Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 19 sierpnia 2016

Dane GUS na temat tempa wzrostu gospodarczego w lipcu okazały się zaskakująco słabe, nawet jeśli uwzględnić fakt, że tegoroczny lipiec miał 2 dni robocze mniej niż zeszłoroczny. W miarę przyzwoita była jedynie dynamika sprzedaży detalicznej (+4,4 proc. wobec +6,5 proc. w czerwcu), ale produkcja przemysłu była niższa niż przed rokiem o 3,4 proc., a w budownictwie ujemna dynamika wyniosła aż -18,8 proc. Po wrzuceniu tych danych do prostego modelu rocznej dynamiki PKB otrzymujemy ledwie +1,4 proc. 

 

 

Oczywiście po uwzględnieniu różnicy w liczbie dni roboczych wynik byłby mniej jednoznacznie negatywny, ale nie zmienia to faktu, że drugie półrocze w polskiej gospodarce rozpoczęło się raczej słabo. Jest to dla mnie zaskoczenie, bo zastanawiając się w kwietniu na znaczeniem słabych danych za marzec sugerowałem, że ówczesne osłabienie było przejściowe i niebawem tempo wzrostu wróci do przedziału obserwowanego w okresie minionych 2 lat. Tak się rzeczywiście stało w II kw. (+3,1 proc. dynamika PKB), ale lipiec przyniósł nawrót słabości. 

Obecnie mam trzy uwagi. Po pierwsze w przeszłości dynamika WIG-u wyprzedzała dynamikę PKB o średnio 5 miesięcy. W maju dynamika WIG-u sięgnęła ponad -18 proc., co historyczny byłoby spójne z dynamiką PKB nieco niższą niż 2 proc. W lipcu dynamika PKB spadła poniżej 2 proc., więc na razie wszystko się zgadza. Traktując zachowanie rynku akcji jako wskazówkę apogeum słabości polskiej gospodarki należałoby spodziewać się w okolicach października. 

 

 

Po drugie uśredniając przebieg 4 ostatnich cyklu Kitchina w polskiej gospodarce (dołki na danych kwartalnych IV kw. 1998, IV kw. 2001, I kw. 2009 i I kw. 2013) otrzymujemy projekcję końca fazy spadkowej obecnego cyklu w IV kw. tego roku. 

 


 

Robiąc to samo dla modelu dynamiki PKB opartego o dane miesięczne dostajemy projekcję dołka spowolnienia w październiku tego roku. 


 

Można również przyjrzeć się co działo się na rynku akcji, gdy w okresie 4 poprzednich cykli dynamika PKB spadała poniżej poziomu 1,5 pkt. proc. W poprzednim cyklu takie osłabienie pojawiło się we wrześniu 2012 (dowiedzieliśmy się o tym w październiku), czyli w 3 miesiącu trwania silnej hossy (w II półroczu 2012 WIG zyskał ok. 1/3 wartości). Taki sygnał był również świetnym momentem do zakupów akcji wiosną 2005 roku. Analogiczne spadki dynamiki PKB z listopada 2008 oraz grudnia 2000 pojawiły się odpowiednio na 3 miesiące i 9 miesięcy przed dołkami bessy na rynku akcji. Uśredniając te przesunięcia w czasie otrzymujemy okolice października jako optymalny moment do zakupów akcji, ale ponieważ te scenariusze są mocno rozbieżne, to nie należy się do tego terminu zbytnio przywiązywać. 

 

 

Równocześnie te słabe dane z gospodarki raczej zmniejszają ryzyko rychłego rozpoczęcia regularnej bessy na krajowym rynku obligacji związanej zwykle z nadejściem inflacyjnej fazy cyklu gospodarczego, która zwykle poprzedzona jest wejściem gospodarki w fazę silnego ożywienia gospodarczego. 

 


Podsumowując: z jednej strony słabe - nawet po uwzględnieniu mniejszej liczby dni roboczych - lipcowe dane na temat tempa wzrostu gospodarczego w polskiej gospodarce studzą nieco entuzjazm co do perspektyw krajowego rynku akcji w najbliższych miesiącach (redukują szanse na to, że strefa oporu na WIG-u znajdująca się w przedziale 50000-52000 zostanie z marszu pokonana już latem w stylu podobnym do tego z lata 2012). Z drugiej strony wydaje się, że wiosenna słabość rynku akcji już zdyskontowała to spowolnienie w gospodarce, które - gdyby obecny cykl miał okazać się "typowy" - powinno kulminować w okolicach jesieni. Równocześnie te słabe dane odsuwają w czasie perspektywę rozpoczęcia się na rynku obligacji skarbowych regularnej cyklicznej bessy. 

13:23, bialek.wojciech
Link Komentarze (288) »
piątek, 12 sierpnia 2016

Od 20 stycznia indeks amerykańskiego dolara względem "commodity currencies" (dolara kanadyjskiego, dolara australijskiego, dolara nowozelandzkiego oraz randa połundiowoafrykańskiego) spadł z wieloletniego szczytu o ponad 10 proc. łamiąc trend wzrostowy i trafiając na roczny dołek. To najbardziej znaczące umocnienie "walut surowcowych" od 2011 roku i silny sygnał sugerujący zmianę trendu. Poprzednie szczyty tego indeksu (dołki "commodity currencies") w okresie minionego pokolenia ustanawiane były w latach 1986, 1993, 2001, 2009, więc jego długość można oszacować na 7,5 roku. Z tego względu następnego po tym  z marca 2009 szczytu dolara względem "walut surowcowych" należało oczekiwać w okolicach września tego roku. Zmiana trendu, która nastąpiła w styczniu wypadła więc trochę zbyt wcześnie, ale na razie wszystko wskazuje, że jest rzeczywista. 

 


 

Jeśli zdefiniujemy następujący warunek "indeks commodity currencies spada na w ciągu roku z 4-letniego maksimum na roczne minimum" i te sygnały zaznaczymy na wykresie Goldman Sachs Commodity Index, to otrzymamy poniższy obrazek:

 

Nie muszę chyba robić opartej o te sygnały projekcji GSCI - i bez tego jest jasne, że tak mocne jak ostatnio zachowanie "walut surowcowych" pojawiające się po długim okresie słabości w minionego pokolenia bardzo dobrze się sprawdzało jako sygnał kupna surowców. Czy będzie też tak teraz, oczywiście nie wiadomo, ale z pewnością jest to jakiś pomysł na spekulacyjną pozycję ze średnioterminowym horyzontem. 

Na razie sugerujące odbudowę popytu na świecie umocnienie "commodity currencies" jest za słabe by przekładać się na zdecydowaną poprawę koniunktury w polskim przemyśle, ale jeśli ten trend będzie kontynuowany to i na to przyjdzie czas:

 


 

Jest bardzo prawdopodobne, że ewentualna kontynuacją hossy na rynku surowców zrobiłaby dobrze cenom akcji na "rynkach wschodzących":

 


 

W kwietniu przedstawiłem sygnały na MSCI Emerging Markets Index, który w przeszłości bezbłędnie (poza brakiem sygnału w 2005 roku) wychwytywał pierwsze fale hossy na rynkach "wschodzących" w ramach cyklu Kitchina ("Dołek cyklu Kitchina potiwerdzony na WIG-u"). Referendum w Wielkiej Brytanii wprowadziło trochę zamieszania, ale projekcja oparta o te sygnały generalnie na razie dobrze się sprawdza:

 

 

Podsumowując: dotychczasowe zachowanie "commodity currencies" potwierdza zmianę trendu na rynku surowców, co  w średnioterminowym horyzoncie stanowi dobrą wróżbę dla całego uniwersum rynków "wschodzących". 


15:24, bialek.wojciech
Link Komentarze (236) »
piątek, 05 sierpnia 2016

Reagując na korzystniejszą - czy też raczej mniej niekorzystną - dla sektora bankowego niż wcześniejsze obawy treść prezydenckiego projektu ustawy o „frankowiczach” ceny akcji notowanych na GPW banków poszybowały we wtorek w górę. WIG-Banki wzrósł o 6,4 proc., co było największym 1-sesyjnym skokiem tego indeksu od 30 listopada 2011 roku (ponad 3,5 miesiące po podobnym sygnale z 11 sierpnia 2011). Wcześniej taki sygnał pojawił się 10 maja po "flash crashu", a jeszcze wcześniej wielokrotnie w okresie luty-lipiec 2009 podczas pierwszej fali ówczesnej cyklicznej hossy. 

 


 

Dwa sygnały z 2011 roku poprzedzały lokalny szczyt indeksu o 3 sesje, a sygnał z 2010 roku wypadł w lokalnym szczycie. W krótkoterminowej perspektywie może więc to być pułapka. W dłuższym horyzoncie skłaniam się do utożsamienia styczniowego dołka cen akcji z minimum z września 2011. Następnego po styczniowym dołka cyklu 40-tygodniowego należy spodziewać się w okolicach listopada. W poprzednim cyklu odpowiednikiem tego dołka było minimum z czerwca 2012, po którym rozpoczęła się regularna hossa na akcjach krajowych banków. 

 

Względna siła WIG-Banki do WIG-u spadała od kwietnia 2014 i osiągnęła w poprzednim tygodniu poziom obserwowany poprzednio w 2009 roku i 2004 roku. Przy założeniu braku jakieś kompletnej katastrofy widać tu miejsce dla ewentualnego 4-5-letniego odreagowania.

 

 

Nie ma jednoznacznego przełożenia pomiędzy koniunkturą na rynku akcji banków w strefie euro i tym co dzieje się z akcjami banków notowanych na GPW, ale do ewentualnej zmiany trendu na naszym rynku przydałoby się przełamanie kłopotów sektora bankowego w strefie euro. Euro Zone STOXX Banks Index znalazł się na obecnym poziomie po raz szósty od 1987 roku. Wcześniej testował te poziomu w lipcu 2012 podczas apogeum obaw przed Eurogedonem, w marcu 2009 w trakcie kryzysu obejmującego m.in. upadek banku Lehman Brothers, czy jeszcze wcześniej w sierpniu 1992, a więc miesiąc przed poprzednim "Brexitem" czyli opuszczeniem przez walutę Wielkiej Brytanii "węża walutowego" Europejskiego Mechanizmu Walutowego (poprzednika obecnej Europejskiej Unii Monetarnej). 

 


 

Przeprowadzone przez ECB "strestesty" sprzed tygodnia nie wypadły jakoś specjalnie źle, ale cały czas pojawiają się spekulacje na temat ilości złych długów w systemie i skali koniecznego dokapitalizowania banków. Względna siła indeksu banków strefy euro do indeksu szerokiego rynku spada od kwietnia 2014. Jak napisałem powyżej, od dokładnie tego samego momentu datuje się początek słabości kursów akcji polskich banków. 

 

Podobne fale słabości europejskich banków z okresu minionych prawie 30 lat trwały kolejno 53 miesiące, 42 miesiące, 22 miesiące, 29 miesięcy i 35 miesięcy. Mediana to 35 miesięcy, średnia - nieco ponad 36 miesięcy. To sugeruje marzec-kwiecień przyszłego roku jako orientacyjna datę końca relatywnej słabości banków w strefie euro. 

Podsumowując: wtorkowy skok cen akcji krajowych banków w górę może być jeszcze falstartem, ale - zakładając brak (mało prawdopodobnego) wymknięcia się sytuacji w strefie euro spod kontroli ECB czy też zaostrzenia warunków ustawy o "frankowiczach"- najbliższe 3 kwartały powinny stać pod znakiem akumulacji akcji banków poprzedzającej powrót ich relatywnej siły. 


13:29, bialek.wojciech
Link Komentarze (257) »
piątek, 29 lipca 2016

Po 14 miesiącach przerwy S&P 500 ustanowił w lipcu nowy historyczny rekord (2175 pkt.). Ta sztuka nie udała się niemieckiemu DAX-owi, który gdy S&P 500 wychodził na nowy rekord, pozostawał 20 proc. poniżej poziomu swojego makismum. Tak sytuacja zdarzyła się ostatnio ponad 17 lat temu w grudniu 1998 roku oraz w marcu-kwietniu 1999.

 

 

Wcześniej podoba słabość DAX-a względem S&P 500 pojawiła się w latach 1991-1992, a więc w okresie kryzysu Europejskiego Systemu Walutowego, które elementem był poprzedni "Brexit", czyli wypadnięcie brytyjskiego funta z "węża walutowego" ERM. W okresie minionego pokolenia taki sygnał słabości niemieckiego rynku względem Wall Street pojawił się również w styczniu 1987 roku. Wtedy skończyło się to globalnym tąpnięciem na rynkach akcji, ale nadeszło ono dopiero 9 miesięcy po takim sygnale w październiku 1987, a zanim do niego doszło DAX po wygenerowaniu takiego sygnały do sierpnia o ponad 25 proc. praktycznie wracając do poziomu historycznego szczytu. W obecnych realiach ten spadek przyszedłby więc dopiero w przyszłym roku. 

 


Słabość europejskich rynków akcji względem Wall Street ma zapewne związek z sytuacją wymagających dokapitalizowania czołowych banków strefy euro. Inwestorzy otrzymają więcej informacji na ten temat po dzisiejszej (piątkowej) sesji, kiedy to opublikowane zostaną wyniki „stress testów” europejskich banków.

Jeśli nieco osłabić to kryterium – „DAX ponad 10 proc. poniżej szczytu w momencie ustanawiania przez S&P 500 rekordu” – to otrzymamy dodatkowe sygnały w marcu-kwietniu 1995 roku, czyli na samym początku cyklicznej hossy na WIG-u, która kontynuowana była później do 1997 roku.

 

 

W kwietniu komentowałem sygnały, które pojawiły się na WIG-u i na MSCI Emerging Markets Index, które w przeszłości bezbłędnie (za wyjątkiem braku sygnały w 2005 roku) identyfikowały początek cyklicznej fazy wzrostu na rynku akcji w ramach cyklu Kitchina. W lipcu MSCI Emerging Markets wyszedł na nowe cykliczne maksimum potwierdzając trwanie takiej cyklicznej hossy. Odpowiednio manipulując parametrami można wskazać na analogię obecnej sytuacji na MSCI Emerging Markets Index do tej marca 1999 i kwietnia 2009. 

 

Ponieważ w zeszłym roku wielokrotnie wskazywałem na analogię z 1998 rokiem (np. tu i tu), to pojawianie się obecnie sygnałów, które występowały wiosną 1999 roku potwierdza opartą na cyklu Kuznetsa analogię z okresem po kryzysie azjatyckim i rosyjskim. Swoją drogą od marca 1999 roku NATO bombardowało Jugosławię, a teraz też prezydent podpisał 17 czerwca zgodę na sformowanie polskiego kontyngentu, który w ramach NATO będzie operował w Iraku, Jordanii i Kuwejcie. Tak więc jak gdyby wszystko się zgadza. 


10:18, bialek.wojciech
Link Komentarze (228) »
czwartek, 21 lipca 2016

Gdy ponad 2 lata temu rząd skonfiskował ulokowaną w obligacjach skarbowych połowę oszczędności emerytalnych obywateli zgromadzonych w OFE i umorzył te obligacje, dług publiczny spadł skokowo o 15 proc. czyli o 130 mld zł. Nastąpiło to w lutym 2014. Od tamtej pory dług publiczny znowu narastał i w kwietniu tego roku wyszedł na nowy rekord (890 mld zł). Przejedzenie połowy zgromadzonych w ciągu 15 lat oszczędności emerytalnych obywateli zajęło rządowi 26 miesięcy. W tym czasie dług wzrósł o 148 mld zł czyli o 20 proc. W samym kwietniu zadłużenie przyrosło o 23 mld zł. 

 

 

W tym czasie rósł również nominalny Produkt Krajowy Brutto naszego kraju, ale rósł wolniej od długu publicznego. W efekcie relacja wysokości długu publicznego do wielkości PKB wzrosła o 3,6 pkt. proc. z ok. 44 proc. w lutym 2014 do 47,6 proc. w marcu tego roku. 

Ponieważ w polskiej Konstytucji znajduje się zapis zabraniający przekraczania przez relację długu publicznego do PKB poziomu 60 proc., to łatwo można wyliczyć, że gdyby tendencje - zarówno jeśli chodzi o dług jak i PKB - obserwowane od lutego 2014 były kontynuowane, to bariera ta zostanie przekroczona za 7 lat gdzieś w okolicach drugiej połowy 2023 roku. Poziom z początku 2014 roku - sprzed konfiskaty oszczędności emerytalnych - osiągnięty zostanie w okolicach drugiej połowy 2018 roku.

 

 

Jak widać na powyższym obrazku bardzo podobna tendencja wzrostowa relacji długu publicznego do PKB występowała w latach 2008-2013 i gdyby nie konfiskata oszczędności emerytalnych, to konstytucyjny limit zostałby osiągnięty już w okolicach 2018 roku. Innymi słowy przejedzenie połowy oszczędności emerytalnych kupiło rządowi mniej więcej 5 lat dodatkowego czasu. 

Do tego 2023 roku być może dojdzie do przełamania kryzysowych tendencji na świecie i problem długu publicznego narastającego szybciej niż nominalny PKB przestanie być taki palący. Jeśli tak się nie stanie, to rząd sam może dojść do wniosku, że kurs na zderzenie z konstytucyjnym limitem jest zbyt niebezpieczny dla kraju i podejmie stosowne reformy prowadzące do obniżki wydatków rządu i wzrostu dochodów. Alternatywnie Konstytucja zostanie zmieniona i wspomniany zakaz z niej usunięty. 

W najbardziej pesymistycznym scenariuszu kryzysowe tendencje w światowej gospodarce w ciągu następnych 7 lat nie zostaną przełamane (a wręcz się pogłębią wskutek np. Chinageddonu), rząd będzie pozostawał na kursie i na ścieżce do 2023 roku i dopiero wtedy nowa ekipa wyłoniona w wyborach do Sejmu, które się wtedy powinny odbyć, będzie zmuszona przez rzeczywistość do wprowadzenie drastycznego programu oszczędności prowadzącego na krótką metę do gospodarczej recesji. 

3 lata temu zastanawiając się nad perspektywami naszego kraju po decyzji rządu o konfiskacie - i jak się okazało przejedzeniu - oszczędności emerytalnych postawiłem hipotezę, że Polska podążą za krajami takimi jak Hiszpania, Portugalia czy Grecja z mniej więcej 17 letnim opóźnieniem. Wyszło mi to z porównania dat wychodzenia z dyktatury (pierwszych wolnych wyborów), dat wchodzenia do NATO i do UE dla Polski i tych 3 krajów. Z tej hipotezy wynika, że odpowiednik kryzysu, który w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji rozpoczął się w 2007 roku, w Polsce powinien pojawić się mniej więcej 17 lat później czyli począwszy od okolic 2024 roku. To zdaje się pasować do wcześniejszych wyliczeń. 

Z punktu widzenia cyklu pokoleniowego do gruntownej zmiany politycznej na naszym terenie dochodziło ostatnio w 11-15 lat po dołku pokoleniowego kryzysu: Panika 1907 roku poprzedziła odzyskanie niepodległości przez Polskę o 11 lat, apogeum Wielkiego Kryzys z 1932 roku poprzedziło ostateczny koniec II RP o 13 lat, a następny kryzys pokoleniowy z 1974 roku poprzedził upadek PRL o 15 lat. W obecnym cyklu apogeum pokoleniowego kryzysu wypadło w 2009 roku, więc do następnego (geo-)politycznego przesilenia o pokoleniowym znaczeniu powinno zgodnie z tych nieszczęsnym schematem dojść najpóźniej w 2024 roku. 

W ramach cyklu pokoleniowego początek krachu na rynku surowców z 2014 roku to odpowiednik podobnego ruchu cen na rynkach towarowych z 1980 roku. Czyli mamy obecnie odpowiednik 1982 roku i perspektywę upadku systemu za 7 lat w 2023 roku. 

Oczywiście być może nie należy aż tak bardzo dramatyzować. W końcu wiele krajów nie aż tak bardzo różnych od Polski ma dług publiczny wyższy niż 60 proc. PKB i jakoś funkcjonuje, więc nawet ewentualne przekroczenie tego progu nie oznaczałoby końca świata (choć dzień, w którym Sejm przegłosowałby usunięcie z Konstytucji tego zabezpieczenia mógłby okazać się małym końcem świata dla posiadaczy kredytów walutowych). 

Osobiście - z różnych względów - zakładam, że kryzysowe tendencje panujące w gospodarce światowej trwać będą do końca tej dekady, a później nadejdzie silniejsza fala reflacji, które krajom takim jak Polska powinna przynieść okres fiskalnej ulgi. Ale procesy fiskalne mają swoją bezwładność i można obawiać się, że nawet jeśli od początku nowej dekady koniunktura na świecie zacznie się poprawiać, to ujawnienia się pozytywnych tego skutków Jaś może nie doczekać

Tym bardziej, że rząd zachowuje się tak, jak gdyby nie miał zamiaru dać Jasiowi żadnych szans. Szczyt powojennego boomu urodzeń wypadł w 1955 roku. Od tamtej pory minęło 61 lat i ten szczyt boomu właśnie wchodzi w wiek emerytalny. Jak gdyby obawiając się, że jakimś psim swędem polska gospodarka zdołałaby w jako takiej formie dopełznąć do lepszych czasów, rząd potwierdził ostatnio chęć obniżenia wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn (ktoś może wie dlaczego tak, skoro kobiety żyją obecnie 8 lat dłużej od mężczyzn?). Oczywiście obniżka wieku emerytalnego jest ostatnią rzeczą, którą się robi w obliczu rozpoczynającego się kryzysu demograficznego, ale to pewnie temat na inną okazję. 

Podsumowując: przejadanie oszczędności i zadłużanie się by finansować konsumpcję w nadziei na doczekanie lepszych czasów może okazać się dobrą strategią gospodarczą, jeśli lepsze czasy (czytaj globalna reflacja) rzeczywiście nadejdą, w przeciwnym przypadku już z całą pewnością bardzo głupią strategią. 

 


15:37, bialek.wojciech
Link Komentarze (259) »
czwartek, 30 czerwca 2016

W trakcie pierwszych dwu sesji po brytyjskim referendum FTSE 250 stracił 13,6 proc. Był to największy 2-dniowy spadek tego indeksu od czasu krachu z października 1987 roku. 29 lat temu po takiej 2-dniowej wyprzedaży 19 i 20 października (-18,9 proc.) indeks odbił się w górę na kolejnej sesji, a potem spadał przez następne 20 dni tracąc kolejne 27,9 proc. Dopiero wtedy ustanowiony został dołek, który nie został pobity do dziś. 

 

 

To skojarzenie byłoby bardzo niepokojące w krótkoterminowej perspktywie, gdyby nie to, że inny indeks giełdy londyńskiej - FTSE 100 - który spadł w piątek i poniedziałek jedynie o 5,6 proc., czyli mniej niż podczas 2 sesji 21 i 24 sierpnia ub. r. (-7,4 proc.) - już w środę znalazł się na najwyższym poziomie od ponad 2 miesięcy. 

 

 

To nie jest typowe zachowanie rynku w trakcie krachu. Raczej wprost przeciwnie. Na wykresie FTSE 100 można dopatrzyć się kształtującego się prawego ramienia formacji odwróconej głowy z ramionami. 

Jeśli chodzi o kurs funta względem euro to na razie porusza się on zgodnie z opartym na doświadczeniach z września 1992 roku scenariuszem zaproponowanym przed tygodniem:

 

 

DAX spadł w 2 sesje najbardziej od 15-16 października 2008 roku, ale jego zachowanie można uznać za mieszczące się w ramach wzorca z 1992 roku:

 


 

S&P 500 najpierw spadł o 5,3 proc., a potem wzrósł o 3,5. Ostatni raz takie yo-yo zdarzyło się w sierpniu ub. r. sygnalizując minięcie dołka cyklu 20-tygodniowego. Wtedy z zakupami należał się wstrzymać miesiąc i jeden dzień do czasu testu sierpniowego dołka. 

 


Piątkowa – pobrexitowa - sesja na GPW rozpoczęła się potężnym spadkiem wartości WIG-u 20. W pewnym momencie indeks znalazł się nawet poniżej poziomu styczniowego dołka. Zamknięcie piątkowej sesji nastąpiło jednak znacznie wyżej – ponad 7 proc. powyżej minimum sesji. W okresie minionych 16 lat tylko 2 razy mieliśmy na WIG-u 20 do czynienia z podobnym zjawiskiem. Tak wysoka biała świeca pojawiła się 24 listopada 2008 oraz 11 sierpnia 2011. Pierwszy przypadek był o tyle odmienny od obecnego, że wtedy cała sesja była wzrostowa. W drugim przypadku – tak jak w piątek – sesja zaczęła się od silnego spadku. W 2008 roku po takim sygnale WIG-20 rósł przez 43 dni o 11,6 proc., zaś w 2011 roku przez 20 dni o 6,9 proc. W 7,5 roku temu ostateczny dołek spadków ustanowiony został niecałe 3 miesiące po omawianym sygnale, zaś 7 lata temu 1,5 miesiąca później.  

 

 

Scalenie tych różnych sygnałów w spójny scenariusz dla rynku na najbliższe miesiące nie jest łatwe, ale biorąc po uwagę bardzo mocne w ostatnich dniach zachowanie rynków "wschodzących" sądzę, że dołek cyklu 20-tygodniowego o charakterze zbliżonym do tych z sierpnia ub. r. i stycznia tego roku już został na naszym rynku ustanowiony, chociaż na najsłabszych rynkach strefy euro prawdopodobny jest w lipcu test ostatnich minimów (patrz wrzesień 2015 i luty 2016).

14:06, bialek.wojciech
Link Komentarze (812) »
wtorek, 21 czerwca 2016

Od półwiecza - od czasu upadku systemu z Bretton Woods - kurs brytyjskiego funta względem dolara porusza się w obrębie w miarę regularnego 8-letniego cyklu. 

 

 

Ten cykl to połowa cyklu Kuznetsa, ale ponieważ wydaje się to być bardzo ważna kwestia, to napiszę o niej szerzej przy jednej z następnych okazji. 

Zaczepiona w dołku ze stycznia 2009 roku projekcja kursu USD/GBP uzyskana przez uśrednienie przebiegu 4 poprzednich cykli sugeruje szczyt w maju przyszłego roku w okolicach 0,75 za dolara. 

 

 

Oczywiście ewentualne osłabienie funta po ewentualnej (niewiążącej z prawnego punktu widzenia) decyzji brytyjskiego ludu pracującego miast i wsi o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej pasowałoby do tego cyklicznego schematu dosyć dobrze. 

Gdyby cykl ten miał okazać się regularnie 8-letni, to minimum funta względem dolara (szczyt USD/GBP) powinno wypaść na początku 2017 roku w 8 lat po dołku funta z 23 stycznia 2009 roku. Można też odkładać 16 lat od szczytu USD/GBP z 11 czerwca 2000 roku, czy 24 lata od dołka funta z 15 lutego 1993 roku. 

Ta ostatnia data jest interesująca, bo wypada w 5 miesięcy po poprzednim Brexicie, który miał miejsce 16 września 1992 roku, kiedy to rząd Wielkiej Brytanii podjął decyzję o opuszczeniu przez brytyjską walutę "węża walutowego" EMR (European Exchange Rate Mechanizm). W ramach tego poprzednika euro waluty krajów będących członkami Europejskiego Systemu Walutowego mogły wahać się w przedziale +/-2,25 proc. wokół ustalonego kursu parytetowego. W tamtym okresie Niemcy przyciągając kapitał potrzebny do sfinansowania przejęcia NRD podniosły stopy prawie do poziomu 10 proc. Brytyjczycy nie byli wstanie lub też nie chcieli zrobić tego samego i zdecydowali się na wyjście z EMR skutkujące dewaluacja funta. Przecena brytyjskiej waluty trwała przez następne 5 miesięcy (kurs stracił wobec odpowiednika euro niecałe 13 proc.). 

 

 

FTSE reagując pozytywnie na dewaluację krajowej waluty zaczął od razu zwyżkować i kontynuował hossę przez następne 17 miesięcy,...

 

 

 ... zaś niemiecki DAX z tego samego powodu stracił 10,4 proc. w ciągu 20 dni. W ciągu tego czasu straty poniesione przez niemieckich eksporterów zostały uwzględnione w cenach akcji i DAX już nigdy później nie był niżej.

Porównanie ścieżek DAX-a ostatnio i 24 lata temu zsynchronizowanych na 3 dni przed decyzją o Brexicie (tą faktyczną z 16 września 1992 i tą możliwą w czwartek) przedstawiono na poniższym obrazku. 


 

Pomysły typu kupowanie złota zupełnie wtedy nie wypaliły. Cena tego kruszcu wystrzeliła w górę dopiero pół roku później, gdy dolar przestał się umacniać względem funta w ramach wspomnianego na początku 8-letniego cyklu (patrz dołki złota z lutego 1985 i marca 1993). 

 


 

Oczywiście można z różnych powodów kwestionować zasadność przedstawionej analogii pomiędzy obecną sytuacją a zachowaniem rynków w trakcie kryzysu Europejskiego Systemu Walutowego sprzed 24 lat. Z drugiej strony, jeśli ktoś nie ma lepszych pomysłów, to doświadczenia po Brexicie z września 1992 roku można potraktować jako orientacyjną wskazówkę co do zachowania kursu funta i indeksów giełdowych po ewentualnym Brexicie z 2016 roku. 

Podsumowując: na podstawie doświadczeń z 1992 roku, gdy brytyjski rząd podjął decyzję o wycofania funta z Europejskiego Systemu Walutowego, w przypadku czwartkowej decyzji o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej można spodziewać się trwającego ok. 5 miesięcy osłabienia funta względem euro o ok. 13 proc., pozytywnej reakcji brytyjskiego rynku akcji na taką dewaluację krajowej waluty oraz trwającego ok. 20 dni spadku DAX-a o ok. 10 proc. Logicznie rzecz biorąc w przypadku decyzji o pozostaniu Wielkiej Brytanii w UE można by oczekiwać odwrotnych trendów (mocnego funta i DAX-a i krótkoterminowego osłabienia FTSE). 


 

15:51, bialek.wojciech
Link Komentarze (282) »
czwartek, 16 czerwca 2016

4 tygodnie temu zastanawiając się nad terminem następnego lokalnego minimum cen akcji związanego z cyklem 20-tygodniowym otrzymywałem generalnie daty wypadające w czerwcu ("Byle do Euro?"). W ostatnich dniach seria sondaży sugerujących rosnącą przewagę zwolenników opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej uruchomiła falę ucieczki od ryzyka na rynkach światowych. O konsekwencjach ewentualnego Brexitu postaram się napisać w przyszłym tygodniu jeszcze przed czwartkowym referendum, a dziś proponuję przyjrzeć się sygnałom wygenerowanym przez rynek w ostatnich dniach. 

Jednym z nich był trwający do wtorku 5-sesyjny spadek DAX-a o 7,5 proc. połączony ze spadkiem indeksu do najniższego poziomu od 3 miesięcy. Podobne sygnały pojawiły się na DAX-ie 10 miesięcy temu 21 sierpnia 2015 oraz 5 miesięcy temu 8 stycznia. 

 

 

Ścieżki indeksu po oby sygnałach były bardzo podobne:

 

 

W oby przypadkach po ustanowieniu pierwotnego dna takiej fali mini-paniki przychodziła korekta wzrostowa kończąca się na 13-sesji po sygnale (w obecnych realiach byłyby to okolice pierwszej sesji lipca), a potem rozpoczynała się wtórna zniżka kulminująca w obu przypadkach na 24 sesji po sygnale (w obecnych realiach byłyby to okolice 24 lipca). Potem rozpoczynała się zwyżka trwająca 47-50 sesji, czyli 9-10 tygodni, a w jej trakcie DAX rośnie o 19,2-20,7 proc. 

Drugi ciekawy sygnał pojawił się w czwartek na krajowym rynku. W najnowszym badaniu sentymentu indywidualnych inwestorów INI saldo optymistów i pesymistów spadło do trzeciego najniższego poziomu w 5-letniej historii tego sondażu. 

 

 

Saldo optymistów i pesymistów spadło do poziomu -20,2 pkt. proc. Można to porównać z odczytami na poziomie -22,1 pkt. proc. 21 stycznia 2016 (dzień do dołku WIG-u), -19,8 pkt. proc. 7 czerwca 2012 (2 dni po dołku WIG-u) oraz -21,4 pkt. proc. 24 listopada 2011 (dzień po lokalnym minimum WIG-u, a 26 dni przed ostatecznym dołkiem indeksu). W każdym z tych 3 przypadków WIG był na 53-ciej sesji po sygnale 11,4-13,3 proc. powyżej poziomu notowanego w momencie generowania sygnału.

 


 

Projekcja dla DAX-a uzyskana przez uśrednienie ścieżek indeksu wokół podobnych do wtorkowego sygnałów ze stycznia i sierpnia robi dołek dopiero w okolicach 18 lipca. 

 


 

Tymczasem projekcja wartości WIG-u uzyskana na podstawie 3 opisanych powyżej sygnałów INI robi dołek od razu i rośnie o niecałe 15 proc.

 

 

Czy te na pierwszy rzut oka sprzeczne wnioski da się jakoś pogodzić? Myślę, że tak. I 10 miesięcy temu i 5 miesięcy temu w poprzednich dołkach cyklu 20-tygodniowego. WIG nie potwierdzał już wtórnego dołka DAX-a. Innymi słowy wtórne minima WIG-u we wrześniu i w lutym wypadały już na wyższym poziomie niż dołki pierwotne z sierpnia i stycznia.

 

 

Myślę, że i obecnie powtórka tego schematu jest prawdopodobna, co oznaczałoby, że WIG właśnie robi dołek, którego nie pobije w lipcu natomiast na ostatecznie minimum DAX-a możemy rzeczywiście poczekać do połowy przyszłego miesiąca. Oczywiście istotny wpływ na zachowanie rynków będą miały wydarzenia w Wielkiej Brytanii, ale o tym w następnym wpisie. 

 

Podsumowując: niezależnie od ostatecznego rozstrzygnięcia kwestii Brexitu czwartkowy bardzo niski odczyt sentymentu w sondażu INI otwiera nastawionym kontrariańsko spekulantom drogę do zajmowania na krajowym rynku akcji długich pozycji, które w perspektywie następnych 10-11 tygodni powinny dać zarobić - biorąc WIG jako punkt odniesienia - +11,4-+13,3 proc. 

18:46, bialek.wojciech
Link Komentarze (116) »
czwartek, 09 czerwca 2016

Miałem dziś zacząć poruszać na blogu tematy, które pojawiły się w mojej sobotniej prezentacji  zatytułowanej "Kiedy recesja Janet Yellen?", którą miałem zaszczyt i przyjemność przedstawić w Karpaczu na Konferencji Wall Street po raz 20-ty już zorganizowanej przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, ale do zmiany planów sprowokowała mnie informacja, że Goldman Sachs przedstawił wyniki swego modelu stworzonego w celu przewidzenia wyników Mistrzostw  Europy w piłce nożnej, które w piątek rozpoczną się we Francji. Tak się składa, że całkiem niezależnie też stworzyłem podobny model. Nie za bardzo znam się na piłce nożnej, więc by móc uczestniczyć w prowadzonych przez kolegów "na zakładzie" dyskusjach postanowiłem wspomóc się pomocą komputera. Teraz zaś nadarza się okazja do sportowej rywalizacji z Goldmanem i Sachsem. 

Już pobieżny rzut oka na wyniki modelu GS sugeruje, że zwycięstwo - przynajmniej w fazie grupowej - będzie moje (to znaczy mojego modelu) i przyjdzie łatwo. Według GS 23 z 36 meczy fazy grupowej zakończy się remisami. Jest to oczywiście zupełnie nieprawdopodobne. Podczas 4 ostatnich mistrzostw Europy w fazie grupowej składającej się z 24 meczy remisów było odpowiednio 5, 3, 7 i 4. Uwzględniając większą liczbę drużyn (24-y wobec 16-tu) a zatem i większą liczbę meczów (36 wobec 24) liczba remisów w obecnych mistrzostwach powinna być zbliżona do 7-iu. 

Swój model oparłem na 4 filarach: rankingu UEFA, wartości rynkowej piłkarzy poszczególnych drużyn na rynku transferowym, wynikach eliminacji oraz wynikach meczy sparingowych rozegranych po zakończeniu eliminacjiZ interpretacją rankingu UEFA i rankingu drużyn opartym o wartość rynkową tworzących je piłkarzy nie było problemu. Jeśli chodzi o wyniki eliminacji to jako podstawę to stworzenia rankingu przyjąłem iloczyn liczby zdobytych punktów i salda bramek strzelony i straconych. Wyniki sparingów interpretowałem na trzy różne sposoby: 1) uwzględniłem liczbę zdobytych punktów w przeliczeniu na jeden mecz, 2) dodawałem (za pokonanie danej drużyny) i odejmowałem (za porażkę z nią) punkty liczone jako 204 minus pozycja tej drużyny w rankingu FIFA i 3) szacowałem pozycję danej drużyny na podstawie pozycji w rankingu FIFA drużyn, z którymi rozegrała ona mecze towarzyskie (np. jeśli pokonała 20-tą drużynę z rankingu, to dostawała 10 miejsce, jeśli z nią zremisowała 20-te miejsce, a jeśli przegrała (204-20)/2 miejsce. 

Zastanawiałem się jeszcze nad uwzględnieniem wyników poszczególnych drużyn w meczach o wysoką stawkę (na mistrzostwach Europu i świata), ale ostatecznie z tego zrezygnowałem, by nie premiować dodatkowo faworytów. 

Wyniki czterech uzyskanych w ten sposób sub-rankingów uśredniłem uzyskując ostateczne uszeregowanie szacunkowej siły uczestniczących w Euro 2016 drużyn. W symulowanym bezpośrednim starciu wygrywała oczywiście drużyna stojąca w tym rankingu wyżej, o ile różnica pozycji w rankingu była wystarczająco duża. W przeciwnym wypadku mecz kończył się remisem, a próg ustawiłem tak, by w fazie grupowej pojawiło się tych remisów siedem. 

W przeciwieństwie do modelu analityków Goldman Sachs nie bawiłem się w prognozowanie dokładnych wyników meczów ograniczając się do wskazania zwycięzcy (lub jego braku). 

Oto prognoza wyników meczy grupowych uzyskana w opisany powyżej sposób:


 

Niezależnie od odmiennego podejścia do remisów, wskazania obu modeli, jeśli chodzi o listę drużyn, które mają się zakwalifikować do 1/8 finału, różnią się tylko w jednym puncie: u mnie awansuje (z trzeciego miejsca z 3 punktami Turcja), a u nich Węgry (które u mnie zdobywają jedynie 1 punkt w zremisowanym meczu z Islandią). 

Swoją drogą z mojego modelu wyszło, że do awansu do 1/8 finału wystarczy zdobycie 3 punktów (oczywiście w rzeczywistości może być inaczej). Generalnie oznacza to, że jeśli ktoś ma obawy co do formy polskiej reprezentacji, to powinien cieszyć z każdego remisu w meczach rozgrywanych w innych grupach pomiędzy słabeuszami. 

Prognozowane przez model GS wyniki fazy pucharowej aż do finału Francja-Hiszpania, który wygrywa Francja, widać poniżej:

 

 

Mój model widzi to zaś tak:

 

 

Jeśli chodzi o skład ćwierćfinalistów to u mnie pojawia się Polska (u GS Szwajcaria) i to jest jedyna różnica. Zapewniam, że starałem się świadomie nie przekazywać modelowi żadnych motywowanych nacjonalizmem preferencji. Widać to zresztą, bo w ćwierćfinale Polska reprezentacja jednak przegrywa z obecnymi mistrzami Europy czyli Hiszpanią, obok której do półfinału wchodzą jeszcze Anglia, Francja i Niemcy dokładnie tak jak w według GS. 

Mój model jako zwycięzcę meczu Anglia-Hiszpania widzi Anglię, a model GS Hiszpanię. Co do wyniku półfinału Francja-Niemcy oba modele są zgodne. Oba również wskazują na zwycięstwo gospodarzy w finale. 

Jak widać z powyższego Polsce kibicować do - miejmy nadzieję - ćwierćfinału będę podwójnie, a dodatkowo w fazie grupowej będę trzymał kciuki za Turcję, a w ewentualnym półfinale za Anglię. 

19:09, bialek.wojciech
Link Komentarze (118) »
czwartek, 02 czerwca 2016

Od 20 lat już nawet nie przebieg WIG-u ale wręcz jego nominalna wartość jest zwykle wierną kopią indeksu MSCI Emerging Markets w lokalnych walutach. 

 

 

Oznacza to, że z praktycznego punktu widzenia krajowe wydarzenia można spokojnie ignorować, bo i tak kierunek cen na GPW wyznaczony ostatecznie zostanie przez globalny trend dominujący w uniwersum rynków peryferyjnych. 

Czasami jednak dochodzi do krótkoterminowych odchyleń od globalnego wzorca i z czymś takim mieliśmy do czynienia w okresie minionych 5 sesji, w trakcie których WIG był słabszy od MSCI Emerging Markets Index (w lokalnych walutach) o 5,4 pkt. proc. 

 


 

 

By odkryć, co było przyczyną tego odchylenia się koniunktury na krajowym rynku akcji, wystarczy sprawdzić, kiedy w przeszłości mieliśmy ostatnio do czynienia z podobnymi odchyleniami w dół od globalnego wzorca. Otóż coś takiego zdarzyło się poprzednio dwukrotnie w 2013 roku. Takie sygnały jak środowy pojawiły się 27 czerwca 2013, gdy rząd przedstawił propozycje zmian w OFE oraz 5 września 2013, gdy rząd podjął decyzje o konfiskacie połowy oszczędności emerytalnych obywateli zgromadzonych w Otwartych Funduszach Emerytalnych. 

 

 

Co ciekawe w obu przypadkach takie wywołane informacjami o zakusach rządu na OFE 5-sesyjne odchylenie WIG-u od MSCI Emerging Markets Index o przynajmniej 5 pkt. proc. pojawiało się dokładnie w dołkach indeksu, po których WIG był wyżej przez następne 2 lata. 

Z podobną sytuacją mamy do czynienia obecnie. Tydzień temu w mediach pojawiły się pogłoski o rozważanej przez rząd nacjonalizacji reszty oszczędności emerytalnych pozostających w OFE w postaci akcji przedsiębiorstw

Jak pokazują przypadki z czerwca i września 2013 (ale też 10 sierpnia 2011 czy września 2009), na krótką metę ostatnią lokalną panikę można traktować jako okazję do spekulacyjnych zakupów polskich akcji (które okażą się zapewne zyskowne, jeśli globalna koniunktura okaże się w najbliższych tygodniach korzystna). 

Na dłuższą metę jak pokazuje przypadek węgierski relatywna słabość rynku akcji po likwidacji funduszy emerytalnych może utrzymywać się przez ponad 4 lata. 

 

 

Gdyby te balony próbne z ostatnich dni się ostatecznie potwierdziły - a przecież "nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niesprawiedliwości, której nie mógłby dopuścić się skądinąd łagodny i liberalny rząd - jeśli zabraknie mu pieniędzy" - to doszłoby do największego od lat 40-tych upaństwowienia udziałów w przedsiębiorstwach na sumę mniej więcej 140 mld złotych. W wielu firmach oznaczałoby to znaczący wzrost wpływów rządu w akcjonariacie, a w licznych  przypadkach po prostu przejęcie przez rząd kontroli nad spółkami.

Wydaje się, że dla akcjonariuszy niektórych prywatnych obecnie spółek wizja przejęcia przez rząd władzy w ich firmach może być mało atrakcyjna i podejmą one jakieś próby obrony przez nacjonalizacją. Taką formą obrony mogłyby być emisje nowych akcji skierowane do prywatnych inwestorów czy też skup akcji, który mógłby paradoksalnie pozytywnie wpływać na kurs zagrożonych niepożądaną nacjonalizacją firm. 

Co ciekawe równolegle z pogłoskami o przejęciu przez rząd drugiej połowy oszczędności emerytalnych zgromadzonych w starych OFE pojawił się pomysł na utworzenie nowych lepszych OFE, które lokowałyby część wynagrodzeń osób pracujących w państwowe inwestycje. Pomysł fajny, tylko jaka jest po ekscesach z ostatnich lat wiarygodność polskiego rządu w kwestii oszczędności emerytalnych?

09:19, bialek.wojciech
Link Komentarze (144) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32