Komentarze finansowe Wojciecha Białka analityka CDM Pekao SA
Wojciech Białek
RSS


Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
piątek, 29 lipca 2016

Po 14 miesiącach przerwy S&P 500 ustanowił w lipcu nowy historyczny rekord (2175 pkt.). Ta sztuka nie udała się niemieckiemu DAX-owi, który gdy S&P 500 wychodził na nowy rekord, pozostawał 20 proc. poniżej poziomu swojego makismum. Tak sytuacja zdarzyła się ostatnio ponad 17 lat temu w grudniu 1998 roku oraz w marcu-kwietniu 1999.

 

 

Wcześniej podoba słabość DAX-a względem S&P 500 pojawiła się w latach 1991-1992, a więc w okresie kryzysu Europejskiego Systemu Walutowego, które elementem był poprzedni "Brexit", czyli wypadnięcie brytyjskiego funta z "węża walutowego" ERM. W okresie minionego pokolenia taki sygnał słabości niemieckiego rynku względem Wall Street pojawił się również w styczniu 1987 roku. Wtedy skończyło się to globalnym tąpnięciem na rynkach akcji, ale nadeszło ono dopiero 9 miesięcy po takim sygnale w październiku 1987, a zanim do niego doszło DAX po wygenerowaniu takiego sygnały do sierpnia o ponad 25 proc. praktycznie wracając do poziomu historycznego szczytu. W obecnych realiach ten spadek przyszedłby więc dopiero w przyszłym roku. 

 


Słabość europejskich rynków akcji względem Wall Street ma zapewne związek z sytuacją wymagających dokapitalizowania czołowych banków strefy euro. Inwestorzy otrzymają więcej informacji na ten temat po dzisiejszej (piątkowej) sesji, kiedy to opublikowane zostaną wyniki „stress testów” europejskich banków.

Jeśli nieco osłabić to kryterium – „DAX ponad 10 proc. poniżej szczytu w momencie ustanawiania przez S&P 500 rekordu” – to otrzymamy dodatkowe sygnały w marcu-kwietniu 1995 roku, czyli na samym początku cyklicznej hossy na WIG-u, która kontynuowana była później do 1997 roku.

 

 

W kwietniu komentowałem sygnały, które pojawiły się na WIG-u i na MSCI Emerging Markets Index, które w przeszłości bezbłędnie (za wyjątkiem braku sygnały w 2005 roku) identyfikowały początek cyklicznej fazy wzrostu na rynku akcji w ramach cyklu Kitchina. W lipcu MSCI Emerging Markets wyszedł na nowe cykliczne maksimum potwierdzając trwanie takiej cyklicznej hossy. Odpowiednio manipulując parametrami można wskazać na analogię obecnej sytuacji na MSCI Emerging Markets Index do tej marca 1999 i kwietnia 2009. 

 

Ponieważ w zeszłym roku wielokrotnie wskazywałem na analogię z 1998 rokiem (np. tu i tu), to pojawianie się obecnie sygnałów, które występowały wiosną 1999 roku potwierdza opartą na cyklu Kuznetsa analogię z okresem po kryzysie azjatyckim i rosyjskim. Swoją drogą od marca 1999 roku NATO bombardowało Jugosławię, a teraz też prezydent podpisał 17 czerwca zgodę na sformowanie polskiego kontyngentu, który w ramach NATO będzie operował w Iraku, Jordanii i Kuwejcie. Tak więc jak gdyby wszystko się zgadza. 


10:18, bialek.wojciech
Link Komentarze (29) »
czwartek, 21 lipca 2016

Gdy ponad 2 lata temu rząd skonfiskował ulokowaną w obligacjach skarbowych połowę oszczędności emerytalnych obywateli zgromadzonych w OFE i umorzył te obligacje, dług publiczny spadł skokowo o 15 proc. czyli o 130 mld zł. Nastąpiło to w lutym 2014. Od tamtej pory dług publiczny znowu narastał i w kwietniu tego roku wyszedł na nowy rekord (890 mld zł). Przejedzenie połowy zgromadzonych w ciągu 15 lat oszczędności emerytalnych obywateli zajęło rządowi 26 miesięcy. W tym czasie dług wzrósł o 148 mld zł czyli o 20 proc. W samym kwietniu zadłużenie przyrosło o 23 mld zł. 

 

 

W tym czasie rósł również nominalny Produkt Krajowy Brutto naszego kraju, ale rósł wolniej od długu publicznego. W efekcie relacja wysokości długu publicznego do wielkości PKB wzrosła o 3,6 pkt. proc. z ok. 44 proc. w lutym 2014 do 47,6 proc. w marcu tego roku. 

Ponieważ w polskiej Konstytucji znajduje się zapis zabraniający przekraczania przez relację długu publicznego do PKB poziomu 60 proc., to łatwo można wyliczyć, że gdyby tendencje - zarówno jeśli chodzi o dług jak i PKB - obserwowane od lutego 2014 były kontynuowane, to bariera ta zostanie przekroczona za 7 lat gdzieś w okolicach drugiej połowy 2023 roku. Poziom z początku 2014 roku - sprzed konfiskaty oszczędności emerytalnych - osiągnięty zostanie w okolicach drugiej połowy 2018 roku.

 

 

Jak widać na powyższym obrazku bardzo podobna tendencja wzrostowa relacji długu publicznego do PKB występowała w latach 2008-2013 i gdyby nie konfiskata oszczędności emerytalnych, to konstytucyjny limit zostałby osiągnięty już w okolicach 2018 roku. Innymi słowy przejedzenie połowy oszczędności emerytalnych kupiło rządowi mniej więcej 5 lat dodatkowego czasu. 

Do tego 2023 roku być może dojdzie do przełamania kryzysowych tendencji na świecie i problem długu publicznego narastającego szybciej niż nominalny PKB przestanie być taki palący. Jeśli tak się nie stanie, to rząd sam może dojść do wniosku, że kurs na zderzenie z konstytucyjnym limitem jest zbyt niebezpieczny dla kraju i podejmie stosowne reformy prowadzące do obniżki wydatków rządu i wzrostu dochodów. Alternatywnie Konstytucja zostanie zmieniona i wspomniany zakaz z niej usunięty. 

W najbardziej pesymistycznym scenariuszu kryzysowe tendencje w światowej gospodarce w ciągu następnych 7 lat nie zostaną przełamane (a wręcz się pogłębią wskutek np. Chinageddonu), rząd będzie pozostawał na kursie i na ścieżce do 2023 roku i dopiero wtedy nowa ekipa wyłoniona w wyborach do Sejmu, które się wtedy powinny odbyć, będzie zmuszona przez rzeczywistość do wprowadzenie drastycznego programu oszczędności prowadzącego na krótką metę do gospodarczej recesji. 

3 lata temu zastanawiając się nad perspektywami naszego kraju po decyzji rządu o konfiskacie - i jak się okazało przejedzeniu - oszczędności emerytalnych postawiłem hipotezę, że Polska podążą za krajami takimi jak Hiszpania, Portugalia czy Grecja z mniej więcej 17 letnim opóźnieniem. Wyszło mi to z porównania dat wychodzenia z dyktatury (pierwszych wolnych wyborów), dat wchodzenia do NATO i do UE dla Polski i tych 3 krajów. Z tej hipotezy wynika, że odpowiednik kryzysu, który w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji rozpoczął się w 2007 roku, w Polsce powinien pojawić się mniej więcej 17 lat później czyli począwszy od okolic 2024 roku. To zdaje się pasować do wcześniejszych wyliczeń. 

Z punktu widzenia cyklu pokoleniowego do gruntownej zmiany politycznej na naszym terenie dochodziło ostatnio w 11-15 lat po dołku pokoleniowego kryzysu: Panika 1907 roku poprzedziła odzyskanie niepodległości przez Polskę o 11 lat, apogeum Wielkiego Kryzys z 1932 roku poprzedziło ostateczny koniec II RP o 13 lat, a następny kryzys pokoleniowy z 1974 roku poprzedził upadek PRL o 15 lat. W obecnym cyklu apogeum pokoleniowego kryzysu wypadło w 2009 roku, więc do następnego (geo-)politycznego przesilenia o pokoleniowym znaczeniu powinno zgodnie z tych nieszczęsnym schematem dojść najpóźniej w 2024 roku. 

W ramach cyklu pokoleniowego początek krachu na rynku surowców z 2014 roku to odpowiednik podobnego ruchu cen na rynkach towarowych z 1980 roku. Czyli mamy obecnie odpowiednik 1982 roku i perspektywę upadku systemu za 7 lat w 2023 roku. 

Oczywiście być może nie należy aż tak bardzo dramatyzować. W końcu wiele krajów nie aż tak bardzo różnych od Polski ma dług publiczny wyższy niż 60 proc. PKB i jakoś funkcjonuje, więc nawet ewentualne przekroczenie tego progu nie oznaczałoby końca świata (choć dzień, w którym Sejm przegłosowałby usunięcie z Konstytucji tego zabezpieczenia mógłby okazać się małym końcem świata dla posiadaczy kredytów walutowych). 

Osobiście - z różnych względów - zakładam, że kryzysowe tendencje panujące w gospodarce światowej trwać będą do końca tej dekady, a później nadejdzie silniejsza fala reflacji, które krajom takim jak Polska powinna przynieść okres fiskalnej ulgi. Ale procesy fiskalne mają swoją bezwładność i można obawiać się, że nawet jeśli od początku nowej dekady koniunktura na świecie zacznie się poprawiać, to ujawnienia się pozytywnych tego skutków Jaś może nie doczekać

Tym bardziej, że rząd zachowuje się tak, jak gdyby nie miał zamiaru dać Jasiowi żadnych szans. Szczyt powojennego boomu urodzeń wypadł w 1955 roku. Od tamtej pory minęło 61 lat i ten szczyt boomu właśnie wchodzi w wiek emerytalny. Jak gdyby obawiając się, że jakimś psim swędem polska gospodarka zdołałaby w jako takiej formie dopełznąć do lepszych czasów, rząd potwierdził ostatnio chęć obniżenia wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn (ktoś może wie dlaczego tak, skoro kobiety żyją obecnie 8 lat dłużej od mężczyzn?). Oczywiście obniżka wieku emerytalnego jest ostatnią rzeczą, którą się robi w obliczu rozpoczynającego się kryzysu demograficznego, ale to pewnie temat na inną okazję. 

Podsumowując: przejadanie oszczędności i zadłużanie się by finansować konsumpcję w nadziei na doczekanie lepszych czasów może okazać się dobrą strategią gospodarczą, jeśli lepsze czasy (czytaj globalna reflacja) rzeczywiście nadejdą, w przeciwnym przypadku już z całą pewnością bardzo głupią strategią. 

 


15:37, bialek.wojciech
Link Komentarze (259) »
czwartek, 30 czerwca 2016

W trakcie pierwszych dwu sesji po brytyjskim referendum FTSE 250 stracił 13,6 proc. Był to największy 2-dniowy spadek tego indeksu od czasu krachu z października 1987 roku. 29 lat temu po takiej 2-dniowej wyprzedaży 19 i 20 października (-18,9 proc.) indeks odbił się w górę na kolejnej sesji, a potem spadał przez następne 20 dni tracąc kolejne 27,9 proc. Dopiero wtedy ustanowiony został dołek, który nie został pobity do dziś. 

 

 

To skojarzenie byłoby bardzo niepokojące w krótkoterminowej perspktywie, gdyby nie to, że inny indeks giełdy londyńskiej - FTSE 100 - który spadł w piątek i poniedziałek jedynie o 5,6 proc., czyli mniej niż podczas 2 sesji 21 i 24 sierpnia ub. r. (-7,4 proc.) - już w środę znalazł się na najwyższym poziomie od ponad 2 miesięcy. 

 

 

To nie jest typowe zachowanie rynku w trakcie krachu. Raczej wprost przeciwnie. Na wykresie FTSE 100 można dopatrzyć się kształtującego się prawego ramienia formacji odwróconej głowy z ramionami. 

Jeśli chodzi o kurs funta względem euro to na razie porusza się on zgodnie z opartym na doświadczeniach z września 1992 roku scenariuszem zaproponowanym przed tygodniem:

 

 

DAX spadł w 2 sesje najbardziej od 15-16 października 2008 roku, ale jego zachowanie można uznać za mieszczące się w ramach wzorca z 1992 roku:

 


 

S&P 500 najpierw spadł o 5,3 proc., a potem wzrósł o 3,5. Ostatni raz takie yo-yo zdarzyło się w sierpniu ub. r. sygnalizując minięcie dołka cyklu 20-tygodniowego. Wtedy z zakupami należał się wstrzymać miesiąc i jeden dzień do czasu testu sierpniowego dołka. 

 


Piątkowa – pobrexitowa - sesja na GPW rozpoczęła się potężnym spadkiem wartości WIG-u 20. W pewnym momencie indeks znalazł się nawet poniżej poziomu styczniowego dołka. Zamknięcie piątkowej sesji nastąpiło jednak znacznie wyżej – ponad 7 proc. powyżej minimum sesji. W okresie minionych 16 lat tylko 2 razy mieliśmy na WIG-u 20 do czynienia z podobnym zjawiskiem. Tak wysoka biała świeca pojawiła się 24 listopada 2008 oraz 11 sierpnia 2011. Pierwszy przypadek był o tyle odmienny od obecnego, że wtedy cała sesja była wzrostowa. W drugim przypadku – tak jak w piątek – sesja zaczęła się od silnego spadku. W 2008 roku po takim sygnale WIG-20 rósł przez 43 dni o 11,6 proc., zaś w 2011 roku przez 20 dni o 6,9 proc. W 7,5 roku temu ostateczny dołek spadków ustanowiony został niecałe 3 miesiące po omawianym sygnale, zaś 7 lata temu 1,5 miesiąca później.  

 

 

Scalenie tych różnych sygnałów w spójny scenariusz dla rynku na najbliższe miesiące nie jest łatwe, ale biorąc po uwagę bardzo mocne w ostatnich dniach zachowanie rynków "wschodzących" sądzę, że dołek cyklu 20-tygodniowego o charakterze zbliżonym do tych z sierpnia ub. r. i stycznia tego roku już został na naszym rynku ustanowiony, chociaż na najsłabszych rynkach strefy euro prawdopodobny jest w lipcu test ostatnich minimów (patrz wrzesień 2015 i luty 2016).

14:06, bialek.wojciech
Link Komentarze (812) »
wtorek, 21 czerwca 2016

Od półwiecza - od czasu upadku systemu z Bretton Woods - kurs brytyjskiego funta względem dolara porusza się w obrębie w miarę regularnego 8-letniego cyklu. 

 

 

Ten cykl to połowa cyklu Kuznetsa, ale ponieważ wydaje się to być bardzo ważna kwestia, to napiszę o niej szerzej przy jednej z następnych okazji. 

Zaczepiona w dołku ze stycznia 2009 roku projekcja kursu USD/GBP uzyskana przez uśrednienie przebiegu 4 poprzednich cykli sugeruje szczyt w maju przyszłego roku w okolicach 0,75 za dolara. 

 

 

Oczywiście ewentualne osłabienie funta po ewentualnej (niewiążącej z prawnego punktu widzenia) decyzji brytyjskiego ludu pracującego miast i wsi o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej pasowałoby do tego cyklicznego schematu dosyć dobrze. 

Gdyby cykl ten miał okazać się regularnie 8-letni, to minimum funta względem dolara (szczyt USD/GBP) powinno wypaść na początku 2017 roku w 8 lat po dołku funta z 23 stycznia 2009 roku. Można też odkładać 16 lat od szczytu USD/GBP z 11 czerwca 2000 roku, czy 24 lata od dołka funta z 15 lutego 1993 roku. 

Ta ostatnia data jest interesująca, bo wypada w 5 miesięcy po poprzednim Brexicie, który miał miejsce 16 września 1992 roku, kiedy to rząd Wielkiej Brytanii podjął decyzję o opuszczeniu przez brytyjską walutę "węża walutowego" EMR (European Exchange Rate Mechanizm). W ramach tego poprzednika euro waluty krajów będących członkami Europejskiego Systemu Walutowego mogły wahać się w przedziale +/-2,25 proc. wokół ustalonego kursu parytetowego. W tamtym okresie Niemcy przyciągając kapitał potrzebny do sfinansowania przejęcia NRD podniosły stopy prawie do poziomu 10 proc. Brytyjczycy nie byli wstanie lub też nie chcieli zrobić tego samego i zdecydowali się na wyjście z EMR skutkujące dewaluacja funta. Przecena brytyjskiej waluty trwała przez następne 5 miesięcy (kurs stracił wobec odpowiednika euro niecałe 13 proc.). 

 

 

FTSE reagując pozytywnie na dewaluację krajowej waluty zaczął od razu zwyżkować i kontynuował hossę przez następne 17 miesięcy,...

 

 

 ... zaś niemiecki DAX z tego samego powodu stracił 10,4 proc. w ciągu 20 dni. W ciągu tego czasu straty poniesione przez niemieckich eksporterów zostały uwzględnione w cenach akcji i DAX już nigdy później nie był niżej.

Porównanie ścieżek DAX-a ostatnio i 24 lata temu zsynchronizowanych na 3 dni przed decyzją o Brexicie (tą faktyczną z 16 września 1992 i tą możliwą w czwartek) przedstawiono na poniższym obrazku. 


 

Pomysły typu kupowanie złota zupełnie wtedy nie wypaliły. Cena tego kruszcu wystrzeliła w górę dopiero pół roku później, gdy dolar przestał się umacniać względem funta w ramach wspomnianego na początku 8-letniego cyklu (patrz dołki złota z lutego 1985 i marca 1993). 

 


 

Oczywiście można z różnych powodów kwestionować zasadność przedstawionej analogii pomiędzy obecną sytuacją a zachowaniem rynków w trakcie kryzysu Europejskiego Systemu Walutowego sprzed 24 lat. Z drugiej strony, jeśli ktoś nie ma lepszych pomysłów, to doświadczenia po Brexicie z września 1992 roku można potraktować jako orientacyjną wskazówkę co do zachowania kursu funta i indeksów giełdowych po ewentualnym Brexicie z 2016 roku. 

Podsumowując: na podstawie doświadczeń z 1992 roku, gdy brytyjski rząd podjął decyzję o wycofania funta z Europejskiego Systemu Walutowego, w przypadku czwartkowej decyzji o opuszczeniu przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej można spodziewać się trwającego ok. 5 miesięcy osłabienia funta względem euro o ok. 13 proc., pozytywnej reakcji brytyjskiego rynku akcji na taką dewaluację krajowej waluty oraz trwającego ok. 20 dni spadku DAX-a o ok. 10 proc. Logicznie rzecz biorąc w przypadku decyzji o pozostaniu Wielkiej Brytanii w UE można by oczekiwać odwrotnych trendów (mocnego funta i DAX-a i krótkoterminowego osłabienia FTSE). 


 

15:51, bialek.wojciech
Link Komentarze (282) »
czwartek, 16 czerwca 2016

4 tygodnie temu zastanawiając się nad terminem następnego lokalnego minimum cen akcji związanego z cyklem 20-tygodniowym otrzymywałem generalnie daty wypadające w czerwcu ("Byle do Euro?"). W ostatnich dniach seria sondaży sugerujących rosnącą przewagę zwolenników opuszczenia przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej uruchomiła falę ucieczki od ryzyka na rynkach światowych. O konsekwencjach ewentualnego Brexitu postaram się napisać w przyszłym tygodniu jeszcze przed czwartkowym referendum, a dziś proponuję przyjrzeć się sygnałom wygenerowanym przez rynek w ostatnich dniach. 

Jednym z nich był trwający do wtorku 5-sesyjny spadek DAX-a o 7,5 proc. połączony ze spadkiem indeksu do najniższego poziomu od 3 miesięcy. Podobne sygnały pojawiły się na DAX-ie 10 miesięcy temu 21 sierpnia 2015 oraz 5 miesięcy temu 8 stycznia. 

 

 

Ścieżki indeksu po oby sygnałach były bardzo podobne:

 

 

W oby przypadkach po ustanowieniu pierwotnego dna takiej fali mini-paniki przychodziła korekta wzrostowa kończąca się na 13-sesji po sygnale (w obecnych realiach byłyby to okolice pierwszej sesji lipca), a potem rozpoczynała się wtórna zniżka kulminująca w obu przypadkach na 24 sesji po sygnale (w obecnych realiach byłyby to okolice 24 lipca). Potem rozpoczynała się zwyżka trwająca 47-50 sesji, czyli 9-10 tygodni, a w jej trakcie DAX rośnie o 19,2-20,7 proc. 

Drugi ciekawy sygnał pojawił się w czwartek na krajowym rynku. W najnowszym badaniu sentymentu indywidualnych inwestorów INI saldo optymistów i pesymistów spadło do trzeciego najniższego poziomu w 5-letniej historii tego sondażu. 

 

 

Saldo optymistów i pesymistów spadło do poziomu -20,2 pkt. proc. Można to porównać z odczytami na poziomie -22,1 pkt. proc. 21 stycznia 2016 (dzień do dołku WIG-u), -19,8 pkt. proc. 7 czerwca 2012 (2 dni po dołku WIG-u) oraz -21,4 pkt. proc. 24 listopada 2011 (dzień po lokalnym minimum WIG-u, a 26 dni przed ostatecznym dołkiem indeksu). W każdym z tych 3 przypadków WIG był na 53-ciej sesji po sygnale 11,4-13,3 proc. powyżej poziomu notowanego w momencie generowania sygnału.

 


 

Projekcja dla DAX-a uzyskana przez uśrednienie ścieżek indeksu wokół podobnych do wtorkowego sygnałów ze stycznia i sierpnia robi dołek dopiero w okolicach 18 lipca. 

 


 

Tymczasem projekcja wartości WIG-u uzyskana na podstawie 3 opisanych powyżej sygnałów INI robi dołek od razu i rośnie o niecałe 15 proc.

 

 

Czy te na pierwszy rzut oka sprzeczne wnioski da się jakoś pogodzić? Myślę, że tak. I 10 miesięcy temu i 5 miesięcy temu w poprzednich dołkach cyklu 20-tygodniowego. WIG nie potwierdzał już wtórnego dołka DAX-a. Innymi słowy wtórne minima WIG-u we wrześniu i w lutym wypadały już na wyższym poziomie niż dołki pierwotne z sierpnia i stycznia.

 

 

Myślę, że i obecnie powtórka tego schematu jest prawdopodobna, co oznaczałoby, że WIG właśnie robi dołek, którego nie pobije w lipcu natomiast na ostatecznie minimum DAX-a możemy rzeczywiście poczekać do połowy przyszłego miesiąca. Oczywiście istotny wpływ na zachowanie rynków będą miały wydarzenia w Wielkiej Brytanii, ale o tym w następnym wpisie. 

 

Podsumowując: niezależnie od ostatecznego rozstrzygnięcia kwestii Brexitu czwartkowy bardzo niski odczyt sentymentu w sondażu INI otwiera nastawionym kontrariańsko spekulantom drogę do zajmowania na krajowym rynku akcji długich pozycji, które w perspektywie następnych 10-11 tygodni powinny dać zarobić - biorąc WIG jako punkt odniesienia - +11,4-+13,3 proc. 

18:46, bialek.wojciech
Link Komentarze (116) »
czwartek, 09 czerwca 2016

Miałem dziś zacząć poruszać na blogu tematy, które pojawiły się w mojej sobotniej prezentacji  zatytułowanej "Kiedy recesja Janet Yellen?", którą miałem zaszczyt i przyjemność przedstawić w Karpaczu na Konferencji Wall Street po raz 20-ty już zorganizowanej przez Stowarzyszenie Inwestorów Indywidualnych, ale do zmiany planów sprowokowała mnie informacja, że Goldman Sachs przedstawił wyniki swego modelu stworzonego w celu przewidzenia wyników Mistrzostw  Europy w piłce nożnej, które w piątek rozpoczną się we Francji. Tak się składa, że całkiem niezależnie też stworzyłem podobny model. Nie za bardzo znam się na piłce nożnej, więc by móc uczestniczyć w prowadzonych przez kolegów "na zakładzie" dyskusjach postanowiłem wspomóc się pomocą komputera. Teraz zaś nadarza się okazja do sportowej rywalizacji z Goldmanem i Sachsem. 

Już pobieżny rzut oka na wyniki modelu GS sugeruje, że zwycięstwo - przynajmniej w fazie grupowej - będzie moje (to znaczy mojego modelu) i przyjdzie łatwo. Według GS 23 z 36 meczy fazy grupowej zakończy się remisami. Jest to oczywiście zupełnie nieprawdopodobne. Podczas 4 ostatnich mistrzostw Europy w fazie grupowej składającej się z 24 meczy remisów było odpowiednio 5, 3, 7 i 4. Uwzględniając większą liczbę drużyn (24-y wobec 16-tu) a zatem i większą liczbę meczów (36 wobec 24) liczba remisów w obecnych mistrzostwach powinna być zbliżona do 7-iu. 

Swój model oparłem na 4 filarach: rankingu UEFA, wartości rynkowej piłkarzy poszczególnych drużyn na rynku transferowym, wynikach eliminacji oraz wynikach meczy sparingowych rozegranych po zakończeniu eliminacjiZ interpretacją rankingu UEFA i rankingu drużyn opartym o wartość rynkową tworzących je piłkarzy nie było problemu. Jeśli chodzi o wyniki eliminacji to jako podstawę to stworzenia rankingu przyjąłem iloczyn liczby zdobytych punktów i salda bramek strzelony i straconych. Wyniki sparingów interpretowałem na trzy różne sposoby: 1) uwzględniłem liczbę zdobytych punktów w przeliczeniu na jeden mecz, 2) dodawałem (za pokonanie danej drużyny) i odejmowałem (za porażkę z nią) punkty liczone jako 204 minus pozycja tej drużyny w rankingu FIFA i 3) szacowałem pozycję danej drużyny na podstawie pozycji w rankingu FIFA drużyn, z którymi rozegrała ona mecze towarzyskie (np. jeśli pokonała 20-tą drużynę z rankingu, to dostawała 10 miejsce, jeśli z nią zremisowała 20-te miejsce, a jeśli przegrała (204-20)/2 miejsce. 

Zastanawiałem się jeszcze nad uwzględnieniem wyników poszczególnych drużyn w meczach o wysoką stawkę (na mistrzostwach Europu i świata), ale ostatecznie z tego zrezygnowałem, by nie premiować dodatkowo faworytów. 

Wyniki czterech uzyskanych w ten sposób sub-rankingów uśredniłem uzyskując ostateczne uszeregowanie szacunkowej siły uczestniczących w Euro 2016 drużyn. W symulowanym bezpośrednim starciu wygrywała oczywiście drużyna stojąca w tym rankingu wyżej, o ile różnica pozycji w rankingu była wystarczająco duża. W przeciwnym wypadku mecz kończył się remisem, a próg ustawiłem tak, by w fazie grupowej pojawiło się tych remisów siedem. 

W przeciwieństwie do modelu analityków Goldman Sachs nie bawiłem się w prognozowanie dokładnych wyników meczów ograniczając się do wskazania zwycięzcy (lub jego braku). 

Oto prognoza wyników meczy grupowych uzyskana w opisany powyżej sposób:


 

Niezależnie od odmiennego podejścia do remisów, wskazania obu modeli, jeśli chodzi o listę drużyn, które mają się zakwalifikować do 1/8 finału, różnią się tylko w jednym puncie: u mnie awansuje (z trzeciego miejsca z 3 punktami Turcja), a u nich Węgry (które u mnie zdobywają jedynie 1 punkt w zremisowanym meczu z Islandią). 

Swoją drogą z mojego modelu wyszło, że do awansu do 1/8 finału wystarczy zdobycie 3 punktów (oczywiście w rzeczywistości może być inaczej). Generalnie oznacza to, że jeśli ktoś ma obawy co do formy polskiej reprezentacji, to powinien cieszyć z każdego remisu w meczach rozgrywanych w innych grupach pomiędzy słabeuszami. 

Prognozowane przez model GS wyniki fazy pucharowej aż do finału Francja-Hiszpania, który wygrywa Francja, widać poniżej:

 

 

Mój model widzi to zaś tak:

 

 

Jeśli chodzi o skład ćwierćfinalistów to u mnie pojawia się Polska (u GS Szwajcaria) i to jest jedyna różnica. Zapewniam, że starałem się świadomie nie przekazywać modelowi żadnych motywowanych nacjonalizmem preferencji. Widać to zresztą, bo w ćwierćfinale Polska reprezentacja jednak przegrywa z obecnymi mistrzami Europy czyli Hiszpanią, obok której do półfinału wchodzą jeszcze Anglia, Francja i Niemcy dokładnie tak jak w według GS. 

Mój model jako zwycięzcę meczu Anglia-Hiszpania widzi Anglię, a model GS Hiszpanię. Co do wyniku półfinału Francja-Niemcy oba modele są zgodne. Oba również wskazują na zwycięstwo gospodarzy w finale. 

Jak widać z powyższego Polsce kibicować do - miejmy nadzieję - ćwierćfinału będę podwójnie, a dodatkowo w fazie grupowej będę trzymał kciuki za Turcję, a w ewentualnym półfinale za Anglię. 

19:09, bialek.wojciech
Link Komentarze (118) »
czwartek, 02 czerwca 2016

Od 20 lat już nawet nie przebieg WIG-u ale wręcz jego nominalna wartość jest zwykle wierną kopią indeksu MSCI Emerging Markets w lokalnych walutach. 

 

 

Oznacza to, że z praktycznego punktu widzenia krajowe wydarzenia można spokojnie ignorować, bo i tak kierunek cen na GPW wyznaczony ostatecznie zostanie przez globalny trend dominujący w uniwersum rynków peryferyjnych. 

Czasami jednak dochodzi do krótkoterminowych odchyleń od globalnego wzorca i z czymś takim mieliśmy do czynienia w okresie minionych 5 sesji, w trakcie których WIG był słabszy od MSCI Emerging Markets Index (w lokalnych walutach) o 5,4 pkt. proc. 

 


 

 

By odkryć, co było przyczyną tego odchylenia się koniunktury na krajowym rynku akcji, wystarczy sprawdzić, kiedy w przeszłości mieliśmy ostatnio do czynienia z podobnymi odchyleniami w dół od globalnego wzorca. Otóż coś takiego zdarzyło się poprzednio dwukrotnie w 2013 roku. Takie sygnały jak środowy pojawiły się 27 czerwca 2013, gdy rząd przedstawił propozycje zmian w OFE oraz 5 września 2013, gdy rząd podjął decyzje o konfiskacie połowy oszczędności emerytalnych obywateli zgromadzonych w Otwartych Funduszach Emerytalnych. 

 

 

Co ciekawe w obu przypadkach takie wywołane informacjami o zakusach rządu na OFE 5-sesyjne odchylenie WIG-u od MSCI Emerging Markets Index o przynajmniej 5 pkt. proc. pojawiało się dokładnie w dołkach indeksu, po których WIG był wyżej przez następne 2 lata. 

Z podobną sytuacją mamy do czynienia obecnie. Tydzień temu w mediach pojawiły się pogłoski o rozważanej przez rząd nacjonalizacji reszty oszczędności emerytalnych pozostających w OFE w postaci akcji przedsiębiorstw

Jak pokazują przypadki z czerwca i września 2013 (ale też 10 sierpnia 2011 czy września 2009), na krótką metę ostatnią lokalną panikę można traktować jako okazję do spekulacyjnych zakupów polskich akcji (które okażą się zapewne zyskowne, jeśli globalna koniunktura okaże się w najbliższych tygodniach korzystna). 

Na dłuższą metę jak pokazuje przypadek węgierski relatywna słabość rynku akcji po likwidacji funduszy emerytalnych może utrzymywać się przez ponad 4 lata. 

 

 

Gdyby te balony próbne z ostatnich dni się ostatecznie potwierdziły - a przecież "nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niesprawiedliwości, której nie mógłby dopuścić się skądinąd łagodny i liberalny rząd - jeśli zabraknie mu pieniędzy" - to doszłoby do największego od lat 40-tych upaństwowienia udziałów w przedsiębiorstwach na sumę mniej więcej 140 mld złotych. W wielu firmach oznaczałoby to znaczący wzrost wpływów rządu w akcjonariacie, a w licznych  przypadkach po prostu przejęcie przez rząd kontroli nad spółkami.

Wydaje się, że dla akcjonariuszy niektórych prywatnych obecnie spółek wizja przejęcia przez rząd władzy w ich firmach może być mało atrakcyjna i podejmą one jakieś próby obrony przez nacjonalizacją. Taką formą obrony mogłyby być emisje nowych akcji skierowane do prywatnych inwestorów czy też skup akcji, który mógłby paradoksalnie pozytywnie wpływać na kurs zagrożonych niepożądaną nacjonalizacją firm. 

Co ciekawe równolegle z pogłoskami o przejęciu przez rząd drugiej połowy oszczędności emerytalnych zgromadzonych w starych OFE pojawił się pomysł na utworzenie nowych lepszych OFE, które lokowałyby część wynagrodzeń osób pracujących w państwowe inwestycje. Pomysł fajny, tylko jaka jest po ekscesach z ostatnich lat wiarygodność polskiego rządu w kwestii oszczędności emerytalnych?

09:19, bialek.wojciech
Link Komentarze (143) »
środa, 25 maja 2016

Przed grudniową pierwszą po kryzysie podwyżką stóp FED zabawiłem się w zrobienie projekcji wartości S&P 500, kursu EUR/USD i ceny ropy naftowej opartej na zachowaniu tych instrumentów po dwu poprzednich pierwszych pokryzysowych podwyżkach stóp Rezerwy Federalnej z 2004 i 1994 roku. Owo ćwiczenie  sprzed pół roku można ocenić generalnie pozytywnie. Projekcja dla S&P 500 sprawdziła się wręcz perfekcyjnie:

 


 

Dolar miał słabnąć do euro, to i słabł do 3 maja i dopiero wtedy odkleił się in minus od grudniowej projekcji. 

 

 

Ropa naftowa (WTI) miała podrożeć do 48 dolarów w kwietniu, a osiągnęła ten poziom w maju (po drodze zaliczając jednak "nieplanowany" spadek do 26 dolarów). 

 

 

Zachęcony tym relatywnym powodzeniem projekcji opartych o 2 ostatnie cykle postanowiłem rozszerzyć ten eksperyment na 4 minione cykle Juglara (czyli cykle inwestycji w środki trwałe, których fazy spadkowe zwykle generują recesję w gospodarce) składające się na pełny cykl pokoleniowy. 

 

 

Na powyższy obrazku szare paski oznaczają okresy recesji w USA (według klasyfikacji NBER). W okresie minionego pokolenia by wpędzić gospodarkę USA w recesję Rezerwa Federalna musiała podnosić stopy o kolejno ponad 10 pkt. proc., prawie 4 pkt. proc., 3,5 pkt. proc. oraz 4,25 pkt. proc. Od pierwszej podwyżki do początku recesji upływało kolejno 2 lata i 4 miesiące, 3,5 roku, 7 lat i 1 miesiąc oraz 3,5 roku. Innymi słowy w okresie minionego pokolenia do recesji potrzebny był wzrost stóp o przynajmniej 3,5 pkt. proc. trwający co najmniej 28 miesięcy, co w obecnych realiach dawałoby początek recesji najwcześniej w kwietniu 2018 roku po wzroście oprocentowania funduszy federalnych do poziomu przynajmniej 3,75 proc. (czyli po kolejnych 13-u podwyżkach takich jak grudniowa)

Jak w ciągu 2 lat po pierwszej porecesyjnej podwyżce zachowywała się wartość S&P 500? Różnie, łącznie z największym w historii jednodniowym spadkiem wartości indeksu w 9 miesięcy po pierwszej podwyżce ze stycznia 1987 roku (w obecnych realiach byłby to wrzesień tego roku). Generalnie jednak w horyzoncie 15-u, 18-u, 21-en czy 24 miesięcy po pierwszej podwyżce ryzyko trzymania amerykańskich akcji były raczej umiarkowane, gdyż w każdym z tych horyzontów czasowych S&P 500 był wyżej niż w chwili, gdy FED zaczynał podwyżki stóp. Z drugiej strony poza przypadkiem z lat 90-tych potencjał wzrostowy w okresie następnych 2 lat nie wydaje się być z tego punktu widzenia jakiś oszałamiający. 

 

Projekcja oparta o te 4 historyczne ścieżki rośnie do września, potem wchodzi w zakres oddziaływania krachu z października 1987 roku i wznawia hossę począwszy od listopada. 

 

 

Jeśli chodzi o dolara, to w 3-ech z 4-ech cykli słabł on silnie względem euro  przez rok-półtora po pierwszej podwyżce, a w każdym z 4 cykl to osłabienie wynosiło kurs EUR/USD o skali, która w obecnych realiach oznaczałaby dojście do poziomu przynajmniej 1,21. 


Trzeba wszakże zauważyć, że od 3 tygodni dolar jest wyraźniej mocniejszy niż to zwykle bywało w pół roku po pierwszej podwyżce, co jednak w świetle tendencji dominującej w przeszłości należy chyba raczej traktować - po uwzględnieniu wszelkich możliwych zakłóceń związanych z potencjalnym wpływem czerwcowego referendum w Wielkiej Brytanii - jako okazję do zamiany dolarów na euro. 

 

 

Najmniej jednoznacznie i najmniej atrakcyjnie wygląda w tym kontekście ropa. W żadnym z 4 analizowanych cykli nie podrożała w pół roku po pierwszej podwyżce tyle co teraz, więc jej dalszy potencjał wzrostowy wydaje się być - przynajmniej w krótkoterminowej perspektywie - dosyć ograniczony. 

 


 

Poniższa projekcja ceny ropy (WTI) sugeruje, że ewentualne spadki w okolice poziomu 40 dolarów za baryłkę można będzie traktować jako okazję do spekulacyjnych zakupów, a trwalsza tendencja wzrostowa powinna na tym rynku zagościć dopiero od początku 2018 roku. 

 

 

Oczywiście powyższe było tylko odrobieniem pracy domowej z historii i nie należy uzyskanych wniosków traktować jako dogmatów nie do naruszenia w obecnym cyklu. Warto jednak pamiętać o tendencjach dominujących na rynkach w okresie poprzednich prowadzonych przez FED kampanii zaostrzania polityki pieniężnej w USA, bo być może dadzą o sobie znać i w obecnym cyklu. 

17:31, bialek.wojciech
Link Komentarze (72) »
piątek, 20 maja 2016

Po relatywnie przyzwoitym starcie - WIG-20 +19,4 proc., WIG +16,3 proc. do końca marca - w ciągu minionego miesiąca zwyżka identyfikowana przeze mnie jako początek fali wzrostowej na rynku akcji w ramach cyklu Kitchina wyraźnie osłabła i po 4 miesiącach od swego początku jest najsłabszym z analogicznych rozpoczynających cykliczną hossę historycznych ruchów. Drugą najsłabszą po 4 miesiącach od dołka zwyżką była ta rozpoczęta 4 lata temu w czerwcu 2012, więc być może mamy tu do czynienia z kontynuacją długoterminowego procesu słabnięcia naszego rynku czy też spadku jego "bety". Uśrednienie tych historycznych ścieżek spada pomiędzy 81-ą a 104-tą sesją od dołka. Czwartkowa sesja była 86-tą od dołka, więc z tego punktu widzenia powrotu trendu wzrostowego można spodziewać się w okolicach połowy czerwca. Następne posiedzenie Federalnego Komitetu Otwartego Rynku w USA - na którym może dojść do kolejnej podwyżki stóp FED - odbędzie się 14-15 czerwca.


 

Być może w związku z zapowiedzią agencji Moody's weryfikacji oceny wiarygodności kredytowej Polski agencji nasz rynek zaczął słabnąć wcześniej niż szerokie uniwersum rynków wschodzących i gdy "rating" nie został obniżony zerwał się w poniedziałek do - szybko później skasowanego - wzrostu (WIG-20 +2,1 proc.), ale generalnie ta słabość nie jest naszą specyfiką, co wyraźnie widać na wykresie MSCI Emerging Markets Index. 

 

 

Dosyć dobrym syntetycznych wskaźnikiem tej globalnej słabości jest od wielu miesięcy kurs chińskiego juana względem dolara. Spadek USD/CNY z jego 5-letniego szczytu ustanowionego na początku stycznia z wyprzedzeniem sygnalizował początek rajdu cen ryzykownych aktywów w górę (WIG-20 +19,4 proc.), a nawrót słabość chińskiej waluty począwszy od końca marca ostrzegał przez zmianą wzrostowego trendu. W datach trzech wcześniejszych apogeów wyprzedaży juana z 3 marca 2015, 25 sierpnia 2015 oraz 7 stycznia tego roku można dopatrzyć się rytmu wyznaczanego przez cykl 20-tygodniowy co sugeruje okolice 10 czerwca jako oczekiwany termin następnego dołka juana tej klasy. To data początku mistrzostw Europy w piłce nożnej. To oczywiście zapewne przypadek. Co prawda 4 lata temu dołek WIG-u, po którym indeks ten już nigdy nie był niżej, wypadł 5 czerwca, a więc na 3 dni przed początkiem mistrzostw rozgrywanych w Polsce i na Ukrainie, ale już 8 lat temu kupowanie akcji przed mistrzostwami rozgrywanymi w 2008 roku było jednym z głupszych pomysłów na jakie można było wpaść.

 

 

Indeks Shanghai Composite próbował ostatnio oderwać się od wzorca wyznaczonego dlań przez wykres WIG-u z lat 1993-1995, ale chyba nie za bardzo mu to wyszło. Ta zabawa sugeruje dołek chińskiego indeksu w okolicach 15 czerwca.

 

 

Obserwowana słabość nie jest również ograniczona do rynków wschodzących. Widoczna też jest np. na wykresie S&P 500, co przełożyło się na spadek salda nastrojów w cotygodniowym sondażu tamtejszego stowarzyszenia inwestorów indywidualnych (AAII) do -14,8 proc. W dwu poprzednich cyklach 20-tygodniowych taki spadek nastrojów z poziomów przekraczających wcześniej +12,9 proc. pojawiał się w sondażach z 30 lipca (-19,6 pkt. proc.) i 16 grudnia (-15,5 proc.). W obu przypadkach były to okolice korekt wzrostowych na S&P 500, po czym 17 sierpnia i 29 grudnia rozpoczęło się silne tąpnięcie w dół kulminujące dołkami 25 sierpnia i 20 stycznia. Gdyby to traktować dosłownie to następne tąpnięcie na S&P 500 rozpoczęłoby się 1-6 czerwca a kulminować będzie 14-23 czerwca. 


 

Koniec tego ostatniego przedziału czasowego to data referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie dalszego pozostawania "ojczyzny futbolu" w Unii Europejskiej. Oczekiwany dołek cyklu 20-tygodniowego celuje więc raczej w okolice 23 czerwca a nie w początek mistrzostw Europy. W przeszłości sądziłem, że trzeciego z rzędu podobnego tąpnięcia na Wall Street nie będzie - bo byłoby to zbyt oczywiste - ale przez następne 5 tygodni wypada zachować czujność, bo powyższy wykres wygląda niepokojąco. 

08:59, bialek.wojciech
Link Komentarze (106) »
piątek, 13 maja 2016

Udzielił mi się nastrój rozliczeń, który w tym tygodniu zapanował na polskiej scenie politycznej i postanowiłem w niniejszym komentarzu zająć się oceną tego, jak inne kraje radziły sobie względem Polski w przeszłości. Wykorzystam do tego celu historyczną bazę zawierającą dane na temat PKB na głowę mieszkań różnych europejskich i okołoeuropejskich krajów i rejonów. Jeśli ktoś chce samodzielnie kontynuować tą zabawę historią to dane można znaleźć na stronie Maddison Project.

Dane kończą się na 2010 roku, a dla naszego kraju sięgają 1870 roku. 

 

 

Oczywiście tu można by rozpocząć dyskusję na temat zastosowanej metodologii (np. jak liczony był realny PKB na głowę mieszkańca Polski, w latach kiedy Polski nie było na mapie świata), ale ja - szanując wykonaną przez innych pracę - założę, że dane te mają jakiś tam sens (chociaż w niektóry przypadkach - np. Białorusi - można mieć co do tego zasadne wątpliwości, bo to co można znaleźć w bazie Projektu Madisson stoi w niejakiej sprzeczności z tym, co podają inne źródła). 

Zgodnie z zapowiedzią interesować mnie dziś będą nie nominalne zmiany, ale to jak inne kraje radziły sobie w wybranych okresach historycznych względem Polski. 

Zacznijmy od zbadania losów kraju, który 140 lat temu w 1870 roku był - spośród tych, dla których dostępne są dane - najbogatszy. Była to Wielka Brytania, w której PKB na głowę (liczony w "international dollars") wynosił wtedy 3190 USD. Polska osiągnęła ten poziom dopiero 90 lat później. Na poniższym wykresie mamy stosunek dochodu na głowę w Wielkiej Brytanii i Polsce. 

 


 

Powyższy wykres można podsumować jednym słowem - dramat. Jest to również lekcja na przyszłość dla krajów, które stworzyły imperium, że raczej nie należy go tracić, bo kończy się to dla imperialistów marnie. Brytyjczycy za czasów pani Thatcher wykonali rozpaczliwą próbę przełamania tendencji spadkowej, ale od 1991 roku stracili już większość zdobytego względem Polski terytorium. Nic dziwnego, że miotają się ostatnio rozpaczliwie próbując znaleźć wyjście z matni, w której się znaleźli. A to Szkoci zastanawiają się, czy nie wyskoczyć z tonącego statku, a to Anglicy próbując zapobiec kontynuacji tej relatywnej zapaści rozważają opuszczenie Unii Europejskiej. Z tego punktu widzenia masowa migracja Polaków do Wielkiej Brytanii z ostatnich wydaje się być jakimś sporym nieporozumieniem. 

Prawie równie bogata jak Wielka Brytania była 140 lat temu Szwajcaria. Kraj ten nie stracił żadnego imperium, ale relatywna sytuacja Szwajcarów wydaje się być jeszcze bardzie tragiczna. Widać tu regularny trend spadkowy. Kto by pomyślał.

 

 

Poniżej umieściłem ranking krajów uszeregowanych pod względem wzrostu PKB na głowę w okresie minionych 140 lat. 

 


 

Jak widać obok Wielkiej Brytanii i Szwajcarii za największych pechowców minionych 140 lat należy uznać Rumunię, Węgry, Belgię i Holandię. Generalnie najlepiej w tym okresie - prawie dwa razy lepiej niż Polska - radziły sobie kraje nordyckie Norwegia, Finlandia i Szwecja (Dania wypadła porównywalnie do naszego kraju). 

Jeśli chodzi o Niemcy, to buksowały one względem Polski w okresie minionych 140 w miejscu. Może poszłoby im lepiej, gdyby nie ich zwyczaj rozpoczynania i przegrywania wojen światowych. Trudno uznać Polskę za zwycięzcę II Wojny Światowej, ale według danych z bazy Maddison Niemcy po przegrały ją znacznie bardziej niż Polska - zaraz po wojnie ich realny PKB na głowę spadł do polskiego poziomu. Trzeba natomiast Niemcom oddać, że potrafiły - podobnie zresztą jak po I Wojnie Światowej - wygrać pokój. Niemcy zresztą chyba sami po tych doświadczeniach doszli do wniosku, że wojowanie ani im nie wychodzi ani im nie służy. 

 

 


 

 

Niezbyt dobrze krajom robią również wojny domowe. Przykładem może być Hiszpania, w której przed wybuchem wojny domowej końca lat 30-tych XX-wieku PKB na głowę był 1,61-krotnie wyższy niż w Polsce, a gdy wojna się skończyła wynosił już jedynie 0,82 polskiego. 

 

  

Innym przykładem katastrofalnego wpływu wojen domowych na poziom życia może być Jugosławia. 

 

 

Podobnie jak Jugosławii rozpad istniejącej struktury imperialnej nie posłużył dobrze obszarowi określanemu w bazie Maddison jak "former Soviet Union". I rozpad imperium carów i rozpad imperium radzieckiego związane były z ponad 2-krotnym spadkiem poziomu życia w stosunku do Polski. 

 

 

Obszar radziecki jawi się jednak jako bezkonkurencyjny lider lat 1921-1938, co wydaje się tłumaczyć sentyment, którym Rosjanie darzą ten okres bezprecedensowego terroru. Z poniższego zestawienia widać też, że II RP nie zdołała osiągnąć z takich czy innych względów jakiegoś przekonującego sukcesu w tym okresie.

 

 

Ten niewątpliwy sukces gospodarczy Sowietów w okresie międzywojennym, który zresztą został potwierdzony zwycięstwem ZSRR w II WŚ mógł polskim komunistom dawać nadzieje, że zreplikowanie tego systemu w naszym kraju również da dobre rezultaty. I tu przyszło rozczarowanie. W latach 1945-1991 tylko Albania i Węgry radziły sobie gorzej:

 


 

Powojenna konfiguracja gospodarczo-polityczna okazała się dla odmiany najbardziej korzystna dla krajów Zachodniej Europy a liderami okazały się Grecja, Włochy i Austria. Nic dziwnego, że Grecy tęskniąc za dawnymi czasami poparli ostatnio w wyborach danych komunistów, być może licząc, że w ten sposób uda im się po raz drugi wejść do tej samej rzeki. 

Widząc postępującą relatywną degrengoladę bloku komunistycznego szczególnie rażącą w sąsiadującej z Europą Zachodnią  Europie Środkowej Polska wykonała kolejną woltę porzucając blok komunistyczny i przyłączając się do zachodniego bloku kapitalistycznego.

Ta decyzja okazała się w latach 1991-2010 spektakularnym sukcesem. Koniec komunizmu lepiej zrobił jedynie Albanii. 

 

 

Trudno się specjalnie dziwić, że Polacy stali się największymi euroentuzjastami w Europie.  

Górna część powyższego rankingu jest zdominowana przez kraje postkomunistyczne, chociaż nie wszystkim upadek ZSRR i koniec komunizmu w Europie i okolicach wyszedł na zdrowie. Z pewnością Tadżycy, Mołdawianie, Ukraińcy, Kirgizi, Gruzinie, Macedończycy, Rosjanie czy Serbowie mogą mieć do tej zmiany stosunek ambiwalentny. 

Dane kończą się na 2010 roku, a szkoda bo bardzo ciekawie wyglądałoby porównanie zachowania poszczególnych krajów w okresie kryzysu strefy euro. Ale na koniec tabelka ze zmianami PKB w okresie od końca 1998 roku, czyli dla okresu istnienia Europejskiej Unii Monetarnej:

 

 

Te lata to okres wzrostu ceny ropy naftowej (z 10 dolarów za baryłkę w 1998 roku do ponad 140 w 2008 roku), więc widać, że coś w tym okresie zaczęło się dziać np. w Azji Środkowej (Azerbejdżan!). Do 2010 roku pozytywnego wpływu strefy euro na wzrost gospodarczy w Europie Zachodniej nie można było dostrzec - kraje Europy Zachodniej robiły w tym okresie za czerwone latarnie tego zestawienia. Z pewnością ich relatywna pozycja w okresie następnych 5 lat się nie poprawiła. 

Jak długo utrzyma się ta najwyraźniej korzystna dla naszego kraju konfiguracja gospodarczo-polityczna, która powstała na początku lat 90-tych? Czy ten trend minionego ćwierćwiecza, który uczynił z naszego kraju "zieloną wyspę" (nie jedyną, inną była w tym okresie Australia) jest rzeczywiście trwały? A może załamie się sam - np. pod ciężarem długu - bez konieczności zmiany globalnej konfiguracji. Czy też do jego przerwania przyczynią się błędne ruchy krajowych polityków? Trudno oczywiście powiedzieć. Jedno jest pewne. W krajach, które nie są beneficjentami obecnego układu narastać będzie presja na jego zmianę. Dobrze by było, by nowy ład, który być może wyłoni się po ewentualnym końcu obecnego, był jeszcze bardziej korzystny dla naszego kraju. 

 


 


13:20, bialek.wojciech
Link Komentarze (174) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 32