężarem długu - bez konieczności zmiany globalnej konfiguracji. Czy też do jego przerwania przyczynią się błędne ruchy krajowych polityków? Trudno oczywiście powiedzieć. Jedno jest pewne. W krajach, które nie są beneficjentami obecnego układu narastać będzie presja na jego zmianę. Dobrze by było, by nowy ład, który być może wyłoni się po ewentualnym końcu obecnego, był jeszcze bardziej korzystny dla naszego kraju. 

 


 


13:20, bialek.wojciech
Link Komentarze (174) »
czwartek, 05 maja 2016

Silne hossy na rynku surowców mają tendencję po pojawia się w okresie pokoleniowych boomów na rynku nieruchomości. Ma to sens - do budowy domu potrzeba sporo surowców. Poprzedni taki pokoleniowy boom na rynku nieruchomości kulminował na świecie - i w naszym kraju - w 1978 roku. Władze PRL rozpaczliwie próbowały wtedy zaspokoić "potrzeby mieszkaniowe" powojennego boomu demograficznego (szczyt urodzin w 1955 roku). Te czasy zostały uwiecznione w satyrycznej formie w serialu "Alternatywy 4", a budowane w tamtych czasach bloki w dużej mierze decydują o obrazie naszych miast do tej pory.

 


 

Władzom PRL heroiczny zamiar wybudowania mieszkań dla "baby boomersów" (dekadę wcześniej budowano z tych samych powodów "1000 szkół na 1000-lecie państwa polskiego") prawie się powiódł, problem polegał na tym, że w tym czasie podobne boomy miały miejsce w wielu krajów świata. Np. w USA, gdzie również dokładnie tak jak w Polsce (patrz wykres powyżej) szczyt liczby budowanych nowych domów ustanowiony został w 1978 roku:

 

 

I w USA i w PRL po ustanowieniu w 1978 roku maksimum liczba budowanych domów zaczęła spadać. W ciągu następnych 4 lat PRL zbankrutowała na swoich zobowiązaniach zagranicznych a nad krajem "zapadła ciemna noc stanu wojennego". USA poradziły sobie ciut lepiej, ale i przeżyły dwie kolejne recesje (1980, 1982), a w apogeum tej drugiej po bankructwie Meksyku duże amerykańskie banki były z ujemnymi kapitałami technicznie bankrutami i tylko decyzja rządu pozwoliła im księgować te długi nadal po wartości nominalnej. 

Jakie było źródło tego załamania z lat 1978-1982? Bardzo proste. Masowe budownictwo mieszkaniowe zużywało wielkie ilości surowców. Rosnący popyt na nie generował wzrosty cen i właśnie od 1978 roku gospodarki wielu krajów świata przestały dawać sobie radę z tą drożyzną. Dodajmy, że rosnące ceny surowców przekładały się na wzrost wskaźników inflacji i zwyżkę stóp procentowych, które w 1981 roku w USA sięgnęły 15 proc., co bezpośrednio wywołało bankructwa najbardziej zadłużonych krajów. W 2 lata po szczycie boomu na rynku nieruchomości spadek popytu przełożył się na pęknięcie bańki również na rynku surowców, gdzie w 1980 rozpoczęła się trwająca następne 18 lat pokoleniowa bessa. 

 


 

Nie muszę dodawać, że ta sama historia powtórzyła się pokolenie później, gdy w okres gniazdowania weszły dzieci powojennych baby boomersów, maksimum urodzin których przypadło w Polsce w 1983 roku. Jak widać na powyższych obrazkach szczyt boomu na rynku nieruchomości w USA wypadł w 2005 roku, a szczyt wywołanej przezeń hossy na rynku surowców 3 lata później. I znowu rozpoczęła się pokoleniowa bessa na rynku surowców. Nam po tych wydarzeniach pozostał garb kredytów frankowych, które są odpowiednikiem gierkowskich długów z poprzedniego pokolenia.  

Ktoś może zapytać o sensowność przypominania tej historii w 2016 roku. Uważam, że historia ta jest ciekawa sama w sobie, więc warta przypominania od czasu do czasu. Ja jednak zmierzam ku konkretnej tezie. Chciałbym cofnąć się do początku tego ostatniego boomu na rynku nieruchomości czyli do lat 2000-2002. Co się wtedy wydarzyło? Otóż doszło do najsilniejszego od pokolenia krachu na rynku akcji, który najbardziej spektakularną postać miał na rynku Nasdaq. Efektem tego krachu był spadek stóp w USA z 6,25 proc. w 2000 roku do historycznego minimum w wysokość 1 proc. w 2002 roku. W Polsce wysokość stopy lombardowej spadła z 23 proc. w 2000 roku do 6,65 proc. w 2002 roku i 5,5 proc. w 2006 roku. Jaki był skutek tego globalnego załamania wysokości stóp procentowych a więc i kosztu kredytu? Globalny wyścig gospodarstw domowych po - tanie jak nigdy - kredyty hipoteczne. Boom na rynku kredytów hipotecznych wywołał boom w budownictwie mieszkaniowym, a dalszy ciąg tej historii opowiedziałem powyżej. 

Znowu ktoś zada pytanie o to, czy ta kolejna lekcja historii ma odniesienie do obecnej sytuacji na rynkach. Otóż być może ma. Pomiędzy czerwcem ub. r. a styczniem roku bieżącego na chińskich rynkach akcji rozegrał się klasyczny krach. W typowy sposób tamtejszy bank centralny zareagował sprowadzając wysokość podstawowej stopy procentowej do poziomu historycznego minimum. 

 

 

Na rekordowo niskie stopy procentowe Chińczycy zareagowali też w typowy sposób - kupując na kredyt nieruchomości, który ceny znowu zaczęły rosnąć:

 

 

Zainteresowanym tematem polecam wpis pana SiP na jego blogu zatytułowany: "Chiny startują po raz trzeci. Znowu turbo kredyt uratował świat".

Moim zdaniem wiele wskazuje na to, że w Chinach powtórzy się scenariusz, który przerabialiśmy w poprzedniej dekadzie. Jeśli rzeczywiście okres niskich stóp wywołanych spowolnieniem gospodarczym i giełdowym krachem zdoła wyprodukować w Chinach trwałą hossę na rynku nieruchomości, to skutkiem będzie wtórny wzrost cen surowców na rynkach światowych. Według wszelkich znaków na ziemi taka zwyżka cen surowców korygująca krach z lat 2014-2016 już się w styczniu rozpoczęła. Wzorcem takiego korekcyjnego wzrostu mogłaby być zwyżka cen surowców z lat 1986-1988. Taki wzrost cen surowców pociągnąłby za sobą zaskakujące w świetle oczekiwanych podwyżek stóp procentowych w USA osłabienie dolara i byłby bardzo korzystny przynajmniej do 2017 roku dla rynków peryferyjnych zwanych pieszczotliwie "wschodzącymi". 

W powyższym scenariuszu ten wtórny wywołany boomem na chińskim rynku nieruchomości wzrost cen surowców zmusiłby wreszcie FED do podniesienia stóp do poziomu, co wywołałoby wtórny krach, który tak jak ten z 2008 roku, uderzyłby zarówno w rozgrzany wtedy być może do czerwoności chiński rynek nieruchomości jak i w rynki akcji na świecie. Tym samym obecną dekadę kończylibyśmy pełnoskalowym Chinageddonem, po którym prędzej czy później ChRL z nazwy odpadłaby literka "L". 

19:33, bialek.wojciech
Link Komentarze (162) »
piątek, 29 kwietnia 2016

GUS zaskoczył wielu podając bardzo słabe dane na temat produkcji przemysłowej (+0,5 proc. r/r) i budowlano-montażowej (-15,8 proc. r/r) oraz sprzedaży detalicznej (+3 proc.) w marcu. Wartość opartego o te dane prostego modelu rocznej dynamiki PKB w naszym kraju zanurkowała w marcu do najniższego od maja 2013 roku poziom +2,1 proc. GUS skorygował w górę o +0,4 pkt. proc. do +4,3 proc. dane na temat rocznej dynamiki PKB w IV kw. ub.r. (to najwyższe tempo od 4 lat.), ale miesięczne dane z ostatnich miesięcy sugerują raczej, że w I kw. ta dynamika PKB była bliższa +2,8 proc.



Sądzę, że tym marcowym spowolnieniem nie należy się przesadnie przejmować z dwu powodów. Pierwszy jest taki, że swoim słabym zachowaniem do stycznia tego roku  WIG już zdyskontował spadek dynamiki PKB do ok. 2 proc., czyli właśnie poziomu sugerowanego przez marcowe dane. W przeszłości roczna dynamika WIG-u wyprzedzała roczną zmianę PKB o średnio ok. 5 miesięcy. 

 


 

Drugi powód jest taki, że różnej maści wskaźniki koniunktury gospodarczej w naszym kraju - zarówno te współbieżne jak i wyprzedzające - nie potwierdzają marcowego spowolnienia i nie sugerują jego pogłębienia w najbliższej przyszłości.

Krótki przegląd tych wskaźników proponuję rozpocząć od modelu dynamiki PKB opartego na OECD-owskim złożonym indeksie wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Polski w wersji "amplitude adjusted". Wartość prostego modelu opartego na tym wskaźniku sugeruje co prawda spadek od maja do sierpnia, ale ciągle znajduje się powyżej poziomu dynamiki PKB z IV kw. ub. r. (+4,3 proc.). 

 

 

Podobny model oparty na innej wersji tego samego OECD-owskiego wskaźnika ("trend restored"), co prawda nie potwierdza wystrzały w górę dynamiki PKB z IV kw. (+4,3 proc.), ale również w nie potwierdza spadku dynamiki poniżej poziomu 3 proc. w przeciągu najbliższego pół roku. 

 

 

Moj model dynamiki PKB oparty na zmiany tempa inflacji mierzonego przez dynamikę CPI, poziomu krótkoterminowych stóp procentowych (3-miesięczny WIBOR) oraz ilości "gorącego pieniądza" na krajowym rynku (agregat pieniężny M1) w okresie od stycznia do września przebywa w przedziale 3,5-4,7 proc., a więc zdecydowanie powyżej poziomu z marca szacowanego na +2,1 proc. 

 


 

Publikowany przez Citibank Early Warning Signal Risk Index dla Polski wykazuje zbyt słabą korelację z dynamiką PKB, by na jego podstawie kusić się o modelowanie tej ostatniej, ale jak widać na poniższym obrazku nic w jego zachowaniu nie sugeruje, by w sięgającym końca III kwartału horyzoncie coś szczególnie zagrażało krajowej koniunkturze gospodarczej. 

 

 

Dla koniunktury gospodarczej w naszym kraju kluczowe jest oczywiście to, co dzieje się w gospodarce strefy euro. Do modelowania tego wpływu można użyć wskaźników takich jak EuroCOIN czy Sentix. Tu widać spowolnienie, które powinno być odczute przez polską gospodarkę w okresie kwiecień-lipiec, ale to pogorszenie koniunktury w strefie euro nie było na razie na tyle silne by sprowadzić wskazania modelu poniżej poziomu 4 proc. 

 

Niezależnie od niedoskonałości powyższych modeli opartych o różnej maści wskaźniki wyprzedzające koniunktury gospodarczej ich wskazania raczej nie sugerują istnienie poważniejszych powodów nie niepokoju co do losów koniunktury gospodarczej w najbliższym czasie. 

Ten krótki przegląd można wzbogacić o prezentację kilku wskaźników współbieżnych, które w przeszłości nie wykazywały się zdolnością przewidywania koniunktury gospodarczej, ale pozwolą ocenić wiarygodność marcowego załamania. 

Po kolei - sondaż na temat nowych zamówień (dostępne są już dane za II kw.):

 

 

... sondaż GUS na temat ogólnej sytuacji gospodarczej (dane do kwietnia): 

 

 

... wskaźnik ogólnej koniunktury gospodarczej w Polsce w wersji publikowanej przez Komisję Europejską (DG ECFIN; dane do kwietnia):


 

 

... i wskaźnik zaufania konsumentów GUS (dane do kwietnia):

 

 

 

Mógłbym kontynuować dalej dzieląc się  kolejnymi wskaźnikami, ale wydaje się, że te pokazane powyżej dają wystarczające dobre wyobrażenie o tym, co można z dostępnych danych wyczytać na temat bieżącej i oczekiwanej koniunktury gospodarczej w naszym kraju. Jak widać nie widać w zachowaniu tych wskaźników poważniejszego spowolnienia gospodarczego, a w przypadku niektórych można nawet dopatrzyć się sugestii kontynuacji przyspieszania tempa wzrostu. 

Podsumowując: na podstawie opisanych powyżej przesłanek silny spadek tempa wzrostu gospodarczego w naszym kraju w marcu można uznać za przejściowy i zdyskontowany już przez rynek akcji, a kolejne miesiące powinny przynieść odbudowę tempa wzrostu gospodarczego do poziomu obserwowanego w okresie minionych 2 lat. 

 

 

13:40, bialek.wojciech
Link Komentarze (85) »
czwartek, 21 kwietnia 2016

Rosnąc w ciągu 20 tygodni z 17-miesięcznego minimum do 18-tygodniowego maksimum WIG wygenerował sygnał, który w okresie istnienia GPW w 6-iu na 7-em przypadków poprawnie identyfikował początek wzrostowej fazy cyklu Kitchina na krajowym rynku akcji. Tak zdefiniowany sygnał nie pojawił się jedynie w 2005 roku, gdy spadkowa faza cyklu z lat 2004-2005 skutkowała na WIG-u jedynie spowolnieniem tempa wzrostu w postaci "pędzącej" korekty.

 

Oczywiście 3 liczby użyte w definicji powyższego kryterium są wynikiem pracowitej manipulacji i gdyby je nieco zmienić, niektóre z tych 6 sygnałów zniknęłyby, a pojawiałyby się inne (np. w marcu 1998 albo grudniu 2000), ale sam fakt, że tak proste kryterium daje niezawodny sygnał rozpoczęcia się cyklicznej hossy traktuję jako potwierdzenie poprawności wcześniejszych oczekiwań. 

Na minimum tego cyklu czekałem już od jesieni i powyżej opisany sygnał traktuję jako powierdzenie hipotezy, że styczniowy dołek indeksów miał właśnie taki charakter. 

Nawet fatalne dane GUS na temat tempa wzrostu gospodarczego w marcu zdają się pasować do tego schematu, bo rok temu przedstawiając projekcję dynamiki PKB opartą na obserwowanym w przeszłości przebiegu cyklu Kitchina sugerowałem kwiecień tego roku jako oczekiwany orientacyjny dołek cyklicznego spowolnienia. Roczna dynamika WIG-u wyprzedzała w okresie minionych 17 lat dynamikę PKB o średnio ok. 5 miesięcy, więc można sądzić, że polska gospodarka nie zdążyła jeszcze zareagować na zmianę warunków panujących na świecie, która dokonała się w okresie minionych 3 miesięcy. Mam tu przede wszystkim na myśli najsilniejszy od 2009 roku 3-miesieczny wzrost cen surowców. 

 


 

Wcześniejsze oparte o cykl Kuznetsa szacunki oczekiwanego terminu dołka cen surowców sugerowały okolice listopada ub. r., więc ten ostatni wystrzał cen surowców rozpoczęty w styczniu można uznać za potwierdzenie początku średnioterminowej korekty cen na rynkach towarowych. 

Modelując dynamikę krajowej produkcji przemysłowej za pomocą dynamiki przeliczonych na złote cen metali na światowych giełdach towarowych widzimy, że niebawem koniunktura w krajowym przemyśle powinna zacząć się poprawiać, chociaż z drugiej strony do potrzebnego do porządnej hossy na rynku akcji prawdziwego rozkwitu koniunktury w krajowym przemyśle potrzebna byłaby kilkudziesięcioprocentowa dynamika złotowych cen metali. "Efekt bazy" powinien pozwolić na spełnienie tego warunku na początku przyszłego roku. 

 


 

Projekcja wartości WIG-u oparta na opisanych na początku sygnałach rośnie do poziomu ubiegłorocznego szczytu (ok. 57000 pkt.) w styczniu 2018 po czym wchodzi w cykliczną bessę. 

 

 

Oczywiście powyższa projekcja jest wynikiem uśrednienia 5-iu często całkiem od siebie odmiennych historycznych ścieżek WIG-u wokół tych sygnałów (sygnał z 1992 roku pominąłem), a w obecnym przypadku cykliczna faza wzrostu indeksu może wyglądać jeszcze inaczej. Historycznie oszacowana "gwarancja" zysku pojawia się dopiero po 1,5 roku i osiąga szczyt na poziomie +26 proc. za 21 miesięcy, czyli na samym początku 2018 roku (czarna strzałka na poniższym wykresie). Kupując w dniu pojawiania się sygnału (obecnie nastąpiło to 30 marca) można było w drodze do tych zysków maksymalnie stracić 12,2 proc. W każdym z tych cykli w ciągu następnych 2 lat można było zarobić przynajmniej 32 proc.

 

Nieco zmieniając parametry opisanego kryterium można uzyskać podobny efekt na MSCI Emerging Markets Index (tu też sygnał nie pojawia się w 2005 roku). 

 

 

Jak widać w co drugim przypadku niebawem po takim sygnale pojawiała się pokaźna korekta spadkowa cyklicznej hossy (przypadki sygnałów z 2012, 2001 i 1995 roku). Stosując "regułę zmienności" ("wszyscy oczekują, że będzie tak jak ostatnio, więc będzie inaczej") otrzymujemy wniosek, że w obecnym cyklu takiej silnej korekty nie będzie, czyli rynek zachowa się raczej tak jak w 2009, 1998 i 1991 roku). W najgorszym przypadku (2012) silna korekta spadkowa rozpoczęła się już w 5 tygodni po sygnale, co w obecnych realiach daje pierwszą dekadę maja jako moment, w którym rozważyć będzie trzeba dalsze któtkoterminowe losy rynku. 

 

Podsumowując: zachowanie WIG-u i MSCI Emerging Markets Index potwierdza hipotezę, zgodnie z którą w styczniu rozpoczęła się na GPW i "rynkach wschodzących" cykliczna hossa związana z cykiem Kitchina. W trakcie tej hossy w ciągu najbliższych 2 lat można liczyć na dalszy wzrost WIG-u przynajmniej do poziomu ubiegłorocznego szczytu indeksu (a prawdopodobnie wyżej). 

 


19:41, bialek.wojciech
Link Komentarze (150) »
piątek, 15 kwietnia 2016

To, że zachowanie kursów akcji największych polskich spółek podporządkowało się w ostatnim okresie sytuacji na rynku surowców energetycznych wiadomo już od jakiegoś czasu. 

 

 

Warto jednak zwrócić uwagę na mniej oczywiste zjawisko - ani śladu takiej zależności nie widać na szerokim rynku. Dobrym wskaźnikiem koniunktury tu panującej jest cenowy GPW, przy którego kalkulacji akcje wszystkich spółek traktuje się równoprawnie bez uwzględniania - jak to jest w indeksach kapitalizacyjnych takich jak WIG-20 - różnic w ich wartości rynkowej. Indeks cenowy polskiego rynku akcji rośnie zaś systematycznie od grudnia 2012 roku. W ciągu tych 3 lat i 4 miesięcy zyskał 72 proc. i w tym czasie ani razu nie przeżył korekty silniejszej niż 8 proc. W tym czasie WIG-20 stracił 25 proc. 


 

 

W przeszłości opierając się na "decennial pattern" sugerowałem, że lata 2012-2017 podobnie jak lata 1992-1997 i 2002-2007 powinny stać pod znakiem przewagi małych spółek na dużymi.

Ktoś kto od grudnia 2012 trzymał się szerokiego rynku powinien mieć obecnie  ok. 125 proc. więcej kapitału od inwestora, który w tym czasie w swym portfelu replikował WIG-20. 

Skoro szeroki rynek - w przeciwieństwie do zdominowanego przez inwestorów zagranicznych rynku akcji największych spółek - w ogólne nie zwraca uwagi na to co się dzieje na rynku ropy naftowej, to co jest czynnikiem, który wpływa w decydujący sposób na zachowanie indeksu cenowego? Moim zdaniem jest to trend na rynku krótkoterminowych stóp procentowych. Od ponad 3 lat najpierw spadający a potem rekordowo niski poziom stóp procentowych powoduje  - niezależnie od konwulsji w wykonaniu inwestorów zagranicznych- stopniowy przepływ kapitału na szeroki rynek akcji.

 


 

Jeśli to poprawna diagnoza, to powstaje pytanie, kiedy sytuacja na rynku pieniężnym przestanie sprzyjać hossie na szerokim rynku akcji. Na powyższym obrazku zaznaczyłem 4 ostatnie momenty zmiany trendu na indeksie cenowym: końce cyklicznej hossy w czerwca 2007 i lutym 2011 oraz końce cyklicznej bessy z marca 2009 oraz grudnia 2012. Jak widać te zmiany średnioterminowego trendu na rynku akcji następowały z opóźnieniem w stosunku do zmiany trendu na WIBORze. To opóźnienie 3-krotnie wynosiło 5-6 miesięcy, a raz - w latach 2006-2007 - było znacznie dłuższe bo aż 15-miesięczne.

Co wydaje się ważniejsze w obecnej sytuacji, zmiana trendu na rynku akcji następowała - po zmianie trendu na rynku pieniężnym - nie wcześniej niż po ustanowieniu przez 3-miesięczny WIBOR nowego przynajmniej rocznego ekstremum (w 3 przypadkach potrzebne było ekstremum aż 21-24-miesięczne). Wydaje się, że w obecnych realiach na pojawienie się rocznego maksimum 3-miesięcznego WIBOR-u możemy liczyć dopiero w okolicach pierwszej przyszłej podwyżki stóp Rady Polityki Pieniężnej. 

Kiedy można się spodziewać ewentualnej pierwszej podwyżki stóp RPP? W okresie minionych kilkunastu lat rozpoczęcie podwyższania stóp procentowych przez Radę wyzwalał bardzo prymitywny sygnał: po prostu osiągnięcie przez dynamikę CPI środka "dopuszczalnego" przedziału wahań czyli +2,5 proc. W ostatnich cyklach następowało to w maju 2004, marcu 2007 oraz wrześniu 2010 a RPP zaczynała podnosić stopy odpowiednio w lipcu 2004, kwietniu 2007 oraz styczniu 2011 (czyli po 2 miesiącach, 1 miesiącu i 5 miesiącach). 

 



Można roboczo założyć, że Rada w obecnym składzie nie okaże się bardziej "jastrzębia" niż poprzednie i też nie zacznie podnosić stóp zanim dynamika CPI nie dotknie poziomu 2,5 pkt. proc. 

Czyli problem terminu podwyżki stóp zredukowaliśmy do pytania o moment wyjścia dynamiki CPI z -0,9 proc. w marcu do +2,5 pkt. 

W okresie minionych kilkunastu lat wzrost rocznej dynamiki CPI o 3,4 pkt. proc. potrafił trwać jedynie 9 miesięcy. Tyle, że taki skok cen detalicznych wymagał aż wejście Polski do Unii Europejskiej w maju 2004 roku. Ponieważ w najbliższym czasie pewnie drugi raz do UE nie będziemy wchodzić (wyjście i wejście z powrotem zajęłoby pewnie dużo czasu), więc bardziej realnym punktem odniesienia wydaje się wzrost dynamiki CPI o 3,4 pkt. proc. w ciągu 19 miesięcy pomiędzy grudniem 2006 a lipcem 2008. 

Uwzględniając przynajmniej miesięczne opóźnienie decyzji RPP otrzymaliśmy wniosek, że pierwszej podwyżki stóp można spodziewać się najwcześniej w okolicach listopada 2017 roku. W dwu ostatnich cyklach bessa na indeksie cenowym rozpoczynała się w 1-2 miesiące po pierwszej podwyżce stóp (kwiecień-czerwiec 2007 oraz styczeń-luty 2011). 

Moim zdaniem jeśli Rada zachowa zimną krew podczas cyklicznego ożywienia tempa inflacji w latach 2016-2017, to powinna doczekać ponownego spadku cen surowców a zatem i dynamiki wskaźników inflacji, co pozwoli opóźnić decyzje o początku podwyżek stóp być może aż do 2019 roku. 

Podsumowując: rekordowo niski poziom stóp procentowych RPP sprzyjający hossie na szerokim rynku akcji GPW powinien utrzymać się przynajmniej do końca 2017 roku. 

15:03, bialek.wojciech
Link Komentarze (118) »
piątek, 08 kwietnia 2016

Rafał Hirsch z Gazeta.pl dokonał w tym tygodniu zaskakującego odkrycia, że "Kiedy rządzi PiS, bezrobocie nie rośnie. To się jeszcze nigdy nie zdarzyło". Próbka statystyczna jest dosyć uboga - PiS rządził wcześniej raptem 2 lata (2005-2007 w koalicji) i przez minione pół roku, ale rzeczywiście już drugi raz PiS dochodzi do władzy w 2 lata po cyklicznym (w ramach cyklu inwestycji w środki trwałe czyli cyklu Juglara) szczycie stopy bezrobocia (odpowiednio 2003 i 2013). W ten schemat można nawet próbować włączyć centro-prawicowy rząd AWS, który powstał w 1997 roku, a więc w 3 lata po cyklicznym szczycie stopy bezrobocia z lipca 1994 roku. AWS miała o tyle pecha, że nie zdążyła stracić władzy przed wejściem stopy bezrobocia w fazę wzrostową co nastąpiło w sierpniu 1998 po kryzysie rosyjskim i do następnych wyborów w 2001 roku stopa bezrobocia zdążyła wzrosną o ok. 6,5 pkt. proc. (a AWS w ogóle nie weszła do Sejmu). Ale generalnie można pokusić się o uogólnienie, że "centro-prawica" dochodzi w Polsce do władzy w 2-3 lata po cyklicznym szczycie stopy bezrobocia. 

Nas tu od polityki znacznie bardziej interesuje zachowanie rynków, a tym co wpływa na jedno i drugie jest oczywiście stan gospodarki. Tekst Rafała Hirscha przypomniał mi moje ubiegłoroczne próby prognoz wysokości stopy bezrobocia w USA i Polsce. Dla Stanów Zjednoczonych koniec trwającej od października 2009 roku  fazy spadku stopy bezrobocia wyszedł mi w okresie wrzesień 2016-luty 2017 na poziomie 5,1 proc. Tymczasem już w styczniu i lutym tego roku stopa ta spadła do 4,9 proc. (w marcu wyniosła 5 proc.). Jeśli chodzi o nasz kraj to różne zabawy historią dały projekcję dołka stopy bezrobocia w październiku 2017 roku na poziomie 7,25 proc. 

Chciałbym ponownie przyjrzeć się stopie bezrobocia w Polsce, by sprawdzić, czy przypadkiem podobnie jak to się stało w USA, nie zanosi się u nas na silniejszy niż wcześniejsze oczekiwania spadek stopy bezrobocia.

Proponuję wyjść od zachowania stopy bezrobocia w okresie typowego sezonowego wzrostu stopy bezrobocia, związanego ze spadkiem aktywności gospodarczej czyli w okresie październik 2015-luty 2016. W tym czasie stopa bezrobocia wzrosła o 0,7 pkt. proc. W okresie minionych 20 lat było 5 przypadków podobnego do obserwowanego obecnie sezonowego wzrostu stopy bezrobocia. W ciągu 4 miesięcy pomiędzy październikiem a lutym stopa bezrobocia rosła o 0,8 pkt. proc. w latach 1995/1996, o 0,7 pkt. proc. w latach 2004/2005, o 0,7 pkt. proc. w latach 2005/2006. o 0,9 pkt. proc. w latach 2013/2014 oraz o 0,6 pkt. proc. w latach 2014/2015. 

 


Po każdym z takich sygnałów stopa bezrobocia sezonowo spadała w ciągu następnych 8 miesięcy (do października) o 2,3 pkt. proc. (1996), 2,1 pkt. proc. (2005), 3,1 pkt. proc. (2006), 2,6 pkt. proc. (2014) oraz 2,3 pkt. proc. (2015). Obecnie tylko jakiś potężny kataklizm mógłby zapobiec podobnemu ruchowi w ciągu najbliższego półrocza. 

 


 

Co więcej w każdym z tych przypadków do sierpnia dochodziło do spadku wysokości stopy bezrobocia o przynajmniej 1,7 pkt. proc.

 

 

W lutym tego roku stopa bezrobocia wynosiła 10,3 proc. Spadek do sierpnia o 1,7 pkt. proc. da stopę bezrobocia na poziomie 8,6 pkt. proc. Gdyby tak się stało, to byłby to poziom o 0,2 pkt. proc. niższy od dołka stopy bezrobocia z października 2008. Tym samym stopa bezrobocia w Polsce osiągnęłaby najniższy poziom od 1991 roku. Projekcja wysokości stopy bezrobocia oparta na powyższych rozważaniach przedstawiona została na poniższym obrazku:

 


 

Z powyższy rozważań płynie następujący wniosek: z bardzo dużym prawdopodobieństwem pomiędzy sierpniem a październikiem tego roku stopa bezrobocia w Polsce osiągnie najniższy poziom od ćwierć wieku. Ze względu na początek spadku bezwzględnej wielkości liczby obywateli Polski w przyszłej dekadzie (poniżej tych 38 milionów, do których się przyzwyczailiśmy) najprawdopodobniej stopa bezrobocia wznowi wtedy spadek do bardzo niskich poziomów, ale to już temat na inną okazję. 


12:25, bialek.wojciech
Link Komentarze (101) »
piątek, 01 kwietnia 2016

W związku z wydaniem 6-tysięcznego numeru Parkiet zapytał w tym tygodniu analityków o to, kiedy WIG-20 osiągnie poziom 6000 pkt. Odpisałem, że w 2024 roku. Wypada wytłumaczyć się nieco szerzej z tej odpowiedzi. 

Osiągnięcie przez WIG-20 poziomu 6000 punktów wymagałoby mniej więcej 3-krotnego wzrostu indeksu z obecnych poziomów. 

Wydaje się, że taki wzrost byłby możliwy tylko w warunkach silnej hossy na rynkach "wschodzących". W sięgającej 1988 roku historii indeksu MSCI Emerging Markets były dwa takie okresy: od lat 80-tych do 1994 roku oraz lata od lata 2001(3)-2007. Zarówno w latach 1988-1994 jaki w latach 2001(3)-2007 dolarowy MSCI EM Index rósł ponad 5-krotnie. 

 

 

Nie wiemy jak zachowywałby się WIG-20 w latach 1988-1994, bo historia tego indeksu zaczyna się w 1994 roku, ale na podstawie doświadczeń z lat 2001(3)-2007 można założyć, że gdyby MSCI Emerging Markets Index (USD) znowu wszedł w podobną wieloletnią hossę, to (dolarowy) WIG-20 dotrzymałby mu kroku:

 

 

Co prawda w ostatnich latach WIG-20 zaczął tracić dystans względem MSCI EM Index, ale proponuję założyć, że nawet, gdyby ta tendencja się nadal utrzymywała, to hipotetyczny typowy 5-krotny wzrost dolarowego MSCI EM przełożyłby się na przynajmniej 3-krotny wzrost złotowego WIG-u 20. Innymi słowy problem WIG-20 na poziomie 6000 punktów proponuję sprowadzić do kwestii wyznaczenia terminu nowej super-hossy na MSCI Emerging Markets Index.

Dwa ostatnie szczyty takiej super-hossy na rynkach wschodzących wypadły w 1994 oraz 2007 roku, 13-letnia odległość pomiędzy tymi szczytami, to po prostu podwójny cykl 6,(66)-letni. Odkładając kolejne 13 lat od 2007 roku otrzymujemy rok 2020 jako orientacyjny szczyt kolejnej super hossy. Ponieważ w poprzednich cyklach takie silne "rynki byka" trwały przynajmniej 4 lata (2003-2007), to obecne wzrosty należałoby potraktować jako początek kolejnej takiej fali wzrostów. 

Oczywiście wyciąganie wniosków na temat zachowania rynku na podstawie raptem dwu poprzednich cykli (w tym jednego niepełnego) to ryzykowana zabawa. Próbując dowiedzieć się, co się działo z cenami akcji na rynkach peryferyjnych przed 1988 roku (początkiem MSCI Emerging Markets Index) zrobiłem sobie (denominowany w dolarach) indeks oparty na kilku indeksach rynków, które pokolenie temu od biedy można by było uznać za "wschodzące", a które w latach 80-tych były obliczane i publikowane. Wziąłem indeksy giełd w Korei Południowej, Hongkongu, Singapurze, Tajwanie, Tajlandii oraz Brazylii. Indeks trochę za bardzo ciąży w stronę Azji, ale ponieważ od 1988 roku ładnie koreluje z faktycznym MSCI Emerging Markets Index (USD), to można uznać, że stanowi dobre przybliżenie zachowania cen akcji na rynkach peryferyjnych przed 1988 rokiem. 

 


 

Co się okazało? Po pierwsze, że ta domniemana 13-letnia cykliczność do miraż, bo żadnego istotnego szczytu cen akcji na rynkach wschodzących klasy tych z 1994 i 2007 w okolicach 1981 roku nie można się dopatrzyć. Mamy ważny szczyt w 1978 roku, więc poprzednią tezę o 13-letniej cykliczności można by złagodzić: szczyty cen akcji po silnych hossach na rynkach peryferyjnych mają tendencję do występowania co 13-16 lat, ale nie brzmi to jakoś specjalnie przekonująco. 

Z punktu widzenia cyklu pokoleniowego jesteśmy w 7 lat po dołku pokoleniowego kryzysu, czyli w takiej sytuacji jak w 1982 roku. Powyższy indeks skończył bessę pod koniec 1982 roku i w ciągu następnych niecałych 5 lat wzrósł ponad 5-krotnie (w USD). Powtórka w obecnych realiach dałoby to kolejny istotny szczyt cen akcji (przed kraszkiem takim jak w październiku 1987 roku) w 2021 roku. 

Jak jednak odpowiadając na pytanie Parkietu wskazałem nie na rok 2020, ale na rok 2024. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że na podstawie obserwowanej w ostatnich latach zależności pomiędzy cenami akcji na rynkach peryferyjnych a cenami surowców, zakładam, że do silnej kilkuletniej hossy na EM potrzebna byłaby silna kilkuletnia hossa na rynku surowców. Takiej w miarę silnej hossy na rynku surowców spodziewam się zaś dopiero w latach 2020-2025.

 

 

Powyższa prognoza jest oparta na dwu założeniach. Po pierwsze, że z punktu widzenia cyklu pokoleniowego ceny surowców są w podobnej sytuacji jak w 1982 roku (8 lat po pokoleniowych szczytach cen surowców z 1974 i 2008 roku). Po drugie z punktu widzenia cyklu Kuznetsa, Goldman Sachs Commodity Index jest obecnie w podobnej sytuacji do tych z 1982 roku oraz 1998 roku (8 lat po "kuznetsowych" szczytach tego cyklu z 1974, 1990 i 2008 roku; patrz strzałki na powyższym obrazku). 

 

Zachowanie GSCI w latach 1982-1986 i w latach 1998-2001 było nieco odmienne - w pierwszym przypadku słaby wzrost i później silny spadek, w drugim przypadku silny wzrost a później słabszy spadek), ale wypadkowa tych scenariuszy sugeruje obecnie 2 lata surowcowej hossy (2016-17), a następnie 2 lata kasującej cały ten wzrost bessy (2018-2019).

W okolicach 2020 roku rynek surowców powinien znaleźć się w sytuacji podobnej do tych z lat 1986 i 2001, czyli już po bankructwach tych producentów surowców, którzy nie wytrzymali przedłużającego się okresu niskich cen, i można będzie oczekiwać silnej fali wzrostów na rynkach towarowych podobnej do tych z lat 1986-1990 i tych z lat 2001-2008. Wywołane taką hossą na rynkach surowców silne wzrosty cen akcji na rynkach peryferyjnych powinny kulminować przed końcem hossy surowcowej (patrz latach 2007-2008) czyli w mojej ocenie w okolicach 2024 roku. 



14:21, bialek.wojciech
Link Komentarze (97) »
piątek, 25 marca 2016

Dosyć jednoznaczne sygnały wyjścia WIG-u z dołka cyklu Kitchina, o których wspomniałem przed tygodniem:

 

 

... pozwalają stworzyć nową projekcję dla WIG-u. Można jednak podejrzewać, że całkiem mechaniczne podejście nie da wiarygodnego rezultatu, z powodu wyraźnie niższej zmienności występującej na naszym rynku akcji obecnie w porównaniu do tej z przeszłości. Widać to na poniższym obrazku, na którym umieszczono ścieżki WIG-u wokół kitchinowych dołków ze stycznia 2016, lutego 2009, października 2001 i października 1998. Obecna ścieżka wyróżnia się wyraźnie znacznie mniejszą dynamiką. 

 


 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 3 historycznych ścieżek będzie z tego powodu wyglądać mało realistycznie najprawdopodobniej zawyżając przyszłą wartość WIG-u:

 


 

Można sobie z tym próbować radzić zauważając że projekcja osiąga we wrześniu 13-miesięczne maksimum i wchodzi w korektę, a w obecnych warunkach 13-miesięczne maksimum WIG-u we wrześniu pojawi się po osiągnięciu poziomów z sierpnia ub. r. czyli powiedzmy poziomu 51000 pkt, a nie 67000 pkt. sugerowanych przez mechaniczną projekcję. Zilustrowałem to na powyższym obrazku. 

 

Istnieje jednak bardziej elegancki sposób poradzenia sobie z tym problemem. Mam na myśli regresyjny model wartości WIG-u oparty na indeksie stworzonym przez uśrednienie zachowania indeksu wokół kitchinowych dołków z października 1998, października 2001 oraz lutego 2009. Jedna z tak utworzonych projekcji przedstawiona jest poniżej. Jak widać we wrześniu trafia ona raptem do okolic poziomu 51200 pkt, a wiosną 2018 dociera jedynie do poziomów szczytów hossy z maja ub. r. 

 


Powyżej napisałem, że jest to jedna z projekcji, bo podobnych można niestety uzyskać wiele wybierając okres czasu, na podstawie którego utworzony ma być model. W powyższej projekcji bazą dla modelu  było zachowania WIG-u w okresie obejmującym poprzedni pełny cykl hossa bessa. Jak widać jedną z wad tego modelu jest bardzo szeroki przedział ufności (90%). 

 

Współczynnik determinacji (R2) tego modelu mierzący jego dopasowanie do rzeczywistości wynosi 0,72 i można próbować go powiększyć skracając okres "nauki".  Ograniczając się do czasu po ustanowieniu ostatniego cyklicznego szczytu WIG-u z maja ub. r. .uzyskujemy poniższą wersję nieco bardziej optymistyczną niż poprzednia (R2=0,88)

 


 

Myślę, że zaprezentowana wyżej podejście stanowi krok naprzód w stosunku do prostej metody stosowanej dotychczas. 

Oczywiście żaden z tych 3 podpowiadanych przez rynek historycznych precedensów dla obecnej sytuacji nie jest jej doskonałym powtórzeniem. Każdy ma swoje zalety (dołki z 1998 i 2016 roku łączy cykl Kuznetsa; dołki z 2001, 2009 i 2016 łączy cykl 6,(66)) i swoje wady. Mnie intuicja podpowiada, że najlepszym z tej trójki wzorcem jest najsłabszy nich czyli ten z 2001 roku. Przyjęcie takiego scenariusza (do maja WIG rośnie lekko powyżej szczytów z września-października ub. r., potem dystrybucja do września i wreszcie wtórne tąpnięcie do stycznia 2017) daje miejsce dla kolejnego osłabienia na giełdach w drugiej połowie roku, które to osłabienie nawet umożliwiałoby zejście indeksów niektórych rynków do nowych minimów. Tak było w 2002 roku, kiedy to rynki rozwinięte trapione bankructwami w sektorze informatycznym i telekomunikacyjnym (WorldCom) spadły do nowych minimów bessy, zaś "Emerging Markets" obroniły dołki bessy z jesieni 2001 roku. Najgorsze w historii otwarcie roku na Wall Street sugeruje, że w drugiej połowie roku istnieje możliwość nawrotu słabości na rynkach rozwiniętych. Jakaś forma powtórki wariantu przerabianego w latach 2001-2002 mogłaby być rozsądnym kompromisem. 


12:12, bialek.wojciech
Link Komentarze (91) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31