![]() |
niedziela, 08 listopada 2009
Cykliczny szczyt stopy bezrobocia w USA.
Podczas początkowej fazy wzrostów cen akcji w USA trwającej od marca do czerwca osoby sceptycznie nastawione do tej zwyżki podawały brak wzrostu gospodarczego jako na główny argument przeciwko trwałości tego trendu. I rzeczywiście, jeśli porównamy przebieg S&P 500 z zachowaniem indeksu produkcji przemysłowej w USA, to zobaczymy wyraźną rozbieżność pomiędzy rynkiem akcji i gospodarką odwrotną do tego, co można było obserwować pod koniec 2007 roku, kiedy to ceny akcji ustanowiły podwójny szczyt w okresie lipiec-październik wyprzedzający maksimum produkcji przemysłowej z grudnia.
Mieliśmy tu po prostu piękny przykład klasycznego kilkumiesięcznego wyprzedzenia rynku akcji w stosunku do gospodarki. Podczas czerwcowo-lipcowej korekty aktywni inwestorzy byli jeszcze pod wrażeniem kolejnych deprymujących informacji o spadku produkcji z maja i czerwca. Pierwszy wzrost produkcji nastąpił dopiero w lipcu, ale o tym inwestorzy dowiedzieli się z oficjalnych statystyk dopiero w połowie sierpnia. Wtedy zwyżka cen akcji, która kulmiowała dopiero w październiku, trwała już od ponad miesiąca. Z w dużej mierze analogiczną sytuacją mamy do czynienia obecnie. Od strony technicznej zwyżka cen akcji na Wall Street, która rozegrała się pomiędzy 10 lipca a 19 października była kopią swej poprzedniczki z okresu 9 marca - 12 czerwca. Starałem się to zilustrować na poniższym rysunku:
Obecną sytuację techniczną S&P 500 można w dużej mierze utożsamić z tą z przełomu czerwca i lipca. O ile jednak korekta sprzed 4 miesięcy uzasadniana była niewiarą w powrót wzrostu gospodarczego, o tyle tym razem powodem do niepokoju inwestorów i spekulantów jest sytuacja na rynku pracy. Obecna linia argumentacji "niedźwiedzi" jest następująca: "Rzeczywiście pojawiło się jakieś odbicie w gospodarce. Ponieważ jednak sytuacja na rynku pracy nadal się pogarsza - stopa bezrobocia cały czas rośnie - to perspektywy tego odbicia w gospodarce są bardzo mizerne. Dopóki ludzie są zwalniani z pracy, każde ożywienie skazane jest na rychłe załamanie, którego nadejście pociągnie za sobą powrót bessy na rynku akcji". Ci spośród aktywnych uczestników rynku, którzy czekają od końca sierpnia na poważniejszy spadek cen akcji zapewne mają nadzieję, że te lęki utrzymają się jeszcze chociaż przez tydzień-dwa sprzyjając pogłębieniu korekty. Oczywiście nie jest to pierwszy raz, kiedy amerykańscy bezrobotni wchodzą nam w drogę ("Zatrudnienie w USA a giełda polska" oraz "Wróżenia z bezrobotnych ciąg dalszy"). Piątkowy spadek na naszej giełdzie spowodowany był właśnie negatywną reakcją spekulantów na publikację informacji o kolejnym wzroście stopy bezrobocia w USA do nowych - najwyższych od ponad ćwierć wieku - poziomów. W październiku pokonany został ważny z psychologicznego punktu widzenia poziom 10 proc. Z równie wysoką stopą - 10,2% -bezrobocia Amerykanie nie mieli do czynienia od okresu październik 1982 - kwiecień 1983.
Dla porównania stopa bezrobocia w naszym kraju wynosi obecnie 10,9 proc.
Stopa bezrobocia rośnie w USA od marca 2007 roku (4,4 proc.) i w tym okresie skala jej wzrostu był największa w okresie powojennym. Sytuacja wydaje się beznadziejna i inwestorom zaczynają ponownie puszczać nerwy, czego świadectwem ostatnie spadki cen akcji. Osobiście jednak obstawiałbym, że podobnie jak lipcu tak i teraz skończy się ostatecznie głównie na strachu. Podobnie bowiem jak wtedy tak i teraz w miarę wiarygodne w przeszłości wskaźniki wyprzedzające pozwalają kreślić dla najbliższej przyszłości bardziej optymistyczne scenariusze. Tak jak wyprzedzający w okresie minionych 20 lat dynamikę roczną produkcji przemysłowej o średnio 3 miesiące wskaźnik ISM Manufacturing rosnąc od początku roku zapowiadał, że motor wzrostu gospodarczego w amerykańskim przemyśle prędzej czy później "zaskoczy" (choć trzeba przyznać, że nastąpiło to z 3-miesięcznym opóźnieniem w stosunku do historycznej normy):
... tak teraz zwyżka opisującej opinie amerykańskich przedsiębiorców na temat perspektyw zatrudnienia pracowników składowa ISM ("Employment") sugeruje, że zmiana niekorzystnego trendu na rynku pracy powinna właśnie następować:
Podobny wniosek płynie z obserwacji zachowania składowej "Employment" ważniejszego z punktu widzenia prognozowania rynku pracy sondażu ISM Non-Manufacturing odzwierciedlającego opinie przedsiębiorców z sektora usług:
Do uzyskania prognozy stopy bezrobocia można użyć również nieco "twardszych" danych takich jak cotygodniowe statystyki na temat liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Prosty model stopy bezrobocia oparty na tych informacjach "sięga wzrokiem" do początku marca 2010. Jego wartość wtedy - czyli sugerowana wysokość stopy bezrobocia za 4 miesiące - wynosi 8,6 proc. w porównaniu do 10,2 po październiku:
Gdyby ta prognoza się sprawdziła to otrzymalibyśmy zniżkę wysokości stopy bezrobocia o 1,6 punktu proc., czyli zjawisko nie obserwowane od czasu spadku stopy bezrobocia z poziomu 6,3 proc. w czerwcu 2003 roku do 4,4 proc. w grudniu 2002/marcu 2007. Byłby to bardzo ważny sygnał: w okresie minionych 60 lat cykliczne szczyty stopy bezrobocia pojawiały się zaledwie 9-krotnie - średnio 1-2 razy na dekadę. Powyższy model sugerował szczyt stopy bezrobocia w sierpniu na poziomie 10,6 proc. Tymczasem we wrześniu i październiku stopa bezrobocia nadal rosła. Kilka miesięcy temu w podobnej sytuacji początek wzrostu gospodarczego "spóźnił się" o 3 miesiące w stosunku do wskazań ISM Manufacturing (pierwszy wzrost produkcji nastąpił w lipcu, a więc w pół rok po początku wzrostu ISM Manufacturing, wobec typowego w okresie poprzednich 20 lat 3 miesięcznego opóźnienia). Na razie rynek pracy zdaje się "spóźniać" w stosunku do historycznych norm o 2 miesiące. Ryzyko obecnie zdaje się polegać na tym, że to opóźnienie może wydłużyć się o kolejny miesiąc. W takim przypadku na początku grudnia dostalibyśmy kolejne złe dane. Spekulantom planującym - na podstawie kuszącej analogii z sytuacją z przełomy czerwca i lipca - kupować akcje jeszcze w listopadzie - za mniej więcej 1,5 tygodnia - pozostaje nadzieja, że przed jakimiś niemiłymi niespodziankami zostaną uratowani przez Świętego Mikołaja, który na początku grudnia przywiezie informację o spadku stopy bezrobocia w poprzednim miesiące, która to pozytywna informacja najpóźniej od 20 listopada zacznie być dyskontowana przez rynek akcji.
poniedziałek, 02 listopada 2009
"Game over" - 3 tygodnie później.
Od czasu opublikowania komentarza buńczucznie zatytułowanego "Game over" minęło już ponad 3 tygodnie. Zawartą tam prognozę trudno uznać za udaną. Co prawda ceny akcji w Europie osiągnęły szczyt i zaczęły spadać już w 2 dni po prognozowanej przeze mnie dacie "niespodziewanego ataku niedźwiedzi" (w środę 14-tego października zamiast w poniedziałek 12-tego), ale nasz rynek nabrał spóźnionego wigoru i WIG-20 (bo już nie sWIG-80 i mWIG-40) i zwyżkował 9 dni dłużej aż do 23 października. Zgodnie z zasadą, że "nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" tę rozbieżność pomiędzy polskim a europejskim rynkiem akcji chętnie wykorzystałbym do potwierdzenia tezy o trwaniu korekty. Dokładnie tak samo bowiem zachował się rynek w czerwcu tuż przed poprzednią korektą związaną z fazą spadkową dominującego na rynku od 3 lat 4-miesięcznego cyklu. Wtedy ceny największych akcji w krajach strefy euro ustanowiły szczyt 1 czerwca, gdy tymczasem WIG-20 rósł jeszcze do 12 czerwca. 11 dni różnicy. Obecnie szczyt indeksu Euro Zone STOXX Blue Chip 50 wypadł 14 października wobec 23 października w przypadku WIG-u 20. 9 dni różnicy. Na poniższym rysunku zaznaczone zostały obie dywergencje:
Co intrygujące oba szczyty uformowały się mniej więcej w czasie trwania dwu największych w tym roku na polskim rynku IPO. Powyższa obserwacja zdaje się potwierdzać wnioski płynące z tezy, którą zilustrowałem wykresem dnia z czwartku. Zgodnie z tą analogią poniedziałkowa i wtorkowa sesja mają kluczowe znaczenie. Odpowiadają ona sesjom z 22 i 23 czerwca, na trakcie których silny spadek WIG-20 (ponad 6 proc.) poniżej poziomu poprzedniego lokalnego szczytu (z maja) doprowadził do przełamania kilkumiesięcznej linii średnioterminowego trendu wzrostowego. Wywołało to gwałtowne pogorszenie nastrojów wśród aktywnych spekulantów - to wtedy wszyscy zaczęli się nawzajem straszyć groźnymi "głowami z ramionami" zapowiadającymi, jeśli nie powrót bessy, to przynajmniej dalsze silne spadki. Wtedy dno korekty wypadło niecałe 3 tygodnie później na mniej więcej 2,5-miesięcznym minimum indeksu. Dokładna powtórka tamtej sytuacji w obecnych realiach dałaby dno korekty 20 listopada na poziomie niższym - nie wiadomo o ile - niż wrześniowe minimum (2099). Należy pamiętać, że właśnie 20 listopada przypada rocznica ubiegłorocznego szczytu paniki. Tego dnia wygaśnie aktualność koncepcji "echa krachu". Dla śledzących analogię obecnej sytuacji do tej z 2003 roku: również wtedy dzień 20 listopada wyznaczył koniec trwającej od 1 września korekty silnej fali hossy rozpoczętej 6 marca 2003. Co ciekawe ostatni spadek na giełdach strefy euro okazał się największy właśnie od czerwca:
Jak widać wyraźnie rozpoczęty 10 lipca wzrost cen po długim okresie utraty dynamiki zaczyna zmieniać zwrot. Co ciekawe na podstawie powyższego wykresu analogię tę można rozciągnąć na sytuację, która na giełdach ukształtowała się od 17 lutego po przełamaniu w dół minimów z 20 listopada ub. r. Wtedy w lutym do ustanowienia na światowych rynkach dołka z 9 marca brakowało jeszcze niecałych 3 tygodni. A tak wygląda przedstawiona przed ponad 3 tygodniami prognoza rozwoju sytuacji na giełdach europejskich (na czerwono ówczesna prognoza):
Oczywiście - mówiąc brutalnie - "wszystko się zgadza, poza kasą". W ledwo tydzień po poczynieniu odkrycia, że w okresie minionych lat indeksem zagranicznym, który najlepiej korelował z WIG-iem 20 jest MDAX czyli niemiecki odpowiednik mWIG-u 40, oba indeksy całkiem się "rozjechały". MDAX zanurkował do najniższych poziomów od początku września, gdy tymczasem WIG-20 z godnością bronił poziomów wrześniowych szczytów (również dziś, czyli na sesji, która w przedstawionej analogii była odpowiednikiem skrajnie słabej sesji z 22 czerwca):
Po dzisiejszej sesji, w trakcie której - po publikacji dobrych danych z USA - WIG-20 obronił prawie 9-miesięczną linię trendu wzrostowego, sytuacja "oportunistycznych niedźwiedzi" takich jak jak stała się ponownie niezbyt komfortowa. Większość indeksów zagranicznych zeszła do pierwszych wsparć wyznaczonych przez dołki z początku października i z tych poziomów może zacząć budować korektę ("prawe ramię" już 2-miesięcznej formacji?). Tymczasem my dyndamy o 100 punktów wyżej, nie przebiwszy żadnych istotnych wsparć. "Sprężyna" jest bardzo mocno napięta, ale ciągle nie ma pewności, czy pęknie. A czas przeznaczony na spadki się nieubłaganie kurczy...
niedziela, 18 października 2009
Cukierkowa interpretacja historii.
Poprzedni wpis wygenerował chyba najwięcej kontrowersji spośród wszystkich, które ukazały się na tym blogu - w ciągu 9 dni pojawiło się pod nim prawie 450 komentarzy. Dopóki rynek nie rozstrzygnie losu przedstawionej przed tygodniem prognozy proponuję się zająć przez chwilę czym innym. Wśród wielu wykresów, które zamieściłem przed tygodniem był jeden, któremu chciałbym poświęcić trochę więcej uwagi. Mam na myśli wykres 7-miesięcznej zmiany wartości indeksu S&P 500. Jak już zwracałem uwagę, by znaleźć zarówno 7-miesięczną zwyżkę jak i 7-miesięczną zniżkę większą niż te obserwowane w okresie minionych kilkunastu miesięcy trzeba cofnąć się aż do 1938 roku. Co jest ładnym potwierdzeniem poczynionej już w grudniu ub. r. obserwacji, że rynki akcji w zachodnich krajach rozwiniętych są już w 9-tym roku bessy w ujęciu realnym (po uwzględnieniu inflacji), co czyni obecną sytuację podobną do tej z 1975 roku oraz do tej z właśnie 1938 roku. Do tej listy można dorzucić "Panikę 1907 roku", na której podobieństwo do ostatniego kryzysu zwracano już uwagę wielokrotnie, a którą to analogię ostatnio niezależnie natrafił za pomocą swego programu do rozpoznawania wzorców i opisał na swoim blogu pan Podtwórca. Tej analogii do kryzysu sprzed 100 lat trzeba będzie poświęcić nieco więcej uwagi w przyszłości, bo - potraktowana poważnie - nieco modyfikuje wyobrażenia na temat możliwej ścieżki rozwoju sytuacji na rynkach akcji w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy, daje pretekst do spekulacji na temat długich cykli gospodarczych i geopolitycznych a zresztą jest interesujaca sama w sobie, za względu na rolę odegraną wtedy przez J.P.Morgana i znaczenie ówczesnych wydarzeń dla genezy Rezerwy Federalnej powołanej do życia 6 lat później Ale dziś chciałbym poświęcić chwilę innemu aspektowi tej sprawy, a mianowicie fenomenowi długoterminowych oscylacji obserwowanej zmienności cen akcji. Historię minionych 80 lat na Wall Street da się bowiem - moim skromnym zdaniem - podzielić na kolejno po sobie następujące okresy rosnącej i malejącej zmienności indeksów. Tą tezę próbowałem zilustrowałeć na poniższym wykresie:
Mama Forresta Gumpa mówiła, że "życie jest jak pudełko czekoladek". Na podstawie powyższej - tylko leciutko naciąganej - interpretacji historii Wall Street minionych 80 lat można by to powiedzenie strawestować dochodząc do wniosku, że "historia (zmienności cen akcji) jest jak cukierek". Jak - mam nadzieję - widać na powyższym wykresie od czasu wybuchu zmienności cen akcji na przełomie lat 20-tych i 30-tych mieliśmy do czynienia z ponad 20-letnim okresem spadku zmienności, który kulminował mniej więcej na na początku lat 50-tych. Potem wahania cen akcji stawały się coraz większe aż do apogeum zmienności podczas kryzysu połowy lat 70-tych. Jak widać środek naszego "cukiereczka" znajduje się gdzieś w połowie pomiędzy ekstremami dynamiki cen akcji z września 1974 roku i kwietnia 1975 roku. Potem zmienność cen akcji stopniowo zamierała aż do prawie pełnego zaniku pod koniec pierwszej połowy lat 90-tych. Od tamtego czasu - czyli od kilkunastu lat - zmienność stopniowo rośnie: kolejne wahnięcia cen akcji są coraz silniejsze. Ostatnie było już na tyle silne, że prawie przetrąciło kręgosłup światowego systemu finansowego. Gdyby powyższą obserwację potraktować poważnie natychmiast nasunęłoby się pytanie o to, czy trwający od pierwszej połowy lat 90-tych okres wzrostu zmienność już się zakończył. Osobiście skłaniałbym się ku odpowiedzi, że jeszcze nie. Jeśli przyjmiemy podpowiadane przez zachowanie rynków założenie, że "jesteśmy w" 1938 roku, a środek naszego 80-letniego "cukiereczka" to przełom 1974 i 1975 roku (co się wtedy - pomiędzy ustąpieniem prezydenta Nixona w USA, a upadkiem Sajgonu - wydarzyło?), to zakładając tu symetrię "cukiereczka" dochodzimy do wniosku, że z dalszym wzrostem zmienności cen akcji w USA należy się liczyć jeszcze przez ok. 9 lat. W takiej interpretacji "niedźwiedzie" rozczarowane tym, że ostatni kryzys nie przybrał formy katastrofalnego załamania na giełdach analogicznego do tego z lat 1929-1932, doczekałyby się swego upragnionego deflacyjnego Armagedonu w ostatnich latach przyszłej dekady. Oczywiście o ile przetrwałyby inflacyjny boom z lat 2012-2017, również wynikający z takiej "cukierkowej" interetacji historii...
piątek, 09 października 2009
Game over.
Czas się skończył. Taki przynajmniej wniosek płynie z analizy zachowania większości narzędzi, które w okresie minionych kilku kwartałów sugerowały wzrosty cen akcji. Tym razem dosyć jednoznacznie sugerują nadejście silnej przynajmniej miesięcznej korekty (WIG-20 1900 pod koniec pierwszej dekady listopada?). Obecna prognoza jest obarczona o tyle dużym ryzykiem, że w przeciwieństwie do poprzednich dotyczy krótkoterminowego ruchu korekcyjnego następującego wbrew dominującej średnioterminowej tendencji wzrostowej mającej związek z trwającą od wiosny fazą ożywienia gospodarczego. Ze swej natury prognoza krótkoterminowego ruchu rynku musi opierać się przede wszystkim na narzędziach analizy technicznej i analizy sentymentu. Narzędzia analizy makroekonomicznej nie mogą tu być zbyt pomocne. Konsekwencja wymaga jednak, by wyciągać wnioski z sygnałów płynących ze stosowanych narzędzi nie tylko wtedy, kiedy sugerują wzrosty, lecz również gdy podpowiadają spadki cen akcji. Ze swej natury korekcyjny ruch krótkoterminowy rynku ma charakter odreagowania wcześniejszego ruchu rynku, który nastąpił "we właściwą" - z punktu widzenia zjawisk zachodzących w gospodarce - stronę. W obecnej sytuacji takim średnioterminowym ruchem był wzrost cen akcji od lutego/marca związany z rozpoczętym jakiś czas później odreagowaniem gospodarczym. Ten ruch był bardzo silny. Dopiero wykorzystując mające długą historię dane z amerykańskiego rynku akcji możemy natrafić na okres o zbliżonej zmienności - tak jak ostatnio w obie strony! - cen akcji. Jest to oczywiście nasz dobry znajomy rok 1938-y:
Istnieje ryzyko, że tak potężny ruch cen akcji w górę był przesadny w stosunku do skali odreagowania gospodarczego, które nastąpi w najbliższej przyszłości. Proponuję zacząć od odwiedzenia starej dobrej analogii obecnej sytuacji na rynkach światowych do tej z lat 1938 i 1975. Na poniższym wykresie przedstawiono synchronizację indeksu S&P 500 z jego uśrednioną ścieżką z lat 1938-1940 i oraz 1974-1976. Synchronizacji obu wykresów dokonano w minimum ostatniej korekty z czerwca i lipca:
Czekałem z umieszczeniem na blogu w miarę jednoznacznie w krótkoterminowej perspektywie pesymistycznego tekstu do momentu osiągnięcia przez powyższy historyczny wzorzec swego maksimum poprzedzającego spadek do poziomu odpowiadającemu w dzisiejszych warunkach S&P 500 na poziomie 900 pkt. Ten moment właśnie nadszedł. Amerykański rynek może oczywiście nadal jeszcze przez kilka dni błądzić na obecnych wysokich poziomach, ale sądzę, że ryzyko jest obecnie już zbyt duże, by na to na poważnie liczyć. Ponieważ ta analogia służyła nam tu wiernie od marca, byłoby nieelegancko porzucać ją teraz.
Teraz pora na zestaw podobnych synchronizacji dokonanych dla WIG-u 20 w trzech różnych punktach (dołkach bessy, punktach "golden cross" czyli przecięciach średnich 45-cio i 200-sesyjnych, oraz minimach średniej 200-sesyjnej) pomiędzy tegoroczną ścieżką rynku a uśrednionymi przebiegami indeksu z lat 1994-1995, 1998-1999 i 2001-2002:
Obecne odchylenia WIG-u 20 od tych wzorców nie są duże. Wynoszą odpowiednio: +14,8 proc., +6,7 proc. oraz +3,5 proc. Problem polega na tym, że gdyby indeks chciał pozostać na obecnych poziomach dłużej, to za 30 sesji w pierwszym przypadku, 79 sesji w drugim przypadku i 52 sesje w trzecim przypadku odchylenie od wzorca wzrosłoby odpowiednio do +24,1 proc, +22,6 proc. oraz +11,4 proc. Wynika to stąd, że owe "historyczne wzorce" albo już weszły albo lada moment wejdą w okres korekt kulminujących odpowiednio na poziomach 1782, 1804 i 1984 dla WIG-u 20 (średnio 1857). Powyższa metoda sugeruje koniec korekty gdzieś za ok. 10-11 tygodni (średnia z 30, 79 i 52 sesji) czyli dopiero na Boże Narodzenie. Przedstawiona powyżej historyczna analogia dla S&P sugerowała koniec korekty za 3 miesiące, czyli w dopiero styczniu.
Inne metody podpowiadają znacznie bliższe terminy. Dominująca od 2 lat ok. 4-miesięczna cykliczność sugeruje termin odległy o dokładnie miesiąc.
Poniżej ten sam cykl przedstawiony na wykresie wskaźnika A/D-Line dla giełdy nowojorskiej. Jego uśredniona od 2007 roku długość sugeruje nadejście kolejnego ważnego dołka cen akcji już na Wszystkich Świętych:
Podobny wiosek płynie z analizy sezonowości cen akcji:
Jasno z tego wynika, że od przełomu kwietnia i maja (sesja nr. 81) do początku listopada (sesja nr. 215) od rynku akcji nie należy specjalnie oczekiwać jakichś rewelacji (poza wiosenno-letnimi dywidendami oczywiście). W ramach tego "martwego sezonu" WIG-20 najgorszy okres przeżywa - w takim "uśrednionym" roku oczywiście - pomiędzy 181 a 215 sesją. Dla porządku należy zauważyć, że piątkowa sesja była już 196-ta. To sugeruje, że sezon na zbieranie akcji zaczyna się za niecały miesiąc. Przez wiele tygodni przeszkodą dla ewentualnego spadku rynku była dosyć powszechna świadomość ryzyka związanego z wejściem rynku w najsłabszy z sezonowego punktu widzenia okres (wrzesień i październik to najgorsze dla cen akcji miesiące w roku) oraz możliwością pojawienia się "echa" ubiegłorocznego krachu wynikającego z "efektu bazy". Ten argument wydaje się być już nieaktualny. Co prawda ceny akcji nie rosną od 25 sierpnia, ale sentyment się od tego wcale nie pogorszył. Co więcej doszło do eksplozji pozytywnych nastrojów do najwyższego poziomu od października 2007 roku. Tak to przynajmniej wygląda w cotygodniowym badaniu Consensus Bullish Sentiment:
Pamiętam, że pierwszy "Wykres dnia", który zrobiłem 9 marca po przejściu do CDM Pekao dotyczył właśnie nastrojów amerykańskich inwestorów. Tyle, że wtedy - dokładnie w dołku 1,5-rocznej fali bessy - na rynku panowały najgorsze nastroje od 18 lat. Teraz mamy do czynienia z sytuacją w dużej mierze odwrotną.
Podsumowując te rozważania: uważam, że od poniedziałku pełne animuszu "byki" zostaną zaskoczone niespodziewanym atakiem "niedźwiedzi". Ten atak powinien wyglądać mniej więcej tak, a po miesiącu efekt na giełdach europejskich przypominać to:
wtorek, 29 września 2009
Jak z Goldmanem i Sachsem Koreę żeśmy jednoczyli.
Kilka miesięcy temu w trakcie dyskusji toczonych z gośćmi tego blogu pozwoliłem sobie na rzucenie od niechcenia następującej równie niewinnej co niezgrabnej stylistycznie uwagi:
"Mnie w ogóle Kospi od 1989 roku przypomina S&P czy DJIA czy DAX-a od 1966 roku: 16 lat trendu bocznego i wybicie w górę. Wygląda to tak, jakby zjednoczenie obu Korei powinno nastąpić za 5 lat ;-)"
Byczy wygląd indeksu giełdy w Seulu intrygował mnie do tego stopnia, że zrobiłem z tego na początku lipca nawet wykres dnia. Ostatnie zjednoczenie Niemiec nastąpiło w 1990 roku czyli w 7 lat po opuszczeniu przez DAX-a górą trendu bocznego, w obrębie którego ten indeks giełdy we Frankfurcie poruszał się od początku lat 60-tych.
Co bardzo ciekawe w kontekście ogólnego pesymizmu odnośnie przyszłości, który zapanował wskutek ostatniego globalnego kryzysu, indeks giełdy w Seulu po kilkunastu latach trendu bocznego - rozpoczętej w pół roku po Igrzyskach Olimpijskich w Seulu w 1988 roku - wybił się górą z tej konsolidacji w 2005 roku, a spadek z lat 2007-2008 wygląda na długoterminowym wykresie Kospi jak normalny "ruch powrotny" zwykle następujący po takim wybiciu i poprzedzający dalsze wzrosty.
Gdyby potraktować tę analogię poważnie, to otrzymywalibyśmy prognozę 10-krotnege wzrostu cen akcji na giełdzie w Korei w przyszłej dekadzie plus - co już nas w sumie mniej interesuje - "prognozę" zjednoczenia obu państw koreańskich w 2012 roku. Powyższe traktowałem jako nieszkodliwą intelektualną prowokację niekoniecznie mającą mocne zakorzenienie w rzeczywistości. Do czasu jednak. A dokładnie do 21 września. Tego dnia ukazał się bowiem raport banku Goldman Sachs poświęcony właśnie kwestii zjednoczenia Korei, kosztów tego przedsięwzięcia i jego gospodarczych konsekwencji. O ile moje spekulacje można by spokojnie zlekceważyć, o tyle opowieści Goldmana Sachsa już zasługują na więcej uwagi.
Raport znam jedynie z agencyjnych omówień, ale z tych strzępów informacji można wywnioskować, że ekonomiści Goldmana zapatrują się na kwestię zjednoczenia obu Korei raczej pozytywnie kusząc Koreańczyków wizją stworzenia potęgi gospodarczej:
"Według naszych projekcji, zjednoczona Korea mogłaby wyprzedzić pod względem wielkości PKB (w ujęciu dolarowym) Francję, Niemcy i być może Japonię w ciągu 30-40 lat".
Zdaniem ekonomistów banku modelem, który mogliby naśladować Koreańczycy mógłby być przypadek połączenia ChRL i Hongkongu, to znaczy model zjednoczenia uwzględniający - inaczej niż to było w przypadku Niemiec - specyfikę polityczną i gospodarczą obu łączących się krajów. No cóż, z pewnością dla firm z Korei Południowej zdobycie dostępu do 24 milionów zdyscyplinowanych dekadami koszarowego życia w państwie komunistycznym pracowników byłoby nie lada gratką umożliwiającą podjęcie konkurencji z tanią produkcją z Chin. Oczywiście ewentualne zjednoczone państwo koreańskie dysponowałoby - obok potencjału gospodarczego - również odziedziczonym po Korei Północnej zaawansowanym programem budowy broni jądrowej i środków jej przenoszenia. Ewentualne pojawienie się w Azji Wschodniej takiego potencjalnego mocarstwa z pewnością musiałoby uruchomić stosowne reakcje zarówno zdemilitaryzowanej i znajdującej się od 19 lat w deflacyjnym kryzysie Japonii, jak i Chin, które przecież same podzielone są na komunistyczną Chińską Republikę Ludową i Republikę Chińską na Tajwanie. Niezależnie od sensowności powyższych spekulacji warto uważnie obserwować rozwój wydarzeń w Azji, bo wiele wskazuje, że w ciągu najbliższych kilkunastu lat będą się tam działy bardzo ciekawe rzeczy. Nawiasem mówiąc Kospi wybił się w górę z kilkunastoletniej konsolidacji 4 lata temu. W naszej analogii DAX znajdował się w 4 lata po wybiciu z analogicznego trendu bocznego w 1987 roku, co w kontekście zbliżającego się października nie jest dobrą wróżbą...
poniedziałek, 14 września 2009
Zabójczy optymizm.
Nasz rynek akcji osłabł wyraźnie od początku września w stosunku do rynku globalnego. O ile indeksy głównych giełd zagranicznych ustanawiały w ostatnich dniach nowe szczyty, o tyle WIG-20 znalazł się w poniedziałek już 9,3 procent poniżej poziomów z końca sierpnia. Z taką rozbieżnością w stosunku do zachowania giełd europejskich mieliśmy do czynienia po raz ostatni w lutym tego i październiku ubiegłego roku.
![]()
Na krótkę metę ta rozbieżność zapowiada możliwość odbicia cen akcji na GPW w górę, wypada jednak pokusić się o próbę wskazania przyczyny takiego osłabienia akurat naszego rynku.? Ktoś złośliwy - tak jak ja? - stwierdziłby, że powodem ostatniego osłabienia był test posiadanej przez polskich polityków Wunderwaffe przeprowadzony pod koniec sierpnia na GPW. Ta broń została po raz pierwszy użyta wiele lat temu przeciwko Japonii. Skutki były tak straszliwe, że przez wiele lat nikt nie odważył się na ponowne użycie tej broni. Nastąpiło to dopiero w 2007 roku. Wtedy przeciwko Irlandii zastosowana została udoskonalona jej wersja powodująca niemal natychmiastowy początek procesu destrukcji. Do tego roku polscy politycy stosowali swą Wunderwaffe do niszczenia gospodarek Bogu ducha winnych cudzoziemskich krajów. Kolejna bariera padła jednak w tym roku. 28 sierpnia broń ta została użyta przeciwko własnemu krajowi. Oto jak media opisywały to wydarzenie ("Polacy mogą się cieszyć - jesteśmy najlepsi w Europie"):
"- Polska jest liderem wyścigu z kryzysem powiedział premier Donald Tusk. Jak dodał, jest przekonany, że we wzroście PKB w naszym kraju nie może być przypadku. W drugim kwartale tego roku PKB wzrósł realnie o 1,1% w porównaniu z tym samym okresem zeszłego roku. (...)
"Optymizm podstawą sukcesu"
Donald Tusk przypomniał, że tylko w naszym kraju wzrost PKB w drugim kwartale jest dodatni. Inne kraje europejskie zanotowały spadki. Donald Tusk podkreślił, że jeszcze kilka miesięcy temu wielu niedowiarków krytykowało ich zdaniem zbyt optymistyczne prognozy rządu. Zdaniem premiera to właśnie optymizm, ale podparty rzetelną i przemyślaną polityką, jest podstawą sukcesu." Ceny akcji małych spółek na warszawskiej giełdzie zanotowały szczyt właśnie 28 sierpnia, a w ciągu następnych 3 sesji spadły najbardziej od lutego (sWIG-80 -7,8 proc.).
Nie był to jednak pierwszy przypadek testowania owej broni w tym roku. Precedens został ustanowiony równo 3 miesiące wcześniej 28 maja na - również zorganizowanej na GPW - konferencji prasowej premiera (Tusk: Polacy egzamin w czasie kryzysu zdali najlepiej w Europie; wzrost PKB "rekordowy"). Siła polskiej gospodarki musiała wtedy rzeczywiście być duża, skoro nasz rynek zdołał po tym ciosie rosnąć jeszcze przez pełne 2 tygodnie wchodząc w miesięczną kilkunastoprocentową korektę dopiero od 12 czerwca.
Jak się wydaje formuły typu "najlepsi w Europie" nie mają mocy ostatecznej klątwy porównywalnej do "drugiej Japonii" czy "drugiej Irlandii" i przekładają się na bolesne co prawa, ale jednak tylko korekty. Dopóki nie padnie z ust ważnego polskiego polityka zaklęcie - "Druga Polska" - potraktowane jako cel do osiągnięcia dla jakiegoś zapóźnionego zagranicznego kraju ciągle mamy jakieś szansę. Należy mieć nadzieję, że sumienie tknie w którymś momencie polskich polityków, albo przypomni im się mądrość starożytnych Rosjan - "tisze jediesz, dalsze budiesz", może ktoś zrobi im krótki wykład z "filozofii środka", czy też może zadziała instynkt samozachowawczy i wspomnienia opłakanych skutków "propagandy sukcesu" z lat 70-tych, w każdym razie, że zdarzy się coś, co spowoduje zaniechanie użycia tej straszliwej broni wobec własnego kraju.
Nie można na to jednak jakoś specjalnie liczyć. Doświadczenie krajów rozwiniętych uczy, że nastroje gospodarstw domowych i oczekiwania konsumentów rzeczywiście NA KRÓTKĄ METĘ wpływają na tempo wzrostu gospodarczego. Widać to na powyższym wykresie dynamiki PKB w USA nałożonej na oczekiwania konsumentów wg Conference Board. Jednakże nieuzasadniony - wynikający z błędnej oceny rzeczywistości - optymizm prowadzi do niewłaściwej alokacji aktywów, co ma zgubne skutki NA DŁUŻSZĄ METĘ.
Skojarzeń z epoką gierkowską nie można tak całkiem lekceważyć. Jak powszechnie wiadomo "nie ma przypadków, są tylko znaki", a te ostatnio cały czas potwierdzają analogię z połową lat 70-tych, która powróciła w poprzednim komentarzu, a w minionym tygodniu również dawała o sobie znać raz po raz, a to na rynku zbóż, a to na arenach sportowych (patrz Orły Castellaniego i Orły Wagnera)...
Ale wracając z tej dalekiej wycieczki warto zauważyć, że na owej konferencji prasowej z końca maja wspomnianej powyżej obecny był również minister finansów, który stwierdził m.in:
"Te wyniki pokazują, że nasza odpowiedzialna polityka, polegająca na tym, że nie chcieliśmy pochopnie zwiększać deficytu finansów publicznych, zadłużać Polaków w strachu przed katastrofą (...) była słuszna." Ten interesujący fragment pozwala nam gładko przejść do innej - mniej ekstrawaganckiej a znacznie bardzie popularnej - hipotezy próbującej tłumaczyć ostatnie relatywne osłabienie krajowego rynku akcji. Otóż w tydzień po tym jak premier poraził rynek swym optymizmem, minister finansów obwieścił światu informację o wzroście planowanego na przyszły rok deficytu budżetowego do rekordowej sumy 52 mld zł. Można to porównać z historią nominalnej wysokości 12-miesięcznego deficytu budżetowego w okresie minionych ponad 12 lat.
Jak widać minister nieco zmodyfikował swe wcześniejsze poglądy. Informacja została powszechnie zinterpretowana przez media jako niekorzystna, co przekładało się na oczekiwania spadki cen akcji. Tymczasem rynek zwyżkował i to aż o 3,8 proc. To dosyć dziwna reakcja na informację powszechnie interpretowaną jako negatywna. Być może wyjaśni całą sprawę uwaga, że wiadomość o planowanym rekordowym deficycie budżetowym na przyszły rok jest rzeczywiście zła, ale niekoniecznie dla wszystkich. Przede wszystkim niekoniecznie musi być ona zła dla banków. Tak się bowiem składa, że banki po ciosie otrzymanym w ciągu minionego roku ciągle nie rwą się specjalnie do finansowania sektora prywatnego - czy to firm czy gospodarstw domowych. Tymczasem posiadane depozyty trzeba gdzieś lokować. Jak powiada poeta "ktoś musi się lewarować, by delewarować się mógł ktoś". Z prozaicznej przyczyny braku innych sektorów w gospodarce delewarowaniu się sektora prywatnego musi towarzyszyć - oczywiście jeśli chcemy uniknąć deflacji - lewarowanie się sektora publicznego. To dlatego taki kraj jak Japonia, który dotarłszy 20 lat temu do istotnej bariery wzrostu i przedłużywszy sztucznie ekspansję tworząc spekulacyjną "bańkę" na rynku nieruchomości, następnie przeżył załamanie w sektorze finansowym, uruchamiające proces likwidacji długów sektora prywatnego, obecnie może "pochwalić się" równym prawie 200 proc. PKB zadłużeniem publicznym.
Jak się wydaje z 10-letnim opóźnieniem na identyczną ścieżkę wkroczyły kraje zachodnie.
Niestety Polska to ciągle jeszcze ani Japonia ze swoją nadwyżką handlową i wysoką stopą oszczędności, ani USA ze swoim quasi-monopolem emisji światowej waluty rezerwowej. W naszym przypadku można mieć tylko nadzieję, że fakt istnienia konstytucyjnych barier ekspansji długu publicznego okaże się ważniejszy niż ewentualne pozakonstytucyjne pokusy czy zobowiązania rządu. Ale jak wiadomo, nadzieja jest matką głupich.
piątek, 28 sierpnia 2009
Wróżenia z bezrobotnych ciąg dalszy.
Wśród różnych wątków, które starałem się śledzić na tym blogu, były dwa, których połączenia chciałbym dokonać w niniejszym komentarzu. Pierwszym z nich była analogia pomiędzy obecną sytuacją na amerykańskim rynku akcji a tym, co działo się na NYSE w 1975 roku (i 1938 roku). Na temat tej analogii tak pisałem w grudniu ub. r.: "Zanim jednak do tego załamania realnego poziomu cen akcji w USA o mniej więcej połowę dojdzie, powinno nastąpić silne odreagowanie ostatniej deflacyjnej paniki analogiczne do tych, które podnosiły realną wartość DJIA o 46 proc. pomiędzy grudniem 1974 a czerwcem 1975 oraz o 60 proc. pomiędzy marcem a listopadem 1938. Oba te odreagowania cen akcji w górę rozpoczynały się odpowiednio po 8 latach i 7 miesiącach oraz 8 latach i 11 miesiącach po ustanowieniu przez realną wartość DJIA cyklicznego szczytu. Obecne od szczytu DJIA ze stycznia 2000 roku minęło już 8 lat i 10 miesięcy... " Ta analogia znalazła piękne potwierdzenie w marcu i kwietniu , kiedy to S&P 500 zanotował największą dwumiesięczną zwyżkę (+18,7 proc.) od ... lutego 1975 roku: Drugim z wątków, który chciałem przywołać, jest kwestia znaczenia sytuacji na amerykańskich rynku pracy dla rynków akcji, o której pisałem w tekście "Zatrudnienie w USA a giełda polska" . Jak starałem się tam pokazać, że cotygodniowych danych z USA na temat liczby osób pobierających w tym kraju zasiłek dla bezrobotnych można używać do wróżenia dynamiki wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych. W tamtym tekście znalazł się wykres modelu dynamiki PKB w USA opartego na 4-tygodniowej średniej z liczby nowych wniosków o zasiłek ("initial jobless claims"), która to średnia w okresie minionych 20 lat wyprzedzała zmiany PKB o średnio 8 tygodni. Jeśli za cenę znaczącego zmniejszenie obserwowanego wyprzedzenia chcemy nieco poprawić dokładność naszych prognoz możemy zamiast liczby nowych wniosków użyć łącznej liczby osób pobierającej zasiłek w USA ("continued jobless claims"). Zmiany dynamiki rocznej tej serii w okresie minionych 20 lat wyprzedzały zmiany dynamiki rocznej PKB średnio o 1 tydzień, ale wartość współczynnika korelacji wynosiła aż 0,837. Model oparty na tej drugiej serii danych przedstawiony został na poniższym rysunku:
Ten prosty model pozwala obecnie sięgnąć wzrokiem raptem do połowy sierpnia (czyli praktycznie 2 tygodnie wstecz). Pomimo trwającego tu od czerwca wzrostu sugerowana przez model dynamika roczna PKB była dla połowy bieżącego miesiąca ciągle ujemna (rzędu -1,7 proc. wobec -4,2 proc. wg modelu pod koniec maja i wobec -3,9 proc. r/r w II kw. 2009 wg oficjalnych danych). Nieco mniej dokładny w przeszłości model oparty na "initial jobless claims" czyli nowych wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych pozwala "widzieć" to co wydarzy się z tempem wzrostu gospodarczego w USA dopiero w połowie października. Wtedy - jeśli wierzyć temu narzędziu - będziemy mieli już do czynienia - po trwającej niecały rok przerwie - ze wzrostem gospodarczym w ujęciu rocznym (w granicach +0,9 proc.): Można to porównać to wskazań modelu PKB dla naszego kraju opartego na miesięcznych danych GUS na temat produkcji przemysłowej, produkcji budowlano-montażowej oraz sprzedaży detalicznej (urealnionej CPI). Dzięki dobrym danym na temat sprzedaży detalicznej model pokazał w lipcu roczne tempo wzrostu PKB na poziomie +3,2 proc. Ponieważ zarówno w I kw. jak i w II kw. wskazania tego modelu okazywały się o 0,9 pkt. proc. zawyżone w stosunku do danych podawanych później przez GUS, to można ostrożnie założyć, że III kw. rozpoczął się od ok. 2,3 proc. dynamiki rocznej PKB.
Ale nie o wzroście gospodarczym w USA czy w Polsce chciałem tym razem. Danych na temat liczby Amerykanów pobierających zasiłek dla bezrobotnych można bowiem użyć w znacznie prostszy sposób:
Jak widać wyraźnie analogia "2009=1975", która wcześniej pojawiała się przy analizie wielkoskalowej struktury technicznej indeksu S&P 500, a która została w marcu i kwietniu potwierdzona przez dynamikę wzrostu cen akcji, tym razem powraca niespodziewanie od strony rynku pracy. Po raz ostatni równie wysoki skok liczby osób na zasiłku w USA jak ten z minionego roku miał bowiem miejsce właśnie w latach 1974-75. Obecny - sygnalizujący ożywienie gospodarcze - gwałtowny spadek liczby osób na zasiłku to zaś oczywista kopia analogicznego spadku, który nastąpił w 1975 roku. Ośmieleni tym kolejnym potwierdzeniem początkowej hipotezy możemy zrobić zoom do 1975 roku i porównać tegoroczne zachowanie S&P z tym sprzed 34 lat:
Oczywiście powyższy wykres należy traktować raczej jako zabawę historią niż poważną prognozę. Tym niemniej ze względu na nagromadzenie różnego rodzaju analogii do ówczesnej sytuacji ten schemat sprzed 34 lat można - z braku lepszych pomysłów - traktować jako wskazówkę na temat zachowania rynku w następnych dniach, tygodniach, miesiącach a nawet latach. Gdyby więc tę analogię potraktować poważnie i założyć, że utrzymywać się będzie nadal, otrzymalibyśmy kilka wniosków: Po pierwsze: obecne - trwająca od marca - zwyżka cen akcji zakończy się dopiero za ok. 29 sesji, czyli dopiero w pierwszej połowie października. Po drugie: krótkoterminowy potencjał wzrostowy jest raczej ograniczony (S&P wzrośnie jeszcze jedynie do okolic poziomu powiedzmy 1060 pkt.). Po trzecie: jesienna korekta będzie miała na S&P ok. 14 proc., potrwa mniej więcej 2 miesiące i sprowadzi indeks w grudniu do poziomu nieco wyższego od tego zanotowanego w dołku z 10 lipca (S&P miał wtedy wartość 891 pkt., WIG-20 1790 pkt.). Po czwarte: jesienny spadek będzie - przynajmniej w USA - jedynie korektą większego impulsu wzrostowego na rynku akcji, który potrwa przez następny rok, choć pod względem skali wzrostu będzie nieco słabszy od tegorocznego (w ujęciu procentowym zwyżka od grudnia 2009 będzie miała ok. 60 proc. skali zwyżki od marca do października 2008, czyli upraszczając od grudnia 2009 S&P 500 wzrośnie jeszcze o 38 proc.). I po piąte: półtoraroczna bessa z lata 2010-2012 będzie łagodna - w praktyce sprowadzi ceny akcji do poziomów nieznacznie niższych niż obecne. Koniec zabawy. Proponuję początkowe i końcowe wnioski traktować z większym dystansem niż środkowe: na krótką metę rynek może sobie robić co chce, z kolei stawianie prognoz długoterminowych obarczone jest zwykle - o ile nie ma się dostępu do porządnej przyprawy - dużą niedokładnością ze względu na nieuchronne pojawianie się - szybko zyskujących na znaczeniu - nowych zjawisk, o których istnieniu nie miało się pojęcia w momencie stawiania prognozy. Z kolei związek powyższych wniosków z sytuacją rynku akcji w naszym kraju należy traktować jako stopniowo coraz luźniejszy w miarę wydłużania się horyzontu czasowego. W perspektywie najbliższych tygodni przełożenie sytuacji na Wall Street na GPW powinno być prawie idealne, natomiast powiedzenie tego samego o sytuacji za 2-3 lata byłoby już obarczone sporym ryzykiem.
sobota, 22 sierpnia 2009
Przeżyjmy to jeszcze raz.
W komentarzach z 17 kwietnia (Historia nauczycielką spekulanta) i z 26 czerwca (Nowa synchronizacja) zabawiałem się już dwukrotnie w próbami synchronizacji obecnej trwającej od pół roku fali wzrostowej z podobnymi zwyżkami, które w historii GPW pojawiały się po silnych bessach podobnych do tej, która rozegrała się pomiędzy lipcem 2007 a lutym 2009. Pierwsza - kwietniowa - próba oparta była na mocno arbitralnym i jeszcze bardziej ryzykownym założeniu, że dołek z 17 lutego to odpowiednik takich historycznych dołków cen krajowych akcji jak marzec 1995, październik 1999 oraz październik 2001. Przy następnej - tej z czerwca - poziom arbitralności był już mniejszy, gdyż synchronizacja oparta została na stosunkowo rzadko występującym sygnale technicznym określanym szumnie jako "golden cross" a polegającym po prostu na przecięciu opadającej dłuższej średniej (tu 200-sesyjnej) przez rosnącą krótszą średnią (tu 45-sesyjną). A tak obie te synchronizacje wyglądają obecnie (wersje dla WIG-u 20, na czerwono zaznaczono odchylenie wartości WIG-u 20 od "historycznego wzorca" uzyskanego przez uśrednienie trzech ścieżek indeksu z przeszłości):
Jak widać w pierwszym przypadku mamy już do czynienia z wyraźnym - choć nie rekordowym podczas tej zwyżki - odchyleniem w górę od "historycznego wzorca", zaś w przypadku drugim rynek znajduje się obecnie mniej więcej na poziomie sugerowanym przez zachowanie rynku w analogicznych do obecnej fazach z lat 1995, 1999 i 2002. W obu przypadkach jednak ewidentny jest brak dalszego potencjału wzrostowego rynku w najbliższych miesiącach. Przy pierwszej metodzie WIG-20 osiąga minimum za 3 miesiące (w listopadzie) na poziomie 1782,7, przy drugim sposobie synchronizacji dno wypada dopiero za ponad 5 miesięcy (pod koniec stycznia 2010) na poziomie 1804. Pora jednak na kolejną synchronizację, jako że rynek wygenerował kolejny interesujący sygnał. Na ostatniej sesji lipca wzrosła powiem - po raz pierwszy od 1,5 roku - średnia 200-sesyjna. Tym samym zaczęło być spełnione jedno z najbardziej klasycznych technicznych kryteriów hossy: przebywanie indeksu ponad rosnącą średnią 200-sesyjną.
Sprawdźmy zatem co robił WIG-20 w przeszłości, gdy podobne zjawisko pojawiało się po długiej przerwie spowodowanej głęboką bessą. Na poniższym wykresie "celownik" przecinający osie w sesji z numerem 0 przy wartości 100 reprezentuje momenty pojawienia się omawianego sygnału:
Gdy średnia 200-sesyjna WIG-u 20 wzrosła 31 lipca po raz pierwszy od początku stycznia 2008 indeks miał wartość 2137,56 pkt. Trzy historyczne sygnały podobnego typu miały miejsce 9 stycznia 2002, 21 maja 1999 oraz 3 sierpnia 1995. Pomimo historycznie optymistycznej wymowy na krótką metę każdy z tych sygnałów poprzedzał ponad 20 proc. spadek wartości WIG-u 20. Pojawienie się tego sygnału (początku wzrostu średniej 200-sesyjnej) wyprzedzało uformowanie lokalnego szczytu cen akcji o 16 dni (na poziomie o 4 proc. wyższym) w 2002 roku, o 54 dni (na poziomie o 12 proc. wyższym) w 1999 roku i o 42 dni (na poziomie o 13,8 proc. wyższym). Można próbować ten fenomen tłumaczyć masowymi zakupami akcji czynionymi przez spóźnialskich, którzy czekali na "oficjalne" potwierdzenie trwania hossy. Ich decyzje oparte o ten średnioterminowy sygnał techniczny w tygodniach następujących tuż po wygenerowaniu tego typu sygnały podnosiły ceny akcji do poziomów trudnych do utrzymania w krótką metę. Uśredniając tę ubogą „statystykę” otrzymujemy wniosek, że szczyt obecnej zwyżki poprzedzający ponad 20 proc. korektę cen akcji wypadnie w okolicach 6 września na poziomie 2349,9 pkt. dla WIG-u 20. Indeks uśredniony na podstawie przedstawionych wyżej trzech historycznych ścieżek WIG-u 20 wokół tego sygnału przedstawiono na poniższym rysunku. Tu szczyt zostaje ustanowiony na 30-tej sesji od momentu wygenerowania sygnału (pierwszej sesji wzrostu średniej 200-sesyjnej WIG-u 20). W piątek mieliśmy 15-tą sesję od sygnału. To sugerowałoby szczyt cen za 3 tygodnie czyli na początku II dekady września. Wartość tego uśrednionego wzorca w szczycie to 2278,1, a więc nie tak wiele więcej niż 2234,6 pkt. z piątku. Oczywiście w szczycie należy liczyć się z możliwością pojawienia się wyraźnego odchylenia w górę od przedstawionego historycznego wzorca. Warto zwrócić uwagę, że wtórny szczyt poprzedzający ostateczne załamanie cen akcji pojawia się na 41 sesji, która w naszym przypadku wypadłaby gdzieś pod koniec września. "Mini-krach" cen akcji rozpoczynający się na przełomie września i października idealnie pasowałby do schematu wynikającego z "efektu bazy" - w zeszłym roku ostra faza krachu rozpoczęła się właśnie na przełomie III i IV kw. W tej wersji spadki kończą się za 4 miesiące (czyli w grudniu) na poziomie 1984,1. Trzy metody synchronizacji z przeszłością dają daty minimum w listopadzie, grudniu i styczniu wypadające na poziomach 1782,7, 1804 i 1984,1 (średnio 1856,9).
Jak widać z powyższego wiele wskazuje na to, że powoli trzeba zacząć przygotowywać się mentalnie do przynajmniej częściowej ewakuacji z rynku akcji za 3 do 5 tygodni w oczekiwaniu na jesienną korektę o przynajmniej 20 proc. Dla mnie osobiście kolejnym sygnałem ostrzegającym przez bliskością szczytu będzie wzrost WIG-u 20 do najwyższego poziomu od roku. Jeszcze trochę do tego brakuje.
piątek, 31 lipca 2009
Cały pogrzeb na nic.
Dziś o 14:30 poznamy pierwsze wyniki prac amerykańskich statystyków pracujących dla Departamentu Pracy i pieczołowicie obliczających wartość PKB w USA w II kw. Konsensus ekonomistów oczekuje spadku PKB o 1,6 proc. Tak naprawdę oznacza to, że spodziewany jest spadek produktu o 0,4 proc. w porównaniu do I kw., Amerykanie mają bowiem dziwaczny zwyczaj podawania statystyk PKB w zannualizowanej formie (czyli podawane jest roczne tempo wzrostu, które pojawiłoby się, gdyby dana zmiana kwartalna powtórzyła się przez 4 kolejne kwartały). W I kw. wartość amerykańskiego PKB wyniosła (w cenach z 2005 roku) 11,36005 tysięcy miliardów dolarów. Spadek z tego poziomu o 0,4 proc. dawałby PKB o wartości 11,31506 tysięcy miliardów USD. Ponieważ PKB USA ustanowił szczyt akurakt w drugim kwartale ub.r. (na poziomie 11,7274 bilionów USD) zmiana roczna osiągnęłqby w przypadku materializacji średnich oczekiwań ekonomistów poziom -3,5 proc. Ponieważ osobiście wolę pracować z rocznymi dynamikami różnych parametrów rynkowych proponuję zabawić się przez chwilę w amerykańskiego ekonomistę i zrobić sobie rundkę przez kilka wskaźników, który mogą być użyte do prognozowania tempa wzrostu gospodarczego w USA. Jest to tylko zabawa, bo skądinąd wiadomo, że dane te zostaną jeszcze wielokrotnie zmodyfikowane przez Departament Pracy. W przeszłości często po kilku latach okazywało się, że ze względu na zastosowane zmiany metodologii nowa wersja statystycznej "rzeczywistości" okazywała się zupełnie odmienna od tej, którą się wcześnie wszyscy ekscytowali. Niezależnie od powyższych zastrzeżeń dane z 14:30 zostaną zapewne przez spekulantów potraktowane jako pretekst za kupowania lub sprzedawania akcji czy kontraktów terminowych na indeksy giełdowe, ale tak naprawdę ewentualna reakcja rynku na dzisiejsze dane będzie raczej mało sensowna, gdyż rynek kwestią wzrostu gospodarczego w II kw. 2009 przejmował się gdzieś pod koniec 2008 roku. Taki wniosek płynie z faktu, że najwyższa wartość współczynnika korelacji (0,625) pomiędzy zmianami PKB a zmianami wartości indeksu S&P 500 pojawia się - w okresie minionych 20 lat - przy wyprzedzeniu ze strony indeksu giełdowego wynoszącym ok. 4 miesięcy. Nie od dziś rynek akcji jest znany jako dobry wskaźnik wyprzedzający koniunktury gospodarczej. Wykorzystując tę zależność można stworzyć prosty model dynamiki rocznej PKB.
Z modelu nie będziemy zadowoleni, bo jego przebieg sugeruje, że rynek akcji niekoniecznie przejął się aż tak bardzo największą od 27 lat skalą załamania tempa wzrostu gospodarczego zanotowaną w I kw. tego roku, co jest sprzeczne z naszymi odczuciami. Na wszelki wypadek tę samą procedurę przeprowadziłem dla najlepiej korelującego ze zmianami PKB indeksu sektorowego ("Consumer Discretionary") i dla szerokiego indeksu małych spółek wzrostowych (Russell 3000 Growth Index, poniżej), ale wynik był mniej więcej taki sam: rynek akcji od pewnego momentu przestał przejmować się spadkiem PKB, a jego ostatnie zachowanie sugeruje dyskontowanie wzrostu gospodarczego wynoszącego ok. +1,5 proc., a nie -3,5 proc. Coś tu ewidentnie nie gra.
No ale rynek akcji ma swoje dziwactwa. Zerknijmy zatem na coś bardziej konkretnego. Na przykład na wydatki osobiste Amerykanów ("personal consumption expenditures") w cenach stałych. Oto model dynamiki rocznej PKB oparty na tych danych:
Tu już przynajmniej uzyskaliśmy jakąś recesję w II kw., które jednak ciągle jest daleko do 3,5 proc. załamania r/r, które jest potrzebne, żeby uzyskać dziś o 14:30 spadek kwartalnego zannualizowanego tempo spadki o 1,6 proc. W poszukiwaniu naszej depresji docieramy do danych o sprzedaży detalicznej, które - ponieważ podawane są w cenach bieżących - musimy jakoś urealnić i z braku lepszego pomysłu stosujemy do tego indeks cen detalicznych czyli CPI. Efekt podobny jak przy wydatkach konsumentów - nędzny:
Naszą zagubioną depresję odnajdujemy szczęśliwie dopiero stosując starą dobrą produkcję przemysłową. Model oparty na zmianach produkcji dał spadek o 3,1 proc. w kwietniu oraz 3,4 proc. w maju i czerwcu. Oczekiwanego przez ekonomistów -3,5 proc. r/r nie udało mi się uzyskać, ale dobre i to. A wydawało się, że przemysł w gospodarce USA nie ma już takiego znaczenia.
No dobrze, ale skończmy te wykopaliska archeologiczne. Dla rynku akcji ważne jest tempo wzrostu gospodarczego za kilka miesięcy, nie to sprzed kilku miesięcy. Co mówią wskaźniki, które możemy racjonalnie podejrzewać o to, że podpowiadają nam coś na temat najbliższej przyszłości? Zacznijmy od opinii przedsiębiorców na temat koniunktury. Tak wygląda model oparty na comiesięcznych sondażach ISM - ISM Manufacturing dla przemysłu i ISM Non-Manufacturing dla sektora usług:
Jeśli zapytamy o zdanie szefów amerykańskich firm (mamy taką możliwość raz na kwartał dzięki uprzejmości Conference Board), to otrzymamy zaskakującą odpowiedź, że ich poziom zaufania ("CEO confidence") jest najwyższy od 2006 roku, co jest historycznie spójne z 3 proc. tempem wzrostu w ostatnim kwartale tego roku:
Ale pewnie szefowie amerykańskich firm są obrzydliwie bogaci, co powoduje, że skłonni są postrzegać przyszłość w różowych barwach. Zobaczmy zatem dla porównania, co dzieje się z liczbą osób, które zwolnione przez owych optymistycznych szefów, znalazły się na zasiłku dla bezrobotnych. Na poniższym wykresie przedstawiony został stosunkowo wiarygodny model dynamiki PKB w USA oparty na 4-tygodniowej średniej z liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Miesiąc temu rozpisywałem się na temat sytuacji na amerykańskim rynku pracy ("Zatrudnienie w USA, a giełda polska") sugerując, że spadająca liczba ogłaszanych przez amerykańskie firmy zwolnień pracowników zapowiada rychły spadek liczby nowych wniosków o zasiłek. Taki spadek rzeczywiście nastąpił i w chwili obecnej roczna dynamika "jobless claims" osiągnęła już poziomy historycznie spójne z DODATNIM wzrostem gospodarczym w USA już we wrześniu tego roku!
Podobne wnioski podsuwa model oparty na zachowaniu rynku obligacji korporacyjnych. Tu trwające od połowy grudnia załamanie wysokości spread-ów obligacji (największe półroczne w historii w ujęciu puntowym!) oznaczające normalizację sytuacji na rynku obligacji korporacyjnych i odzyskiwanie przez firmy możliwości finansowania się na tym rynku, przekłada się na oczekiwania powrotu rocznego tempa wzrostu gospodarczego w USA do dodatnich wartości jeszcze tego lata.
Na podstawie powyższego przeglądu podstawowych wskaźników dochodzę do wniosku, że jeśli "niedźwiedzie" chcą się ponapawać informacjami o spadającym PKB w USA, to dziś o 14:30 będą mieli - przy pewnej dozie szczęścia - ostatnią ku temu okazję przed dłuższą - 2-letnią? - przerwą.
niedziela, 26 lipca 2009
Wykręcanie prawego ramienia, czyli Niemcy wzięli się wreszcie do roboty.
Straszliwie groźnej "głowie z ramionami", której wielu aktywnych uczestników rynku tak się bało w ostatnich tygodniach, ktoś złośliwie wykręcił w górę prawe ramię, co z pewnością musiało mocno zaboleć wielu nastawionych na spadki "niedźwiedzi". Z pewnością do takiego a nie innego rozwoju sytuacji przyczyniła się publikacja w niektórych krajach świata serii bardzo pozytywnych informacji makroekonomicznych. Musiały one zbudzić wiele wątpliwości w sercach osób oczekujących rychłego pogłębienia kryzysu. Przede wszystkich wydaje się, że do roboty wzięli się wreszcie Niemcy. W maju produkcja przemysłowa u naszych zachodnich sąsiadów wreszcie wzrosła i to w pięknym stylu: miesięczny skok produkcji o 3,7 proc. w stosunku do poziomu z kwietnia okazał się być najsilniejszym od sierpnia 1993 roku. Poszukiwanie różnych historycznych analogii dla obecnej sytuacji, któremu z lubością oddaje się w komentarzach zamieszczanych na tym blogu, dawało już różne wyniki (zwykle wypadał 1938 i 1975 rok, a w mniejszej skali lata 1995, 1999 i 2002). Ostatnio piękną analogię z "paniką 1907 roku" rokiem przypomniał pan podtworca.
Rok 1993 do tej pory się raczej nie pojawiał w tego typu zabawach w poszukiwanie okresów historycznych zbliżonych do obecnego, ale rzeczywiście pewnych analogii można się doszukać. Wtedy - 16 lat temu - gospodarka niemiecka wydobywała się z poważnej recesji, która swe apogeum osiągnęła w lutym 1993 roku. Ówczesnej recesji gospodarczej w Europie towarzyszył kryzys Europejskiego Systemu Walutowego zapoczątkowany opuszczeniem „węża walutowego” i dewaluacją brytyjskiego funta z września 1992 (Brytyjczycy, których mocna waluta - dolar robił wtedy nowe historyczne dołki - wpychała w recesję uciekli przed tym bólem dewaluując funta). Oprócz kryzysu walutowego pojawił się poważny kryzys bankowy: to wtedy właśnie jesienią 1992 roku rząd Szwecji zdecydował o nacjonalizacji tych z banków, które popadły w kłopoty wskutek pęknięcia poprzedniej „bańki” na rynkach nieruchomości. Oczywiście początek lat 90-tych był również okresem krachu na giełdzie w Tokio (tam ceny akcji po ponad 2,5 roku spadku osiągnęły dno we wrześniu 1992 roku), jak również ciężkiej recesji gospodarczej w krajach byłego bloku komunistycznego (choć tu oczywiście "pęknięcie komunistycznej bańki" i tym samym otwarcie nowych rynków zapowiadało lepsze perspektywy na przyszłość dla firm zachodnich i boom lat 90-tych). Recesja w niemieckim przemyśle z lat 1992-1993 osiągnęła rozmiary nie widziane przez następne kilkanaście lat aż do czasu obecnego załamania. Miesięczny skok produkcji w górę o 4,1 proc. z sierpnia 1993 nastąpił w pół roku po apogeum tej recesji, które wypadło w lutym przy produkcji przemysłowej niższej niż rok wcześniej o 10,5 proc. Ówczesny skok produkcji podobny do tego z maja tego roku odebrany został zapewne jako sygnał przełamywania recesji i potwierdzenie nadejścia ożywienia gospodarczego, które trwało – jak się później okazało – do listopada 1994.
Jak to widać na powyższym wykresie giełda we Frankfurcie rozpoczęła dyskontowanie tego ożywienia już w październiku 1992, a więc na 4 miesiące przed apogeum recesji. Łącznie do czasy uformowania podwójnego szczytu w styczniu i maju 1994 (to odpowiednik poprzedzającego krach na GPW szczytu z marca 1994) DAX zyskał 60 proc. Ten wzrost cen akcji wyprzedzał o kilka miesięcy przyspieszenie dynamiki rocznej produkcji z -10,5 proc. do +6,8 proc. kulminujące w listopadzie 1994. Jak widać tak jak i obecnie wzrost cen akcji rozpoczął się na kilka miesięcy przed początkiem ożywienia w przemyśle. Można więc podejrzewać, że analogicznie ceny akcji przestaną rosnąć, albo wręcz zaczną spadać na kilka miesięcy przed końcem fazy ożywienia gospodarczego (fazy rosnącej dynamiki rocznej produkcji). Warto o tym pamiętać, by w przyszłym roku nie nabrać się na optymistyczne prognozy gospodarcze publikowane np. przez MFW czy Komisję Europejską... Jak ciekawostkę można potraktować porównanie ówczesnej hossy na rynku niemieckim z tą na warszawskiej giełdzie. Jak widać mieliśmy tu do czynienia z objawami tego samego globalnego fenomenu, choć oczywiście ze względu na różnicę w lokalnych warunkach skala wzrostów była na obu rynkach nieporównywalna (60 proc. we Frankfurcie, prawie 3000 proc. w Warszawie). Te dysproporcje - w kapitalizacji, wycenie, płynności itp. -pomiędzy obydwoma rynkami uległy wyraźnemu zmniejszeniu w okresie minionych 16 lat, więc tym razem nie można liczyć na GPW na wyczyny podobne do tych z 1993 roku. Ale nie ma co narzekać. Po rzeźni z okresu lipiec 2008-marzec 2009 nawet kilkunastomiesięczne odreagowanie o konwencjonalniej skali stanowić będzie dużą odmianę.
Ten majowy skok produkcji w Niemczech został potwierdzony największym od czerwca 2007 wzrostem zamówień dla niemieckiego przemysłu (+4,3 proc. w maju). W przypadku produkcji jest to pierwszy miesięczny wzrost, zamówienia w niemieckim przemyśle rosną już od marca (podobnie jak ceny akcji). Sięgający początku lat 50-tych ubiegłego stulecia wykres wartości nowych zamówień w niemieckim przemyśle (w cenach stałych) świadczy o trwającym od dziesiątek lat stopniowym - i naturalnym - wygasaniu impetu niemieckiej gospodarki. Ostatnie załamanie to tylko gwałtowny epizod w ramach tej głębszej tendencji. Osiągnięta w trakcie kryzysu skala odchylenia od długoterminowego trendu jest jednak na tyle duża, że teraz oczekiwać należy stopniowej stabilizacji sytuacji i "przyzwyczajania" się inwestorów do nowego - obniżonego - tempa wzrostu.
Znacznie skracając horyzont wypada zauważyć, że ostatni dołek na giełdach z 10 lipca najprawdopodobniej należy utożsamić z minimum cyklu 20-tygodniowego, które planowo osiągnięte miało zostać gdzieś na początku lipca.
Takie utożsamienie pozwala poszukiwać - i znaleźć - podobieństwa obecnej sytuacji do tej z marca tego roku, października 2008 czy lipca 2008.
Niedawny sygnał kupna na MACD sugeruje, że DAX zdoła pokonać opór w okolicach poziomu 5000, co spowoduje pojawienie się na wykresie tego indeksu ogromnej 10-miesięcznej formacji "odwróconej głowy z ramionami", która tym razem podniecać będzie wyobraźnię "byków". Ze względu na silną ostatnio korelację WIG-u 20 i DAX-a wszystkie te rozważania odnoszą się dosyć ściśle również do naszego rynku.
Ten związek pomiędzy rynkami jest oczywiście uzasadniony więzami gospodarczymi. Obserwacja zachowania dwu niemieckich wskaźników lekko wyprzedzających w przeszłości zmiany polskiej produkcji przemysłowej czyli indeksu oczekiwań gospodarczych IFO:
... oraz indeksu oczekiwań gospodarczych ZEW:
... potwierdzają zasadność snucia relatywnie optymistycznych scenariuszy na najbliższą przyszłość i zapowiadają powrót dynamiki rocznej produkcji przemysłowej w naszym kraju do wartości dodatnich jeszcze latem tego roku. |