Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
czwartek, 23 października 2014

Amerykański rynek akcji być może uwzględnił część argumentów zawartych we wpisie sprzed tygodnia, bo w trakcie kilku ostatnich sesji wykonał  zwrot w stylu, którego nie widzieliśmy od drugiej połowy 2011 roku

To odbicie w górę zmniejszyło po części złe wrażenie wywołane przez fakt, że pomiędzy 9-tą a 14-tą sesją września mieliśmy do czynienia z najsłabszym startem optymalnej fazy cyklu prezydenckiego od 80 lat (od 21 cykli).  Nawet teraz po tym odbiciu (i środowym spadku) -2,3 proc. strata od końca września to jeden z 3 najgorszych wyników (od 1934 roku).

 

 

Pierwsze 16 sesji optymalnej dla cen akcji fazy cyklu  prezydenckiego (czyli pierwsze 16 sesji października drugiego roku po wyborach prezydenckich w USA) były gorsze jedynie w 1978 roku (-4,3 proc.) i 1962 roku (-2,3 proc.). Ścieżki indeksu w tych dwu cyklach o równie słabych co obecnie początkach widać na poniższym obrazku:

 


 

Pan sajetann zwrócił mi dziś uwagę na poniższy fragment najnowszego raportu firm Markit omawiającego październikowy Flash PMI, który nieco psuje ten ogólnie optymistyczny obraz:


"Manufacturers indicated an accumulation of post-production stocks for the fourth month running in October, although the rate of growth was only marginal. Meanwhile, pre-production inventory levels rose at the sharpest pace in the seven-and-a-half year survey history, which firms linked to a combination of increased purchasing activity and slower-than-expected output growth in October." 

 

Zainteresowany postanowiłem sprawdzić jak to wygląda w raportach ISM Manufacturing. Zawsze traktowałem składową Consumer's Inventories jako wskaźnik wyprzedzający (średnio o 3 miesiące) zachowanie głównego wskaźnika koniunktury w przemyśle przetwórczym USA. Ponieważ ten subindeks jest odwrotnie skorelowany z ISM Manufacturing:


 

... to za zagrażającą przyszłej koniunkturze uznać można sytuację, w której bieżący PMI jest bardzo wysoko, ale równocześnie do wysokich poziomów rosną zapasy klientów - za chwilę klienci - o czym ankietowani zaopatrzeniowcy jeszcze nie widzą - ograniczą z powodu przepełnionych magazynów zamówienia. Takie momenty powinny być sygnalizowane przez wysokie wartości sumy PMI i Consumers' Inventories. I rzeczywiście w sierpniu wskaźnik ten osiągnął najwyższą wartość od 1997 roku, czyli od momentu, kiedy dostępne są wartość składowej Consumers' Inventories.


 

 

Jeśli ustawić alarm na poziomie 104,5 pkt., to okazuje się, że w przeszłości byłby uruchamiany po czerwcu 1997 (2 miesiące później zaczęło się załamanie związane z kryzysem azjatyckim), po listopadzie 1999 (3 miesiące później zaczął się krach na rynku Nasdaq), po lutym 2007 (4 miesiące później rozpoczęła się bessa związana z późniejszym globalnym kryzysem na rynku kredytowym) i po styczniu 2011 (2 miesiące później rozpoczął się spadek związany - głównie - z kryzysem strefy euro). 

Brzmi to dosyć niepokojąco, ale z wyskakiwaniem przez okno chyba nie ma się co spieszyć, bo porównanie tych dat z optymalnymi momentami na sprzedaż S&P 500 sugeruje, że kolejny tego typu dobry moment do sprzedaży wypadnie za 5 do 12 tygodni:

 


 

 

Oczywiście, jeśli się odrzuci - jak ja to zrobiłem - analogię z latami 2000 i 2007, to podobieństw do obecnej sytuacji trzeba raczej szukać z przypadkami z 1997 i 2011 roku. 


19:39, bialek.wojciech
Link Komentarze (55) »
czwartek, 16 października 2014

S&P 500, który jeszcze miesiąc temu ustanawiał historyczne rekordy, zamknął się w środę najniżej od pół roku. Nie spodziewałem się takiego rozwoju wydarzeń i miałem po temu oczywiście dobre powody: w okresie minionych 86 lat (dysponuję historią dziennych danych S&P 500 od 1928 roku) taka sztuczka udała się S&P wcześniej tylko jeden jedyny raz. Stało się to 7 marca 1966 roku, kiedy to indeks, który jeszcze 9 lutego 1966 ustanawiał kolejny historyczny szczyt, spadł do najniższego poziomu od pół roku.

 

 

Z jednego precedensu nie należy pewnie wyciągać zbyt daleko idących wniosków, ale dla porządku wypada zauważyć, że po ówczesnym sygnale S&P 500 odbił się w trakcie 2 kolejnych sesji, później spadał do 15 marca 1966, następnie rósł przez 5 tygodni do 2-miesięcznego maksimum, po czym wznowił spadki, które kulminowały w październiku 1966 roku, na poziomie, który odniesiony do dzisiejszych realiów, odpowiadałby mniej więcej ruchowi powrotnemu indeksu do szczytów z 2000 i 2007 roku (1527-1565 pkt.). Powtórka takiego scenariusza obecnie wyglądałaby tak:

 

 

Poluzujmy teraz nieco kryteria by znaleźć więcej sytuacji podobnych do obecnej. Na poniższym rysunku zaznaczone zostały momenty, w których S&P 500 spada do półrocznego dołka - tak jak obecnie - po tym jak w ciągu poprzednich 8 miesięcy ustanawiał 2-letnie maksimum. W okresie minionego pokolenia takich sytuacji znajdziemy kilkanaście:

 

 

Narzucające się pytanie brzmi, czy obecna sytuacja jest podobna do tej ze stycznia 2008 lub października 2000 (czerwone strzałki na powyższym wykresie).

Odpowiedź na powyższe pytanie jest dosyć zdecydowanie negatywna (pomimo tego, że byłoby to zgodne z cyklem 6,(66)-letnim). Zarówno bessa z lat 2000-2002 jak i ta z lat 2007-2009 poprzedzone były klasycznymi objawami przegrzania koniunktury gospodarczej czego objawami była drożejąca ropa (roczna zmiana jej ceny przekraczająca 100 proc. i w 2000 i w 2008 roku), rosnące tempo inflacji w USA i podwyżki stóp FED (do 6,5 proc. w 2000 roku i 5,25 proc. w 2007 roku).

 

 

Oczywiście obecna sytuacja jest diametralnie odmienna - obecnego osłabienia nie poprzedzał żaden szok naftowy podobny do tych, które wystąpiły bezpośrednio przed 5-cioma z 6-ciu ostatnich recesji gospodarczych w USA (1974-75, 1980, 1990-91, 2001, 2008-09; wyjątkiem była recesja w 1982 roku).

Sprawdźmy, kiedy w przeszłości ropa była (tak jak obecnie) tańsza niż przed rokiem o przynajmniej 10 proc. (obecnie jest tańsza o 20 proc.). a S&P 500 notował półroczne minimum:

 

 

A to sygnały generowane, gdy S&P 500 spada do półrocznego dołka a cena ropy naftowej jest w okolicach swego 2-letniego minimum:

 

 

Sygnały z lat 1982 i 1998 można uprzywilejować z racji zbliżonej do obecnej domniemanej pozycji w ramach cyklu Kuznetsa i cyklu prezydenckiego, podobnie jak sygnał z 1994 roku z racji zbliżonej do obecnej pozycji w ramach  cyklu dekadowego (i prezydenckiego). Żaden z nich nie stanowi idealnej analogii do obecnej sytuacji, ale moim zdaniem stanowią znacznie lepszy wzorzec rozwoju wydarzeń w najbliższej przyszłości niż sygnały z 2000 i 2008 roku. Jeśli tak jest rzeczywiście, to możliwa skala dalszego spadku wartości S&P 500 spada do maksymalnie 10,1 proc. w ciągu najwyżej pół roku, zamiast 42-49 proc. w ciągu następnych 14-24 miesięcy.

19:33, bialek.wojciech
Link Komentarze (195) »
czwartek, 09 października 2014

W jednym z poprzednich wpisów wykorzystałem wrześniowy sygnał w postaci wyjścia Dollar Index na 4-letnie maksimum do stworzone analogii pomiędzy obecną sytuacją na rynku surowców a tym co działo się wokół podobnych sygnałów na dolarze z maja 1981 i kwietnia 1997. "Od zawsze" wyobrażałem sobie, że tak jak umocnienie dolara z pierwszej połowy lat 80-tych związane było z bankructwem Meksyku z sierpnia 1982 (a nieco wcześniej bankructwem PRL), a umocnienie dolara z drugiej połowy lat 90-tych z bankructwem Rosji z sierpnia 1998 (z dokładką w postaci upadku LTCM 2 miesiące później), tak i w obecnym cyklu Kuznetsa umocnieniu dolara towarzyszyć będzie jakieś spektakularne bankructwo a przynajmniej widowiskowy kryzys finansowy w krajów gabarytów Meksyku czy Rosji.

Meksyk zbankrutował w sierpniu 1982 w 15 miesięcy po wyjściu Dollar Index na 4-letni szczyt, a Rosja zbankrutowała w sierpniu 1998 w 16 miesięcy po podobnym sygnale. Teraz wyjście Dollar Idndex na 4-letni szczyt nastąpiło we wrześniu tego roku, a więc obecnie odpowiednika bankructw Meksyku i Rosji należałoby szukać gdzieś w okolicach przełomu 2015 i 2016 roku.

"Od zawsze" wyobrażałem sobie, że w obecnym cyklu Kuznetsa bańką, której pęknięcie będzie towarzyszyć (zarówno jako przyczyna jak i skutek) wejściu dolara w fazę silnego umocnienia będzie gigantyczna bańka inwestycyjna w Chinach, a kryzys ten żartobliwie określałem mianem Chinagedonu.

 

 

Teraz gdy dysponujemy już w miarę jednoznacznym sygnałem, który pozwala synchronizować obecny cykl Kuznetsa ze swoimi dwoma poprzednikami proponuję podobne do tego sprzed 2 tygodni ćwiczenie przeprowadzić tym razem dla tych indeksów rynków akcji, których dostępna historia sięga początku lat 80-tych. Wybrałem indeksy giełd w Niemczech, Francji, Włoszech, Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie, Australii, Japonii, Korei Południowej i Hongkongu. Na poniższym rysunku przedstawiono projekcje ścieżek 10 indeksów giełdowych uzyskane poprzez uśrednienie zachowania tych indeksów wokół sygnałów z maja 1981 i kwietnia 1997:

 

 

Jak - mam nadzieję - widać te 10 indeksów można na podstawie ich uśrednionego zachowania po dwu poprzednich sygnałach podzielić na dwie grupy. W pierwszej są giełdy w Niemczech, Francji, Włoszech, Wielkiej Brytanii i USA, gdzie w ciągu 4 lat po sygnale zyski zdecydowanie przekraczały możliwe do zaliczenia po drodze straty (w rok po sygnale przynajmniej kilkunastoprocentowy zysk, w 3 lata po sygnale przynajmniej 50 proc. zysk). W drugiej grupie mamy Hongkong, Koreę Południową, Japonię, Australię i Kanadę, gdzie w 1,5 roku po sygnale w każdym przypadku pojawiała się przynajmniej kilkunastoprocentowa strata.

Jako ilustrację zachowania indeksu z tej pierwszej grupy wokół 4-letniego maksimum Dollar Index ustanawianego po dłuższym okresie słabości amerykańskiej waluty niech posłuży niemiecki DAX:

 

 

Na drugim biegunie znajduje się najsłabszy reprezentant tej drugiej grupy krajów czyli rynek akcji w Hongkongu:

 

 

 

W sumie uzyskane rezultaty nie powinny specjalnie dziwić: umocnienie dolara to zjawisko korzystne dla europejskich eksporterów, które równocześnie ogranicza konkurencyjność Hongkongu, którego waluta od 1983 roku związana jest stałym kursem z dolarem amerykańskim.

Z przedstawionej analogii dla Hang Senga wynika, że 12-17 miesięczna bessa, która zmniejszy wartość indeksu o 60-62 proc. powinna rozpocząć się za 1-3 miesiące.

To ciekawy wniosek, bo już 1,5 roku temu dokonując podobnej synchronizacji Hang Senga na podstawie zachowania kursu USD/JPY uzyskałem sugestie, że początek następnego tąpnięcia na tym indeksie powinien nastąpić w okolicach okresu wyznaczanego przez takie daty jak marzec 2014, sierpień 2014, styczeń 2015 i lipiec 2015.

 

 

 

Rozstrzał duży, ale po uśrednieniu tych 4 dat otrzymamy listopad tego roku, a więc podobny wniosek, co po uśrednieniu wskazań projekcji opartych na zachowaniu Dollar Index (szczyt za 1-3 miesiące, co daje grudzień tego roku).

Oczywiście nie jest jasne, na ile warunki w Azji są obecnie podobne do tych z 1997 czy 1981 roku, ale niewątpliwie powyższe obserwacje potwierdzają moją wcześniejszą intuicję, że Chiny czy szerzej Azja wydają się być obecnie rejonem podwyższonego ryzyka inwestycyjnego w najbliższym czasie.

Nie bardzo wiem jak pogodzić ten wniosek z generowanymi w ostatnich miesiącach w krajach BRIC pozytywnymi sygnałami, o których pisałem w lipcu i we wrześniu. W poprzednim cyklu CLI dla wszystkich 4 krajów BRIC zaczęły spadać równocześnie dopiero w lipcu 1997, o czym dowiedzieliśmy się 2 miesiące później. Hang Seng zrobił szczyt hossy w sierpniu 1997, skrachował w październiku 1997, Rosja  zbankrutowała w sierpniu 1998, a WIG zrobił dołek w październiku 1998. W 4 poprzednich cyklach przejście od pełnego optymizmu (CLI dla wszystkich 4 krajów BRIC rosną tak jak jeszcze w sierpniu tego roku) do pełnego pesymizmu (CLI dla wszystkich krajów BRIC spadają) zajmowało kolejno 13 miesięcy (lipiec 1999-sierpień 2000), 9 miesięcy (styczeń 2004-październk 2004), 5 miesięcy(sierpień 2007-styczeń 2008) i 17 miesięcy (grudzień 2009-maj 2011). W teorii więc w sytuacji takiej jak styczeń 2008 moglibyśmy się znaleźć już w styczniu 2015, choć na razie nie za bardzo się na to zanosi.

18:34, bialek.wojciech
Link Komentarze (317) »
czwartek, 02 października 2014

We wtorek 30 września amerykański rynek akcji minął optymalny z punktu widzenia cyklu prezydenckiego moment na zakup akcji. W okresie minionych 80-ciu lat w trakcie ostatnich 20-tu 4-letnich cykli prezydenckich ani razu kupując S&P 500 na koniec III kwartał drugiego roku po wyborach prezydenckich w USA i sprzedając 5 kwartałów później na koniec roku przedwyborczego nie ponieślibyśmy straty. Minimalny zysk w tej strategii wyniósł +1,8 proc., maksymalny +47,9 proc., średni +25,4 proc., a mediana tych 20 15-miesięcznych stóp zwrotu +29 proc. Nie słyszałem o strategii o bardziej korzystnych - oszacowanych na podstawie przeszłości  - parametrach. W efekcie poniższa projekcja zachowania S&P 500 stworzona przez uśrednienie tych 20 ścieżek indeksu startuje od sesji zerowej (odpowiadającej 30 września drugiego roku po wyborach) do dynamicznego wzrostu:

 

 

Oczywiście nie oznacza to, że za każdym razem co 4 lata S&P 500 zaczyna rosnąć na początku października i rośnie nieustannie przez następne 5 kwartałów. Jak widać na poniższym rysunku przedstawiającym te 20 ścieżek indeksu obejmujących 15 miesięcy jakkolwiek zawsze na koniec indeks wychodził na plus, to po drodze mógł notować przejściowe straty.

 

 

Najgorzej było w latach 1938-39, kiedy to po drodze można było zaliczyć nawet -15,8 proc. stratę.

Można to zinterpretować tak, że w najgorszym przypadku S&P 500 może w okresie następnych 5 kwartałów spaść przejściowo najwyżej do poziomu 1660 pkt., czyli do poziomu z dołka z października ub. r. Takiemu zdarzeniu można przypisać - jeśli traktujemy cykl prezydencki poważnie - niskie prawdopodobieństwo 5 proc.

Drugi najgorszy wynik to -11,2 proc. w latach 1934-35. W 18 pozostałych przypadkach (90 proc.) największy spadek nie przekroczył 10 proc. Czyli na 90 proc. do końca przyszłego roku S&P 500 nie spadnie poniżej pozimu 1751 pkt. czyli poziomu tegorocznego dołka z lutego.

W 3 przypadkach skala przejściowego spadku zmieściła się w przedziale -5 - -10 proc. (-9,8 proc. w latach 1978-79, -8,2 proc. w latach 1946-47 i -5,7 proc. w latach 1998-99. W 15 przypadkach (75 proc.) kupując S&P 500 na koniec września drugiego roku po wyborach nie notowaliśmy po drodze do zysku na koniec roku przedwyborczego przejściowej straty większej niż 5 proc.

Spośród tych 20 historycznych epizodów można wybrać te, w trakcie których S&P 500 wykazywał najwyższą korelację z tym co indeks robił w okresie minionych 12 miesięcy. Z tego punktu widzenia obecna sytuacja jest najbardziej podobna do tej z początków października w latach 1998, 1946, 1986, 2006, 1994, 1954 i 1990. Poniżej porównanie zachowania S&P 500 w trakcie minionego roku ze tymi "najbardziej podobnymi" ścieżkami:

 

 

W połowie z tych przypadków (3 na 6) zysk, który można było osiągnąć w trakcie tych 5 kwartałów przekraczał 40 proc., w 2/3 przypadków (4 na 6) przekraczał jedną trzecią, a w 5 na 6 przypadków przekraczał 17 proc. Tylko jeden z tych 6 sygnałów (ten z 1946 roku) był wyraźnie nieudany.

Średnia i mediana stóp zwrotu po 5 kwartałach od zakupu wynosi dla tych 6 sygnałów +22,9 proc., a więc jest nieco gorsza, niż w przypadku średniej i mediany dla wszystkich 20 przypadków. Po części wynika to zapewne z negatywnego wpływu krachu z 1987 roku, który drastycznie redukuje wysokość dodatniej stopy zwrotu z sygnału z końca września 1986. To sugestia, że rynek rosnący tak mocno jak w ciągu ostatniego roku może mieć problemu z utrzymaniem takiej dynamiki w trakcie kolejnych 5 kwartałów.

Sprawdźmy więc, jak jak wyglądały ścieżki S&P 500 po sygnałach, które pojawiały się w drugich latach cyklu prezydenckiego, w których indeks notował na koniec września roczną stopę zwrotu przekraczającą +10 proc. (na koniec tego września było +17,3 proc.). Takich przypadków było cztery w latach 1950, 1954, 1958 oraz 1986. Ścieżki z lat 1954-1955 i 1986-1987 był już prezentowane wyżej, więc poniżej tylko przypadki z lat 1950 i 1958:

 

 

W przypadku tych 4 sygnałów pojawiających się w momencie, gdy S&P 500 notuje dynamikę roczną przekraczającą 10 proc. średnia stopa zwrotu po następnych 5 kwartałach wynosi +22,4 proc. w mediana +20,9 proc.

Na obu przedstawionych wcześniej listach pojawiły się lata 1954 i 1986. Gdybym miał wskazać swego osobistego faworyta, to byłby to rok 1954-ty, który dodatkowo jest podobny do obecnego z punktu widzenia cyklu dekadowego ("decennial pattern").

Ścieżki tych 8 najbardziej podobnych do obecnego przypadków nigdy nie spadały w trakcie pierwszych 6 miesięcy po sygnale o więcej niż -5,7 proc. Spadając w środę 1 października o -1,3 proc. S&P 500 wyczerpał już część tego "maksymalnego" potencjały spadkowego pojawiającego się po "podobnych" do obecnego sygnałach.

 

 

Z ostatecznym ogłoszeniem "końca" zagrożenia spadkami proponuję jednak poczekać do Wszystkich Świętych czyli do sezonowego minimum cen akcji. W końcu jakkolwiek to wrzesień jest historycznie najgorszym dla amerykańskich akcji miesiącem, to jednak październik - "miesiąc krachów" - też potrafi zaskoczyć in minus.

Oczywiście obecnie z jakichś względów po tym jak w 20 rzutach monetą wypadł orzeł (więc nabraliśmy graniczących z pewnością podejrzeń, że moneta nie jest symetryczna i obstawianie orła jest opłacalne), może jednak wypaść reszka. Jeśli powyższą statystykę znam ja, to powinny ją znać również grające na giełdach komputery. W teorii więc ta prawidłowość powinna zostać prędzej czy później zniszczona (np. podwyższone stopy zwrotu przesuną się w stronę III kw. drugiego roku po wyborach, i "zabraknie ich" w IV kw. roku przedwyborczego). Warto zauważyć, że zarówno 4 lata temu jak i 8 lat temu stopy zwrotu z zakupów czynionych na koniec września drugiego roku po wyborach były relatywnie niskie - odpowiednio +10,2 proc. i +9,9 proc. W przeszłości nigdy jeszcze nie zdarzyły się dwa kolejne równie słabe cykle, więc być może z taki zjawiskiem zanikania tej prawidłowości mamy już rzeczywiście do czynienia. Tradycyjnie więc pomimo statystycznej atrakcyjności opisanej strategii nie należy na nią raczej stawiać całego majątku. Ale drobną część? Czemu nie.

13:15, bialek.wojciech
Link Komentarze (216) »
poniedziałek, 29 września 2014

Wyjście Dollar Index na 4-letnie maksimum pozwala dokonać nowej synchronizacji rynków w ramach cyklu Kuznetsa.. W okresie minionego pokolenia mieliśmy dwukrotnie do czynienia z takimi sytuacjami, kiedy to po wielu latach słabości Dollar Index wychodził na 4-letnie maksimum. Takie sygnały pojawiły się w maju 1981 i w kwietniu 1997. W obu przypadkach ich pojawienie się stanowiło potwierdzenie końca okresu wieloletniej słabości dolara. Za jednym i za drugim razem waluta USA umacniała się później przez następne 4 lata do odpowiednio 1985 (patrz Porozumienie z Hotelu Plaza) i  2001 roku. W obecnych realiach dałoby to koniec umocnienia dolara w okolicach 2017 roku ("Zaczyna się zmiana paradygmatu?"). 


 

 

 

 Już dawno doszedłem do wniosku, że mój wcześniejszy pomysł, by cykl Kuznetsa zsynchronizować z amerykańskim cyklem politycznym nie był zbyt udany jako nazbyt mechaniczny (1 Kuznets = 4 cykle prezydenckie). Zgodnie z nim mielibyśmy obecnie odpowiedniki września 1998 i września 1982, gdy tymczasem opisany sygnał na Dollar Index lokuje nas dopiero w maju 1981 i kwietniu 1997. 

Wydaje się, że sygnał ten oznacza konieczność zakończenia oczekiwania na wtórny szczyt cen surowców, którego nadejścia oczekiwałem wcześniej pomiędzy lipcem a październikiem tego roku. Niestety prawdopodobnie za ten oczekiwany wtórny szczyt należy uznać wyjątkowo mało spektakularne 1,5-roczne maksimum Goldman Sachs Commodity Index z czerwca, który nadszedł niecałe 6 lat po szczycie indeksu z lipca 2008 roku. 

 

 

Przy takiej interpretacji zwiększenie alokacji w surowce, którego - oczekując przedłużenia się zwyżki GSCI z pierwszego półrocza na III a może nawet i na IV kwartał tego roku - dokonałem w ostatnim Raporcie kwartalnym było poważnym błędem. Oczywiście negatywne skutki tego błędu zostały - jak się tego można było spodziewać - ograniczone osłabieniem złotego, do którego doszło równolegle. W efekcie spadek złotowej wartości GSCI od 4 lipca do minionego piątku wyniósł -3,46 proc., co przy 55 proc. zaangażowaniu w surowce obniżyło wartość portfela o -1,85 proc. W tym czasie 35 proc. udział w akcjach zwiększył wartość portfela o +2,45 proc. (WIG +7 proc. od 4 lipca). W efekcie pomimo popełnionego błędu w ocenie wartość lekko wzrosła w III kw., co nie zmienia faktu, że mniejsza alokacja w surowce jedynie poprawiłaby osiągnięte wyniki. 

W oby przypadkach późniejsze ścieżki GSCI były odmienne, ale ich cechą wspólna był niski poziom cen surowców w niecałe 2 lata po sygnale (ok. 1983 i 1998/1999) i wtórne osłabienie 4-5-lat po sygnale (1986 i 2001):

 

 

Przyjmując założenie, że rynek surowców jest już w ramach cyklu Kuznetsa w takiej sytuacji jak w 1981 cz 1997, otrzymujemy wniosek, że wcześniejsze prognozy zachowania cen surowców - i tych dolarowych i tych złotowych ("Co z - ostatnią - hossą na surowcach (o ile nadejdzie)?") - okazały się nadmiernie optymistyczne. 

Należy zauważyć, że oba sygnały wynikające z umocnienia dolara pojawiły się na kilka miesięcy przed początkiem kryzysów na rynkach peryferyjnych. W 1981 roku zbankrutował PRL, a w 1982 roku bankructwem Meksyku rozpoczęła się  "La Década Perdida" Ameryki Łacińskiej. Podobnie 1997 roku rozpoczął się  kryzys azjatycki, rok później zbankrutowała Rosja a okres mocnego dolara kulminował się  w 2001 roku bankructwem Argentyny.

Zawsze sądziłem, że również obecnie wyjście dolara w górę z wieloletniego okresu najpierw spadku a potem stabilizacji na niskim poziomie będzie związane z podobnymi zjawiskami kryzysowymi na peryferiach. Rosnący dolar to bowiem nie tylko jedna z opisanych przyczyn kryzysów rynków "wschodzących", ale również jednej z ich objawów - rosnąca groźba niewypłacalności prowokuje zagrożone podmioty do gromadzenia waluty, w której denominowany jest dług. W ten analogii do końca przyszłego roku powinniśmy być już po takich wydarzeniach jak bankructwo Meksyku czy bankructwo Rosji. Tymczasem na razie jesteśmy świeżo po sygnałach zapowiadających ożywienie gospodarcze w krajach BRIC, a więc czymś dokładnie odwrotnym od tego, co działo się w 1997 roku.

Na razie nie bardzo wiem, jak rozwiązać tę sprzeczność, ale być może źródła ewentualnej przyszłej słabości należy szukać gdzie indziej:

 

 

?

13:28, bialek.wojciech
Link Komentarze (120) »
piątek, 19 września 2014

Z pewnością dla tych, którzy obserwowaną od listopada ub. r. relatywną słabość krajowego rynku akcji traktowali jako preludium do poważniejszego załamania cen, ostatnie zachowanie indeksu mWIG-u 40 mogło być sporym zaskoczeniem. Indeks ten po 10 miesiącach trendu bocznego w wąskim ok. 10 proc. przedziale wahań wyszedł w ostatnich dniach na najwyższy poziom od stycznia 2008 roku. 

 

 

Prawdę mówiąc mWIG-40 wygląda obecnie identycznie jak w sierpniu 2005 roku, kiedy to również podobnie jak teraz indeks ten opuszczał górą zakres 13-miesięcznego trendu bocznego. Biorąc pod uwagę fakt, że w ciągu następnych dwóch lat do lipca mWIG podrożał ponad 3-krotnie, obecne zachowanie indeksu z pewnością wymaga monitorowania. 

Po podobieństwo tym trudniej lekceważyć z tego względu, że sierpień 2005 jest również najlepszą analogią dla obecnego zachowania rentowności krajowych 10-latek:

 


 

Zachowanie rentowności krajowych 10-latek w latach 2011-2014 to dosyć wierna kopia tego co na rynku obligacji działo się w latach 2001-2005. Podobnie jest w przypadku mWIG-u.

Ponieważ akcje i obligacje konkurują ze sobą o pieniądze inwestorów w ramach rynku kapitałowego, to można spekulować, że obecnie - podobnie jak latem 2005 - to bliskie rekordowo niskim poziomy rentowności obligacji powodują przepływy kapitału na rynek akcji, czego efektem ostatnie ponad 6-letnie maksimum indeksu akcji średnich spółek. 

Do przedstawionej analogii nie należy się oczywiście modlić, ale fakt pozostaje faktem, że to co widać na wykresie mWIG-u 40 na bessę nie wygląda. 


 


12:59, bialek.wojciech
Link Komentarze (281) »
środa, 10 września 2014

Pod koniec lipca komentowałem nieco zaskakujący sygnał generowany przez OECD-owskie indeksy wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Brazylii, Rosji, Indii i Chin czyli krajów określanych łącznie jako BRIC. Wtedy indeksy wskaźników wyprzedzających (w wersji "amplitude adjusted") rosły dla 3 z tych 4 krajów. Obecnie rosną już dla wszystkich krajów BRIC:

  

 

 

Swoją drogą wskaźnik, którym się posłużyłem w lipcu, czyli suma CLI ("Composite Leading Indicators") dla 4 krajów BRIC, wzrósł już w czerwcu do 15-miesięczne maksimum. Jak widać na poniższym rysunku taki sygnał pojawiał się w każdym w 5 poprzednich cykli gospodarczych (kwiecień 1996, marzec 1999, wrzesień 2002, luty 2006 i październik 2009).

 

 

W 4 ostatnich cyklach taki sygnał nadchodził się kolejno w 2 miesiące, 9 miesięcy, 10 miesięcy i 8 miesięcy (średnia 7,25 mies., mediana 8,5 mies.)  po cyklicznym dołku tempa wzrostu gospodarczego w Polsce. Obecnie taki sygnał potwierdzający ożywienie gospodarcze w krajach BRIC objawił się aż w 1,5 roku po dołku naszego spowolnienia gospodarczego (grudzień 2012).

Z kolei w 5 ostatnich cyklach taki sygnał pojawiał się kolejno na 14 miesięcy, 9 miesięcy, 19 miesięcy, 11 miesięcy i 16 miesięcy (średnia 13,8 mies., mediana 14 mies.) przed szczytem cyklicznego ożywienia gospodarczego w naszym kraju. To sugerowałoby, że w obecnym cyklu szczyt ożywienia mógłby nadejść najwcześniej w marcu przyszłego roku, czyli to co obserwowaliśmy w II kw. byłoby jedynie przejściową korektą w ramach rozpoczętej 1,5 roku temu fali ożywienia gospodarczego.

Jak wspomniałem powyżej obecnie rosną już wskaźniki wyprzedzające dla wszystkich czterech krajów BRIC. Momenty, w których taki sygnał pojawiał się po raz pierwszy po dłuższej przerwie (luty 1999, zaznaczyłem na poniższym wykresie MSCI Emerging Markets Index (USD):

 

 

 

Były to rewelacyjne sygnały kupna akcji na "rynkach wschodzących". Wystarczy powiedzieć, że w 1,5 roku po takim sygnale indeks był w każdym z tych 5 przypadków przynajmniej +46,9 proc. wyżej niż na koniec miesiąca, w którym wygenerowany został sygnał. Pierwsza strata po takim sygnale pojawiała się najwcześniej po 27 miesiącach. Hossa na EM kończyła się najwcześniej w 13 miesięcy po takim sygnale (w obecnych realiach dawałoby to lipiec 2015 jako najwcześniejszy "możliwy" termin końca hossy na MSCI EM). W praktyce jednak ze względu na opóźnienie w publikacji wskaźników OECD o istnieniu tych sygnałów można się było dowiedzieć dopiero 2 miesiące później.

Uśrednienie ścieżek MSCI Emerging Markets Index (USD) po tych 5 sygnałach z przeszłości rośnie przez 22 miesiące po sygnale o prawie 80 proc.:

 

 

 

W przeszłości wyobrażałem sobie, że gdzieś w drugim półroczu tego roku oczekiwane ograniczenie przez Rezerwę Federalną skali skupu aktywów prowadzonego w ramach polityki QE przełoży się na wywołany odpływem kapitału z peryferiów kryzys na "rynkach wschodzących" zbliżony swym charakterem do kryzysu meksykańskiego z 1994 roku czy azjatyckiego z 1997 roku. Sygnał, który omówiłem powyżej sugeruje dokładnie odwrotny scenariusz.

Gdyby ktoś pytał się o sygnał sprzedaży pasujący do przedstawionego sygnały kupna to odpowiedź jest bardzo prosta: sygnał sprzedaży można zdefiniować jako sytuację, w której CLI dla wszystkich 4 krajów BRIC zaczynają równocześnie spadać. Te sygnały przedstawiłem na poniższym rysunku (w praktyce ze względu na opóźnienie w publikacji wskaźników OECD o istnieniu tych sygnałów można się było dowiedzieć dopiero 2 miesiące później):

 

 

W szczególności sygnał ostrzegający przed kryzysem azjatyckim pojawił się w lipcu 1997 roku dokładnie w szczycie hossy MSCI Emerging Markets Index i poprzedził załamanie indeksu o 56 proc. (dane miesięczne) w ciągu następnych 13 miesięcy. Obecnie z niczym podobnym nie mamy do czynienia - wprost przeciwnie.

 

 

13:24, bialek.wojciech
Link Komentarze (354) »
czwartek, 04 września 2014

Miesiąc temu w tekście "USA: świetna koniunktura przy braku presji cenowej" sugerowałem, że wobec braku wzrostu cenowych elementów sondaży ISM trudno w obecnej sytuacji mówić o klasycznym grożącym bessą na giełdzie i recesją  przegrzaniu koniunktury w gospodarce Stanów Zjednoczonych. W ciągu minionego miesiąca niewiele się tu zmieniło - wskaźniki ISM Prices nadal pozostają na niskich poziomach natomiast wskaźnik koniunktury w przemyśle przetwórczym USA skoczył do poziomu 59 pkt. w okresie minionego pokolenia obserwowanego wcześniej jedynie 5-krotnie. Na poniższym rysunku zaznaczyłem kolorem czerwonym na wykresie S&P 500 te 5 epizodów równie dobrej co w sierpniu koniunktury w amerykańskim przemyśle:

 

 

Daty pierwszego pojawienia się tych sygnałów (ISM Manufacturing >= 59) to lipiec 1983, sierpień 1987, wrzesień 1994, grudzień 2003 i styczeń 2011 (informacja o tym pojawiała się na początku następnego miesiąca). Ten zestaw danych jest najbardziej interesujący ze względu na obecność w nim sierpnia 1987 roku bezpośrednio poprzedzającego spadek wartości S&P 500 o jedną trzecią w przeciągu 2 miesięcy.

Ścieżki S&P 500 wokół tych sygnałów widać na poniższym rysunku:

 

 

Warto zauważyć, że podane daty - lipiec 1983, sierpień 1987, wrzesień 1994, grudzień 2003 i styczeń 2011 - poprzedzały najbliższe im recesje w gospodarce USA o odpowiednio 7 lat, 3 lata, 7 lat, 5 lat i przynajmniej 3 lata. Wynika z tego, że przejście z tak dobrej koniunktury w przemyśle USA jak obecna do recesji w gospodarce Stanów Zjednoczonych wymaga przynajmniej 3 lat. Innymi słowy następnej recesji w USA należy spodziewać się najwcześniej w 2017 roku.

Najwcześniejszy spadek S&P 500 związany z taką recesją rozpoczyna się prawie 3 lata po sygnale (sekwencja sierpień 1987-lipiec 1990). Po takim czasie indeks jest odpowiednio +15,2 proc., +25,7 proc., +36,7 proc., +50,3 proc. i +90,7 proc. powyżej poziomu z 4 dnia następnego miesiąca po pojawieniu się sygnału. Innymi słowy, gdy doświadczenia minionego pokolenia traktować poważnie to otrzymamy wniosek, że latem 2017 S&P 500 znajdować się będzie o przynajmniej 15 proc. wyżej niż obecnie.

Z drugiej strony w krótkoterminowej perspektywie maksymalny zysk na S&P 500 w ciągu następnych 5 miesięcy to +5,6 proc., a maksymalna strata to -30,1 proc. Po takim jak obecny sygnale w 4 na 5 przypadkach S&P 500 był niecałe 5 miesięcy później niżej.

Projekcja uzyskana poprzez uśrednienie tych 5 ścieżek S&P rośnie do poziomu 2036,6 pkt. na początku października (20 sesji od minionej środy), potem spada do 1901,7 pkt. pod koniec października (oczywisty wpływ scenariusza z 1987 roku), następnie formuje dołek przez wiele miesięcy i zaczyna rosnąć od okolic kwietnia przyszłego roku wracając do bicia historycznych rekordów za mniej więcej rok od dziś.

 

 

Policzyłem współczynniki korelacji pomiędzy ścieżką S&P 500 z okresu minionych 12 miesięcy a analogicznymi ścieżkami indeksu poprzedzającymi sygnały z 1983, 1987, 1994, 2003 i 2011 roku. Zupełnie niepodobne (ujemne wartości współczynnika korelacji) okazały się ścieżki do grudnia 2003 i do stycznia 2011. Trzy pozostałe ścieżki wykazywały wysokie współczynniki korelacji z zachowaniem S&P 500 z ostatniego roku (0,8-0,96), a zdecydowanym zwycięzcą w tym zakresie był rok okresie wrzesień 1986-sierpień 1987. Zresztą podobieństwo pomiędzy sytuacją poprzedzającą obecny moment a tą sprzed 4 września  1987 rozciąga się na znacznie dłuższy okres niż rok:

 

 

Wygląda to wszystko bardzie ładnie, ale przypominam jeszcze raz: w sierpniu 1987 roku ISM Manufacturing Prices miał wartość 77,4 pkt, gdy tym czasem w sierpniu 2014 jedynie 58 pkt., a więc poniżej poziomu 66-letniej średniej równego 62,6 pkt. Tak więc obecna sytuacja rzeczywiście wykazuje wiele podobieństw do tej sprzed 27 lat, ale brak jednego elementu - równie wysokiej co wtedy presji cenowej w gospodarce USA.

W momencie generowania tych 5 wcześniejszych sygnałów (ISM Manufacturing >= 59) element cenowy tego sondaży miał następującą wartość 63,2 pkt. (lipiec 1983), 77,4 pkt. (sierpień 1987), 80,3 pkt. (wrzesień 1994), 66 pkt. (grudzień 2003) i 81,5 pkt. (styczeń 2011). Obecnej sytuacji najbliżej pod tym względem do września 1983. Wtedy S&P 500 10 października zakończył wzrost i korygował się aż do 24 lipca następnego roku tracąc po drodze -14,4 proc. i spadając do 17-miesięcznego minimum. W obecnych realiach oznaczałoby to spadek indeksu do okolic dołka z lutego tego roku (1741,9 pkt.) trwający od października tego roku do lipca 2015.

 

 

 

 

16:21, bialek.wojciech
Link Komentarze (101) »
środa, 27 sierpnia 2014

We wtorek S&P 500 po raz pierwszy w historii zamknął się powyżej poziomu 2000 pkt. Osiągnięcie takiego "okrągłego" poziomu wywołało u niektórych obserwatorów rynku lekkie podekscytowanie i pojawiły się sugestie, że jest do dobry poziom do otwierania krótkich pozycji. Może być, choć raczej trudno podejrzewać, by rynek jakoś specjalnie przejmował się nominalną wartości jednego z indeksów choćby i ważnego. Z ciekawości postanowiłem jednak sprawdzić, jak się sprawy z S&P 500 miały po osiągnięciu dwukrotności poprzednich potęg 10-tki czyli po dotarciu do poziomu 20 pkt. i poziomu 200 pkt. Ale zanim do tego przejdę proponuję zobaczyć jako zachował się indeks po ustanawianiu rekordów kolejno na  poziomach 10, 100 i 1000 pkt. Zaznaczyłem te momenty na poniższym obrazku:

 

 

Jakkolwiek trzeba pamiętać, że poruszamy się tu trochę poza granicą racjonalności, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że osiągnięcie "okrągłego" poziomu równego jednej z potęg 10-tki jednak nie jest dobrym "omenem" dla S&P 500. Nie znaczy to, że indeks zawsze zaraz zawraca na południe. Niemniej jednak po tym jak we wrześniu 1906 roku S&P 500 po raz pierwszy dotarł do poziomu 10 pkt. jeszcze w 1921 roku czyli 15 lat później ustanawiał dno bessy na poziomie 6,45 pkt. (dane miesięczne). Kupując S&P 500 w momencie pierwszego osiągnięcia poziomu 10 pkt. można było w ciągu następnych 15 lat stracić ponad 35 proc. Jeszcze 18 lat później było się na zero. Poziom 20 pkt. został osiągnięty dopiero 22 lata później.

Podobnie było po osiągnięciu poziomu 100 pkt. 4 czerwca 1968 roku. W tym przypadku 6 lat później można było spotkać indeks na poziomie 63,5 pkt., a więc 36,5 proc. niżej. Jeszcze 12 lat później było się na zero. Poziom 200 pkt. został osiągnięty dopiero 17 lat później.

S&P 500 po raz pierwszy dodarł do poziomu 1000 pkt. w 2 lutego 1998. I znowu jeszcze 11 lat później miał w dołku ostatniego kryzysu wartość jedynie 676,5 pkt. a więc o 33,5 proc. niższą. Jeszcze 11 lat później było się na zero. Poziom 2000 pkt. został osiągnięty dopiero wczoraj, a więc po 16 latach.

Z powyższego wynika, że droga z 10 na 20 pkt., ze 100 na 200 pkt. i z 1000 na 2000 pkt. była zawsze niezwykle ciernista: jeszcze 6-15 lat później traciło się 33,5-36,5 proc., na zero było się ciągle jeszcze po odpowiednio 18, 12 i 11 latach, a podwojenie kwoty zainwestowanej przy takim okrągłym rekordzie w postaci potęgi 10-tki następowało dopiero po 16-22 latach.

Dla osiąganej po raz pierwszy przez S&P 500 dwukrotności potęgi 10-tki mamy tylko dwa wcześniejsze przypadki: osiągnięcie poziomu 20 pkt. 4 maja 1928 roku oraz rekord na 200 pkt. 21 listopada 1985 roku.

 

 

 

W oby przypadkach zachowanie S&P 500 później było podobne. W oby przypadkach następował dalszy wzrost o +59-68 proc. do odpowiednio 31,83 pkt. we wrześniu 1929 i 336,7 pkt. w sierpniu 1987 trwający 16-21 miesięcy. Potem nadchodził krach -86,2 proc. w jednym przypadku lub i -33,5 proc. w drugim przypadku.

Jeśli więc drogi czytelniku tych słów przywiązujesz do numerologii dużą wagę, to zaprawdę powiadam Ci: nie lękaj się osiąganych po raz pierwszy zdublowanych potęg 10-tki na S&P 500, boć zawżdy niegroźne une som, a wprost przeciwnie na podstawie dawnych dziejów możesz imaginować sobie, że pomiędzy grudniem 2015 a majem 2016 obaczysz jeszcze S&P 500 gdziesik w okolicy 3183-3367 pkt., zaś dopiero potem nadejdzie skaranie boskie w postaci spadku o 33,5-86,2 proc. Innymi słowy: dwójka z przodu - poszczęści Ci się na Wall Street, trójka z przodu - przygotuj się na Armageddon.

15:33, bialek.wojciech
Link Komentarze (242) »
środa, 20 sierpnia 2014

W okresie minionych 2 tygodni WIG przeszedł z prawie 5-miesięcznego minimum na najwyższy poziom od prawie 2 miesięcy. W 23-letniej historii GPW taki prosty manewr udał się WIG-owi dopiero po raz 5-ty. Wszystkie takie sygnały zaznaczyłem na poniższym rysunku.

 

 

Jak widać w 3 na 4 przypadkach ceny akcji po takim sygnale generalnie nigdy już nie były niższe. Gdyby tę lekcję historii potraktować dosłownie otrzymalibyśmy wniosek, że prawdopodobieństwo tego, że WIG "nigdy" już nie spadnie istotnie poniżej obecnych poziomów wynosi 75 proc.

 

 

 

Oczywiście zdrowy rozsądek podpowiada, by do tej wywiedzionej z dotychczasowego zachowania cen akcji na GPW "statystyki" nie podchodzić aż tak poważnie.

Trzech sygnałów wygenerowanych 7 kwietnia 1995, 5 stycznia 1996 i 19 czerwca 2012 nie ma sensu analizować. Po ich pojawieniu się trzeba było akcje po prostu kupić i trzymać. Ciekawszy jest czwarty z tych sygnałów, który pojawił się 8 sierpnia 1997, a więc na dwa miesiące przed wybuchem ostrej fazy kryzysu azjatyckiego. Na poniższym wykresie zsynchronizowałem sygnały z poniedziałku i z 8 sierpnia 1997:

 

 

W takim najbardziej pesymistycznym scenariuszu ujawniony na ostatnich sesjach impet rynku niósłby ceny akcji w górę jeszcze przez 6-9 tygodni, po czym gdzieś od października ceny akcji załamałyby się w reakcji na jakieś kryzysowe zjawisko na świecie i do stycznia przyszłego roku zjechałyby w okolice 15-miesięcznych minimów, czyli powiedzmy do poziomów obserwowanych ostatnio we wrześniu ub. r.

W obecnych realiach FED-u zbliżającego się do końca skupu aktywów, zwalniającego tempa wzrostu gospodarczego w Europie, wojny handlowej z Rosją, agresji Rosji wobec Ukrainy grożącej eskalacją (i być może zabawami gazowymi kurkami zimą), niestabilności na Bliskim Wschodzie itp. ten ostatni scenariusz zbliżony do tego z 1997 roku wydaje się być bardziej prawdopodobny od tych optymistycznych wywodzonych z 3-ech pozostałych sygnałów.

Ale oczywiście należy pamiętać, że na naszym rynku cały czas pozostajemy w strefie najgorszego sentymentu indywidualnych inwestorów od maja-czerwca 2012 roku (-11,7 pkt. proc.). Przy takich nastrojach o przekonujące wizje rychłej zagłady nietrudno. Dopóki saldo optymistów i pesymistów w badaniu INI nie wróci do poziomów, przy których kończyły się wzrosty WIG-u w czerwcu (+35,8 pkt. proc.), lutym (+38,8 pkt. proc.) i listopadzie ub. r. (49,3 pkt. proc.) chyba nie ma się czym aż tak bardzo przejmować.

Na razie rynek ukarał naszych pesymistów najsilniejszym od 10 miesięcy 6-sesyjnym wzrostem WIG-u o +5,2 proc. Wydaje się, że do radykalnej zmiany sentymentu inwestorów potrzebny będzie wzrost nieco dłuższy i silniejszy. Na początku czerwca 2012, gdy nastroje po raz ostatni były równie marne jak w poprzedni czwartek przejście do euforii (odczyt INI +43,4 pkt. proc. 20 września 2012) trwało ponad 3 miesiące.

15:39, bialek.wojciech
Link Komentarze (509) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24