Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 23 stycznia 2015

W ostatnich dniach euro trafione zostało dwoma ciosami - najpierw rezygnacją SNB z próby utrzymania kursu EUR/CHF powyżej poziomu 1,20, a następnie oficjalnym ogłoszeniem przez ECB programu skupu aktywów wartego 60 mld euro rocznie i trwającego od marca tego roku do września roku przyszłego. W najbliższych dniach euro czeka jeszcze jedna przeszkoda do pokonania - wybory w Grecji będącej najsłabszym ogniwem strefy euro, a w dalszej perspektywie zapowiadane rozpoczęcie przez FED podnoszenia stóp procentowych. Cały czas tli się konflikt militarny na wschodniej Ukrainie, a więc nie tak daleko od granic strefy euro. Efektem oddziaływania tych czynników było zejście kurs EUR/USD na najniższy poziom od 2003 roku (1,12 wobec prawie 1,4 jeszcze w maju ub. r.).

Oczywiście prawie każdy ruch rynkowy się kiedyś kończy, więc i teraz można zastanawiać się, kiedy nastąpi kulminacja załamania kursu EUR/USD i kiedy rozpocznie się jakaś poważniejsza korekta wzrostowa. 

Trwający od maja spadek kursu euro względem dolara można porównać do trzech poprzednich z ostatnich lat:

 


 

 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych trzech ostatnich fal spadkowych sugeruje, że euro osłabło już za bardzo a korekta wzrostowa już powinna się była rozpocząć (w grudniu na poziomie 1,164):

 

 

W ciągu minionych 8 miesięcy kurs EUR/USD spadł o ponad 16 proc. W ostatnich latach podobne spadki zdarzyły się dwukrotnie: w 2008 roku podczas ostrej fazy kryzysu kredytów hipotecznych na świecie oraz w latach 2009-2010, gdy wyszły na jaw problemy Grecji, co rozpoczęło kryzys strefy euro:

 

 

Projekcja kursu EUR/USD zrobiona na podstawie tych 2 przypadków osiąga minimum na poziomie 1,115 za niecały miesiąc i również wchodzi w silną korektę wzrostową:

 

 

Dwie powyższe projekcje generalnie sugerują bliskość punktu zwrotnego na rynku EUR/USD. Główny problem z nimi polega jednak na tym, że stworzone zostały na podstawie ruchów EUR/USD z lat 2008-2014. Tymczasem wydaje się, że dla ostatniego zachowania dolara znacznie bardziej adekwatne są ruchy ze znacznie wcześniejszych okresów - czyli z dwu analogicznych do obecnej faz cyklu Kuznetsa (rozumianego tu jako cykl inwestycji w infrastrukturę służącą do poszukiwania, produkcji i transportu surowców). 

W takim ujęciu ostatnie załamanie się kursu EUR/USD to odpowiednik ruchów z lat 1996-1997 i 1980-1981 (pamiętamy historyczny rym igrzysk olimpijskich w Moskwie w 1980 i Sochi w 2014 roku?). Oczywiście dane sprzed 1999 roku odnoszą się do kursu ECU. 

 

 

Uzyskana na tej podstawie tej analogii projekcja kursu EUR/USD (synchronizacja w szczytach EUR/USD) osiąga lokalne minimum dopiero za niecałe 2 miesiące na poziomie 1,074, a późniejsza ok. 10-miesięczna korekta wzrostowa dociera raptem do poziomu 1,14. Później silny trend spadkowy EUR/USD ulega wznowieniu (odpowiednik lat 1998-2000 i 1981-85) kulminując za 4 lata przy kursie niższym niż 0,8. Te "niecałe 2 miesiące" to marzec, kiedy to ECB ma rozpocząć "druk" euro. Wejście wtedy w euro byłoby zaiste kontrariańskim zagraniem. 

 

 

Do tej wywiedzionej z cyklu Kuznetsa analogii można podejść w nieco inny sposób synchronizując obecny i historyczne ruchy w momencie wychodzenia EUR/USD na wieloletnie minima:

 

 

Tu projekcja osiąga minimum za ok. 2 miesiące na poziomie 1,135 (czyli wyższym niż obecny) po czym koryguje się szybko do 1,227, a potem znowu spada do 0,82 przez następne 4 lata:

 

 

Te dwie "kuznetsowe" projekcje oparte na doświadczenia minionego pokolenia pokazują znacznie mniejszy potencjał wzrostowy EUR/USD niż te oparte na historii ostatnich lat.

Osobiście próbując wyciągnąć jakiś wspólny element z zachowania kursu po wybiciu w dół do wieloletniego minimum w 1981 roku i 1997 roku zakładam, że ewentualna korekta wzrostowa EUR/USD w którymś momencie wyjdzie powyżej poziomu dołka z 2010 roku (1,191) podobnie jak korekta z 1981 roku wyszła o 2,5 proc. powyżej minimum z 1976 roku, a korekta z lat 1997-1998 wyszła o 11,1 proc. powyżej dołka z 1994 roku. To dawałoby 1,22 jako cel ewentualnej korekty wzrostowej do osiągnięcia w przeciągu następnych kilkunastu miesięcy. 

Z jakiego poziomu warto podjąć w ciągu najbliższych 2 miesięcy próbę zagrania na zmianę trendu EUR/USD przy założeniu, że prędzej czy później poziom 1,22 zostanie osiągnięty? Najsłabsza z 4 powyższych projekcji dla EUR/USD spada w krótkoterminowej perspektywie do 1,074. Dzieląc standardowo przedział 1,074-1,22 na ćwiartki i uznając dolną za miejsce, gdzie potencjalna nagroda przewyższa ryzyko spadku ponadtrzykrotnie, otrzymujemy poziomy niższe niż 1,11 jako miejsce, gdzie warto podjąć ryzyko.

Oczywiście otwartą kwestią pozostaje czy gra na potencjalnie 10 proc. korekcyjny ruch w walutę, która ma być aktywnie "psuta" przez najbliższe półtora roku, ma wielki sens. 

Oczywiście nasuwa się pytanie co mogłoby być realną przyczyną takiej ewentualnej korekty? Moim zdaniem mogłaby nim być gra pod to, że FED zostanie w najbliższym czasie zmuszony przez wydarzenia rynkowe (spadek cen ropy naftowej, spadek dynamiki wskaźników inflacji, umocnienie dolara zagrażające koniunkturze w przemyśle USA) do kolejnego przesunięcia oczekiwanego terminu rozpoczęcia podwyższania stóp procentowych. Już teraz po raz pierwszy od 2 lat mamy do czynienia z sytuacją, w której to DAX wyszedł na nowe szczytu zostawiając S&P 500 w tyle, co może być sygnałem, że układ kursów walutowych zaczyna sprzyjać strefie euro. 

Drugim powodem korekty wzrostowej EUR/USD mogłoby być pojawienie się na świecie jakiegoś ogniska kryzysu, które zmusiłoby FED do aktywnej interwencji, tak jak upadek funduszu LTCM w 1998 roku zmusił FED niejako wbrew wcześniej deklarowanym intencjom od nieoczekiwanych obniżek stóp. Faktem jest, że w obu ostatnich cyklach Kuznetsa podobne do ostatniego wyłamanie się (syntetycznego) kursu EUR/USD do wieloletnich minimów związane z wejściem rynku surowców w okres "nadprodukcji" bezpośrednio poprzedzało takie kryzysy finansowe jak bankructwo PRL w 1981 roku, bankructwo Meksyku w 1982 roku, kryzys azjatycki w 1997 roku i kryzys rosyjski w 1998 roku. Na razie pierwszy efekt w postaci kryzysu rubla już się pojawił, ale gdyby historia miała się powtarzać, to nie byłby to koniec globalnych reperkusji wydarzeń z ostatnich miesięcy. 

 


13:18, bialek.wojciech
Link Komentarze (260) »
środa, 14 stycznia 2015

Złoty rozpoczął ostatnią fazę osłabienia 6 czerwca ub. r., gdy średni kurs dolara i euro odbił się z prawie 3-letniego dołka i rozpoczął zwyżkę, która do tej pory swe maksimum osiągnęła 26 grudnia. W trakcie tych minionych 7 miesięcy złoty stracił nieco ponad 10 proc., co czyni tą wyprzedaż polskiej waluty porównywalną jedynie do dwóch fal spadkowych z minionej dekady: tej z okresu maj-grudzień 2011 (kryzys strefy euro) i tej z okresu lipiec 2008-luty 2009 (kryzys na rynku kredytów hipotecznych). 

  

 

W pierwszym przypadku złoty osłabił się przez 225 dni, w drugim przez 204 dni. Dziś mija 222 dzień od początku osłabienia złotego. Jak widać, gdyby ostania fala słabości złotego miała być podobna do dwu ostatnich, to albo powinna być już zakończona (czyli szczyt walut z 26 grudnia utrzyma się przez jakiś przynajmniej czas), albo powinna kulminować lada dzień. 



 

Kwestia jest oczywiście istotna dla osób operujących na rynku walutowym, ale również wydaje się potencjalnie ważna dla spekulantów aktywnych na rynku akcji. W obu przypadkach silnych fal osłabienia złotego ich koniec po ok. 7 miesiącach (grudzień 2011, luty 2009) był świetnym momentem do zakupu akcji przed hossą towarzyszącą późniejszemu umocnieniu złotego.

Jeśli i teraz złoty będzie słabł mniej więcej 7 miesięcy, czyli znajdujemy się w okolicach szczytu (choćby kilkumiesięcznego) słabości naszej waluty, to gdzieś tutaj powinniśmy mieć również relatywnie istotny dołek cen akcji. Na przykład oczekiwany w okolicach stycznia następny dołek cyklu 40-tygodniowego. Uśrednienie długości 6 ostatnich cyklu od dołka z lutego 2009 daje oczekiwany termin dołka WIG-u w okolicach 16 stycznia:

 



 

 

Oczywiście ktoś mógłby stwierdzić, że nie ma specjalnego powodu, by kolejna fala osłabienia złotego trwała mniej więcej tyle samo czasu co dwie poprzednie. Pozwolę sobie tu lekko zaoponować. Tak się bowiem składa, że polska produkcja przemysłowa zdaje się reagować na zmiany kursu złotego z opóźnieniem wynoszącym właśnie niecałe 7 miesięcy. Zależność tę widać na poniższym wykresie przedstawiającym roczną dynamikę produkcji przemysłowej na tle przesuniętej o niecałe 7 miesięcy dynamiki indeksu "commodity currencies" względem złotego. Relacja ta nie była ostatnia zbyt silna, tym niemniej  sugeruje wzrost rocznej dynamiki produkcji przemysłowej w naszym kraju do poziomu przekraczającego 10 proc. za niecałe 7 miesięcy:

 

 

Oczywiście ze względu na zależność łączącą roczną dynamikę WIG-u i dynamikę produkcji przemysłowej przedstawioną na poniższym rysunku ewentualny wzrost produkcji do poziomu ponad 10 proc. wyższego niż rok wcześniej można by odczytywać jako zapowiedź wzrostu dynamiki WIG-u do poziomu, który spowodowałby wyjście indeksu na nowe wieloletnie maksima. 

 

 

Osobiście zakładam, że załamanie cen surowców, do którego doszło podczas fazy spadkowej ostatniego cyklu 40-tygodniowego, musi mieć jakieś negatywne konsekwencje dla podmiotów (firm i krajów), których przychody uzależnione są od cen surowców, a który zadłużone są w dolarach amerykańskich. Te negatywne konsekwencje ujawniłyby się latem/jesienią jakimś kryzysem (a la bankructwo PRL z końca 1981 roku/bankructwo Meksyku z sierpnia 1982 dwa cykle Kuznetsa temu czy też kryzys azjatycki z końca 1997/kryzys rosyjski z lata 1998 w poprzednim cyklu Kuznetsa), co zapewne uruchomiłoby latem/jesienią kolejną  - tym razem już ostatnią na dłuższy czas - falę odwrotu od ryzyka i osłabienia złotego. 

14:56, bialek.wojciech
Link Komentarze (579) »
środa, 07 stycznia 2015

Chciałbym już zamknąć kwestię długoterminowych prognoz dla Wall Street, więc dziś - mam nadzieję - ostatnia przynajmniej na jakiś czas zależność - cykl 20-letni. Jest on wypadkową dwu dosyć dobrze znanych i wielokrotnie w tym miejscu opisywanych tendencji - "cyklu prezydenckiego" i "decennial pattern".  Rozpoczynający się rok jest optymalnym dla akcji z punktu widzenia obu cykli - jest rokiem przedwyborczym w ramach cyklu prezydenckiego i rokiem o dacie kończącym się 5-tką z punktu widzenia cyklu dekadowego. Taka kombinacja zdarza się oczywiście co 20 lat. Z tego punktu widzenia 2015 rok powinien przypominać na Wall Street lata 1995 (DJIA +33,5 proc.), 1975 (+38,3 proc.), 1955 (20,8 proc.), 1935 (+38,5 proc.) czy 1915 (+81,7 proc.).  

Dwa poniższe wykresy prezentują odpowiednio średnie i mediany rocznych stóp zwrotu Dow Jones Industrial Average w okresie 1897-2014 w poszczególnych latach cyklu 20-letniego (założono tu, że pierwszy rok cyklu wypada rok po roku o dacie podzielnej przez 20):


 

 

 

Jak widać 15-ty rok tego cyklu - taki jak rok 2015-ty - zdecydowanie dominuje nad pozostałymi pod względem średniej (+42,6 proc.) czy mediany (+38,3 proc.) stóp zwrotu. 

Ktoś sceptyczny mógłby zwrócić uwagę na to, że uzyskany rezultat może być - przy małej z konieczności liczbie próbek - wynikiem wpływu jak na te średnie czy mediany miałby rewelacyjny wynik - najwyższa roczna zmiana DJIA w historii - uzyskany 100 lat temu w 1915 roku (+81,7 proc.). To po części prawda, ale 15-ty rok cyklu utrzymuje swoją dominację zarówno dla średnich jak i median, nawet jeśli tą rekordową stopę zwrotu zastąpi się w sztuczny sposób zerową zmianą wartości indeksu.  

Warto zwrócić uwagę, że najgorszym rokiem cyklu 20-letniego jest rok 17-ty. Złożyły się na to stopy wzrostu w 1997 (DJIA +22,6 proc.), 1977 (-17,3 proc.), 1957 (-12,8 proc.), 1937 (-32,8 proc.) i 1917 (-21,7 proc.). W 4 na 5 przypadków były poważnie ujemne. Jest to kolejny argument za tym, by hossa na Wall Street ostatnich lat raczej nie powinna przetrwać poza 2017 rok. 

Oto porównanie ścieżki DJIA z ostatnich lat z tymi z 4-ech poprzednich cykli 20-letnich:

 


 

Ich uśrednienie sugeruje szczyt hossy średniej przemysłowej Dow Jonesa jesienią 2016-tego roku w okolicach poziomu 28000 pkt. wyższego niż obecny o 61 proc.:

 

 

Co prawda wtórny szczyt niecałe 3 lat później wypada nieco wyżej niż ten sugerowany jesienią 2016, ale dla tych niecałych 3 dodatkowych procent z pewnością nie warto by trzymać amerykańskich akcji przez kolejne prawie 3 lata. 

Zarówno cykl prezydencki jak i "decennial pattern" wydają się być w miarę wiarygodnymi ze statystycznego punktu widzenia fenomenami (chociaż ten drugi nie posiada chyba racjonalnego wyjaśnienia), więc ich kombinację prowadzącą do wniosku, że rok 2015-tym powinien być bardzo dobry dla amerykańskich akcji również można potraktować poważnie. W zależności od temperamentu można to uznać za argument za agresywną grą na wzrosty na amerykańskich akcjach w najbliższym czasie a przynajmniej za wstrzymaniem się ze stawianiem całego majątku na silny spadek cen akcji w USA już w tym roku. 

16:23, bialek.wojciech
Link Komentarze (287) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014

Uwaga wszystkich była zwrócona w minionym tygodniu na Rosję, gdzie na rynku rubla doszło najpierw do najsilniejszego od czasu kryzysu rosyjskiego z 1998 roku załamania, a następnie próby odreagowania. Ponieważ w piątkowym Raporcie tygodniowym przedstawiłem sporo spekulacji na temat przyszłych losów ceny ropy naftowej i rosyjskiej waluty, więc pozwolę sobie dziś poruszyć inny temat, z którym wypada zmieścić się przed końcem bieżącego roku. Mam na myśli "decennial pattern" czyli wzorzec (cykl) dekadowy na rynku akcji w USA. 

Amerykanie już jakiś czas temu zauważyli dziwaczną tendencję układania się stóp zwrotu z rynku akcji w poszczególnych latach dekady w charakterystyczny wzór ze zwykle słabym początkiem obejmującym  zwykle pierwsze 2,5 roku dekady (do mniej więcej połowy roku o dacie kończącej się 2-ką) i późniejszą hossą, która przeżywa swe najlepsze chwile w roku o dacie kończącej się 5-tką, kiedy to akcje właściwie "nigdy" nie tanieją, a średnia stopa zwrotu dramatycznie przewyższa średnie dla pozostałych lat dekady:

 

 

 

 

Osobiście nie potrafię wymyślić racjonalnego uzasadnienia dla funkcjonowania tego dekadowego wzorca. To znaczy istnieje koncepcja tłumacząca "decennial pattern" jako efekt synchronizujących się co 120 miesięcy cyklu sezonowego i średnio 40-miesięcznego cyklu Kitchina, ale trudno ją traktować jako wytłumaczenie przyczynowo-skutkowe takie jak choćby to istniejące dla cyklu prezydenckiego. Oczywiście lepiej jest rozumieć mechanizm stojący za danym zjawiskiem, bo wtedy pewniej się czujemy próbując je wykorzystać. Z drugiej strony to, że nie potrafimy racjonalnie uzasadnić jakiegoś fenomenu, nie znaczy, że nie jest on realny i że nie można z niego korzystać. 

Na poniższym wykresie przedstawiono stopy zwrotu S&P 500 w latach kończących się 5-tką (takich jak rok przyszły). Jak widać ostatni - i jedyny w okresie, dla którego dysponujemy danymi - przypadek spadku wartości S&P 500 w roku o dacie kończącej się 5-tką to rok 1875. Następne 13-cie przypadków od roku 1885 do roku 2005 zawsze kończyło się wzrostem wartości S&P 500. 

 

 

 

Ktoś sceptyczny wskaże na przypadek średniej przemysłowej Dow Jonesa, która w 2005 roku jednak spadła (o -0,6 proc.) po serii 10 kolejnych lat wzrostowych (od 1905 do 1995 roku). Może to być argument za tym, że ta - silna kiedyś - zależność już zanika. Być może, ale trudno jeden wypadek przy pracy (w sumie niegroźny, bo od straty 0,6 proc. się nie umiera) nie powinien przekreślać ogólnej tendencji, która wcześniej dała serię 10-ciu wzrostów o przynajmniej +10,9 proc. 

 


 

Tak wygląda porównanie obecnej ścieżki DJIA z tymi z minionych dekad:

 

 

Strzałkami zaznaczyłem momenty, w których wszystkie 12 ścieżek są na plusie w stosunku do poziomu z 19 grudnia roku dekady o dacie kończącej się cyfrą 4. Najbliższy taki moment wypada w okolicach kwietnia 2016 (wszystkie ścieżki DJIA przynajmniej +7,2 proc. wyżej niż w ostatni piątek).

Maksymalne ryzyko w krótkoterminowej perspektywie, to spadek o 6 proc. w ciągu 4 miesięcy (przypadek grudzień 2005-kwiecień 2006). 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 12 historycznych ścieżek DJIA wygląda tak:

 

 

Pierwsza faza wzrostu tej projekcji kulminuje w okolicach sierpnia 2017, a potem widoczny jest negatywny wpływ różnych spadków pojawiających się w roku o dacie z 7-ką na końcu (krach z 1987 czy szczyt z 2007 roku to klasyczne przypadki).

 

Jeśli spośród tych ścieżek wybrać te o najwyższych współczynnikach korelacji (ponad 0,8) ze ścieżką z tej dekady (lata 90-te, 50-te, 80-te i 60-te), to "historyczne ryzyko" spada do -3,3 proc. za pół roku, a "najbezpieczniejszy" moment do sprzedaży przesuwa się na okolice przełomu stycznia i lutego 2016 (wszystkie ścieżki DJIA są wtedy ponad +14,5 proc. wyżej niż w miniony piątek). 


 

Uśrednienie tych 4 najbardziej podobnych do minionych 5-ciu lat początków dekady na DJIA daje projekcję, która do wiosny 2016 podnosi wartość DJIA o ok. 35 proc. 

 

Jak widać z powyższego, przy wszystkich rytualnych zastrzeżeniach, że przyszłość może się różnić od przeszłości, cykl dekadowy znajdzie się w 2015 roku z optymalnej dla posiadaczy akcji fazie, co wyraźnie ogranicza ryzyko jakiegoś poważniejszego tąpnięcia na Wall Street w tym okresie. 

 


14:26, bialek.wojciech
Link Komentarze (323) »
czwartek, 11 grudnia 2014

W komentarzu z poprzedniego tygodnia marudziłem, że uzyskana projekcja wartości S&P 500 osiąga szczyt już wiosną 2016 roku, a nie - jak wolałbym z innych względów - dopiero w 2017 roku. Dziś więc dla odmiany projekcja - uzyskana na podstawie zupełnie odmiennych przesłanek - który rośnie aż do połowy 2017 roku. 

W ostatnich dniach Goldman Sachs Commodity Index spadł do najniższego poziomu od października 2009 roku, czyli od 62 miesięcy. W okresie minionego pokolenia podobny sygnał pojawił się jedynie dwukrotnie: w lutym 1985 roku oraz w marcu 1998 roku.

 

 

Z mojego punktu widzenia te dwa sygnały z przeszłości pojawiały się podczas spadkowych faz cyklu Kuznetsa (ochrzczonego nazwiskiem urodzonego na Polesiu noblisty  z 1971 roku). Cykl ten należy rozumieć jako cykl inwestycji w infrastrukturę służącą do wydobycia i transportu podstawowych surowców. Zgodnie z naturą cyklu koniunkturalnego inwestycje te są na wysokim poziomie, gdy ceny surowców są rekordowe, a wysoki poziom inwestycji w infrastrukturę służącą do wydobycia i transportu surowców z czasem przekłada się na wzrost podaży surowców i spadek ich cen. Wydaje się, że szok naftowy z ropą po prawie 150 dolarów w 2008 roku, będąca nań reakcją „rewolucja łupkowa” i obecny spadek cen ropy będący po części skutkiem rosnącej w USA produkcji surowców energetycznych, to klasyczna ilustracja tego mechanizmu.

W obu tych przypadkach omawiany sygnał pojawiał się po przełamaniu dolnego ograniczenia wieloletniego trendu wzrostowego. Dokładnie takie przełamanie linii trendu poprowadzonej przez dołki z 2001 i 2009 roku nastąpiło w listopadzie. 

Po analogicznym do obecnego sygnale z lutego 1985 roku GSCI spadał jeszcze o 24,2 proc. w ciągu następnych 17 miesięcy, a po sygnale z marca 1998 o 20,3 proc. w ciągu następnych 9 miesięcy.

Co ciekawe w obu przypadkach spadające ceny surowców uruchamiały zmiany w Rosji: w 1985 roku Czernienkę zastąpił Gorbaczow, który ogłosił „pierestrojkę”, w 1998 roku „kryzys rosyjski” skutkował odejściem Jelcyna ze stanowiska prezydenta i zastąpieniem go przez Putina.

 


 

Zdrowy rozsądek podpowiada, że rynki akcji krajów rozwiniętych powinny kwitnąć w okresie spadających i niskich cen surowców. I tak było rzeczywiście w obu poprzednich cyklach:

 

 

Tak wyglądały ścieżki S&P 500 wokół tych sygnałów:

 


 

Jest fascynujące, że w obu przypadkach sprzedaż po 630-636 sesjach od pojawienia się sygnału (czyli odpowiednio w sierpniu 1987 i wrześniu 2000), była optymalna strategią.

Na krótszą metę początku silnej - nawet 20 proc. - korekty można oczekiwać za za 4-5 miesięcy:

 


 

Projekcja wartości S&P 500 uzyskana przez uśrednienie obu historycznych ścieżek rośnie do okolic maja 2017 sięgając poziomu 3326 pkt. 

 

 

Tydzień temu wyszło mi 2934 punktów w maju 2016. Oczywiście przyszłość może być tylko jedną i można wyobrażać sobie, że będzie jakąś wypadkową tych i im podobnych projekcji. Dziś ważne jest, że te daty ciągle znajdują się w przyszłości, a sugerowane poziomu zdecydowanie przewyższają obecną wartość S&P 500, co sugeruje, że ewentualne spadki cen amerykańskich akcji w najbliższej przyszłości będą jedynie kolejnymi korektami trwającej hossy.

18:23, bialek.wojciech
Link Komentarze (340) »
czwartek, 04 grudnia 2014

W zeszłym tygodniu padł na Wall Street interesujący rekord. Nie chodzi to o kolejny najwyższy poziom S&P 500, bo po 1,5 roku kolejnych historycznych rekordów wartości indeksu to nie byłaby interesująca wiadomość, ale o najdłuższą w historii serię kolejnych 29 sesji, na których S&P 500 przebywał powyżej swojej średniej 5-sesyjnej. Zwrócił uwagę na to osiągnięcie S&P 500 analityk techniczny MKM Partnes Jonathan Krinsky, a ja się o tym dowiedziałem, dzięki notce Krzysztofa Kolanego na Bakierze

 


 

W przeszłości najdłuższa tego typu seria liczyła 28 sesji i kulminowała 2 kwietnia 1928 roku. Jeśli osłabić nieco to kryterium do 26 kolejnych sesji powyżej 5-sesyjnej średniej, to otrzymamy w historii indeksu 4 sygnały: ten z 1928 roku, drugi wygenerowany 17 lutego 1971 roku, trzeci z 3 marca 1986 roku i ubiegłotygodniowy. Co intrygujące zachowanie S&P 500 po 3 tego typu sygnałach z przeszłości było dosyć podobne. W każdym przypadku taki sygnał zapowiadał kontynuację hossy: o kolejno  +68 proc. w ciągu ponad 17 miesięcy do września 1929 roku, o +23 proc. w ciągu 23 miesięcy do stycznia 1973 i o +49 proc. w ciągu prawie 18 miesięcy do sierpnia 1987. Później zaś w po takich wzrostach przychodziły krachy o kolejno -86 proc. w latach 1929-1932, o -48 proc. w latach 1973-1974 i o -34 proc. w 1987 roku.

Ten ostatni wniosek niezbyt mi pasuje, bo osobiście "preferowałbym" zakończenie rozpoczętej w 2009 roku hossy na Wall Street dopiero w 2017 roku, ale cóż poradzić. 

Poniżej ścieżki S&P 500 wokół tych sygnałów. Muszę przyznać, że podobieństwo ścieżek po sygnałach z 1928 i 1986 roku jest nadzwyczaj intrygujące. 

 


 

Oszacowana na podstawie tej ubogiej próbki maksymalna strata w ciągu najbliższych 2,5 lat to -8,2 proc.

Gdyby ktoś chciał wiedzieć, co działo się w przeszłości bezpośrednio po takich sygnałach to proszę oto ścieżki w trakcie 4 miesięcy po sygnałach:

 


 

Projekcja wartości S&P 500 otrzymana przez uśrednienie zachowania indeksu po tych 3 historycznych sygnałach rośnie do poziomu 2934 punktów w maju 2016 roku a następnie spada przez 3 lata. Sell in May ... 2016?

 

 

Oczywiście jak zwykle w przypadku tego typu rozważań do uzyskanych wniosków nie należy się modlić, a jedynie wykorzystać je do ewentualnej lekkiej modyfikacji opinii na temat przyszłości, które posiadaliśmy wcześniej. W szczególności że ta sama zabawa przeprowadzona na średniej przemysłowej Dow Jonesa daje już inny rezultat. 

Obecnie DJIA przebywała powyżej 5-sesyjnej średniej przez 30 kolejnych sesji, nie był to jednak historyczny rekord. Ten padł 11 lipca 1955 roku po 37 kolejnych sesjach nad średnią. W tym przypadku hossa (+12,2 proc.) kontynuowana była przez następne 9 miesięcy do kwietnia 1956 roku, potem indeks w sierpniu 1956 i lipcu 1957 dwukrotnie testował szczyt hossy z kwietnia 1956, po czym pomiędzy lipcem a październikiem 1957 spadł o 17 proc. Później silna hossa uległa wznowieniu i kontynuowała była przez następne kilkanaście lat. 

 


 

Co ciekawe rekordowo długa seria sesji, na których Dow Jones przebywał powyżej swojej średniej 5-sesyjnej, z lipca 1955 roku pojawiła się po tym, jak indeks w 1954 roku pokonał swój poprzedni historyczny szczyt z 1929 roku. Trochę do przypomina obecną sytuację - DJIA wyszedł powyżej szczytu z 2007 roku w roku ubiegłym. 

Sygnał z połowy lat 50-tych jest o tyle interesujący, że wynik S&P 500 w obecnej dekadzie (+86 proc. od 31 grudnia 2009 roku) ustępuje jedynie ścieżce indeksu właśnie z lat 50-tych a pozostawiając wyraźnie w tyle wyniki z pierwszych połówek – bardzo dobrych ostatecznie dla rynku akcji - lat 80-tych i 90-tych.

Osobiście byłbym sceptyczny, co do możliwości powtórzenia w obecnej dekadzie scenariusza podobnego do tego z lat 50-tych - raczej skłaniam się do myśli, że obecna "drukowana" hossa skończy się po 2016-tym roku poważnym tąpnięciem, ale warto pamiętać i o takim scenariuszu. 

 

19:12, bialek.wojciech
Link Komentarze (289) »
środa, 26 listopada 2014

Na zakończonej w niedzielę konferencji krajowego Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych "Profesjonalny Inwestor" przedstawiłem w piątek prezentację zatytułowaną "Wojna, hossa na Wall Street i Chinageddon". Sądząc po silnej reakcji kilku portali, który wzmianki na ten temat umieściły na pierwszych stronach, wątek wojenny poruszony w prezentacji wzbudził spore zainteresowanie w przeciwieństwie do hossy na Wall Street i Chinagedonnu. Trochę mnie to zaniepokoiło, bo wolałbym być kojarzony w prognozami rynkowymi, ale wypada tezę postawioną na konferencji opisać i na blogu. 

Była ona bardzo prosta i da się ją zrekapitulować jednym zdaniem: "apogeum napięcia geopolitycznego skutkującego poważnym konfliktem militarnym wypada w mniej więcej 7 lat po giełdowym dołku związanym z pokoleniowym kryzysem gospodarczym". Zilustrowałem ją trzema przykładami sprzed jednego, dwu i trzech pokoleń. 

Trzy pokolenia temu I Wojna Światowa wybuchła w lipcu 1914 roku w 6 lat i 8 miesięcy po dołku S&P 500 z listopada 1907 będącego giełdową kulminacją kryzysu finansowego zwanego "Paniką roku 1907". Był po poważny kryzys (będący w dużej mierze kopią tego sprzed 6 lat), który stał się pretekstem do stworzenia w 1913 roku instytucji, która do dziś trzęsie światową gospodarką i rynkami czyli amerykańskiej Rezerwy Federalnej. 

Pokolenie później II Wojna Światowa wybuchła we wrześniu 1939 w 7 lat i 3 miesiące po dołku S&P 500 z czerwca 1932 będącego giełdową kulminacją "Wielkiego Kryzysu"

Na podstawie tych dwóch przypadków można by sformułować hipotezę, że wojny światowe wybuchając w 6 lat 8 miesięcy-7 lat  3 miesiące po giełdowych dołkach pokoleniowych kryzysów finansowo-gospodarczych. 

Test tej hipotezy - gdyby ją ktoś  wtedy postawił - nadszedłby pomiędzy czerwcem 1981 a styczniem 1982, kiedy to miałaby wybuchnąć III Wojna Światowa. 

Na szczęście dla świata skończyło się tylko na Stanie Wojennym w Polsce wprowadzonym w grudniu 1981 czyli w 7 lat i 2 miesiące po dołku S&P 500 będącym kulminacją "Kryzysu naftowego"

Pierwotną hipotezę należy więc ewidentnie osłabić: "w 6 lat 8 miesięcy - 7 lat 3 miesiące po giełdowym dołku pokoleniowego kryzysu finansowego ktoś (czasami obcy czasami swój) napada raczej na Polskę, no chyba że na Serbię (ale wojna do nas i tak dochodzi).

Owe 6 lat 8 miesięcy - 7 lat i 3 miesiące to podwójny cykl Kitchina (czyli 2 razy 3 lata i 4 miesiące), który to cykl pozwoliłem sobie kiedyś stosownie ochrzcić mianem "cyklu 6,(66)"

Związek Wielkiego kryzysu z dojściem do władzy Hitlera i wybuchem wojny światowej jest oczywisty i omawiany w większości podręczników historii dotyczących tej tematyki.

Związek kryzysu naftowego lat 70-tych, który doprowadził do wzrostu stóp procentowych w USA do poziomu kilkunastu procent z kryzysem gospodarczym zadłużonego PRL (kartki na cukier wprowadzone zostały już w 1976 roku), powstaniem Solidarności, zawieszeniem przez władze komunistyczne obsługi długu zagranicznego pod koniec 1981 roku i wprowadzeniem Stanu Wojennego też chyba nie jest specjalnie kontrowersyjny. 

Nasza pamięć nie sięga do czasu Paniki roku 1907-ego, wiec w tym przypadku jej ewentualny związek z wybuchem I Wojny Światowej wymagałby dodatkowych badań. Osobiście jestem przekonany, że taki związek dałoby się wykazać - USA były już wtedy największą gospodarką świata, więc jej kryzys musiał mieć poważne reperkusje również w Europie. 

Dołek S&P 500 związany z ostatnim kryzysem, który rozegrał się - w ramach cyklu pokoleniowego  - w latach 2007-2009 wypadł w marcu 2009. 

Jak łatwo wyliczyć coś a la pierwsza I Wojna Światowa, II Wojna Światowa lub Stan Wojenny powinny rozpocząć się gdzieś tam w okolicach okresu listopad 2015-czerwiec 2016. 

Tak to wygląda na obrazkach:

 

 

 

Na powyższym wykresie pionowe przerywane linie wyznaczają momenty wybuchu konfliktu militarnego, a na poziomem osi znajduje się liczba sesji od giełdowego dna kryzysu. 

Oczywiście wizja wojny za rok-półtora nie jest specjalnie przyjemna. Można pocieszać się na wiele sposobów. Że to tylko nieprzyzwoita  zabawa historią. Że może znowu napadną na Serbię, a my się uchowamy. Że z XIX-wiecznymi kryzysami finansowymi niekoniecznie związać można w podobny sposób jak to uczyniłem wyżej jakieś poważne konflikty militarne. 

Ja osobiście pocieszam się tym, że jeśli prawdą jest, co mówią niektórzy, że USA mają stać się samowystarczalne pod względem zaopatrzenia w surowce energetyczne do końca tej dekady, to jedną z konsekwencji może być to, że kraj ten przestanie pełnić kosztowną rolę policjanta w rejonie Bliskiego Wschodu skąd pochodzi dużą część globalnej produkcji ropy naftowej. To zaś może otworzyć wrota do konfliktu, który wciągnie i regionalne potęgi - marzące o odzyskaniu dawno utraconej imperialnej chwały narody Persów, Arabów i Turków - i lokalnych graczy - dążących do własnego państwa Kurdów, broniących sprawowanej władzy Alawitów, walczących o przetrwanie jazydów czy chrześcijan. Dodajmy do tego interesy największych mocarstw (USA, UE, Chiny, Indie, Rosja), konflikt pomiędzy sunnitami i szyitami, dorzućmy salafitów z ISIS, wsadźmy jeszcze Izrael z jego atomowym arsenałem i otrzymamy wybuchowy koktajl, którym nawet chyba nie trzeba specjalnie potrząsać by wybuchnął.

Dla nas to pocieszenie, bo tym razem może pokryzysowy konflikt nie wybuchnie w Europie Środkowej (bo ta przestała być pępkiem świata, którym była w przeszłości), ale gdzieś daleko, a my pełnić będziemy rolę Argentyny z czasów II Wojny Światowej (no tylko trzeba jeszcze jakoś okiełznać Rosję). 

I jeszcze jedno pocieszenie: przy dzisiejszej demografii konflikty militarne powinny wybuchać raczej w krajach południa, gdzie ciągle jeszcze jest dużo młodych ludzi, a nie w naszych okolicach, gdzie młodzieży, którą można by rzucać do szturmów na okopy przeciwnika, jest coraz mniej. 

Jeśli ktoś się interesuje taką tematyką, to może zacząć np. od teorii cykli hegemonicznych George'a Modelskiego

Dla nas tutaj prognozowanie wojen to poboczne zajęcie a interesować nas powinno raczej zarabianie pieniędzy. Na zakończenie więc przykład jak pieniądze zarabiać można również na wojnie. Poniżej 3 piękne zwiastuny gry The War of Mine wyprodukowanej przez warszawskie 11 Bit Studios:

 

 

 

 

Gra zadebiutowała na serwisie Steam niecałe 2 tygodnie temu zbierając świetne recenzje i trafiając raczej niespodziewanie od razu na drugie miejsce pod względem sprzedaży

Kurs akcji notowanej na rynku New Connect spółki zareagował stosownie potwierdzając tym samym starą mądrość, że wojna bywa dla niektórych świetnym interesem:

 


 

 

 


16:13, bialek.wojciech
Link Komentarze (258) »
środa, 19 listopada 2014

Na początku tego roku dług publiczny Polski spadł o 130 mld zł wskutek konfiskaty przez rząd połowy oszczędności emerytalnych zgromadzonych w OFE. Teoretycznie można było wtedy argumentować, że nic się wtedy istotnego nie wydarzyło: co prawda zniknęła część oszczędności obywateli, ale równocześnie o tą właśnie sumę spadł dług publiczny. Niestety od lutego do sierpnia dług publiczny wrócił na ścieżkę wzrostu zwiększając się w ciągu pół roku o 22 miliardów. Utrzymanie tego tempa w przyszłości oznaczałoby, że rządzące pokolenie "dzieci kwiatów (znanych również jako "baby boomers") ukształtowane przez dzieciństwo i młodość spędzone w ustroju komunistycznym ma zamiar bez skrupułów przepuścić owe 130 mld zł czyli całość zabranych młodszemu pokoleniu oszczędności emerytalnych w ciągu zaledwie 3 lat:

 

 

Po lipcu wyglądało to naprawdę fatalnie z najwyższym od 3 lat 12-miesięcznym deficytem budżetu (-42,6 mld zł) i niepewnością co do skali rozpoczętego wiosną spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego, gospodarczych skutków agresji Rosji wobec Ukrainy i wprowadzanych sankcji gospodarczych.

Tymczasem w ciągu następnych 3 miesięcy 12-miesięczne saldo budżetu rządu skurczyło się niespodziewanie do 30 mld zł czyli najniższego poziomu od 2 lat (to mniej niż 2 proc. PKB):

 

 

Przyczyną ten nagłej zmiany był najsilniejszy w okresie minionych przynajmniej 18 lat spadek dynamiki wydatków rządu. W ciągu minionych 3 miesięcy średnia zmiana roczna wydatków budżetu wyniosła -14,2 proc. przy analogicznej średniej dynamice przychodów na minimalnie dodatnim poziomie +0,4 proc. (realnie jest to więcej, ze względu na trwającą rekordową deflację):

 

 

Nie bardzo potrafię wytłumaczyć to nagłe naciśnięcie przez rząd fiskalnego hamulca. Chciałoby się wierzyć, że oto nadszedł moment opamiętania i od tej pory fiskalna odpowiedzialność wynikająca z międzypokoleniowej solidarności w sytuacji rozpoczynającego się kryzysu demograficznego stanie się normą prowadzonej w naszym kraju polityki. 

Niestety za rok mamy wybory do Sejmu i Senatu, a tak się składa, że w przeszłości, czy to wskutek zbiegu okoliczności (mniej prawdopodobne), czy też celowej manipulacji kolejnych rządów (bardziej prawdopodobne) skala wydatków budżetu zawsze rosła w okresie poprzedzającym kolejne wybory:

 

 

12-miesięczne wydatki budżetu urosły przed wyborami z października 2011 o 15,9 mld zł, przed wyborami z października 2007 o 16 mld zł, przed wyborami z września 2005 o 20,9 mld zł a przed wyborami z września 2001 o 2,1 mld zł. Z tego punktu widzenia rządząca w 2001 roku AWS zachowała się najbardziej przyzwoicie i ... sromotnie przegrała, chociaż odwrotne zachowanie SLD 4 lata później nie przyniosło mu sukcesu). 

Na podstawie tych doświadczeń można niestety obawiać się, że rząd przejdzie niebawem do "fiskalnej ofensywy" zwiększając w ciągu następnych 12 miesięcy wydatki o kilkanaście miliardów złotych, co nie pozwoli na zejście z wzrostowej ścieżki długu publicznego. 



12:16, bialek.wojciech
Link Komentarze (188) »
piątek, 14 listopada 2014

W czerwcu tego roku przedstawiłem w jednym z komentarzy ("Co dalej ze wzrostem gospodarczym?") narzędzie, które nazwałem wskaźnikiem "szerokości" wzrostu gospodarczego w krajach OECD. Oparte było na zachowaniu publikowanych co miesiąc przez OECD indeksów wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej (w wersji "amplitude adjusted"). Wartość wskaźnika to różnica liczby krajów, dla których CLI (Composite Leading Indicator) wzrósł w danym miesiącu i liczby krajów, dla których spadł.

Przez minione 5 miesięcy niewiele się tu zmieniło - wartość wskaźnika nadal utrzymuje się powyżej zera, co oznacza, że wśród krajów OECD nadal większa liczba wskaźników wyprzedzających rośnie niż spada. To sugeruje, że na horyzoncie - wskaźnik sięga średnio 9 miesięcy do przodu (przy niestety raczej niskim współczynniku korelacji z dynamiką PKB w Polsce na poziomie 0,49) - nie widać jakiegoś gospodarczego załamania w krajach rozwiniętych. Przykładowo w poprzednim cyklu wartość wskaźnika spadła poniżej zera w marcu 2011, o czym dowiedzielibyśmy się w maju 2011 (OECD publikuje te dane z 2-miesięcznym opóźnieniem). Co prawda szczyt cen akcji na GPW wypadł wtedy już  w kwietniu, ale do poważnego tąpnięcia doszło dopiero w sierpniu. Na przetrawienie tego sygnału ostrzegawczego były więc 3 miesiące. Cofając się do jeszcze poprzedniego cyklu spadek wskaźnika poniżej zera nastąpił w sierpniu 2007 o czym dowiedzielibyśmy się w październiku 2007, czyli w miesiącu, w którym WIG-20 (i S&P 500 ustanowił szczyt hossy (WIG zrobił to już w lipcu). Na razie podobnego sygnału ostrzegawczego brak.

Z drugiej strony nic w zachowaniu wskaźnika nie sugeruje nadciągającego w najbliższych miesiącach silnego ożywienia gospodarczego na świecie. 

 

 

Dziś chciałbym przedstawić nieco inną wersję tego wskaźnika, tym razem opartą na 12-miesięcznych ekstremów indeksów wskaźników wyprzedzających krajów OECD. Innymi słowa jego wartość jest różnicą pomiędzy liczbą CLI ustanawiających roczne maksima, a liczbą CLI spadających do rocznych minimów. 

 

 

Tutaj za cenę skrócenia obserwowanego horyzontu do 7 miesięcy, uzyskujemy wzrost do 0,54 wartości współczynnika korelacji z roczną dynamiką PKB w naszym kraju. Wniosek podobny jak przy poprzedniej wersji wskaźnika: nie widać nowej fali ożywienia na świecie, ale z drugiej strony obecne spowolnienie na razie nie powinno przekształcić się w jakieś poważniejsze załamanie. 


12:51, bialek.wojciech
Link Komentarze (87) »
czwartek, 06 listopada 2014

W ciągu ostatnich kilkunastu sesji S&P 500 przeszedł w nigdy wcześniej nie obserwowanym tempie z półrocznego minimum na nowy szczyt. Zajęło mu to 13 sesji, co można porównać z wcześniejszym rekordowym tempem 23 sesji zanotowanym w październiku-listopadzie 1999. Dając S&P 500 30 sesji na wykonanie podobnej wolty otrzymujemy dodatkowe sygnały na początku sierpnia 1951, na początku lutego 1992 oraz w połowie listopada 2005. W każdym z tych przypadków tego typu zachowanie S&P poprzedzało dalsze wzrosty cen akcji, chociaż te po sygnale z listopada 1999 trwały jedynie 4 miesiące.

Takie zachowanie amerykańskiego rynku akcji można uznać za zgodne z wnioskiem wysnutym 5 tygodni temu na podstawie analizy pozycji Wall Street w ramach cyklu prezydenckiego (Coraz mniejsze szanse na silny spadek na Wall Street). 

Równocześnie z odbiciem cen akcji w górę doszło do dalszego osłabienie na rynku surowców. Umacniał się również nadal dolar. To z kolei można uznać za zgodne z wnioskami wyciągniętymi na podstawie oceny obecnej pozycji rynków w ramach cyklu Kuznetsa ("Dollar Index na 4-letnim maksimum"). 

Proponuje jednak ostatnie 4-letnie dołki cen metali szlachetnych potraktować jako pretekst do przyjrzenia się powstałej sytuacji i podjęcia próby oceny krótkoterminowych perspektyw tego segmentu rynku. W szczególności interesować mnie będzie problem wyznaczenia terminu kulminacji obecnego trendu spadkowego cen surowców (i zapewne wzrostowego dolara). 

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że na srebrze w okresie minionego pokolenia 3 z 4 podobnych do obecnej sytuacji - cena na 4-letnim dołku - okazało się bardzo dobrymi momentami do zajęcia długiej pozycji na następne przynajmniej kilka miesięcy:

 


 

Zwykle takie sygnały traktuję jako pretekst do stworzenia projekcji zachowania kursu w przyszłości, ale teraz ograniczę się do swobodnej wariacji na temat tych sygnałów przedstawionej poniżej:

 

 

Powyższa interpretacja zostawia trochę więcej swobody przy wyznaczaniu oczekiwanego terminu końca wyprzedaży - raz spadek po podobnym do obecnego wybiciu jest dłuższy i głębszy, raz krótszy i płytszy, ale generalnie wszystkie zaznaczone strzałkami sytuacje wydają się być podobne do siebie nawzajem i do tego co się na rynku srebra dzieje obecnie. 

Podobną historyczną analogię - chociaż tylko jedną - chciałbym zaproponować dla złota:

 

 

Na zbliżeniu ta analogia z majem 1999 wygląda tak:

 

  

Gdyby złoto nadal poruszało się w miarę zgodnie z przedstawionym schematem, to najniższy poziom powinien zostać ustanowiony gdzieś w lutym (w okolicach poziomu 1070 dolarów) a potem czekałby złoto szybki ruch w górę (nietrwały dla dynamiczny). Oczywiście tę analogię z majem 1999 traktuję oportunistycznie - pozycja rynku w cyklu Kuznetsa raczej nie pozwala szukać w najbliższym czasie dołka innego niż lokalny.

 

Można to porównać z uzyskaną na podstawie cyklu Kuznetsa i 4-letnich maksimów Dollar Index z lat 1981 i 1997 projekcją dla tego indeksu amerykańskiej waluty:


 

Co prawda dolar umacnia się w trochę szybszym tempie niż to sugerowane przez projekcję, ale jeśli chodzi o czas, to uformowania szczytu na dolarze można się na tej podstawie spodziewać za mniej więcej 1,5-2 miesiące, czyli powiedzmy pomiędzy Bożym Narodzeniem a Trzech Króli. Zgodnie z projekcją późniejsza korekta spadkowa powinna trwać ok. 3 miesiące, czyli objąć generalnie pierwszy kwartał 2015 roku.

 

Spadające ceny surowców (ropa też w tym tygodniu znalazła się na 3-letnim dołku) i umacniający się dolar to środowisko sprzyjające wzrostowi kursu USD/RUB. Tak jak obecnie rubel osłabiał się w przeszłości na początku lat 90-tych gdy rozpadał się ZSRR, w latach 1998-99, gdy zbankrutowała Rosja oraz w latach 2008-2009 podczas ostatniego globalnego kryzysu deflacyjnego:

 


 

Pominąłem przypadek z początku lat 90-tych i uśredniając ścieżki z lat 1998-1999 i 2008-2009 stworzyłem "projekcję" dla USD/RUB. Pominąłem tu zupełnie kwestię możliwego do osiągnięcia poziomu, bo przypadki z lat 1998-1999 i 2008-2009 są mało porównywalne, interesowała mnie natomiast sama czasowa dynamika ruchu:

 

 

Projekcja ta szczytuje za mniej więcej 3 miesiące, co sugeruje osiągnięcie lokalnego apogeum paniki na rosyjskim rynku finansowym w okolicach lutego przyszłego roku. 

 

Uzyskane różnymi metodami daty - od końca grudnia do lutego - kojarzą mi się z oczekiwanym terminem następnego dołka na rynku akcji w ramach cyklu 40-tygodniowego. Przy poniższej interpretacji tego cyklu dla WIG-u następnego ważnego minimum cen akcji należy się spodziewać w okolicach 8 stycznia. Wydaje się, że zbiegnięcie się takiego dołka WIG-u z apogeum globalnego trendu deflacyjnego - który w końcówce może przyjąć na niektórych rynkach "wschodzących" paniczną postać - jest prawdopodobne.

 


 


 


19:09, bialek.wojciech
Link Komentarze (425) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25