Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
czwartek, 21 maja 2015

W środę średnia transportowa Dow Jonesa spadła do najniższego poziomu od pół roku. Indeks ten ustanowił swój ostatni historyczny szczyt już w grudniu ub. r. i od tamtej pory nie był w stanie go pokonać. Tymczasem średnia przemysłowa Dow Jonesa jeszcze we wtorek ustanawiała kolejny historyczny rekord.

 

 

Tym samym dostaliśmy klasyczny sygnał dywergencji pomiędzy obydwoma indeksami, który zgodnie z jednym z postulatów klasycznej „teorii Dowa” powinien stanowić sygnał ostrzegający przed potencjalną zmianą koniunktury gospodarczej w USA. Zgodnie z logiką tej koncepcji brak potwierdzenia nowych rekordów średniej przemysłowej ze strony średniej transportowej oznacza, że ruch wyprodukowanych towarów związany z handlem nimi zaczyna gasnąć, co za jakiś czas zostanie dostrzeżone przez przemysł, który zareaguje zmniejszeniem tempa produkcji.

Nie jest jasne na ile ta archaiczna koncepcja stworzona w czasach, gdy Dow Jones Transportation Average składała się z akcji linii kolejowych, jest aktualna w dzisiejszych czasach, ale tego typu sygnał jest na tyle rzadki, że warto mu się przyjrzeć bliżej. Od końca XIX wieku sytuacja, w której nowy rekord DJIA i półroczne minimum DJTA odległe są od siebie o nie więcej niż 5 sesji, zdarzyła się jedynie dwukrotnie – 30 sierpnia 1999 i 20 stycznia 2000. De facto był to więc jeden rozwleczony w czasie sygnał ostrzegający przed 2,5-letnią bessą, która rozpoczęła się na Wall Street w marcu 2000 roku i która poprzedziła recesję w gospodarce USA w 2001 roku.

 


 

Na poniższym obrazku nałożyłem ostatnie zachowanie obu indeksów na to wokół sygnału z sierpnia 1999:

 


 

Jeśli zliberalizujemy kryterium wzajemnej odległości tych sygnałów na DJIA i DJTA do 10 sesji, to otrzymamy w okresie minionych 118 lat 8 takich sygnałów. 

 

 

Ich cechą wspólną jest to, że pomiędzy 39-tą a 67-ą sesją po sygnale DJIA zawsze była niżej niż w momencie generowania sygnału. Sygnał z tego tygodnia można więc potraktować jako sugestię, że za 2-3 miesiące średnia przemysłowa Dow Jonesa raczej będzie niżej niż obecnie.

 

 

Warto również zwrócić uwagę, że tylko w jendym przypadku z tych ośmiu DJIA była w rok po sygnale wyżej niż w momencie jego generowania. Było tak po sygnale z 29 lipca 1998 roku. 

Projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 8 historycznych sygnałów spada o ok. 12 proc. w ciągu następnych 19 miesięcy, co sugeruje, że tego typu sygnał rzeczywiście nie wróży zbyt dobrze cenom akcji w USA.

 


 

Wadą tego podejścia do omawianego sygnału jest to, że wśród tych 8 historycznych przypadków spełniające "zliberalizowane" kryterium pojawienia się podobnego do obecnego sygnału znalazły się sytuacje z przeszłości niekoniecznie bardzo podobne do obecnej. Skalę tego podobieństwa można próbować zmierzyć sumując wartości współczynników korelacji ścieżek DJIA i DJTA z ostatniego roku ze ścieżkami wokół tych 8 sygnałów z przeszłości.

 


 

Jak widać niektóre przypadki były zupełnie niepodobne do obecnego (sygnał z 1919 roku), zaś wśród podobnych króluje sygnał z końca lipca 1998 roku (dla obu indeksów wartości współczynników korelacji ze ścieżkami z minionych 12 miesięcy powyżej 0,95). To wniosek ciekawy o tyle, że wtedy rynki były o kilka tygodnia od szoku jakim stało się bankructwo Federacji Rosyjskiej z sierpnia 1998 . Skutkiem był 6-tygodniowy spadek wartości DJIA o 19,3 proc. w stosunku do lipcowego szczytu (DAX stracił wtedy do października aż 41,6 proc). Tak wyglądałyby ścieżki obu indeksów, gdyby zachowały się obecnie identycznie jak 17 lat temu:


 

Obecna sytuacja jest potencjalnie podobna, bo w końcu nikt chyba raczej nie może z czystym sercem zagwarantować, że w ciągu najbliższych tygodni nie dotrze na rynki informacja o załamaniu się rozmów prowadzonych z rządem Grecji, czego prawdopodobnym skutkiem byłaby niezdolność Grecji do obsługi swego długu. Jest wątpliwe,  czy średnia transportowa Dow Jonesa może coś sensownego „wiedzieć” na ten temat – zapewne jedynie reaguje na spowolnienie wzrostu gospodarczego w USA związane z wcześniejszym umocnieniem dolara. Tym niemniej sygnał jest ciekawy i losy tej dywergencji warto śledzić w najbliższym czasie, zwłaszcza w kontekście wcześniejszych sugestii na temat podobieństwa lat 2015 i 1998 wynikających z przedstawianej interpretacji pozycji rynków w ramach cyklu Kuznetsa



 

18:19, bialek.wojciech
Link Komentarze (152) »
piątek, 15 maja 2015

Według GUS PKB w naszym kraju był w I kw. wyższy niż przed rokiem o 3,5 proc., co oznacza, że roczna dynamika wzrostu przyspieszyła z +3,3 proc. notowanych w III i IV kw. ub. r., chociaż ciągle była niższa od +3,6 proc. w II kw. ub. r. Ten wynik można od razu skonfrontować ze wskazaniami dwóch wersji wskaźnika wyprzedzającego dla dynamiki polskiego PKB, które przedstawiłem pół roku temu, opartego o "szerokość" wzrostu gospodarczego w krajach OECD. Pierwszy z nich zlicza rosnące i spadające OECD-owskie wskaźniki wyprzedzające koniunktury gospodarczej dla poszczególnych krajów, drugi uwzględnia wskaźniki ustanawiające roczne maksima i minima. Obecnie wyglądają tak:

 

 

 

W przypadku pierwszej wersji wskaźnika wyprzedzenie w stosunku do dynamiki polskiego PKB wynosi średnio 9 miesięcy i obecnie sięga grudnia tego roku (OECD publikuje wskaźniki z 2-miesięcznym opóźnieniem). Druga wersja wskaźnika "widzi" przyszłość 7 miesięcy do przodu, czyli obecnie do października. Wnioski? Niejednoznaczne. Z jednej strony najwyraźniej coraz większa liczba wskaźników wyprzedzających rośnie lub coraz mniejsza spada, bo pierwsza wersja wskaźnika rośnie dosyć wyraźnie sugerując poprawę koniunktury gospodarczej w Polsce do września i utrzymanie jej wysokiego poziomu do grudnia. Z drugiej strony wartość tego wskaźnika pomimo wzrostu nie przekracza ubiegłorocznych poziomów, co sugeruje, że pozytywny wpływ ogólnej koniunktury gospodarczej w krajach OECD nie powinien być większy niż w zeszłym roku. Co więcej druga wersja wskaźnika nie spada, ale i nie rośnie, potwierdzając hipotezę, że na jakiś boom w globalnej gospodarce raczej nie ma co w tym roku liczyć. 

Podobne podejście można zastosować do koniunktury gospodarczej w Unii Europejskiej. Komisja Europejska publikuje dla każdego kraju UE użyteczny wskaźnik znany jako Economic Sentiment Index obliczany jako wypadkowa wskaźników koniunktury w poszczególnych segmentach gospodarki. Tak na przykład wygląda ESI dla polskiej gospodarki:

 

 

Nie ma tu żadnego wyprzedzenia w stosunku do dynamiki PKB (współczynnik korelacji 0,8), ale wskaźnik jest publikowany co miesiąc i kwietniowy wzrost jego wartości do najwyższego poziomu od maja 2011 sugeruje, że II kwartał powinien rozpocząć się od kontynuacji pozytywnego trendu w polskiej gospodarce. 

Jeszcze wyższa jest wartość współczynnika korelacji ESI dla strefy euro z roczną dynamiką jej PKB (0,92). Co więcej pojawia się tu średnio 2 miesięczne wyprzedzenie. Ostatnie zachowanie tego wskaźnika pozwala podejrzewać, że w II kw. tego roku roczna dynamika PKB w strefie euro przekroczy poziom 1 proc. z I kw. i poziom 1,1 proc. z I kw. 2014. Szału nie ma, ale dobre i to. 

 

 

Korzystając z ESI dla poszczególnych krajów UE można stworzyć wskaźnik szerokości wzrostu gospodarczego w Unii Europejskiej przedstawiony poniżej na tle dynamiki PKB Polski. Wykorzystałem tu tylko ESI dla krajów "starej" Unii (bez nowych członków przyjmowanych od 2004 roku) za wyjątkiem Irlandii, dla której z jakichś względów wartości wskaźnika dostępne w bazie danych programu Ecowin, z którego korzystam nie obejmują pełnego okresu. Wartość wskaźnika szerokości oparta jest na saldzie rocznych ekstremów (maksimów i minimów) ustanawianych przez poszczególne wskaźniki. 

 

 

Korelacja z dynamiką PKB w naszym kraju nie jest zbyt wysoka, średnie wyprzedzenie również nie jest zbyt duże (4 miesiące). Wnioski? Do lipca-sierpnia wpływ koniunktury w krajach starej UE na dynamikę naszego PKB powinien być coraz bardziej pozytywny, ale z faktu, że wartość wskaźnika pomimo wzrostu trwającego od września ub.r. jest bardzo daleka od szczytu z końca 2013 roku, wyciągałbym wniosek, że również i w tym przypadku nie ma raczej mowy o jakimś gospodarczym boomie w Unii Europejskiej w tym roku, który przełożyłby się na gwałtowny wzrost popytu zagranicznego w naszym kraju. Zachowanie tego wskaźnika trochę przypomina to z 2011 roku. Wtedy załamanie wartości z +6 na -1 nadeszło w kwietniu, o czym dowiedzielibyśmy się miesiąc później. Wtedy ceny akcj osiągnęły szczyt właśnie kwietniu 2011, a załamanie nadeszło dopiero w sierpniu po ponad 3 miesiącach przebywania wskaźnika w strefie wartości ujemnych. 

15:03, bialek.wojciech
Link Komentarze (143) »
piątek, 08 maja 2015

W poprzednim miesiącu Nasdaq Composite po raz pierwszy od 15 lat ustanowił nowy historyczny rekord wspinając się powyżej poziomu z marca 2000 roku. Dwa miesiące wcześniej również na najwyższy poziom w historii wyszła wartość indeksu S&P 500 urealnionego CPI:

 

 

Takie sygnały - powrót realnej wartości S&P 500 do poziomu szczytu poprzedniej pokoleniowej hossy - zdarzają się raz na pokolenie. Poprzednio generowane były w grudniu 1992, grudniu 1958, maju 1928 i grudniu 1899.

Cztery wcześniejsze sygnały pojawiały się co 29, 30 i 34 lata, zaś obecny już po 23 latach od poprzedniego. W obecnym cyklu odrobienie strat (w ujęciu realnym) poniesionych w trakcie pokoleniowej bessy trwało 15 lat. W poprzednich cyklach zajęło to 24 lata, 29 lat, 19 lat i 17 lat. Obie liczby są najmniejsze w obecnym cyklu, co świadczy o sile obecnego cyklu pokoleniowego na amerykańskim rynku akcji lub też o "nienaturalnym" (np. spowodowany przez stosowanie QE) charakterze ostatniej hossy. 

W obecnym cyklu odrobienie strat (u ujęciu realnym) trwało 15 lat. W poprzednich cyklach zajęło to 24 lata, 29 lat, 19 lat i 17 lat. 

Oczywiście nie ma gwarancji, że obecny cykl będzie podobny do poprzednich, ale gdyby jednak S&P 500 urealniony CPI chciał zmieścić się w "historycznej" normie wyznaczonej przez 4 dostępne precedensy, to musiałby nadal zwyżkować przez przynajmniej 16 miesięcy o przynajmniej 60 proc. W poszczególnych przypadkach  wzrosty wynosiły +290 proc. w 7 lat, +60 proc. w 10 lat, +60 proc. w 16 miesięcy i +80 proc. w 11 lat). 

 

 

To, że 3 z tych 4 pokoleniowych fal wzrostowych kontynuowane były przez 7-11 lat po odrobieniu strat z poprzedniej bessy powoduje, że projekcja uzyskana przez uśrednienie 4 ścieżek realnego S&P 500 wokół wspomnianych sygnałów z lat 1992, 1958, 1928 i 1899 rośnie aż do 2022 roku (z przerwą w latach 2016/17-2019/20), co jest rzadkim przypadkiem, w którym długoterminowa projekcja dla S&P 500 nie ustanawia szczytu w okolicach 2017 roku. 

 



13:22, bialek.wojciech
Link Komentarze (198) »
czwartek, 30 kwietnia 2015

W trakcie ostatniego cyklu Kitchina cykl 40-tygodniowy na wschodzących rynkach akcji cechował się bardzo silną regularnością. Kolejne szczyty dolarowego MSCI Emerging Markets Index wypadały co 292-316 dni. Powtórzenie się podobnej regularności w obecnym cyklu dałoby następny szczyt cykl 40-tygodniowego w okolicach 5 lipca tego roku (od 22 czerwca do 16 lipca):

 

 

Obserwowana w ostatnim okresie regularność tego cyklu pozwala na stworzenie dwu standardowych projekcji wartości MSCI Emerging Markets USD Index. Jednej opartej na uśrednieniu przebiegu indeksu wokół szczytów z 4 ostatnich cykli:

 


... i drugiej uzyskanej przez uśrednienie zachowania indeksu wokół dołków 4 ostatnich cykli:

 

 

Ostatni szczyt cyklu 40-tygodniowego ma indeksie MSCI EM (USD) to 3 września ub. r., zaś ostatni dołek cyklu wypadł 16 grudnia ub. r. Spośród 5 porównywanych cykli stopy zwrotu indeksu w obecnym cyklu zajmują drugie miejsce zarówno w przypadku ścieżek po szczytach jak i ścieżek po dołkach (obecny cykl był mocniejszy od trzech, a słabszy od jednego). 

A oto obie wspomniane projekcje:

 

 

 

W obu lipiec pojawia się jako oczekiwany termin szczytu cen akcji. Co do terminu następnego dołka cyklu 40-tygodniowego są już rozbieżności: projekcja "dołkowa" sugeruje wrzesień tego roku, "szczytowa" przełom października i listopada. Gdyby uśrednić odległości 5 ostatnich dołków cyklu 40-tygodniowego na MSCI EM USD Index to otrzymalibyśmy średnią długość cyklu wynoszącą 292,25 dni (w porównaniu do 305 dni uzyskanych po przeprowadzeniu takiej same operacji na datach 5 ostatnich szczytów cyklu). Zastosowanie tych 292 dni daje okolice 4 października tego roku jako termin końca spadkowej fazy cyklu 40-tygodniowego. 

Ponieważ faktyczne wzrostu cen akcji na rynkach "wschodzących" w dużej mierze wyczerpały sugerowany przez obie projekcje potencjał wzrostowy, to można sobie wyobrazić, że w najbliższym czasie MSCI EM USD Index odda nieco zdobytego do połowy marca terenu korygując się w sposób podobny do tego z lutego-marca, po czym wykorzysta pozostający do teoretyczne lipcowego  szczytu czas na jeszcze jedną zwyżkę zbliżoną być może charakterem do pierwszej fali wzrostu z okresu grudzień-luty.  

Obecnie wydaje się, że pierwszej podwyżki stóp FED doczekamy się po wakacjach we wrześniu lub październiku. Sądzę, że oczekiwany we wrześniu/październiku/listopadzie dołek następnego cyklu 40-tygodniowego na EM wyznaczony zostanie przez apogeum lęków przez negatywnymi skutkami dla rynków peryferyjnych oczekiwanego odpływu kapitału wywołanego przez rozpoczęcie przez Rezerwę Federalną zaostrzania polityki pieniężnej. 

15:10, bialek.wojciech
Link Komentarze (181) »
czwartek, 23 kwietnia 2015

Najnowsze dane GUS na temat produkcji w przemyśle, budownictwie i sprzedaży detalicznych nakreśliły raczej optymistyczny obraz koniunktury gospodarczej w naszym kraju. Dynamika produkcji przemysłowej (+8,8 proc.) okazała się najwyższa od ponad 4 lat. Sprzedaż detaliczna – po urealnieniu CPI +4,6 proc. – była najwyższa od kwietnia ub. r. Jedynie +2,9 proc. wzrost w porównaniu do marca ub.r. wielkości produkcji budowlano-montażowej wypadł stosunkowo mało imponująco. Analizujące te dane łącznie można ocenić, że co prawda w I kw. dynamika PKB w naszym kraju wyniosła mniej więcej tyle samo co w IV kw. ub. r. (+3,3 proc.), ale rosnące w ostatnich dwóch miesiącach i najwyższe w marcu od kwietnia ub. r. tempo wzrostu dobrze wróżyło na następne miesiące.

 

 

Na powyższym wykresie widać 4 pełne podstawowe cykle gospodarczego (średnio 40-miesięczne cykle Kitchina) wyznaczane przez dołki kolejnych spowolnień gospodarczych ze stycznia 1999, grudnia 2001, kwietnia 2005, lutego 2009 oraz grudnia 2012. Okres pomiędzy styczniem 1999 a grudniem 2012 to 14 lat bez jednego miesiąca czyli 167 miesięcy, co na jeden cykl daje średnio 41,75 miesiąca dosyć blisko kitchinowskich 40 miesięcy. 

Mając do dyspozycji 4 pełne cykle postanowiłem wymodelować obecny cykl jako uśrednienie przebiegu jego 4 poprzedników. Wynik mocno mnie zaskoczył:

 

 

Z powyższej projekcji wynika ni mniej ni więcej, że - gdyby obecny rozpoczęty w dołku spowolnienia z grudnia 2012 cykl miał być "typowy" - to trwająca od sierpnia ub. r. poprawa koniunktury okazałaby się jedynie tymczasowa, spowolnienie gospodarcze powinno być lada moment wznowione i kulminować dopiero w dokładnie 40 miesięcy po poprzednim dołku czyli dopiero w kwietniu przyszłego roku. Dołek koniunktury z sierpnia ub. r., który wypadł w 20 miesięcy po dnie poprzedniego spowolnienia z grudnia 2012, wygląda tu raczej jak jedynie półmetek pełnego cyklu. 

Otrzymany rezultat zlekceważyłem, jako że o obecnym cyklu można powiedzieć wszystko tylko nie to, że jest typowy. 

Przypomniałem sobie jednak o tym dziwnym wyniku, gdy obejrzałem zachowanie rocznej zmiany OECD-owskiego indeksu wskaźników wyprzedzających koniunktury gospodarczej dla Polski w wersji "trend restored":

 



Wskaźnik zachowuje się paskudnie spadając od listopada 2013 i w grudniu ub. r. (niestety publikowany jest dużym opóźnieniem) trafiając na 17-miesięczne minimum. Niektóre z takich sygnałów ostrzegawczych z przeszłości okazały się prorocze i generalnie nie pojawiały się u progu ożywienia. Raczej przeciwnie. 

 


 

Ten sam OECD-owski wskaźnik w wersji "amplitude adjusted" nie wygląda tak źle, ale i tak w lutym spadł po raz 4-ty:

 


 

Takie 4 kolejne spadki też często nie wróżyły zbyt dobrze koniunkturze gospodarczej w najbliższej przyszłości:

 

 

Nie przesądzając, czy to wszystko ma jakiś większy sens w obecnym nietypowym cyklu sugeruję, by bacznie przyglądać się w najbliższym czasie danym na temat wzrostu gospodaeczego w Polsce i na swiecie, by - gdyby jednak okazało się, że wizja stopniowo rozkręcającego się ożywienia nie jest jest jednak realizowana - nie być zbytnio zaskoczonym. 

19:40, bialek.wojciech
Link Komentarze (122) »
piątek, 17 kwietnia 2015

Nie będę się dzisiaj rozpisywał, tylko nawiązując do jednego z wcześniejszych wpisów przedstawię moim zdaniem najbardziej adekwatną do obecnej sytuacji analogię historyczną dla DAX-a opartą na cyklu Kuznetsa:

 

 

Na razie DAX idzie "jak po sznurku" szlakiem wyznaczonym przez wzorzec z lat 1997-1998 ("kryzys rubla lipiec-październik 2014=kryzys azjatycki lipiec -październik 1997") i gdyby tak miało być nadal - to osłabienie z ostatnich dni należałoby zakwalifikować jeszcze jako korektę (mówiąc po elliottowsku 4-kę w sekwencji rozpoczętej w październiku ub. r.; 2-ka była w grudniu ub. r.), po zakończeniu której zwyżka DAX-a będzie kontynuowana do okolic lipca (DAX prawie 14000). 

Najciekawszy w tej analogii jest okres lipiec-październik, w którym DAX traci - przejściowo - jedną trzecią wartości. Wtedy - w 1998 roku - powodem było najpierw bankructwo Rosji, a potem pośrednio nim spowodowany upadek gigantycznego funduszu spekulacyjnego LTCM. Obecnie w roli Rosji sprzed 17 lat można ustawić Grecję - z pewnością niepowodzenie prowadzonych przez ten kraj negocjacji i jego bankructwo byłoby jako wydarzenie niespodziewane poważnym szokiem dla rynków.

 

Z pewnością innym kandydatem na przyczynę korekty mogłyby być oczekiwania, że FED zacznie podnosić stopy zaraz po wakacjach, ale tu doświadczenia minionych kilkunastu lat sugerują, że skala korekty - przynajmniej w USA - nie powinna być zbyt duża.

Innych dobrych pomysłów na wydarzenie, które w okolicach okresu lipiec-październik tego roku mogłoby spowodować na rynkach akcji przecenę porównywalną do tej z okresu lipiec-październik 1998 na razie nie mam. 

 


 


09:10, bialek.wojciech
Link Komentarze (99) »
czwartek, 09 kwietnia 2015

We wpisach sprzed dwóch miesięcy ("Pora na korektę na złotym?") i sprzed dwóch tygodni ("Cykl Kitchina na złotym - nowa projekcja") przedstawiałem argumenty za tym, że trwająca od czerwca ub. r. fala osłabienia złotego ma się ku końcowi. Na razie średni kurs euro i dolara względem złotego ustanowił dwa mniej więcej równorzędne szczyty w styczniu i marcu i w poprzedni piątek wyłamał się w dół z tej domniemanej formacji szczytowej. Tym samym złoty stał się najmocniejszy w tym roku.

Takie wyjście średniego kursu euro i dolara na przynajmniej 2-miesięczne minimum następujące w nie później niż 2 miesiące po ustanowieniu przynajmniej rocznego maksimum to interesujący sygnał. W ostatnich latach pojawiał się wcześniej 4-krotnie (2 kwietnia 2009, 14 lipca 2010, 18 stycznia 2012 i 6 sierpnia 2013):


 

 

Pierwsza z powyższych dat (2 kwietnia 2009) i data najnowszego sygnału (3 kwietnia 2015) odległe są od siebie o prawie dokładnie 6 lat, co sugeruje, że mamy tu do czynienia z cyklem 1,5 rocznym. W praktyce odległości pomiędzy tymi sygnałami oscylowały od ponad 15 do prawie 20 miesięcy.

Kusi mnie by tą cykliczność złotego utożsamić z podwójnym cyklem 40-tygodniowym (bo 1,5 roku, to ponad 78 tygodni, a więc prawie dwukrotność 40-tygodni), a zarazem połową średnio 40-miesięcznego cyklu Kitchina (1,5 roku to 18 miesięcy, a więc "prawie" połowa z 40 miesięcy), ale na razie nie jestem pewien, czy to nie jest naciąganie rzeczywistości do potrzeb. 

Niezależnie od tych spekulacji 4 ostatnie sygnały były bardzo znaczące dla złotego. W każdym z nich złoty umacniał się przez następne ok. 10-11 miesięcy po sygnale. Na 218-tej sesji po sygnale (czyli niecałe 11 miesięcy później) średni kurs dolara i euro względem złotego był zawsze (to znaczy w każdym z tych 4 przypadków) niższy o przynajmniej 3,7 proc. niż w momencie generowania sygnału:


 

 

Oczywiście projekcja uzyskana przez uśrednienie tych 4 sygnałów musi być pozytywna dla złotego w horyzoncie następnego mniej więcej roku i sugeruje spadek średniego kursu obu walut o ok. 7 proc. w stosunku do poziomu ze środy:

  

 

 

Niestety wymowa sygnałów z lat 1995-2003 nie jest już tak jednoznaczna jak tych począwszy od 2004 roku, wiec otwarte pozostaje pytanie, czy doświadczenia z ostatnich lat pozostają w mocy, gdy rynek walutowy przestawił się od wiosny ub. r. na "tryb" mocnego dolara, a złoty nadal pozostaje walutą poruszającą się tak jak euro tyle że "bardziej". 

 


 

Co ciekawe całkowicie jednoznaczna jest wymowa takich generowanych przez rynek walutowy sygnałów powrotu "zagranicy" na polski rynek dla rynku akcji:

 


 

W każdym z tych 14 przypadków WIG był zawsze powyżej swego poziomu w momencie generowania sygnału w około 2,5 miesiące po sygnale, w około 3,5 miesiąca po sygnale (de facto był wtedy przynajmniej 10 proc. na plusie), pomiędzy 8 a 10-tym miesiącu po sygnale i w okolicach 13-tego miesiąca po sygnale. W okresie 10 miesięcy po tych sygnałach można było na WIG-u maksymalnie stracić 7 proc.

 

Prawdę mówiąc po większości z tych sygnałów WIG już nigdy później nie był niżej.

 

Na poniższym wykresie pominąłem ekstremalnie pozytywny dla akcji przypadek sygnału z 1993 roku:

 

 

Oczywiście przy takich parametrach projekcja WIG-u oparta o uśrednienie 13 ostatnich sygnałów (ten z 1993 roku litościwie pominąłem) musi wyglądać zaiste spektakularnie:

 

 

Tak mocna statystyka zachęca do kupna polskich akcji, ale gdyby szukać dziury w całym, to należałoby być może wskazać na fakt, że tym razem dewaluacyjny impuls na złotym, który  zawsze w przeszłości generował pozytywne stopy zwrotu na WIG-u rozegrał się przede wszystkim na dolarze, zaś euro pozostało relatywnie słabe i, gdy miesiąc temu złoty zaczął się umacniać, od razu zjechało do najniższego poziomu od 2011 roku. Umocnienie euro dałoby realne korzyści w dominującym w przypadku naszego kraju handlu ze strefą euro, o czym w obecnym przypadku raczej trudno mówić. W przypadku umocnienia dolara pozytywny wpływ na polski handel nie jest  już tak oczywisty.

Czynię te zastrzeżenia, bo wcześniej planowałem dziś pisać o tym, że przekraczające +27 pkt. proc. saldo optymistów i pesymistów w cotygodniowym sondażu INI Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych utrzymuje się już 10 tygodni z rzędu (teraz już 11-cie). W przeszłości równie długie serie silnego optymizmów krajowych inwestorów indywidualnych zdarzyły się jedynie 3-krotnie zawsze tuż przed wyraźnym spadkiem wartości WIG-u (21 listopada 2013 -9,3 proc. w 4 miesiącem, 24 stycznia 2013 -10 proc. w 3 miesiące i 29 marca 2012 -10,7 proc. w 3 miesiące). Muszę skonstatować skonfundowany, że obu tych sygnałów o sprzecznej - przynajmniej w 3-4 miesięcznym horyzoncie - wymowie uzgodnić się chyba nie da. 


18:57, bialek.wojciech
Link Komentarze (160) »
czwartek, 02 kwietnia 2015

Spadek marcowej wartości ISM Manufacturing do najniższego poziomu od sierpnia 2013 (51,5) sugeruje, że gwałtowne umocnienie dolara, do którego doszło od połowy ub. r. już wpływa negatywnie na koniunkturę w przemyśle USA. Bez wsparcia ze strony podwyżek stóp FED sama aprecjacja dolara nie powinna raczej być w stanie wywołać recesji w amerykańskiej gospodarce. A na swoim ostatnim posiedzeniu FED wyraźnie dał to zrozumienia, że w roku przedwyborczym raczej nie będzie miał zbyt wiele odwagi na agresywne schładzanie koniunktury (na tym oparta jest koncepcja "cyklu prezydenckiego"). Koniunktura zaś była do tej pory dobra o czym świadczy np. 12 z rzędu miesięcy ze wzrostem zatrudnienia poza rolnictwem o ponad 200 tysięcy osób. Ostatni raz taka sztuka udała się gospodarce amerykańskiej na początku 1995 roku. 

 

 

Jak widać taki sygnał nie był specjalnie groźny dla giełdy. Projekcja S&P 500 oparta na tych 5 sygnałach spada do poziomu 1955 pkt. gdzieś w połowie czerwca, po czym wznawia hossę i rośnie do poziomów przekraczających 3000 pkt. 

200 tysięcy miejsc pracy obecnie to jednak nie to samo co tyle samo nowych zatrudnionych 30 czy 50 lat temu. Zmodyfikujmy więc to kryterium do miesięcznego wzrostu zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w USA o przynajmniej 1,3 promila siły roboczej. Mamy teraz 2 możliwości: albo w piątek okaże się jednak to kryterium było spełnione 13-ty miesiąc z rzędu, albo też dobra passa zostanie przerwana (co zapowiada środowy ADP na poziomie 189 tysięcy). 

Oto sygnały, ścieżki S&P 500 wokół tych sygnałów i projekcja uzyskana poprzez uśrednienie tych ścieżek dla tego pierwszego przypadku (dobra koniunktura na rynku pracy utrzymuje się w marcu):

 


 

Dla porównania sygnały, ścieżki S&P 500 wokół sygnałów i projekcja wartości indeksu oparta na ich uśrednieniu w tym drugim przypadku (w marcu następuje wyraźne pogorszenie sytuacji na rynku pracy):

 

 

 

 

 

Jak widać wyraźnie z tego porównania, jeśli grające na giełdzie nowojorskiej komputery maja choć trochę rozumu, to na "złe" dane (spadek miesięcznego przyrostu zatrudnienia poniżej powiedzmy 204 tysięcy) powinny reagować wzrostami cen akcji. I odwrotnie jeśli dane z rynku pracy w marcu będą "dobre" (zatrudnienie nadal silnie wzrośnie), to wydaje się, że racjonalną reakcją rynku powinien być spadek cen akcji. 

Ta różnica pomiędzy obiema projekcjami - pierwszą opartą na sygnałach typu "seria przynajmniej 12 miesięcy silnego wzrostu zatrudnienia zostaje przerwana" i drugiej opartej na sygnałach typu "silny wzrost zatrudnienia trwa 13-ty miesiąc" - wynika w dużej mierze z tego, że w tym drugim przypadku sygnał pojawia się na początku października 1987 roku, a więc na parę dni przed słynnym ówczesnych krachem na Wall Street, który w jednej chwili zredukował ceny akcji o jedną trzecią.

1987 to też był rok przedwyborczy taki jak obecny, więc takie rzeczy się zdarzają, ale osobiście przypisuję wystąpieniu zdarzenia tej klasy prawdopodobieństwo jeszcze mniejsze niż 1/7 wynikająca z powyższej analizy historycznej. Lata 1985-1986, które przyniosły załamanie cen surowców podobne do tego z ostatniego okresu, można rzeczywiście porównywać do obecnych czasów. Tyle, że krach z października 1987 nadszedł dopiero w 15 miesięcy po tym jak ceny surowców zaczęły znowu rosnąć, w 14 miesięcy po dołku rentowności obligacji 10-letnich amerykańskich rządu i w 10 miesięcy po tym jak FED zaczął podnosić stopy procentowe.

Kiedy FED zacznie podnosić stopy nie wiemy - w marcu dał do zrozumienia, że później niż w czerwcu tego roku. Gdyby przyjąć, że styczniowe dołki Goldman Sachs Commodity Index i rentowności 10-latek okazały się ostateczne (a nie jest to przecież pewne), to wiosną 2016 po 14-15-miesięcznym wzroście cen surowców i rentowności obligacji analogia z 1987 rokiem mogłaby wyglądać atrakcyjnie. Na razie to podobieństwo wynikające z podobnego zachowania się rynku pracy wtedy i obecnie wydaje się być mylące. 

W jednym z tych 7 historycznych przypadków (1969) zachowania rynku pracy w USA równie dobrego jak ostatnio taki sygnał ostrzegał przed przegrzaniem koniunktury i nachodzącą recesją (1970). Ale znowu ówczesna recesja w gospodarce USA wywołana została wzrostem długoterminowych stóp procentowych będącego skutkiem ucieczki złota z USA, która w 1971 roku zmusiła ten kraj do ogłoszenia de facto bankructwa na wcześniejszych zobowiązaniach co do wymienialności dolara na złoto w oficjalnych transakcjach z innymi rządami i bankami centralnymi. Obecnie - sądząc po aprecjacji dolara - mamy do czynienia raczej  napływem kapitału do USA a rentowności tamtejszych obligacji przez cały ubiegły rok ponownie spadały. Więc i analogia historyczna z 1969 rokiem nie wydaje się trafna.

Jest jeszcze sygnał z końca 1965 roku, kiedy to przedłużanie się dobrej koniunktury na rynku pracy groziło stratami na rynku akcji rzędu 20 proc. W tym przypadku również schłodzenie koniunktury na rynku pracy "rozładowałoby" to zagrożenie płynące z przedstawionej "statystyki". 

W pozostałych 4 przypadkach nie pojawiają się spadki wartości S&P 500 o skali, która mogłaby w zasadniczy sposób zmieniać wcześniejsze oczekiwania kontynuacji hossy do okolic 2017 roku. 

Podsumowując: im gorzej (na rynku pracy w USA), tym lepiej (dla Wall Street). 

18:13, bialek.wojciech
Link Komentarze (83) »
czwartek, 26 marca 2015

W rok po poprzednim wpisie na temat cyklu Kitchina na polskiej walucie pora na uaktualnienie. Zachowanie średniego kursu euro i dolara amerykańskiego względem złotego na tle przedstawionej wtedy projekcji wygląda tak:

 

 

Gdyby tę projekcję traktować poważnie, to należałby dojść do wniosku, że w tym cyklu Kitchina (jego średnia długość to ok. 40 miesięcy) waluty najlepsze czasy miały już generalnie za sobą. 

Ponieważ minęliśmy już kolejny ewidentny szczyt złotego (dołek walut) ustanowiony w ramach cyklu Kitchina 6 czerwca 2014 roku:

 

 

... to można stworzyć nową projekcję zachowania średniego kursu dolara i euro w przyszłości uzyskaną przez uśrednienie ścieżek walut z 5 ostatnich cykli. Wygląda ona tak:

 

 

Gdyby tą nową projekcję traktować poważnie, to można by uznać, że coś co wygląda na rysowaną od stycznia formację "podwójnego szczytu" pojawia się "o czasie". Równocześnie jednak ostatnia fala osłabienia złotego - od czerwca do stycznia/marca - była słabsza od średniej z 5 poprzednich cykli, więc na podstawie powyższej projekcji nie można raczej stwierdzić, że złoty ma obecnie duży potencjał umocnienia.

Oczywiście przedstawiona projekcja reprezentuje jedynie pewną tendencję dominującą w okresie minionych 17 lat. Ta tendencja jest wypadkową zachowania złotego w obrębie 5 poprzednich cykli i nie ma żadnej gwarancji, że w obecnym cyklu złoty zachowa się zgodnie z historyczną średnią. Wystarczy popatrzeć na przebieg średniego kursu euro i dolara w trakcie tych 5 poprzednich historycznych cykli, by zobaczyć, że mocno się od siebie wzajemnie różniły (na czarno ścieżka średniego kursu walut od 6 czerwca ub. r.): 

 


16:08, bialek.wojciech
Link Komentarze (75) »
piątek, 20 marca 2015

FOMC najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, co ja przed tygodniem ("Dolar lekko przesadził") i nieco złagodził wymowę swego środowego komunikatu. Co prawda zniknęło z niego słowa "cierpliwość", ale w zamian obniżone zostały prognozowane ścieżki wzrostu gospodarczego i tempa inflacji, co rynki odebrały jako sygnał odsuwania się w czasie początku podwyżek stóp FED w stosunku do oczekiwanego wcześniej czerwcowego terminu. Dolar zareagował zgodnie z projekcjami przedstawionymi tydzień temu gwałtownym - choć skorygowanym w czwartek - osłabieniem, obligacji i akcje generalnie podrożały. 

Z punktu widzenia cyklu stóp FED obecna sytuacja jest podobna do tych z lat 1992-1994 i 2003-2004, kiedy oprocentowanie funduszy federalnych też tak jak teraz leżało na poziomie powojennych minimów i trwało oczekiwanie na pierwszą podwyżkę stóp. 

 

 

 

Do wywołania recesji i silnej bessy potrzeba generalnie inwersji stóp procentowych (sytuacji, w której stopy krótkoterminowe zaczną być wyższe niż długoterminowe), a do tego potrzebny byłby - "na oko" - wzrost stóp FED do przynajmniej 3 proc. Z obecnego poziomu stóp (0,25 proc.) wymagałoby to wzrostu o 2,75 pkt. proc. W latach 1994-1995 taki wzrost zajął 12 miesięcy i łącznie 7 podwyżek. W latach 2004-2005 wymagało to 15 miesięcy i 11 podwyżek. Na tej podstawie można by sądzić, że warunki do regularnej bessy i recesji gospodarczej powstaną najwcześniej w 4-5 kwartałów po pierwszej podwyżce stóp FED. W obecnych realiach oznacza to najprawdopodobniej najwcześniej drugą połowę 2016 roku. 

W praktyce w dwu ostatnich cyklach trwało to znacznie dłużej:

 


 

Można podejrzewać po środowym komunikacie, że FED podniesie stopy po raz pierwszy później niż w czerwcu, ale nadal nie wiemy, kiedy to nastąpi. Znamy tegoroczny kalendarz posiedzień FOMC więc proponuję zabawę w robienie projekcji dla S&P 500 zakładających kolejno pierwszą podwyżkę 

 

17 czerwca 2015:

 

 

29 lipca 2015:

 

 

17 września 2015:

 

 

28 października 2015:

 

 

16 grudnia 2015:

 


 

Z powyższego ćwiczenia płynie dosyć jednoznaczny wniosek: w dwu ostatnich cyklach - tym z lat 90-tych i tym z ubiegłej dekady - rozpoczęcie przez FED podnoszenia stóp nie groziło poważniejszym spadkiem cen akcji (raz -8,2 proc., raz -8,9 proc. z najwyższego poziomu osiągniętego przed pierwszą podwyżką). Z drugiej strony w obu przypadkach S&P 500 pozostawał relatywnie nisko jeszcze w 10 miesięcy po pierwszej podwyżce (grudzień 1994 i kwiecień 2005). W okresie od 5 miesięcy przed pierwszą podwyżką do 10 miesięcy po niej potencjał wzrostowy S&P 500 powinien być ograniczony (raczej do kilku niż kilkunastu procent) w stosunku do obecnych poziomów (tym bardziej im wcześniej FED zdecyduje się na rozpoczęcie podnoszenia stóp).

 

Wobec powyższego mogłoby się wydawać, że w ciągu najbliższych kilku kwartałów można - wykorzystując lokalne zwyżki na Wall Street - dokonać częściowe realokacji aktywów z amerykańskiego rynku akcji na inne, które w tym czasie będą rokować wyższe stopy zwrotu. 

Z drugiej strony należy dobrze przemyśleć takie ruchy. Powyższe rozważania sugerują, że potencjał spadkowy S&P 500 jest w okolicach pierwszej podwyżki stóp ograniczony. Nie wiemy, czy podobnie jest w przypadku np. "rynków wschodzących", które - tak jak w latach 1994-95 - mogą reagować na początek zaostrzania polityki pieniężnej przez FED znacznie bardziej histerycznie

13:13, bialek.wojciech
Link Komentarze (172) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26