Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
środa, 16 lipca 2014

Nasz rynek akcji na razie z godnością zareagował na najnowsze wieści z Portugalii, gdzie spółka matka jednego z największych banków spóźniła się z płatnością odsetek od długu. Wychodząc z 4-miesięcznego dołka WIG-20 w ciągu  3 sesji do wtorku zyskał 2 proc. W okresie minionych 5 lat tego typu sygnały pojawiły się kilkukrotnie i zwykle sygnalizowały dobry moment do zakupów akcji (chociaż często bezpośrednio po takim sygnale występowały kilkusesyjne cofnięcia indeksu). Jedynym poważnym wyjątkiem był tego typu sygnał z 21 lipca 2011, kiedy to raptem kilka sesji później rozpoczęło się bardzo silne tąpnięcie cen akcji.

 

 

Wagę wspomnianego sygnału podnosi to, że właśnie mniej więcej teraz oczekiwany był kolejny dołek związany z funkcjonowaniem na rynku cyklu 10-tygodniowego:

 

 

Okolice dołka cyklu 10-tygodniowego powinny być w miarę dobrym momentem do zakupów, a stawką w grze wydają się być wzrosty związane z ostatnimi tygodniami fazy wzrostowej cyklu 40-tygodniowego. Od ostatniego szczytu związanego z cyklem 40-tygodniowym minęło już 233 dni czyli prawie 8 miesięcy. Na poniższym rysunku zaznaczyłem czerwonymi strzałkami analogiczne sytuacje (WIG prawie 8 miesięcy po szczycie cyklu 40-tygodniowego) z 4 poprzednich cykli. Jak widać  w dwu przypadkach był to świetny momentem do krótkoterminowych zakupów akcji, a w dwu przypadkach na taki moment trzeba było jeszcze poczekać 12-23 dni.

 

 

Projekcja wartości WIG-u uzyskana poprzez uśrednienie ścieżek WIG-u po szczytach 4 ostatnich cykli 40-tygodniowych (kusi myśl, że w jednym 40-miesięcznym cyklu Kitchina mieszczą się 4 takie cykle) już jest - jak zwykle ostatnio - silniejsza niż faktyczne zachowanie rynku, ale wyraźnie sugeruje, że do września powinna na rynku dominować tendencja wzrostowa:

 

 

 

Ten ostatni wniosek można skonfrontować z zachowaniem giełdy w Portugalii. Moje pierwsze skojarzenie zilustrowałem na poniższym rysunku. Marcowo-czerwcowy - podwójny szczyt na indeksie PSI General wydaje się być kopią tego z okresu październik 2009-styczeń 2010, a obecna sytuacja po wybiciu w dół z tej formacji i spadku o jej rozmiar wydaje się być analogiczna do tej z lutego 2010 (proszę zauważyć, że na pierwszym z powyższych rysunków w lutym 2010 pojawia się podobny do obecnego sygnał na WIG-u 20). Gdyby tę analogię potraktować poważnie, to teraz czekałoby nas ok. 9 tygodni wzrostu (co dałoby szczyt w drugiej połowie września) a następnie jeszcze jedno 3-tygodniowe tąpnięcie kulminujące czymś podobnym do "Flash Crashu" na Wall Street z 6 maja 2010.

 

 

Odpowiednio manipulując różnymi kryteriami próbowałem znaleźć w historii innego indeksu giełdy w Lizbonie - PSI-20 - sytuacje podobne do obecnej. Poniżej rezultat tych usiłowań. Jak widać właściwie 6 z 8 wcześniejszych tego typu sygnałów można potraktować jako zapowiedź bessy na giełdzie portugalskiej. Trzykrotnie - w maju 2000, wrześniu 2007 i lutym 2010 (ta data pojawiła się w poprzednim akapicie) - była to zapowiedź potężnego 2-letniego "rynku niedźwiedzia". Sygnał z sierpnia 2004 również można potraktować jako zapowiedź bessy, tyle że takiej, która - podobnie jak na WIG-u w tamtym okresie - przyjęła postać fali "pędzącej". W dwu przypadkach - maju 1994 i wrześniu 1999 - ówczesne spadki można potraktować jako bessę, tyle że taką, która kończyła się w 1,5-miesiąca po pojawieniu się takiego jak obecny sygnału. Dwóch przypadków - czerwiec 2005 i czerwiec 2013 - nijak nie da się potraktować jako zapowiedzi bessy.

 

 

Warto zauważyć, że sygnały z 1994, 2000 i 2007 roku można ładnie uzgodnić ze schematem cyklu 6,(66)-letniego, o którym pisałem w poprzednim tygodniu. Osobiście jestem przekonany, że analogie obecnej sytuacji z tymi z lat 2000 i 2007 są błędne (jest mało prawdopodobne, że trzeci raz z rzędu faza spadkowa tego cyklu przyjmie postać potężnej 2-letniej bessy). Za bardziej właściwe uważam analogie z 1994 rokiem (podkreślane przez identyczną co obecna pozycję rynku akcji w ramach 4-letniego cyklu prezydenckiego i 10-letniego "decennial pattern" i z 1987 rokiem (niestety z braku danych nie wiem jak się wtedy zachowywał rynek akcji w Lizbonie). W wersji z 1994 roku przez następne 5-kwartałów na rynku nie wydarzy się nic godnego uwagi, a potem nadejdzie potężna fala hossy (dobrym pretekstem byłoby wdrażanie w strefie euro jakieś formy unii fiskalnej, która usunęłaby obecne wady unii monetarnej).

Portugalski rynek akcji mocno ucierpiał, ale na razie zachowanie zarówno tamtejszego rynku obligacji:

 

 

... jak i rynku CDS-ów:

 

 

 ... nie świadczyło o jakieś szczególnej powadze obecnej sytuacji.

Również koniunktura gospodarcza w tym kraju wydawała się całkiem przyzwoita jeszcze w czerwcu, co jednak oczywiście raczej nie może być poważnym argumentem za niemożnością bessy (niejako z definicja bessa zaczyna się, gdy koniunktura gospodarcza jest bardzo dobra):

 

15:23, bialek.wojciech
Link Komentarze (724) »
czwartek, 10 lipca 2014

Obserwacja zawarta w poprzednim wpisie na blogu prowadziła do wielce optymistycznych wniosków co do losów cen akcji w USA w najbliższym czasie (poważniejszego tąpnięcia w tym roku nie powinno być, a silna hossa poprzedzająca ostateczne załamanie powinna potrwa do okolic 2017 roku). Dziś chciałbym zwrócić uwagę na zależność o generalnie przeciwnej wymowie.

Już dawno temu obserwatorzy polskiego rynku akcji zwróci uwagę na to, że kluczowe szczyty cen akcji minionych 23 lat pojawiły się w 6-7-letnich odstępach. Chodzi oczywiście o szczyty indeksu z marca 1994, marca 2000 i lipca 2007, po których następowały potężne załamania cen akcji. Łatwo było wyliczyć, że jeśli ta cykliczność miałaby zostać zachowana, to następnego szczytu cen akcji tej klasy należałoby oczekiwać w okolicach marca tego roku. Oczywiście określenie "w okolicach" trzeba rozumieć elastycznie, w końcu jeden cykl miał równe 6 lat (co sugerowałoby szczyt WIG-u w lipcu 2013, a drugi 7 lat i 4 miesiące, co daje maksimum indeksu w listopadzie tego roku)

  

 

Powyższą obserwację można było oczywiście zlekceważyć jako efekt złudzenia, wynikającego z wrodzonej ludziom tendencji do poszukiwania wzorców nawet tam, gdzie ich nie ma, ale można wskazać dwa powody by tak nie czynić. Po pierwsze średnia odległość pomiędzy wspomnianymi kluczowymi maksimami WIG-u to 6 lat i 8 miesięcy, czyli dokładnie dwukrotność średniego czasu trwania podstawowego cyklu gospodarczego - cyklu wykorzystania istniejących mocy produkcyjnych - czyli cyklu Kitchina. To nie wydaje się być przypadek. Ponieważ taki podwójny Kitchin to 6 lat i 8 miesięcy czyli 6 lat i 2/3 roku, a ułamek 2/3 to w zapisie dziesiętnym 0,(66), więc cyklowi temu nadałem demoniczną nazwę cyklu "6,(66)".

Po dodaniu do tego dosyć zdroworozsądkowej tendencji postulowanej przez teorię Elliotta określanej jako "zasada zmienności korekt", otrzymujemy koncepcję dużego krachu giełdowego rozgrywającego się co drugi cykl czyli w tym przypadku średnio co 6 lat i 8 miesięcy (dla odmiany co druga bessa związana z cyklem Kitchina w gospodarce miałaby relatywnie łagodny charakter).

Ta koncepcja stała po części za moją prognozą sprzed prawie 3 lat, która zakładała, że bessa z lat 2011-2012 będzie miała relatywnie łagodny przebieg (co się potwierdziło), a dopiero bessa oczekiwana w latach 2014-15 znowu okaże się podobna do załamań z lat 1994-1995, 2000-2001 czy 2007-09:

 

 

Drugi powód by tej domniemanej cykliczności szczytów cen akcji nie lekceważyć, to  fakt, że można ją znaleźć również na amerykańskim rynku akcji:

 

 

Co prawda średnia odległość pomiędzy 7 szczytami S&P 500 od lutego 1962, to nie moje 6,(66) roku, ale 6,9, ale myślę, że można to zwalić na niestaranność Amerykanów. Przyjęcie tej wydłużonej długości cyklu daje wrzesień tego roku jako orientacyjną datę szczytu. Oczywiście i tutaj należy pamiętać, że w praktyce długość poszczególny cykli była zmienna i wynosiła kolejno 83, 95, 81, 77, 74 i 91 miesięcy.

Jeśli przyjmiemy, że oba cykle szczytów cen akcji i ten obserwowany na GPW i ten widziany na wykresie S&P 500 to to samo zjawisko, to zobaczymy, że cykl 6,(66) nieco traci na swej demoniczności. O ile bowiem na GPW związane z tym cykle szczyty z marca 1994, marca 2000 i lipca 2007 zawsze poprzedzały silne załamanie wartości indeksu o przynajmniej 50 proc., o tyle w przypadku rynku amerykańskiego wcale tak nie było. Na 7 "rynków niedźwiedzia" związanych z tym cyklem 3 rzeczywiście były głębokich i długich (1973-1974, 2000-2002 i 2007-2009), ale pozostałe były albo krótkie (np. 2 miesiące pomiedzy sierpniem a październikiem 1987 roku), albo płytkie (np. 1994 roku).

Ponieważ cykl 6,(66) czyli podwójny cykl Kitchina ma średnio 80 miesięcy, to będzie synchronizował się ze 120-miesięcznym "wzorcem dekadowym" i 48-miesięcznym cyklem prezydenckim co 20 lat (240 miesięcy). 20 lat temu mieliśmy oczywiście 1994 rok (wtedy też tak jak teraz w 2 lata po kryzysie finansowych w Europie FED zaczynał zaostrzać politykę pieniężną), co można potraktować jako argument za tezą, że obecny rok będzie na Wall Street podobny właśnie do 1994-tego (rynki "wschodzące" rosły wtedy do września, a potem do marca 1995 straciły ponad 20 proc.).

Porównanie ścieżki S&P 500 od poprzedniego szczytu cyklu z października 2007 prowadzi do wniosku, że ostatni cykl nie wyróżniał się raczej in plus na tle 6 poprzednich. Indeks był ostatnio zaledwie 26 proc. powyżej szczyty z 2007 roku - jedynie 2 cykle były wyraźnie słabsze.

 

 

Uśrednienie tych 6 historycznych ścieżek S&P 500 po szczytach z 1966, 1973, 1980, 1987, 1994 i 2000 roku i porównanie takiej projekcji do faktycznej ścieżki od szczytu z 2007 roku prowadzi do wniosku, że następnego szczytu cyklu 6,(66) należ spodziewać się za tydzień. Innymi słowy ktoś, kto w ostatnich latach kupował a potem trzymał amerykańskie akcje zakładając, że wszystko rozegra się w typowy sposób i następny szczyt wypadnie dopiero niecałe 7 lat po tym z października 2007 roku powinien za tydzień pozbyć się tych akcji.

 

 

Jak pogodzić wyraźną sprzeczność pomiędzy wnioskami sprzed tygodnia, a tymi opisanymi powyżej? No cóż uwzględnianie w realnym portfelu sprzecznych sygnałów nie jest łatwa. Oczywiście można arbitralnie jeden z sygnałów uznać za prawdziwy a drugi za błędny. Ja jednak wolę ostrożniejsze podejście. Jeśli wyobrazimy sobie przyporządkowanie poszczególnych części portfela różnym w miarę wiarygodnym (przynajmniej dla nas) narzędziom, to po prostu część związana z sygnałem opisanym tydzień temu będzie raczej wypełniona amerykańskimi akcjami przez następne ok. 3 lata, a część związana z cyklem 6,(66) raczej pusta mniej więcej do wiosny 2016.  

Można to sobie wyobrazić jako uczestnictwo w rozgrywanych równocześnie wielu partiach - tam gdzie wydaje nam się, że mamy dobre karty przystępujemy do gry, tam gdzie w naszej ocenie karty są słabe mówimy pas. Oczywiście zdarzą się rozdania, w których zdecydowana większość stosowanych przez nas narzędzi oceny perspektyw rynku pokaże to samo i wtedy będzie można zaryzykować zdecydowane obstawienie jednego scenariusza, ale raczej nie będzie tak zawsze.

 

15:50, bialek.wojciech
Link Komentarze (249) »
czwartek, 03 lipca 2014

Jedną z charakterystycznych cech rozgrywającej się na amerykańskim rynku akcji w ostatnich latach hossy była "uporczywość" wzrostów. Przyjmijmy za miarę tej uporczywości liczbę wzrostowych miesięcy S&P 500 w danym przedziale czasu. Zacznijmy od końca września 2011, czyli najniższego miesięcznego zamknięcia S&P 500 po ostatnim wartym zapamiętania okresie spadków cen akcji na Wall Street. Od tamtej pory do końca czerwca upłynęły 33 miesiące, z których 25 było dla S&P 500 wzrostowych. Sprawdźmy sobie, kiedy w przeszłości mieliśmy do czynienia na amerykańskim rynku akcji z podobnymi 33-miesięcznymi okresami zawierającymi przynajmniej 25 wzrostowych miesięcy. Okazuje się, że w okresie minionych ponad 140 lat z taką sytuacją mieliśmy wcześniej do czynienia jedynie dwukrotnie: analogiczne do tego z końca czerwca tego roku sygnały pojawiały się na koniec czerwca 1927 i na koniec listopada 1996:

 

 

Synchronizacja obecnej sytuacji z tymi dwoma epizodami z lat 90-tych i lat 20-tych daje poniższy rezultat:

 

 

Zadajmy teraz podobne pytanie, ale dotyczące okresu od końca lutego 2009, czyli od najniższego miesięcznego zamknięcia S&P 500 bessy z lat 2007-2009. Od tamtej pory minęły 64 miesiące, z których 45 było na S&P 500 wzrostowych. Okazuje się, że również to kryterium było spełnione w przeszłości jedynie podczas "rynków byka" lat 20-tych i 90-tych minionego stulenia. Tu sygnały pojawiały się na koniec grudnia 1926 i na koniec stycznia 1996:

 

 

 

A tak wygląda porównanie ścieżki S&P 500 z ostatnich lat z tymi wokół grudnia 1926 i stycznia 1996: 

 

 

 

Gdyby uzyskane analogie sytuacji na amerykańskim rynku akcji z obecnej dekady z tym co działo się na Wall Street w latach 20-tych i 90-tych XX wieku potraktować poważnie, to otrzymalibyśmy dwa wnioski. Po pierwsze po takim pokazie siły hossy wzrosty S&P 500 były kontynuowane przez następne przynajmniej 2 lata i 2 miesiące, a S&P 500 podwajał swoją wartość. Po drugie po takim wzroście nadchodziło poważne załamania redukujące wartość indeksu o połowę (2000-2002) lub 90 proc. (1929-1932).

Uśrednienie uzyskanych dat końca hossy - sierpnia 2016, lutego 2017, marca 2018 i stycznia 2019 - daje wrzesień 2017 roku.

Mnie oczywiście najbardziej podoba się fakt, że po zastosowaniu opisanej metody pojawiła się analogia "2014=1926", którą zaproponowałem w marcu.

Oczywiście z obserwacji, że rynek akcji w USA w ostatnich latach zachowywał się w sposób podobny do tego, co można było obserwować w latach 20-tych i latach 90-tych minionego stulecia, nie wynika, że tak musi być nadal. Ale jak zawsze w przypadku tego typu analogii można na zakład, że jednak tak będzie, postawić jakąś niewielką część swego przeznaczonego do giełdowej spekulacji kapitału.

Nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, czy należy to zrobić już teraz (narażając się na możliwą po tak długich wzrostach korektę), czy czekać do końca III kwartału, kiedy to - statystycznie rzecz biorąc - powinny zacząć na rynek działać pozytywne siły związane z cyklem prezydenckim (narażając się na utratę części zysków, jeśli żadnej poważniejszej korekty do tego czasu nie będzie). Osobiście jednak proponuję różne sygnały traktować osobno: na koniec III kw. ktoś, kto będzie chciał zagrać na to, że cykl prezydencki zadziała 21-y raz z rzędu, będzie w amerykańskich akcjach mógł ulokować kolejny niewielki pakiet. I podobnie zrobić na koniec grudnia tego roku, obstawiając dla odmiany to, że rok kończący się 5-tką będzie dla S&P 500 pozytywny po raz 14-ty z rzędu ("decennial pattern").

13:51, bialek.wojciech
Link Komentarze (398) »
czwartek, 26 czerwca 2014

Afery podsłuchowe, z których obecna jest już bodajże 9-tą w naszym kraju w okresie minionych 20 lat, zawsze wywołują znaczny wzrost pobudzenia emocjonalnego wśród polityków i dziennikarzy, ale również wśród aktywnych na rynku inwestorów i spekulantów (przy okazji tu i tu najnowsze nagrania wysokich urzędników państwowych). Z ciekawości postanowiłem sprawdzić, jak ceny akcji na GPW zachowywały się po wybuchach poprzednich afer tego typu. Na poniższym rysunku zaznaczyłem momenty ujawnienia/nagłośnienia kolejnych afer:

 

 

Z kontrariańskiego punktu widzenia polityczne afery powinny być w miarę przyzwoitymi momentami do zakupu akcji. I tak rzeczywiście zwykle jest. Najbardziej zyskowny był zakup polskich akcji w momencie ujawnienia afery Olina (ok. 20 grudnia 1995) - WIG nigdy później nie był już niżej, a w ciągu 10 miesięcy zyskał dwukrotnie na wartości.

+50 proc. w ciągu 10 miesięcy dały zarobić afera Rywina (ok. 7 grudnia 2002) i ta związana z "taśmami prawdy" Renaty Begier (ok. 26 września 2006), chociaż w tym pierwszym przypadku można było po drodze stracić na WIG-u niecałe 7 proc.

Średniakami dającymi zarobić 15-22 proc. były nagrania Oleksy/Gudzowaty (ok. 21 marca 2007), afera hazardowa (ok. 1 października 2009) i ostatnie nagrania Serafin/Sawicki (ok. 16 lipca 2012). W dwu z tych trzech przypadków po drodze do tych zysków można było w przeciągu tygodnia przejściowo stracić 3-3,2 proc.

Właściwie tylko dwie – „afera gruntowa” (ok. 9 lipca 2007) oraz afera posłanki Sawickiej (ok. 1 października 2007) poprzedzały większe spadki cen akcji na GPW, ale przecież trudno uznać, że rozpoczynająca się wtedy największa od pokolenia czy dwóch globalna bessa została przez te wydarzenia spowodowana.

 

 

Jakkolwiek więc trudno przedstawić metodę, która pozwalałaby w miarę jednoznacznie ocenić wpływ afer politycznych na koniunkturę giełdową (nigdy nie da się wyizolować wpływu jednego jedynego czynnika na ceny instrumentu finansowego), to jednak uśrednienie ścieżek WIG-u wokół tych 8 afer przedstawione na poniższym rysunku, które rośnie w ciągu 10 miesięcy od wybuchu afery o +18,7 proc. sugeruje, że nie należy przesadzać z oczekiwaniami co do dramatycznie negatywnego wpływu obecnej afery podsłuchowej na ceny akcji na GPW. Być może ceny akcji spadną w najbliższym czasie, ale jeśli tak to powody ku temu będą zapewne zupełnie inne.

 

 

18:41, bialek.wojciech
Link Komentarze (327) »
piątek, 13 czerwca 2014

W ostatnich dnia w mediach pojawiły się omówienia prognoz zawartych w ostatnim Raporcie Instrumentu Szybkiego Reagowania przygotowywanych przez zespół prof. Jerzego Hausnera sugerujących podwyższone prawdopodobieństwo wystąpienia w okolicach II kw. przyszłego roku recesji w krajowym przemyśle:

 

 

Przestawiona powyżej prognoza oparta na ISR sugeruje osiągnięcie szczytu trwającego od przełomu lat 2012 i 2013 ożywienia gospodarczego już w okolicach połowy tego roku. To podobny wniosek jak ten, który można wyciągnąć z zachowania takich kluczowych wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej jak dynamika cen detalicznych, dynamika rynkowych krótkoterminowych stóp procentowych i dynamika podaży pieniądza M1, które omawiałem w kwietniu ("Kiedy szczyt cyklicznego ożywienia gospodarczego w Polsce?").

Wrzucając te trzy wskaźniki do prostego regresyjnego modelu dynamiki PKB otrzymamy poniższy rezultat, który sugeruje osiągnięcie szczytu ożywienia gospodarczego w okolicach maja-czerwca tego roku:

 

 

Co ciekawe OECD-owski indeks wskaźników wyprzedzających dla Polski w wersji "amplitude adjusted" spadł już 3 razy w lutym, marcu i kwietniu, co - przy założeniu, że obserwowane w przeszłości średnio 7-miesięczne wyprzedzenie w stosunku do dynamiki PKB wystąpi i tym razem - sugeruje szczyt ożywienia w okolicach sierpnia tego roku.

 

 

Bawiąc się w tym tygodniu OECD-owski indeksami wskaźników wyprzedzających dla 34 krajów i regionów stworzyłem coś co można określić jako wskaźnik "szerokości" wzrostu gospodarczego w krajach OECD. Przyjmuje on tym wyższą wartość im więcej krajów z tego grona może pochwalić się rosnącymi z miesiąca na miesiąc wartościami indeksu wskaźników wyprzedzających. Wartość współczynnika korelacji z dynamiką polskiego PKB nie jest jakaś powalająca (0,5), ale również ten wskaźnik spada już od pół roku, co uwzględniając występujące w przeszłości wyprzedzenie sugeruje szczyt ożywienia gospodarczego w Polsce w okolicach lipca.

 

 

Swoją drogą analizują 34 OECD-owskie indeksy wskaźników wyprzedzających dla różnych krajów (w wersji "amplitude adjusted") odkryłem, że jedynym z nich (oczywiście oprócz tego dla Polski), którym warto sobie zawracać głowę przy próbach prognozowania koniunktury w polskiej gospodarce jest wskaźnika dla Chin. Tylko ten wskaźnik wykazywał się w okresie minionych niecałych 20 lat wartym uwagi wyprzedzeniem w stosunku do zmiany rocznej PKB w Polsce na poziomie średnio 6 miesięcy  (7 miesięcy dla analogicznego CLI dla Polski)  przy przyzwoitym współczynniku korelacji na poziomie 0,68 (0,79 dla CLI dla Polski).

 

 

Dorzucenie do CLI dla Polski analogicznego wskaźnika dla Chin nieznacznie poprawia miarę dopasowania R-kwadrat prostego modelu regresyjnego zmiany rocznej PKB w naszym kraju z 62,4 do 65,9.

Jak widać na powyższym wykresie pozytywny wpływ sytuacji w Chinach na koniunkturę gospodarczą panującą w Polsce dosyć wyraźnie słabł w ostatnim okresie. Niska wartość OECD-owskego indeksu wskaźników wyprzedzających dla Chin plasowała ten kraj w grupie tych o najsłabszych krótkoterminowych perspektywach gospodarczych, do której należały ostatnio również Indonezja, Indie, Turcja, Węgry i Brazylia. To interesujące w kontekście mojej wiary, że jeszcze w tej dekadzie będziemy światkami pęknięcia bańki inwestycyjnej w Chinach, a następny kryzys finansowy - inaczej niż dwa poprzednie - rozegra się (a latach 2014-15?) raczej na rynkach "wschodzących".

Żeby jednak sprawy pogmatwać bardziej chciałbym zwrócić uwagę na zachowanie publikowanego przez Citigroup wskaźnika Economic Surprise Index dla Chin, który jeszcze w maju notował najniższe wartości od początku 2009 roku, ale w ciągu ostatniego miesiąca zanotował dynamiczny wzrost sugerujący pojawienie się wyraźnie lepszych od oczekiwań danych gospodarczych. Warto obserwować zachowanie tego wskaźnika próbując ocenić na ile ta sugerowana poprawa koniunktury gospodarczej w Chinach okaże się trwała.

 

 

 

11:35, bialek.wojciech
Link Komentarze (781) »
czwartek, 05 czerwca 2014

ECB podjął w czwartek bezprecedensową decyzję ustalając ujemną wysokość stopy depozytowej (-0,10 proc.). W praktyce oznacza to, że banki będą od tej pory „karane” za umieszczenie w ECB depozytów, gdyż każda taka operacja wiązać się będzie z - niewielką co prawda – ale jednak stratą. Ten krok i inne zapowiedziane (m.in. zawieszenie sterylizacji dotychczasowych zakupów obligacji) szacowane na łącznie 400 mld euro w ciągu 4 lat stanowią próbą odsunięcia groźby wejścia strefy euro w okres permanentnej deflacji a la Japonia.

Od listopada ub. r. kiedy to wysokość głównej stopy refinansowa ECB spadła do 0,25 proc. ta podstawowa stopy procentowa strefy euro znalazła się na tym samym poziomie co oprocentowanie funduszy federalnych FED, które tkwi na poziomie 0,25 proc. od grudnia 2008 roku. Od dziś wysokość głównej stopy ECB spada poniżej poziomu głównej stopy FED. Ostatni raz z takim sygnałem mieliśmy do czynienia dekadę temu w grudniu 2004, tyle że wtedy stopa ECB znalazła się na niższym poziomie niż stopa FED wskutek wzrostu wysokości tej ostatniej (stopa ECB leżała na pokryzysowym dnie jeszcze przez rok). Jeśli uwzględnić stopy Bundesbanku, to wcześniejszy tego typu sygnał znajdziemy w listopadzie 1994 roku, kiedy to znowu stopa FED już rosła, a stopa Bundebanku miała jeszcze spadać przez prawie 2 lata.

 

 

Wszystkie te 3 przypadki – obecna sytuacja i przecinanie się wysokości stóp ECB/Bundesbanku i FED z 2004 i 1994 roku – łączy jedno: związane były z rozjeżdżaniem się koniunktury w USA i Europie. Za każdym razem sytuacja gospodarcza w USA już się wyraźnie poprawiała po zakończonym jakiś czas wcześniej kryzysie, gdy tymczasem wyraźne ożywienie w Europie spóźniało się.

Oczywiście te daty - 2014, 2004 i 1994 - kojarzą się z dekadowym cyklem na rynkach akcji znanym jako "decennial pattern". Dwa lata temu wiosną 2012 odwoływałem się do tego dekadowego rytmu sugerując, że zbliża się koniec ówczesnego trendu spadkowego na giełdach krajów peryferyjnych strefy euro. Zobaczmy jak przywołany wówczas przypadek hiszpańskiego IBEX-a wygląda obecnie:

 

 

Tu też najwyraźniej sytuacja jest bardzo podobna do tej z 2004 i tej z 1994 roku. Jedyna różnica to ta, że w 2004 roku IBEX zakończył wzrosty w kwietniu a w 1994 roku w lutym, a tymczasem obecnie mamy już czerwiec a indeks nadal ustanawia nowe cykliczne maksima.

Analogia z 1994 rokiem jest o tyle interesująca, że w Europie mieliśmy wtedy do czynienia z bardzo podobną sytuacją do obecnej. Wtedy mijały 2 lata od apogeum kryzysu Europejskiego Systemu Walutowego, które wypadło w październiku 1992, obecnie zaś mijają 2 lata od apogeum kryzysu strefy euro, które - jeśli sądzić po spreadzie obligacji hiszpańskich - miało miejsce w lipcu 2012.

 

 

Dzięki temu, że rynki potraktowały poważnie deklarację ECB, że nie pozwoli na załamanie rynków obligacji w kolejnych po Grecji krajach strefy euro, ten spread zawęził się już tak bardzo, że kusi myśl, że tak jak w 1994 roku pora już na korektę tego trendu.

Wydaje się, że losy rynków akcji w strefie euro w najbliższym czasie zostaną zdeterminowane przez zdolność ECB do osłabienia euro względem dolara. Dwie dekady temu euro zaczęło słabnąć dopiero od sierpnia 1995 roku, i ta zmiana trendu nie nastąpiła zanim FED nie podniósł z stóp 3 na 6 proc. wywołując przy okazji kryzys meksykański. Z drugiej strony 20 lat temu waluty europejskie umacniały się przez równe 2 lata od apogeum związanej z kryzysem ESW słabości z sierpnia 1993. Obecnie podobne 2 lata od apogeum słabości euro związanej z kryzysem ECB minie już w lipcu tego roku:

 

 

Osobiście kusi mnie myślę, że rynki podroczą się w tym roku z ECB podejmując jeszcze jedną próbę umocnienia euro/osłabienia dolara. Gdyby tak się stało i z EUR/USD jakimś cudem przekroczył poziom 1,40, to otrzymalibyśmy piękny pretekst do ponownego rozjechania się spreadów w ramach strefy euro i do cyklicznej bessy na rynkach akcji podobnej do tych z 2004 czy z lat 1994-1995 (czyli niezbyt silnej).

Oczywiście z czasem odpowiednia dawka zaostrzenia polityki pieniężnej w USA (z podwyżkami stóp włącznie) i poluzowania w strefie euro (pełnowymiarowe QE a la BoJ i FED?) przełoży się na zmienę trendu na EUR/USD, co da wyraźną poprawę koniunktury w strefie euro. Jak już wspomniałem mam wrażenie, że na razie jeszcze tego etapu nie osiągneliśmy.

18:44, bialek.wojciech
Link Komentarze (537) »
piątek, 30 maja 2014

W czwartek otrzymaliśmy z USA najnowsze szacunki PKB w I kw., zgodnie z którymi produkt krajowy spadł w tym kraju w I kw. o 0,25 proc. w stosunku do IV kw. 2013, co było pierwszym tego typu spadkiem od I kw. 2011. W okresie minionego pokolenia 5 na 6 przypadków takiego pierwszego po dłuższym okresie prosperity kwartalnego spadku PKB stanowiło początek regularnej recesji (1980-81, 1982, 1990-91, 2001 i 2008-09) zawsze związanej z mniejszym lub większym spadkiem cen akcji na Wall Street. Tylko raz - 3 lata temu w I kw. 2011 - taki spadek PKB miał charakter pojedynczego wypadku przy pracy, które nie miał dalszy konsekwencji gospodarczych (chociaż w sierpniu 2011 doszło to silniejszego tąpnięcia na rynku akcji a łącznie pomiędzy kwietniem a październikiem tego roku S&P 500 stracił prawie 20 proc.). 

Nasuwa się oczywiście pytanie o to, czy mamy do czynienia obecnie z drugim z rzędu tego typu wypadkiem przy pracy - tym razem spowodowanym wyjątkowo surową w USA zimą, czy też jednak z początkiem regularnej recesji. Osobiście skłaniam się ku tej pierwszej wersji. Po pierwsze amerykańskie indeksy ustanawiające nowe rekordy (S&P 500 od lutowego dołka zyskał już 10 proc.) nie sugerują by rynek poważnie traktował gospodarczą słabość z pierwszego kwartału. Po drugie napływające z rynku pracy dane świadczyły o wszystkim tylko nie o recesji.

Jeśli analizować zachowanie 4-tygodniowe średniej z liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych (311,5 tys.- najniższej od lata 2007) do odkryjemy, że w okresie minionego pokolenia jedynie 3-krotnie wcześniej sytuacja na rynku pracy była porównywalna do obecnej. Po raz pierwszy zdarzyło się to w połowie września 1987 roku, a więc na miesiąc przed giełdowym krachem, w którym jednego dnia ceny akcji w USA spadły o 20 proc. Drugi raz równie niskie co obecnie wartości tego wskaźnika pojawiły się dekadę później w październiku 1997 roku, a więc dokładnie w chwili wejścia kryzysu azjatyckiego w ostrą fazę, do czego sygnałem było ówczesne załamanie cen akcji (WIG stracił w 3 miesiące 27 proc.). Z trzecim przypadkiem podobnego do obecnego sygnału „przegrzania” koniunktury na rynku akcji w USA – był to styczeń 2006 – można ewentualnie wiązać silną korektę na giełdach, która nastąpiła pomiędzy majem a czerwcem (WIG -21,5 proc.).

 

 

 

 

Uśrednienie tych 3 historycznych ścieżek S&P 500 wokół tych podobnych do czwartkowego sygnałów daje ścieżkę przedstawioną poniżej:

 

 

Oczywiście powyższa projekcja, z której wynika, że poważne tąpnięcie na Wall Street rozpocznie się w ciągu miesiąca jest w decydującej mierze wynikiem wpływu przypadku z 1987 roku. Pozostałe dwa przypadki nie są aż tak dramatyczne (przynajmniej dla S&P 500):

 

 

Oczywiście takie sygnały "przegrzewania" się rynku pracy w USA są dosyć naturalne po 5 latach i 2 miesiącach hossy na rynku akcji. Jeśli będziemy chcieli znaleźć równie długie okresy równie silnego wzrostu S&P 500 to okaże się, że przez minione ponad 80 lat coś takiego zdarzyło się na Wall Street zaledwie 4-krotnie. Były to lata 1932-1937, 1950-1955, 1982-1987 oraz 1993-1998:

 

 

Uśrednienie tych 4 historycznych ścieżek S&P 500 znowu daje podobny co poprzednio wniosek - spadki powinny rozpocząć się lada moment:

 

 

Tym razem główna "odpowiedzialność" spada na sygnał z 1937 roku, kiedy to skończyło się 5-letnie odreagowanie wielkiego krachu z lat 1929-1932 i zaczynał spadek indeksu o ponad połowę kulminujący dopiero w apogeum sukcesów państw Osi w 1942 roku:

 

 

Jeśli wyeliminować sygnały z lat 30-tych i 50-tych, a zostawić jedynie dwa z okresu minionego pokolenia (marzec 1987 i marzec 1998), to otrzymujemy bardziej optymistyczny wniosek, że szczyt hossy powinien wypaść w lipcu (jak w 1998 roku) lub sierpniu (jak w 1987 roku).

 

 

Oczywiście w każdej z przedstawionych projekcji widać ten sam schemat - jakieś tąpnięcie w tym roku i wzrost cen akcji w USA do nowych rekordów w latach 2015-2016. Tej wersji bym się więc trzymał.

Zagadką pozostaje dokładne zachowanie rynku w tym roku. Powracająca analogia z 1987 rokiem nakazuje liczenie się z takim jak 27 lat temu scenariuszem. Wtedy S&P 500 spadł w październiku 1987 do najniższego poziomu od marca 1986. W obecnych realiach oznaczałoby to spadek do okolic strefy 1518-1541 pkt.. Tak się składa, że to okolice szczytów z 2000 roku (1527 pkt.) i 2007 roku (1565 pkt.). Ewentualny kraszek a la 1987 rok byłby więc "naturalnym ruchem powrotnym"  do przełamanych na początku 2013 roku oporów, które obecnie stały się kluczowymi poziomami wsparcia.

Druga analogia to lata 1997-1998, kiedy to S&P 500 "wykpił się" krótkimi korektami (-10 proc. do 4-mies. minimum w okresie sierpień-październik 1997 i -20 proc. do 7-mies. minimum w okresie lipiec-październik 1998), a prawdziwy dramat rozegrał się na rynkach peryferyjnych (w Azji Południowo-Wschodniej w 1997 roku i Rosji w 1998 roku). Dosłowna powtórka z kryzysu azjatyckiego obecnie oznaczałaby na WIG-u rozgrywający się pomiędzy wrześniem tego a styczniem przyszłego roku spadek indeksu z poziomu ubiegłorocznego szczytu do 15-miesięcznego minimum (czyli poniżej poziomów z marca tego roku (49878 pkt.) choć zapewne powyżej minimów z wiosny 2013 (43356 pkt.).

12:33, bialek.wojciech
Link Komentarze (475) »
piątek, 23 maja 2014

Na pierwszy rzut oka - na drugi i trzeci zresztą też - czwartkowa sesja na WIG-u 20 była prawie dokładną kopią tej z 10 października ub. r.:

 

 

W obu przypadkach byliśmy w jakiś czas po podwójnym dnie (teraz styczeń-marzec, wtedy czerwiec-wrzesień) wyznaczającym koniec krótkoterminowego trendu spadkowego, w oby przypadkach WIG-20 był na tym samym poziomie (zamknięcie po wzroście z "luką" wczoraj to 2435 pkt. a 10 października 2013 to 2385 pkt.) i co najważniejsze w obu przypadkach dochodziło do przełamania wielomiesięcznej linii oporu poprowadzonej przez szczyty indeksu z fazy spadkowej wcześniejszego cyklu 40-tygodniowego. Obecnie pokonana w czwartek półroczna linia oporu zaczepiona była w szczycie z listopad ub. r. a przechodziła przez maksima z lutego i kwietnia tego roku. W ub. r. przełamana 10 października 9-miesięczna linia oporu zaczepiona była w szczycie ze stycznia 2013 i poprowadzona przez maksima indeksu z czerwca, sierpnia i września.

Dosłowne potraktowanie tej analogii daje prognozę szczytu WIG-u 20 przynajmniej tej klasy co ten z 18 listopada 2013 na 30 czerwca tego roku.

Oczywiście nawet uderzającej analogii opartej tylko na jednym precedensie nie należy traktować dosłownie, lecz należy próbować uzgodnić ją ze wskazaniami innych narzędzi. Należy pamiętać, że zachowanie WIG-u 20 w ostatnich latach to jedynie odbicie ogólnego trendu panującego w uniwersum rynków "wschodzących". Dowodem na poparcie tej ostatniej tezy jest poniższy wykres w stylu "znajdź 20 szczegółów, którymi różnią się te dwa rysunki":

 

 

Z powyższego wynika sugestia poszukiwania na wykresie MSCI Emerging Markets Index wskazówek pomocnych przy próbach prognozowania koniunktury panującej na WIG-u 20. Jedną z takich wskazówek może być przebieg cyklu 40-tygodniowego na rynkach wschodzących:

 

 

Jak widać w ramach ostatniego cyklu szczyty indeksu w ramach cyklu 40-tygodniowego były wyznaczane z zadziwiającą regularnością (maj 2011, marzec 2012, styczeń 2013, październik 2013). Gdyby ta regularność została zachowana to następnego maksimum cen akcji na rynkach wschodzących tego samego rzędy należałoby szukać w okolicach 19 sierpnia.

Osobiście kusi mnie myśl, że MSCI Emerging Markets Index dotrze do tego czasu do poziomu szczytu hossy z 2011 roku, co sugerowałoby, że i WIG-20 powinien zachować się podobnie (2917 pkt., chociaż oczywiście nad naszym rynki ciąży regionalny czynnik ryzyka w postaci agresji Rosji na Ukrainę i lokalny czynnik ryzyka związany z kwestią OFE).

Oczywiście pomiędzy wcześniejszą sugestią szczytu w okolicach 30 czerwca a późniejszą sugerującą maksimum raczej w okolicach 19 sierpnia jest spora różnica, ale biorąc pod uwagę to, że mamy ciągle jeszcze maj, proponuję na razie się tym zbytnio nie przejmować.

 

13:32, bialek.wojciech
Link Komentarze (576) »
piątek, 16 maja 2014

Mijający tydzień rozpoczął się od wyjścia szeregu kluczowych indeksów w USA i strefie euro na poziomy nowych historycznych rekordów, a zakończył od tych rekordów odpadnięciem. Wydaje się, że początkowo pozytywny rozwój wydarzeń na rynkach akcji był konsekwencją odbicia się kursu EUR/USD od poziomu 1,40. Poziom ten był atakowany w poprzednim tygodniu w czwartek podczas posiedzenia ECB i dopiero obietnica kolejnego poluzowania polityki pieniężnej na czerwcowym posiedzeniu (5-tego) złożona przez szefa banku centralnego strefy euro spowodowała gwałtowną zmianę krótkoterminowego trendu i przecenę euro o 3 centy w ciągu tygodnia.

Porównując zachowanie kursu euro wobec dolara z zachowaniem DAX-a (niemieccy eksporterzy powinni być bardzo wrażliwi na kurs euro) można dojść do wnioski, że to 1,40, które zdołał tydzień temu obronić Mario Draghi to rzeczywiście istotny poziom. Dwie ostatnie cykliczne hossy na DAX-ie kończyły się w 2007 i 2011 roku, gdy euro umacniało się względem dolara powyżej poziomu 1,40:

 

 

Można zaryzykować hipotezę, że i w obecnych cyklu ewentualne wyjście EUR/USD powyżej poziomu 1,40 wywołałoby prędzej czy później podobny efekt czyli przełożyło się na koniec hossy na rynkach akcji w strefie euro. Ewentulna niezdolność ECB do zadowolenia oczekiwań rynkowych na posiedzeniu 5 czerwca mogłoby zaowocować takim właśnie umocnieniem euro.

Oczywiście sugerowana powyżej prawidłowość wcale nie zadziałała w opisany sposób w drugiej połowie 2010 roku, kiedy EUR/USD też wzrosło powyżej poziomu 1,40 a na rynkach akcji nic specjalnego się nie wydarzyło. Tak więc mamy tu do czynienia jedynie z pewną domniemaną tendencją, chociaż wydaje się, że w kontekście odżywających ostatnio w strefie euro (i poza nią - patrz deflacja na Węgrzech i nasze +0,3 proc. dynamika CPI w maju) deflacyjnych lęków taka ewentualna dalsza aprecjacja europejskiej waluty zostałaby odebrana rzeczywiście negatywnie przez rynki.

Zupełnie inaczej prezentowała się sytuacja po drugiej stronie Atlantyku. Tu zmiana roczna PPI (dla wyrobów gotowych "finished goods") skoczyła +3,1 proc. na 2-letnie maksimum, a dynamika CPI wyniosła 2 proc. czyli tyle ile ostatnio w lipcu ub. r. Ta rosnąca stopniowo od października dynamika wskaźników inflacji wydaje się być typowym objawem przegrzewania się koniunktury w gospodarce USA podobnie jak wcześniejsze sygnały z rynku pracy. Trudno się temu specjalnie dziwić - o ile ożywienie po kryzysie z lat 2007-2009 w Europie zostało brutalnie przerwane w latach 2011-2012 przez kryzys strefy euro, z którego nasz kontynent dopiero stopniowo wychodzi o tyle w USA ożywienie gospodarcze kontynuowane było przez 5 minionych lat.

 

Na powyższym obrazku zaznaczyłem poziomy dynamiki CPI i PPI w USA osiągane w marcu 2000, październiku 2007 i kwietniu 2011, czyli w momentach, w których rynek akcji w USA ustanawiał najistotniejsze szczyty hossy minionych kilkunastu lat. Przyglądając się temu obrazkowi zaryzykowałbym stwierdzenie, że na podstawie ostatnich doświadczeń minionych kilkunastu lat sygnałem do spadków cen akcji na Wall Street w obecnym byłoby ewentualne wyjście dynamiki CPI powyżej 3 proc. lub skok dynamiki PPI ("finished goods") powyżej 6 proc.

Z 2 na 3 proc. w przypadku CPU i z 3 na 6 proc. w przypadku PPI to długa droga, ale przy pojawieniu się jakiegoś niespodziewanego szoku na rynku surowców ten dystans wskaźniki inflacji mogłyby pokonać w bardzo krótkim czasie. I tu oczywiście ewentualne umocnienie dolara  działałoby hamująco na dynamikę wskaźników inflacji opóźniając ich wejście w rejony wywołujące nerwowość w FED i wśród inwestorów. 

Oczywiście i tu zaproponowana przeze mnie formuła zawiodłaby dekadę temu, kiedy to dynamika wskaźników również była wysoka, a nie wywołało to poważniejszych spadków cen akcji (ówczesna cykliczna bessa przyjęła postać fali "pędzącej").

Gdyby w obecnym cyklu surowce zachowały się w typowy sposób, czyli zaczęły w najbliższym czasie silnie zwyżkować, to oczywiście pojawiłaby się równoczesna presja na osłabienie dolara (czyli umocnienie euro) i wzrost dynamiki wskaźników inflacji. Oba zjawiska jak starałem się pokazać w obecnych warunkach prawdopodobnie doprowadziłby do "klasycznych" spadków na giełdach pojawiających się w okolicach szczytu ożywienia gospodarczego.

12:05, bialek.wojciech
Link Komentarze (340) »
wtorek, 06 maja 2014

Najnowsze informacje na temat sytuacji panującej na rynku pracy w USA w kwietniu można interpretować jako sygnał przegrzewania się koniunktury gospodarczej w tym kraju. Stopa bezrobocia spadła do najniższego poziomu od września 2008 roku (6,3 proc.). Równocześnie w kwietniu liczba zatrudnionych w sektorze pozarolniczym wzrosła najbardziej od stycznia 2012 (+288 tys.). W okresie minionych przynajmniej 66 lat z sytuacją, gdy stopa bezrobocia ustanawia przynajmniej 5-letnie minimum a równocześnie liczba zatrudnionych rośnie najbardziej od przynajmniej 2 lat mieliśmy do czynienia wcześniej jedynie 3-krotnie - w listopadzie 1964, w lipcu 1987 oraz w marcu 2000:

 

 

Co intrygujące dwa z tych trzech sygnałów od 1948 roku pojawiły się prawie dokładnie w kluczowych szczytach S&P 500 z sierpnia 1987 i marca 2000.Trzeci sygnał z końca 1964 roku również podobnie jak 2 wspomniane wystąpił po 5 latach silnej hossy (od 1949 roku), ale nie miał tak jednoznacznie szczytowego charakteru jak dwa pozostałe:

 

 

Informacje na temat sytuacji na amerykańskim rynku pracy w kwietniu poznaliśmy na początku maja, więc obecna sytuacja na Wall Street odpowiada tej z początku kwietnia 2000, początku sierpnia 1987 oraz początku grudnia 1964. Tak wygląda porównanie ścieżki S&P z okresu minionych 2 lat z tymi poprzedzającymi wspomniane sygnały:

 

 

Jak widać maksymalny "historyczny" potencjał wzrostowy dla S&P 500 w okresie następnych 2 lat wynosi jedynie 11 proc., zaś maksymalny potencjał spadkowy sięga -35 proc., czyli jest ponad 3-krotnie większy.

Projekcja wartości S&P 500 uzyskana przez uśrednienie zachowania indeksu wokół takich sygnałów jak ten otrzymany kilka dni temu ("stopa bezrobocia na przynajmniej 5-letnim minimum, zmiana zatrudnienia najwyższa od przynajmniej 2 lat") prezentuje się następująco:

 

 

Gdyby traktować ją dosłownie - a oczywiście nie należy tego czynić - to S&P 500 ustanowiłby szczyt rozpoczętej w październiku 2011 fali hossy za niecałe 2 miesiące (40 sesji) czyli na początku lipca w okolicach poziomu 1922 pkt. wyższego niż ten zanotowany na zamknięcie poniedziałkowej sesji o 2 proc. Natychmiast potem nastąpiłoby tąpnięcie o nieco ponad 10 proc., a bessa skończyłaby się jesienią 2015 w okolicach szczytów indeksu z 2000 i 2007 roku.

Osobiście uważam za mało prawdopodobne, by ewentualne spadki cen akcji w USA przeciągnęły się poza IV kw. tego roku czyli oczekiwany termin osiągnięcia dołka cyklu prezydenckiego. Raczej obstawiałbym zrealizowanie całego potencjału spadkowego sugerowanego przez powyższą projekcję ("ruch powrotnego" do szczytów z 2000 i 2007 roku mniej więcej tej klasy co spadek z 2011 roku) jeszcze w tym roku.

Niezależnie od dokładności powyższej projekcji uzyskanej poprzez uśrednienie trzech raczej odmiennych od siebie ścieżek indeksu (czwarta - czyli obecna - może być jeszcze inna), powyższe rozważania stanowią kolejny argument sugerujący systematyczne narastanie średnioterminowego ryzyka dalszego przebywania na rynku akcji.

15:34, bialek.wojciech
Link Komentarze (799) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22